Dżinn

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 ***

2  PROLOG

3  Rozdział 1

4  Rozdział 2

5  Rozdział 3

6  Rozdział 4

7  Rozdział 5

8  Rozdział 6

9  Rozdział 7

10  Rozdział 8

11  EPILOG

Dżinny (arabskie jinniy – demon, duch): jeden z rodzajów dobroczynnych lub złowrogich duchów islamu, zamieszkujących Ziemię. Dżinny potrafią przybierać różne postacie i są obdarzone niezwykłą potęgą.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

„Za panowania króla Hamy jego nadworni czarnoksiężnicy, pośród przedmiotów swej tajemnej sztuki, posiadali specjalne dzbany. Naczynia te, znane jako Dzbany Dżinnów, zawierały przypuszczalnie emanacje nie znane zwykłym śmiertelnikom. Zgodnie z legendą najpotężniejszy, najbardziej przerażający dżinn należał do Ali Baby. Przetrzymywano go we wspaniałym dzbanie, ozdobionym wizerunkiem rumaków Niepojętego Nazwaha i błękitnych kwiatów opium”.

„W tym roku zmarł w swoim domu na Cape Cod kolekcjoner zabytków środkowego Wschodu. Była to dziwna i nagła śmierć. Żona zmarłego opowiadała o dręczącej go obsesji, związanej z jakimś starożytnym wyrobem garncarskim, dzbanem, który przechowywał pod zamknięciem w specjalnym pokoju. Prowadzące doń drzwi były zabezpieczone woskowymi pieczęciami pełnymi dziwacznych symboli. Według jej słów, był to interesujący stary okaz przyozdobiony dziko wyglądającymi końmi i dziwnymi, drobnymi, błękitnymi kwiatami”.

„Czasami mówi się, jakoby podróżujących drogą do Bagdadu mamiły w nocy niezwykłe głosy. Głosy te miały brzmieć na różnorakie sposoby – już to jak wiatr, już to jak kusząca mowa kobiet, niekiedy zaś jak zwierzęta, jakich ludzkie oczy nigdy nie oglądały. Mądrzy ludzie tłumaczyli, iż głosy owe należą do dżinnów oraz że słysząc je, podróżny powinien przyśpieszyć kroku, jeśli pragnie pozostać przy zdrowych zmysłach i ocalić życie”.

„Księga Czarów”

Abdul Hazw’halla

„Wielu twierdziło, iż gdy dni N’zwaa dobiegały kresu, zgromadzili się oni w świątyniach, gdzie dokonując rytualnych obrzędów i śpiewając, złożyli w zwojach, sarkofagach oraz dzbanach wszystkie swe przerażające tajemnice, które pozwalały im sprawować władzę przez tak wiele stuleci. Mówiono także, że ten, kto odkryje sekret Niepojętego Nazwaha, może stać się najpotężniejszym człowiekiem w całym znanym świecie, a także poza jego granicami. Musi być jednak przygotowany na zapłacenie godziwej ceny. Gdyż tak jak kurtyzana żąda zapłaty za swe cielesne usługi, tak i magiczne widmo Niepojętego Nazwaha zażąda nagrody, która dla wielu będzie zbyt wysoka”.

„Legendy Perskich Czarnoksiężników”

Tom IV, Rozdział III

Archeolodzy prowadzący wykopaliska w obrębie świątyni Naswa w Iranie doszli do przekonania, że starannie dobrana kolekcja bezcennych zabytków już wcześniej padała łupem złodziei.

Przypuszcza się, że świątynia była ośrodkiem barbarzyńskiego kultu czcicieli dżinnów, którzy, zgodnie z legendą, panowali niepodzielnie w tym rejonie przez niemal trzysta lat. Ich obrządek obejmował między innymi przyzywanie demonów i ofiary z ludzi. Jak zauważył ostatnio profesor W. F. Collins z Brytyjskiego Towarzystwa Archeologicznego, „było to, ogólnie rzecz biorąc, raczej nieprzyjemne towarzystwo”.

Co jednak najbardziej martwi piętnastoosobowy zespół badaczy, to fakt, że wiele spośród najcenniejszych dzbanów i zwoi zostało skradzionych – możliwe, iż nawet jeszcze w latach trzydziestych. Owe kradzieże w znacznym stopniu wpłynęły na spadek zainteresowania wykopaliskami. Profesor Collins obawia się, że niektóre przedmioty mogły ulec zniszczeniu lub zostały wywiezione do innych krajów.

„Wiadomo, iż rzeczywiście znajdowało się tam wiele zabytkowych przedmiotów” – powiedział wczoraj w Isfahanie nasz uczony. „świątynia została niemal kompletnie pogrzebana pod zwałami błota w wyniku osunięcia się ziemi, które miało miejsce w jakieś czterdzieści lub pięćdziesiąt lat po opuszczaniu jej przez N’zwaa, czcicieli dżinnów. Do dzisiaj zachowały się utrwalone w zeschłym mule odciski licznych artefaktów. Na ich podstawie szacujemy, że brakuje nam kompletu zwojów, zestawu rytualnych noży i mieczy oraz dwóch naczyń: małej kadzielnicy i wielkiego dzbana o ozdobnych ścianach.

Szczególnie zastanawia archeologów fakt, iż złodzieje pozostawili nietkniętych wiele bardzo cennych znalezisk. Należy tutaj wymienić przede wszystkim zmumifikowane przez wysychające błoto zwłoki kobiety. Były one zakonserwowane tak doskonale, że do naszych czasów zachowały się nawet włosy i skóra. Jak dotąd profesor Collins wykazuje dużą powściągliwość wobec tego znaleziska. Powstrzymuje się od wszelkich komentarzy do czasu uzyskania wyników datowania węglem C-14 oraz badań fizjologicznych.

„Sunday Times”, Londyn

12 października 1968

Kensington, Londyn, maj 1969

Drogi inspektorze Kashan!

Obiecałem panu przesłać rezultaty badań zwłok odkrytych w Naswa najszybciej, jak tylko to będzie możliwe. Oto więc i one. Zapewne z ulgą powita pan fakt, że nie mamy tutaj do czynienia ze współczesną zbrodnią, choć niektóre aspekty śmierci tej kobiety wymagały niezwykłego i raczej przerażającego dochodzenia.

Wiek ciała odpowiada momentowi opuszczenia świątyni i szacowany jest na dwa i pół tysiąca lat. Są to zmumifikowane zwłoki młodej kobiety, liczącej sobie dziewiętnaście lub dwadzieścia lat. Nie była ona zbyt ładna, jeśli cokolwiek można wnioskować z zachowanej skóry, natomiast włosy i biżuteria wskazują na jej przynależność do wysokiego rodu.

Najbardziej zdumiewający jest sposób, w jaki pozbawiono ją życia. Opisu podobnej śmierci nie udało nam się znaleźć w żadnym źródle historycznym. Otóż dziewczyna ta zmarła na skutek wprowadzenia w intymne części jej ciała przedmiotu o ogromnych rozmiarach, który wtłoczył organy wewnętrzne do klatki piersiowej i prawdopodobnie doprowadził do natychmiastowego zgonu. Trudno nam nawet przypuszczać, cóż to mógł być za obiekt. Wprowadzono go z siłą wystarczającą do rozdzielenia pasa miednicowego na dwie połowy i sprasowania zawartości jamy brzusznej do jednej czwartej normalnej objętości.

Być może, przeglądając własne źródła historyczne, zdoła pan odnaleźć opis podobnego przypadku. Co do mnie i moich kolegów, to w tym momencie poddajemy się, pozostawiając śmierć tej nieszczęsnej kobiety jako nie rozwiązaną zagadkę.

Łączę wyrazy szacunku L. Pope

„Słusznie powiedziane jest, iż prawdę często znajduje się w butelkach; lecz jeszcze słuszniejsze jest powiedzenie, że ze starych butelek pochodzą stare prawdy”.

„Dialekty Perskie” str. 833

Rozdział 1

Był to piekielnie gorący dzień w połowie sierpnia. Zebraliśmy się wszyscy na cmentarzu Restful Lawns, wciśnięci w ciężkie, czarne garnitury i sztywne kołnierzyki, wyglądając jak stado przesadnie opancerzonych homarów. Na filmach pogrzeby nieodmiennie odbywają się w strugach deszczu, w asyście czarnych parasoli oraz mieszających się z wodą łez. Jeśli jednak w tym towarzystwie były jakieś łzy – czego zresztą nie zauważyłem – to musiały się mieszać z zupełnie niesentymentalnym potem.

Najwygodniej było zapewne nieboszczykowi. Leżał w kosztownej trumnie z polerowanego jasnego dębu, z ładnymi uchwytami w kształcie muszli. Wieko niknęło pod naręczami lilii, róż i orchidei. Przypominało to bardziej posępną wystawę kwiatów niż pogrzeb, my zaś, pomimo naszych ponurych twarzy, byliśmy w stanie myśleć tylko o tym, by pochować naszego śp. przyjaciela jak najszybciej i napić się zimnego piwa.

Stojąc nad otwartym grobem, duchowny odmówił krótką modlitwę. W jej trakcie wdowa podnosiła do oczu niewielką, koronkową chusteczkę. Później trumna została opuszczona w głąb spieczonej ziemi, a my rzuciliśmy na wieko po garści piachu. Starałem się, by moja bryłka nie uderzyła zbyt mocno. Nie chciałem zakłócać spokoju zmarłego. Tam, gdzie się teraz znajdował, było mu zapewne dobrze.

Opuszczaliśmy cmentarz, idąc poprzez lśniący biały las nieruchomych aniołów i marmurowych nagrobków. Gorące powietrze było dziwnie nieruchome; pomyślałem sobie, że zaraz wszyscy się udusimy. Czekały już na nas czarne limuzyny z zapewniającymi dyskrecję purpurowymi draperiami w oknach. Weszliśmy do środka i usiedliśmy naprzeciwko siebie, starając się nie uśmiechać.

Ze stateczną prędkością przejechaliśmy Army Highway w kierunku Cape Cod. Po jedenastej przybyliśmy do Winter Sails, białego, drewnianego domu zmarłego, zbudowanego chaotycznie na pustym południowym wybrzeżu. Limuzyny wtoczyły się na zachwaszczony, żwirowy podjazd. Wszyscy wysiedli i stojąc w łagodnym wietrze od morza, czekali, aż wdowa zaprosi przybyłych do środka.

Byłem zaskoczony opłakanym stanem, w jakim znajdował się obecnie Winter Sails. Ten utrzymany w stylu kolonialnym dom został wzniesiony około roku 1800. Wokół niego biegła elegancka, wsparta na kolumnach weranda. Gdzieś na początku dwudziestego wieku ówcześni właściciele dobudowali gotycką wieżyczkę, górującą ponad trawiastą plażą, i zwieńczyli ją blaszaną chorągiewką, zbliżoną kształtem do tureckiej szabli. Chorągiewka skrzypiała ponuro, ilekroć wiatr zmieniał kierunek, a działo się tak bardzo często. Dom osłonięty był od wiodącej do Hyannisport drogi rzędem pokręconych drzew, pochylonych zgodnie w stronę lądu niczym stadko wystraszonych staruszek. Ta niegdyś elegancka, zaciszna posiadłość dzisiaj zdradzała wyraźne oznaki zniszczenia. W oczy rzucała się złuszczona farba, pourywane rynny. W dachu brakowało dachówek, zielsko pleniło się na zaniedbanych trawnikach i ścieżkach. Na rozległym zachodnim zieleńcu znajdował się zegar słoneczny, który zawsze mnie intrygował, ilekroć jako chłopiec przyjeżdżałem do Winter Sails. Teraz ledwie mogłem go dostrzec pośród falujących łanów wysokiej trawy.

 

Z ostatniej limuzyny wysiadła Marjorie Greaves. Miała na sobie czarną sukienkę i kapelusz z czarnym woalem. Była to niska, przywiędła kobieta po pięćdziesiątce, o wydatnym, podobnym do dzioba nosie oraz ciemnych, blisko osadzonych oczach. Zawsze kojarzyła mi się z krewetką, i na odwrót. Dlatego też starałem się jadać krewetki jak najrzadziej. To nieładnie konsumować własną babcię, choćby nawet pośrednio.

– Witaj, Harry – powiedziała omdlewającym głosem, zaciskając obleczone w czarne rękawiczki palce na moich dłoniach i przypatrując mi się tymi małymi, czarnymi oczkami. Jeżeli płakała, to nie było tego widać.

Skinąłem głową i uśmiechnąłem się.

– To była piękna uroczystość – stwierdziłem. – Bardzo piękna.

Odwzajemniła uśmiech i zapatrzyła się w dal, jakby myślami błądziła gdzie indziej.

– Tak – odrzekła. – Sądzę, że tak właśnie było.

Staliśmy tak przez chwilę, trzymając się za ręce niczym szykująca się do tańca para. Ktoś zrobił nam zdjęcie, a wtedy Marjorie uśmiechnęła się jeszcze raz i odeszła porozmawiać z pozostałymi gośćmi. Naliczyłem około trzydziestu osób, a ponieważ nikogo nie znałem zbyt dobrze, czekałem na dokonanie prezentacji. Zauważyłem kilka starszych pań, na których zawsze można zrobić dobry interes. Było też paru dostatnio odzianych mężczyzn, a także szczególnie apetycznie wyglądająca młoda dama w szytej na zamówienie czarnej sukni i czarnym, przypominającym turban kapeluszu. Jej zdumiewająco czerwone wargi oraz szeroko otwarte zielone oczy wzbudziły we mnie przekonanie, że warto ją poznać bliżej. Oczywiście, w celach towarzyskich.

Marjorie Greaves zaprosiła nas do środka. Wnętrze nosiło widoczne znamiona upadku, tak samo jak i elewacja. Na tapetach ciemniały plamy wilgoci, a w wytartych dywanach przebijała miejscami szara osnowa. Z kwadratowego holu, wyłożonego czarno-białą terakotą, przeszliśmy do największego pokoju – długiego salonu z wysokimi, wychodzącymi na morze oknami. Pamiętałem, że kiedyś pokój ten pełen był kwiatów i kosztownych starych mebli. Teraz jednak nie było w nim niczego oprócz dwóch pokrytych perkalem kanap, których wygląd dobitnie świadczył, iż od dawna należy się im emerytura, oraz kilku małych wyplatanych krzeseł. Nawet olejne obrazy opuściły swe miejsce na ścianach, pozostawiając na jasnozielonej tapecie ciemne, prostokątne ślady.

Pomagająca Marjorie roztargniona młoda kobieta w okularach miała mocno wystające zęby i demonstrowała niewzruszone przywiązanie do długiej, wełnianej kamizelki w kolorze dziecięcego różu.

Na przyjęcie Marjorie przygotowała małe biszkopty z wisienką na wierzchu i babeczki z tuńczykiem, do których podała trzy butelki sherry.

– Taki sam po śmierci jak za życia – wymamrotał jeden z dostatnio wyglądających mężczyzn. – Przeklęty sknera.

– George! – odezwała się z wyrzutem jego żona.

– No cóż – powiedział George, który natychmiast wzbudził we mnie niechęć. – Ten facet był tak skąpy, że w Dniu Dziękczynienia faszerował indyka gazetami.

W rogu pokoju inna para omawiała scenicznym szeptem stan domu.

– Musiał być spłukany do ostatniego grosza – zawyrokowała duża, rudowłosa kobieta. – Nigdy nie widziałam tak zaniedbanego wnętrza.

– Zawsze myślałem, że był milionerem – prychnął jej mąż, łysy facet z pokaźnym brzuszkiem. – Sprawiał wrażenie, jakby mógł palić pieniędzmi w piecu. Ale z pewnością nie robił tego tutaj.

Marjorie wdała się w rozmowę z wysokim, ponurym mężczyzną, który twierdził, że nie znosi sherry, i stał, popijając z filiżanki wodę.

Choć niewątpliwie przykry, pogrzeb ten był dla mnie czymś w rodzaju wakacji. Na co dzień pracuję w Nowym Jorku, w nie najzdrowszym otoczeniu Dziesiątej Alei, toteż gdy otrzymałem obramowane czarno zaproszenie na pogrzeb dziadka, ucieszyła mnie myśl o wyjeździe z przepoconego miasta. Zazwyczaj brakuje mi pieniędzy lub powodów do zafundowania sobie przerwy, a tutaj powód był rzeczywiście istotny.

Nie mogę powiedzieć, żebym nie lubił Maksa Greavesa. Tak naprawdę to nic do niego nie czułem, nie widziałem ani jego, ani Marjorie od wielu lat. W czasach, kiedy rodzice zabierali mnie do Winter Sails jeszcze jako dziecko, Max był zawsze wesoły i rozmowny. Jednak w miarę upływu lat stawał się coraz bardziej posępny i trudno było znaleźć z nim wspólny język. W końcu dałem sobie spokój. Wysyłałem kartki na Boże Narodzenie i drobne prezenty urodzinowe, ale cały czas trzymałem się z daleka od Hyannis. Nie ma nic zabawnego w podtrzymywanej na siłę konwersacji z gderliwym starszym człowiekiem.

Odpoczynek był mi potrzebny z jeszcze jednego powodu. Otóż właśnie zerwałem długą i niejednokrotnie bolesną znajomość z pochodzącą z bardzo dobrej rodziny blondynką, Alison McAllister. Kiedyś kochaliśmy się, ostatnio jednak cały czas dochodziło do kłótni. Pewnego dnia wstąpiłem do P. J. na piwo i spostrzegłem ją, jak tuli się do jakiegoś typa. I to był nasz koniec.

Za wakacjami przemawiał także fakt, iż przechodziłem właśnie kryzys zwątpienia w sens mojej pracy. Trudno wyjaśnić, czym się zajmuję, zwłaszcza że nie wyglądam stosownie do mojej profesji. Chodzi mi o to, że gdy spotkacie dostojnego, lecz łysiejącego trzydziestolatka z Cleveland w stanie Ohio, obdarzonego dużym nosem i tendencją do zezowania na odległe obiekty, nie dojdziecie automatycznie do wniosku, iż macie przed sobą jasnowidza.

Wcześniej pracowałem w reklamie, zrezygnowałem jednak, gdy przejęto moją agencję i straciłem dwa ulubione programy. Imałem się różnych zajęć, jak choćby oprowadzanie po Manhattanie niemieckich turystów Und hier ist das Woolworth Building czy nawet wyprowadzanie psów. Na koniec odnalazłem się w przepowiadaniu przyszłości tym często spotykanym starszym paniom, co to mają mnóstwo forsy, lecz nie starcza im stylu na zakupy na Piątej Alei. Przyozdobiłem swój pokój tak, aby przypominał siedzibę czarnoksiężnika (purpurowe kotary i oprawne w skórę książki), po czym dałem ogłoszenie do „New York Post”. Interes rozwijał się umiarkowanie, choć miałem smykałkę do przepowiadania podniecającej, a zarazem zagadkowej przyszłości. Z jeszcze większym talentem przekonywałem staruszki, że są komuś naprawdę potrzebne. Zarabiałem dosyć, by opłacić czynsz i jeździć nowym wozem Mercury Cougar, nie stać mnie jednak było na prawdziwe wakacje.

Kłopot polegał na tym, że zaczynałem odczuwać rozczarowanie światem duchów. Czasami naprawdę czujesz, że jest jeszcze coś, co się czai po tajemniczej tamtej stronie, kiedy indziej jednak zaczynasz myśleć, że wszystko to oszustwo, a wtedy robi ci się gorzko, jak po butelce ciemnego piwa. Od miesięcy ślęczałem nad kartami do tarota, wpatrywałem się w liście herbaty i miałem wrażenie, że mój wielki talent okultystyczny opuścił mnie na zawsze. Między innymi dlatego przybyłem na pogrzeb Maksa. Może w otoczeniu świeżo oderwanych od ciała dusz odnajdę inspirację do dalszej pracy? Odnajdę, a może i nie odnajdę. Cokolwiek się stanie, zawsze będzie to jakaś odmiana.

Trasę wokół pokoju zaplanowałem sobie tak, aby znaleźć się w pobliżu młodej damy o czerwonych ustach. Z bliska wydawała się nieco starsza, a zarazem bardziej atrakcyjna. Była niska, miała jednak piersi więcej niż obfite i lisi wyraz oczu, który zawsze kojarzy mi się z Sophią Loren.

Z właściwą sobie gracją wręczyłem jej wizytówkę. Podniosła przydymiony woal na czarny turban i przeczytała na głos.

– „Harry Erskine. Życie pozagrobowe to moja specjalność”. Wielkie nieba, co to oznacza?

– No cóż… oznacza to, że przepowiadam ludzki los. Zwłaszcza starszym paniom. Jako jasnowidz.

– Jasnowidz? A więc patrzy pan w kryształowe kule lub coś w tym rodzaju?

– No, może niekoniecznie kryształowe kule, choć jeśli to panią interesuje, potrafię się nimi posługiwać. Przede wszystkim używam kart do tarota i liści herbaty. Całkiem dobrze radzę sobie również z tablicą ouija. Tak zarabiam na życie.

Dziewczyna popatrzyła na mnie w dziwny sposób.

– Nigdy dotychczas nie spotkałam jasnowidza. Czy pan naprawdę odczytuje przyszłość?

– Tak sądzę. W pewnych granicach. Uważam, że idzie mi to coraz lepiej, w miarę nabywania praktyki. To tak jak ze wszystkim innym. Nie można prowadzić samochodu bez doświadczenia. To samo dotyczy przepowiadania przyszłości. Wie pani, okultyzm to materia delikatna i nie można tłuc się w podkutych butach po świecie duchów.

Dziewczyna uśmiechnęła się.

– Myślę, że nie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

– Tak czy inaczej, proszę to ode mnie przyjąć.

Pociągnęła łyk sherry.

– Czy dobrze znał pan Maksa Greavesa? – zapytała.

– Całkiem nieźle. Był moim dziadkiem. Przyjaźnił się blisko z moim ojcem w jego studenckich czasach, czy jakoś tak. Zawsze mówiliśmy na niego „wujek”. To był bardzo interesujący gość.

– Wygląda na to, że nikt szczególnie nie ubolewa z powodu jego śmierci.

Wzruszyłem ramionami.

– Wie pani… na starość nieco zdziwaczał. Gdy byłem mały, dziadek wydawał się naprawdę miły, uprzejmy i hojny. Takim właśnie go pamiętam. Na dziesiąte urodziny dostałem od niego świetną kolejkę. Nigdy też nie zapominał o przysłaniu mi życzeń z okazji Bożego Narodzenia. Dopiero później zamienił się w odludka, łatwo wpadał w złość. Nie widziałem go od wielu lat. Sądzę, że była to wielka osobowość, i tak jak i inne wielkie osobowości sprawiał kłopot otoczeniu.

– Czym się zajmował? – zadała kolejne pytanie. – To znaczy, z czego żył?

– Miał coś wspólnego z ropą. Jakaś niezależna rafineria, nie przypominam sobie dokładnie. Ale większą część swej młodości spędził w Arabii; był związany z tamtejszymi interesami naftowymi. Oczywiście, działo się to jeszcze, zanim nastąpiły dni arabskiej polityki naftowej. Każdy biały był wtedy wielką szyszką. Miał w domu mnóstwo arabskich rupieci, choć teraz wygląda na to, że wszystko zostało sprzedane. Lubiłem się bawić wielbłądzimi siodłami dziadka. Wie pani, samotny zwiadowca i inne takie rzeczy.

Dziewczyna uniosła brew.

– A kto grał w tonto?

– Nigdy nie miałem tonta. Chyba zawsze byłem kimś w rodzaju samotnego zwiadowcy.

– Nie ożenił się pan?

– Żartuje pani? Może pani wyobrazić sobie, jak zarabiam na utrzymanie żony i pięciorga dzieci czytaniem z liści herbaty?

Jedyną jej odpowiedzią był uśmiech. Dopiłem moje sherry. Według mnie było to amontillado zamurowane przez Edgara Allana Poe w ścianie piwnicy.

– Proszę posłuchać – powiedziałem do dziewczyny – znam na przylądku znakomitą restaurację, gdzie podają homary. Co pani myśli o lunchu? Oczywiście, o ile nie objadła się pani ciastkami.

– Dobrze. – Skinęła głową. – Może uda się panu odczytać moją przyszłość z połamanych szczypiec homara.

– Czytałbym raczej z pani dłoni lub nawet podeszew stóp. A tak przy okazji, jak się pani nazywa?

– Anna – usłyszałem w odpowiedzi.

– Anna jak?

– Po prostu Anna.

Parsknąłem z niezadowoleniem.

– To bardzo tajemnicze.

– Nie chciałam, by zabrzmiało to tajemniczo. Tak właśnie jest i to wszystko.

– W porządku, po prostu Anno – powiedziałem po chwili. – Pozwól, że złożę kondolencje mojej babce, a potem pojedziemy coś zjeść. W tym czasie nie daj się sprowadzić na manowce obcym mężczyznom.

– Myślę, że już to nastąpiło – odrzekła z uśmiechem.

Zostawiłem ją samą i przepychając się wśród rozszczebiotanych gości, ruszyłem ku Marjorie Greaves oraz jej markotnemu rozmówcy. Omawiali właśnie słabą jakość współczesnego sprzętu kuchennego. Wydawało mi się, że każdy powinien być wdzięczny za wybawienie z takiej konwersacji.

– Marjorie – zagadnąłem, ujmując ją za ramię. – Czy możemy chwilę porozmawiać?

– Oczywiście – odparła. – Zechce mi pan wybaczyć, panie Gorst.

Pan Gorst z grobową miną wzniósł filiżankę z wodą.

– Ależ naturalnie, pani Greaves, ależ naturalnie.

Marjorie sprawiała wrażenie roztargnionej. Nie była zbolała czy szczególnie smutna, zdradzała raczej objawy niepokoju i zamyślenia.

 

– Wszystko w porządku? – zapytałem. – Chyba nie masz kłopotów finansowych? Chodzi mi o dom…

Szybko potrząsnęła głową.

– Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy. Mam ich dosyć. Nie ma potrzeby, aby się o nie martwić.

– Marjorie – zacząłem z powagą w głosie. – Dom chyli się ku upadkowi.

– Wiem – odparła, nie patrząc przy tym na mnie. – Ale to nie ma żadnego znaczenia.

– Nie ma znaczenia? Przecież to stary dom. Jeśli nie będziesz o niego dbać, zawali ci się na głowę. Trzeba tylko zrobić mały remont dachu i umocować rynny.

– I tak się zawali – powiedziała cicho.

– Zawali się? – Zmarszczyłem brwi. – Nie rozumiem.

– Zburzę go, a potem sprzedam ziemię pod zabudowę. Powiedzieli mi, że będzie można postawić pięć domów na jednym akrze.

– No cóż… – zmieszałem się. – Decyzja należy do ciebie. Może nawet ma to sens. Zawsze jednak myślałem, że kochasz Winter Sails. To piękny, stary dom, Marjorie. Szkoda byłoby go stracić.

Potrząsnęła głową.

– On musi zostać zniszczony.

– Jak to „musi”?

– Nie chcę o tym rozmawiać. To osobista decyzja, Harry, i zapewniam cię, że tak będzie najlepiej. A teraz powinnam porozmawiać z Robertem, zanim stąd odjedzie.

Przytrzymałem jej rękę. Pod cienką tkaniną pogrzebowej sukni wyczułem zimną skórę. Zawsze się niepokoję, gdy dotknąwszy innych ludzi, odkrywam, że temperatura ich ciała radykalnie odbiega od mojej. Jak na przykład lodowate stopy w łóżku lub świeża opalenizna.

– Marjorie – przypomniałem. – Jestem twoim wnukiem.

Wreszcie popatrzyła na mnie tymi swoimi uważnymi, czarnymi oczami krewetki.

– Harry, naprawdę nie mogę ci tego wytłumaczyć.

Zagryzłem wargi.

– Myślę, że powinnaś – doradziłem jej. – Rozejrzyj się dookoła, Marjorie. Gdzie się podziały meble? Co się stało z obrazami?

– To były portrety – wyjaśniła Marjorie. – Nie wolno nam mieć portretów.

– Nie wolno mieć portretów? Co masz na myśli?

Nieoczekiwanie Marjorie Greaves zaczęła drżeć. Nie był to spazm głębokiego żalu ani reakcja na nerwowe wyczerpanie. Był to histeryczny, paraliżujący strach. Tak trzęsie się koń, gdy zobaczy w trawie węża.

– Lepiej wyjdźmy na zewnątrz – powiedziałem i poprowadziłem ją najszybciej jak tylko mogłem pomiędzy zgromadzonymi gośćmi. Z drugiego końca pokoju Anna rzuciła mi pytające spojrzenie. Podniosłem otwartą dłoń, pokazując, że nie będzie mnie tylko pięć minut. Wzruszyła ramionami i skinęła głową. Przynajmniej moja apetycznie zapowiadająca się randka była pewna. Co prawda opuszczone przeze mnie miejsce zajął nieszczęśnik z filiżanką wody, ale raczej nie miał wielkich szans.

Na dworze, w pełni słonecznego blasku, przeszliśmy w milczeniu pomiędzy zarośniętymi trawnikami i usiedliśmy na zardzewiałej ławce z kutego żelaza. Widziałem błyszczące morze w kolorze atramentu z rozrzuconymi na nim plamkami wydętych żagli, rozpadający się stary dom z gotycką wieżyczką i opadające w dół, zaniedbane ogrody. Słychać było jedynie fale przyboju oraz skrzypienie blaszanej chorągiewki. Marjorie poprawiła siwiejące włosy, wyciągnęła chusteczkę i dyskretnie wytarła nos.

– Nigdy cię taką nie widziałem. Wyglądasz na bardzo wystraszoną.

Złożyła ręce na podołku i w milczeniu zapatrzyła się w morze.

– Nie rozumiem, dlaczego chcesz tak postąpić z domem – dodałem po chwili. – Czy Max nie chciał, żebyś go zatrzymała? Czy nie zostawił ci na to środków?

Marjorie nie odpowiedziała. Siedziała nieruchomo, jakby pozowała do portretu, a jej czarne pantofle tkwiły obok siebie w trawie niczym para posłusznych szczeniąt labradora.

– Sam już nie wiem – mruknąłem z rezygnacją. Wyciągnąłem z kieszonki czarnej kamizelki papierosy. Okazało się, że wszystkie były powyginane w kształt litery S. Wyprostowałem jednego, przypaliłem moją wierną zippo i wydmuchnąłem dym na trawnik.

Podobna do szabli chorągiewka zaskrzypiała przeciągle. Wziiippp, wziiippp.

– Pod koniec Max nie był już sobą – powiedziała po kilku minutach Marjorie.

Skinąłem głową.

– To dlatego nic nie robił przy domu?

– O, nie – odparła. – Dobrze wiedział, co robi.

– Chcesz powiedzieć, że Max także zamierzał go zniszczyć?

– Tak. Był na to zdecydowany.

– Ale dlaczego? Jaki jest sens w rujnowaniu historycznego domu? Przecież Max go kochał.

Marjorie westchnęła nerwowo. Wyglądała na bardzo niespokojną, siedzenie w miejscu przychodziło jej z wyraźnym wysiłkiem.

– Nigdy nie wyjaśnił mi wszystkiego. Mówił, że dla mego bezpieczeństwa przekaże mi tylko to, co niezbędne.

Parsknąłem śmiechem. W tym, co mówiła Marjorie, nie było nic śmiesznego, pomyślałem jednak, że powinienem dodać jej otuchy, okazując beztroskę i jowialność.

– Wygląda mi to na jeden z niewinnych żartów Maksa – zawyrokowałem. – Doprawdy nie powinnaś się tym przejmować. Sądzę, że najlepiej zrobi ci krótki wypoczynek. Opieka nad chorym człowiekiem wymaga dużego wysiłku.

Przyjrzała mi się ozięble. Uśmiech zniknął z mych warg niczym spuszczone z balona powietrze.

– To nie był żart – zaprzeczyła. – A on nie był chory.

– Przecież sama mówiłaś, że nie był sobą.

– Co nie oznacza, że był chory.

– Więc cóż to znaczyło? Mówisz dziś zagadkami.

Marjorie zajmowała się przez chwilę paznokciem, z którego łuszczył się lakier. Gdy przemówiła, jej głos był suchy i rozważny, a ja odniosłem niepokojące wrażenie, że zbiera wszystkie siły, by powiedzieć mi prawdę.

– To miało coś wspólnego z dzbanem. Pamiętasz ten dzban?

Przytaknąłem.

– No pewnie. Chodzi ci o ten, który przywiózł kiedyś z Arabii, taki z niebieskimi kwiatkami i końmi? Jasne, że pamiętam. W dzieciństwie był jedną z moich ulubionych rzeczy.

– No więc – zaczęła Marjorie ostrożnie – było coś, o czym nikt z nas nie wiedział. To znaczy, Max wiedział, ale powiedział mi dopiero pod koniec. Ten dzban… był jakiś dziwny.

– Jak to dziwny? Masz na myśli, że to rzadki okaz?

– Nie, nie – zaprotestowała. – Miał dziwne właściwości. Czasami śpiewał. To znaczy, wydawał odgłosy przypominające śpiew. Nigdy tego nie słyszałam, ale Max twierdził, że słyszał. Działo się to najczęściej w nocy. Kiedyś wszedł do swego gabinetu o drugiej lub trzeciej nad ranem i dzban śpiewał.

Ściągnąłem brwi.

– Śpiewał? Co śpiewał?

Marjorie potrząsnęła głową.

– To nie była jakaś wyraźna melodia lub coś w tym rodzaju. W każdym razie z dzbana wydobywał się dźwięk, tak przynajmniej utrzymywał Max. Potem jeszcze parę razy zachodził w nocy na górę i słyszał ten śpiew.

– Sądzę, że było to jakieś zjawisko naturalne. Wiesz, mógł to być nawet wiatr prześlizgujący się ponad otworem dzbana.

– Nie – powiedziała twardo Marjorie. – Max wspominał, że zastanawiał się nad tym, i przeniósł dzban. Śpiewał w dalszym ciągu. Poza tym, jak pamiętasz, szyjka dzbana była zapieczętowana woskiem, więc nie mogła być źródłem hałasu.

Zastanawiałem się przez chwilę, paląc papierosa.

– Może coś znajdowało się w środku, na przykład jakieś przyprawy, i wydzielany przez nie gaz wydobywał się spod pieczęci?

– Dlaczego zatem działo się to tylko w nocy? – zapytała Marjorie. – Dlaczego nie śpiewał przez cały czas?

– Ponieważ w nocy powietrze jest chłodniejsze – wyjaśnił Albert Einstein Drugi. – Ciśnienie wewnątrz dzbana stawało się wówczas względnie większe i gazy miały dostateczną energię, by przecisnąć się na zewnątrz.

Marjorie wzruszyła ramionami.

– Nie wiem, Harry. Wiem tylko tyle, że Max robił się coraz dziwniejszy. Był nerwowy, zmartwiony, często uskarżał się na ból głowy i dolegliwości żołądkowe. Mnóstwo czasu spędzał w gabinecie. Tłumaczył mi, że pisze wspomnienia, nigdy jednak nie znalazłam żadnych notatek, a on sam również niczego mi nie pokazywał. Często go o to pytałam, ale on odpowiadał, że zanim zabierze się do pisania, musi przeprowadzić wiele badań. Bardzo się o niego martwiłam. Próbowałam nakłonić go do odwiedzenia lekarza, on jednak powtarzał, że choroba minie.

Obserwowałem tańczący w oddali pośród pian dwumasztowy jacht. Z góry dobiegał warkot samolotu kołującego ponad lotniskiem w Hyannis.

– A co się stało z obrazami? – zadałem kolejne pytanie. – Dlaczego pozdejmował je wszystkie?

– Nie wiem. Powiedział, że musi. Powiedział, iż byłoby wielkim błędem pozostawić w domu jakikolwiek portret lub fotografię. Powynosił również wszystkie książki, na wypadek gdyby znajdowały się w nich jakieś ilustracje. Podobny los spotkał naszą tapicerkę.

Wyrzuciłem niedopałek.

– Brzmi to rzeczywiście dziwnie. Po co to robił?

– Max mówił, że na tych meblach są wizerunki ludzi, więc nie mogliśmy pozostawić ich w domu. Nie mogliśmy mieć jakichkolwiek portretów. Przeglądał nawet artykuły spożywcze, aby sprawdzić, czy na którymś opakowaniu nie ma przypadkiem obrazu ludzkiej twarzy, a gdy na takie natrafił, zrywał nalepkę i natychmiast ją palił.

– Marjorie – stwierdziłem. – To naprawdę wygląda tak, jak gdyby Max był… no cóż.

– Wiem – odparła po prostu. – Dlatego właśnie nie chciałam nikomu mówić, co się dzieje. I tak nikt go nie lubił przez ostatnie lata. Ciężko było z nim wytrzymać. Ciągle się irytował i zrzędził, łatwo tracił panowanie nad sobą. Znosiłam to przez sześć lub siedem lat, Harry, i nie mogę zaprzeczyć, że niemal się cieszę z jego odejścia.