Dom stu szeptów

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dom stu szeptów
DOM STU SZEPTÓW
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 79,80  63,84 
DOM STU SZEPTÓW
DOM STU SZEPTÓW
Audiobook
Czyta Jan Marczewski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


GRAHAM MASTERTON POWRACA DO GATUNKU, W KTÓRYM JEST MISTRZEM – DO POWIEŚCI GROZY.

WYJĄTKOWE UJĘCIE KLASYCZNEJ OPOWIEŚCI O NAWIEDZONYM DOMU.

Na smaganych wiatrem wrzosowiskach stare domostwo strzeże swych sekretów…

Niewielu miałoby odwagę zamieszkać w Allhallows Hall, ponurej rezydencji w stylu Tudorów. Ale były naczelnik więzienia, Herbert Russell, zdecydował się na to bez wahania.

Po śmierci właściciela do posiadłości przybywa trójka skłóconych z nim dzieci, by poznać ostatnią wolę ojca. Treść testamentu jest szokująca, ale najgorsze dopiero ich czeka w nieprzyjaznych murach Allhallows Hall. Do pomieszczeń domu wdziera się złowieszcza atmosfera wrzosowisk – podłogi skrzypią, w tajemnych korytarzach odbija się echo, a kryjówka przygotowana przed kilkuset laty dla katolickich duchownych tchnie grozą.

Żadne z dzieci właściciela nie zamierza osiąść w tym przerażającym dworze. Chcą go jak najszybciej opuścić i nigdy nie wracać. I właśnie kiedy podejmują tę decyzję, we wnętrzu domu przepada bez śladu Timmy, pięcioletni wnuk Herberta Russella. A potem znikają kolejne osoby…

Czy ktokolwiek ma szanse w walce z domostwem, w którym przez lata gromadziło się zło?

GRAHAM MASTERTON

Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w „Mayfair” i brytyjskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów – w tym 11 kryminałów z Katie Maguire – oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 100 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad 2 miliony kupili polscy czytelnicy. O popularności Grahama Mastertona w Polsce może świadczyć choćby to, że w 2021 roku w sierpniu stanął we Wrocławiu przed Art Hotelem jego krasnal – Mastertonek.

grahammasterton.co.uk grahammasterton.pl

Tego autora

Sagi historyczne

WŁADCY PRZESTWORZY

IMPERIUM

DYNASTIA

Rook

ROOK

KŁY I PAZURY

STRACH

DEMON ZIMNA

SYRENA

CIEMNIA

ZŁODZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

Manitou

MANITOU

ZEMSTA MANITOU

DUCH ZAGŁADY

KREW MANITOU

ARMAGEDON

INFEKCJA

Wojownicy Nocy

ŚMIERTELNE SNY

POWRÓT WOJOWNIKÓW NOCY

DZIEWIĄTY KOSZMAR

Inne tytuły

STUDNIE PIEKIEŁ

ANIOŁ JESSIKI

STRAŻNICY PIEKŁA

DEMONY NORMANDII

ŚWIĘTY TERROR

SZARY DIABEŁ

ZWIERCIADŁO PIEKIEŁ

ZJAWA

BEZSENNI

CZARNY ANIOŁ

STRACH MA WIELE TWARZY

SFINKS

WYZNAWCY PŁOMIENIA

WENDIGO

OKRUCHY STRACHU

CIAŁO I KREW

DRAPIEŻCY

WALHALLA

PIĄTA CZAROWNICA

MUZYKA Z ZAŚWIATÓW

BŁYSKAWICA

DUCH OGNIA

ZAKLĘCI

ŚPIĄCZKA

SUSZA

SZKARŁATNA WDOWA

DOM STU SZEPTÓW

Katie Maguire

BIAŁE KOŚCI (książka wcześniej ukazała się pt. KATIE MAGUIRE)

UPADŁE ANIOŁY

CZERWONE ŚWIATŁO HAŃBY

UZNANI ZA ZMARŁYCH

SIOSTRY KRWI

POGRZEBANI

MARTWI ZA ŻYCIA

TAŃCZĄCE MARTWE DZIEWCZYNKI

ŚWIST UMARŁYCH

ŻEBRZĄC O ŚMIERĆ

DO OSTATNIEJ KROPLI KRWI

Tytuł oryginału:

A HOUSE OF A HUNDRED WHISPERS

Copyright © Graham Masterton 2020

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2021

Polish translation copyright © Izabela Matuszewska 2021

Redakcja: Joanna Popiołek

Zdjęcie na okładce: Shutterstock.com

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Head of Zeus Publishing House

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8215-735-2


Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Rek


woblink.com

Spis treści:

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

 

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Dawn G. Harris za jej błyskotliwą inteligencję


Piotrowi Pocztarkowi za moją wspaniałą polską stronę internetową


Hubertowi Pstrągowskiemu z najlepszymi życzeniami wspaniałego życia

Rozdział 1

Herbert dotarł do schodów na piętrze i usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Z dłonią na poręczy przystanął i uważnie nasłuchiwał. Przez romboidalne szybki okna księżyc w pełni świecił tak jasno, że Herbert nie musiał nawet zapalać światła w korytarzu.

– Kto tam jest? – spytał.

Starał się, aby zabrzmiało to stanowczo, ale serce łomotało mu w piersi i z trudem łapał oddech. Po czterdziestu dwóch latach przywykł do stęchłej woni starego dębowego drewna, wiecznie obecnej w Allhallows Hall, lecz w tej chwili czuł ją silniej niż zwykle, jakby dom się pocił w niecierpliwym wyczekiwaniu.

Za plecami Herberta zatrzeszczała deska w podłodze; odwrócił się, lecz nie zauważył niczego poza ciemnymi olejnymi portretami rodziny Wilmingtonów, spoglądającymi na niego złowrogo spod orzechowej warstwy czterystuletniego werniksu.

Nie zamierzał tu wracać, przynajmniej nie po zmierzchu. W czasie pełni opuszczał Allhallows Hall na trzy dni i nocował w hotelu Marine w Paignton. Tym razem jednak zapomniał zabrać ze sobą księgę rachunkową, a miał już dwutygodniowe opóźnienie w zgłoszeniu formularza o zwrot podatku.

Odczekał jeszcze całą minutę. Słyszał tylko odgłos wiatru gwiżdżącego smutno w kominach, lecz mieszkał w Dartmoor tak długo, że te nieustanne przeciągi nie robiły na nim wrażenia.

– Ech – mruknął. – Kimkolwiek jesteś, żałosny potępieńcze, życzę ci miłego weekendu.

Zszedł o jeden stopień i w tym samym momencie usłyszał za sobą tupot biegnących nóg. Zanim zdążył się ponownie odwrócić, poczuł uderzenie, jakby młotem, w łysiejący tył głowy. Runął do przodu i wymachując w powietrzu rękami i nogami, stoczył się ze schodów w tumanie rachunków, kwitów i biletów kolejowych.

Na podeście półpiętra wpadł na drewnianą ścianę i grzmotnął barkiem i lewą stroną czoła o listwę przypodłogową. Oszołomiony i zdezorientowany, próbował się podźwignąć na kolana, lecz stracił równowagę, przechylił się na bok i poleciał dalej w dół. Koziołkując, poczuł i usłyszał trzask pękającego kręgosłupa. Wylądował w holu z policzkiem na wytartym chodniku i leżał, wpatrując się w spłowiały żółty kwiat lotosu. Serce biło mu coraz wolniej i wolniej.

Na schodach rozległy się powolne kroki, kopnięte rachunki Herberta wzbiły się w powietrze i pofrunęły na wszystkie strony niczym wyschłe liście. Na półpiętrze zjawiła się postać, której kontury odcinały się na tle okien. Gdyby Herbert, spadając, nie skręcił karku i mógł spojrzeć w górę, rozpoznałby tę postać po włosach, wygolonych po bokach i postawionych w ostry grzebień niczym lśniąca płetwa rekina.

Postać przez całą minutę patrzyła z góry na leżącego Herberta, jakby nie miała ochoty zejść na dół, aby sprawdzić mu puls, lecz chciała się upewnić, że już się więcej nie podniesie.

Po dłuższej chwili wróciła na górę. Gdyby Herbert był jeszcze przytomny, usłyszałby trzeszczące deski podłogi na piętrze, a następnie dalekie, ciche kliknięcie zamykanych drzwi do sypialni.

Rozdział 2

Rob siedział przed komputerem, marszcząc w skupieniu czoło, kiedy zaterkotał telefon.

– Vicky! – zawołał. – Możesz odebrać?

– Jestem w samym środku pieczenia kiełbasek dla Timmy’ego!

– A ja w samym środku animacji! Nie mogę jej zostawić nawet na moment!

Vicky nie odpowiedziała, a telefon dzwonił dalej, aż w końcu Rob usłyszał, jak żona wychodzi z kuchni do holu. Po kilku sekundach dobiegły go niewyraźne słowa:

– Naprawdę? Rozumiem. – Potem nastąpiła dłuższa przerwa. – Tak. Dobrze, przekażę mu – odezwała się w końcu.

– Mamusiu! – jęczał Timmy. – Jestem głodny!

– W tej chwili nie mogę, Timmy – powiedziała Vicky.

Weszła do jadalni, którą Rob wykorzystywał jako swój gabinet. Nie podniósł głowy, ponieważ rysował właśnie kobietę wyprowadzającą na spacer psa na obsadzonej drzewami ulicy.

– Kto dzwonił? – spytał. – Psiakrew!

Zdekoncentrował się i rozsmarował mu się ogon psa.

– Margaret Walsh z Makepeace and Trott.

– To prawnicy mojego taty. Czego chciała? Cholera!

– Twój tata nie żyje.

Przez dłuższą chwilę Rob nie odrywał oczu od ekranu. Potem opadł na oparcie krzesła i odwrócił się.

– Nie żyje?

– Zameldował się w hotelu Marine w Paignton, tak powiedziała, ale się nie pokazał. Nie odbierał telefonu, ani stacjonarnego, ani komórki. W końcu zadzwonili do więzienia, ale pracownicy stamtąd też nie mogli go złapać, więc wysłali do niego dwóch ludzi. Przed wejściem do domu stał jego samochód, a drzwi frontowe były otwarte. Znaleźli go leżącego na podłodze u stóp schodów.

Rob odwrócił się i wyłączył komputer. Będzie musiał zacząć tę animację od początku, ale był zbyt wstrząśnięty, żeby pracować dalej.

Nieraz się zastanawiał, jak zareaguje na wieść o śmierci ojca. Niekiedy sądził, że poczuje ulgę, nawet radość. Herbert Russell był samolubnym, porywczym i nieczułym służbistą. Lecz żeby oddać mu sprawiedliwość, należy zauważyć, że zdarzały mu się akty niespodziewanej wielkoduszności – rozdawał swoim pracownikom kosze z prezentami na Boże Narodzenie, przekazywał pieniądze miejscowym organizacjom charytatywnym. Rob zawsze jednak podejrzewał, że ojciec próbuje w ten sposób przekonać rodzinę i podwładnych, że jego despotyczny sposób bycia jest dla nich dobrodziejstwem i że pewnego dnia mu za to podziękują. Albo chciał się upewnić, że nie zaprzepaści swoich szans na przyjęcie do nieba.

– Powiedzieli ci, gdzie teraz jest?

– Zawieziono go do szpitala Derriford w Plymouth na sekcję zwłok, bo to nagła śmierć i tak dalej. Policja bada sprawę. Uważają, że ktoś mógł się włamać do domu i go napaść.

– Naprawdę? No cóż, miał sporo wrogów. Każdy by miał, gdyby pracował jako naczelnik więzienia. Zwłaszcza taki naczelnik jak on.

Vicky podeszła do męża i pogładziła go po kasztanowych włosach.

– Nie jesteś przygnębiony? Nawet troszeczkę? Mimo wszystko był twoim ojcem.

Rob wziął ją za rękę.

– Jedyną przygnębiającą rzeczą w tym wszystkim jest wspomnienie, jaka nieszczęśliwa była przy nim mama. No i trzeba zorganizować pogrzeb. A to znaczy, że będziemy musieli się spotkać z Martinem i Katharine, Boże, miej nas w swojej opiece. No i z Grace. Nie mam nic przeciwko Grace, o ile nie przywiezie ze sobą tej koszmarnej Portii.

Zapatrzył się w czarny monitor komputera. Na ekranie zobaczył swojego ducha, który znacznie bardziej przypominał jego mamę niż ojca. Zaledwie tydzień temu świętował trzydzieste dziewiąte urodziny, ale mógłby uchodzić za mężczyznę dziesięć lat młodszego. Vicky powiedziała kiedyś, że zakochała się w nim, ponieważ z ciemnymi lokami i nieco ciężkimi, opadającymi powiekami przypominał jej lorda Byrona. On z kolei zakochał się w jej uduchowionych fiołkowych tęczówkach, rozmarzonej bladej twarzy i jasnych warkoczach; uwielbiał też, jak snuła się po mieszkaniu w powłóczystych sukienkach do kostek niczym modelka prerafaelickiego artysty, chociaż jej osobowość nie miała w sobie nic uduchowionego ani powłóczystego.

– Czy Margaret Walsh mówiła coś na temat pochówku? Czy tata życzył sobie pogrzebu w trumnie czy kremacji?

– Nic na ten temat nie powiedziała.

– W takim razie będę musiał zaczekać, prawda?

– Na co?

– Na to, czy mogę zatańczyć na jego grobie, czy będę musiał spuścić jego prochy w toalecie.

– Rob, dobrze wiesz, że wcale nie jesteś taki mściwy.

– Właściwie masz rację. Nie jestem mściwy. Jeśli jest coś, czego się nauczyłem od taty, to tego, jak być uprzejmym. Jeden uśmiech może zdziałać więcej niż tysiąc krzyków.

– Mamusiu! – zawołał Timmy.

Rozdział 3

Kiedy dojechali do Sampford Spiney, w powietrzu wisiała mgła, ta przenikliwie zimna mgła Dartmoor, która zwykle utrzymuje się aż do południa, a nawet wtedy ociąga się jeszcze w zagłębieniach i wąskich kanałach wykopanych na wrzosowiskach, by doprowadzać wodę do kuźni, gospodarstw i domów, takich jak Allhallows Hall.

– W tym miejscu zawsze przechodzą mnie ciarki – powiedziała Vicky, kiedy zza drzew wyłoniła się kwadratowa wieża kościoła Świętej Marii. – W okolicy nigdy nie widać żywej duszy, poza tym jest tu tak szaro.

Przez ostatnie osiem kilometrów jechali jednopasmową drogą biegnącą między wysokimi ścianami granitu, które zawsze wywoływały u Roba klaustrofobiczne odczucia. Klaustrofobia się pogłębiała, kiedy wjeżdżał przez bramę Allhallows Hall i jego oczom ukazywała się posiadłość, w której się wychował. Po opuszczeniu domu i rozpoczęciu studiów w Worthing College of Art przyjechał tu tylko raz – dwa lata temu, kiedy jego mama umierała na raka. W tym czasie ojciec rzadko bywał w domu, a nawet kiedy się zjawiał, nie wykazywał zbytniego zainteresowania życiem ani karierą syna.

– Przechodzą cię ciarki? – powiedział Rob. – Dzięki, Martin, ja też cię kocham.

Przed domem, prawie w poprzek podjazdu, stał zaparkowany samochód jego brata Martina – range rover w kolorze mosiądzu, więc Rob musiał wcisnąć swoją hondę pod samym murem domu, tak że ledwo mógł otworzyć drzwi. Odwrócił się, by sprawdzić, czy Timmy już się obudził. Syn przespał w foteliku całą drogę od Exeter.

– Timmy? Timmy, jesteśmy na miejscu!

Chłopiec otworzył oczy, ziewnął i ze zmarszczonym czołem spojrzał przez okno.

– O, jesteśmy u dziadka! A mówiłeś, że dziadek nie żyje!

– Bo tak jest, ale musieliśmy tu przyjechać, żeby postanowić, co zrobimy z domem.

– Chyba tu nie zamieszkamy?

– Nie – odpowiedziała Vicky, zanim Rob zdążył się odezwać. – Z całą pewnością tu nie zamieszkamy.

– No cóż, jeszcze zobaczymy – rzucił Rob.

– Co to ma znaczyć: jeszcze zobaczymy? Jeśli myślisz, że zamierzam mieszkać na końcu świata, otoczona stadami beczących owiec, to się grubo mylisz.

Wysiedli z samochodu. We mgle Allhallows Hall wyglądał jeszcze bardziej złowieszczo niż zwykle. Z podjazdu na brukowany dziedziniec prowadziła kamienna sklepiona brama. Na środku dziedzińca stała fontanna z pozbawionym głowy cherubinem, pokrytym grubą warstwą czarnego mchu, a wzdłuż muru ciągnął się rząd wielkich ołowianych donic, gęsto zarośniętych suchą trawą i zwiędłymi chwastami.

– Myślałam, że miał ogrodników – odezwała się Vicky.

– Kiedy był naczelnikiem, mógł zatrudniać więźniów do pracy wokół domu i nie musiał im płacić. Kiedy przeszedł na emeryturę, zostawił wszystko, żeby leżało odłogiem.

Główny budynek został wzniesiony w 1567 roku z miejscowego granitu, miał dach z łupku, a wszystko pokrywał gąszcz rdzawoczerwonego bluszczu. W siedemnastym i dziewiętnastym wieku dobudowano dwie granitowe stodoły, co nadało dziedzińcowi jeszcze bardziej zamknięty wygląd. Rob podniósł wzrok na okno swojej dawnej sypialni. Sprawiało wrażenie mniejszego, ciemniejszego i bardziej tajemniczego, niż pamiętał. Miewał kiedyś koszmary, że pod jego łóżkiem śpi inny chłopiec, i teraz zastanawiał się, czy ten chłopiec nadal tam jest.

– Chce mi się pić – powiedział Timmy.

– Timmy, na miłość boską, ciągle coś ci jest! Jak nie chce ci się pić, to jeść. Jak nie jesteś głodny, to zmęczony. Jak nie jesteś zmęczony, to ci się nudzi.

– Och, zostaw biedaka w spokoju – wtrąciła się Vicky. – Dobrze, skarbie, zaraz ci coś znajdziemy. Dziadek na pewno miał w domu coś, co się nadaje do picia.

– Poza szkocką? – mruknął Rob. – Szczerze wątpię.

Kiedy podeszli do ganku, dębowe drzwi się otworzyły i stanął w nich Martin, a tuż za nim jego żona Katharine.

– Aha! Więc jednak przypomniałeś sobie, gdzie stoi stare domiszcze! – zadudnił Martin.

Był kilka centymetrów wyższy od Roba i potężniejszy, miał kręcone włosy, przedwcześnie posiwiałe jak na czterdziestoczteroletniego mężczyznę, policzki czerstwe i rumiane jak ojciec i takie same jasne, cytrynowe oczy. Na przyjazd tutaj włożył bordowy sweter w warkocze; wyglądał w nim jak mieszczuch, który uważa, że tak się ubierają ludzie na wsi.

 

Katharine była drobną, chudą farbowaną blondynką z włosami obciętymi na boba, z przodu dłuższymi, z tyłu krótszymi. Można by ją uznać za ładną, gdyby nie wiecznie skwaszony wyraz twarzy i surowo ściągnięte usta. Miała na sobie beżowy zapinany sweter Burberry, który, jak się domyślała Vicky, musiał kosztować co najmniej siedemset funtów.

– Nie, zupełnie zapomniałem – odparł Rob. – Po to mamy nawigację, prawda? Żeby człowiek nie musiał pamiętać, gdzie spędził nieszczęśliwe dzieciństwo.

Doskonale zdawał sobie sprawę, że uwaga Martina była uszczypliwym komentarzem do tego, że nie odwiedził ojca w Sampford Spiney ani razu od pogrzebu matki.

Martin wyszedł i niezręcznie uściskał brata. Bił od niego cierpki zapach dymu z kominka i drogiej wody po goleniu.

– Jak tam nasz rodzinny artycha? Zarobiłeś już jakieś pieniądze?

– Kilka groszy tu i tam. Robię animacje dla Aardmana i tańczące leprechauny dla Tourism Ireland. A jak tam życie w wielkim mieście?

– Rzekłbym, że nieprzyzwoicie dochodowe, ale to byłoby łagodnie powiedziane.

Katharine i Vicky wymieniły tylko powściągliwe, grzeczne uśmiechy.

– Wejdziemy do środka? – spytała Vicky. – Okropnie tu zimno, a Timmy’emu chce się pić.

– Ależ naturalnie, wchodźcie. Właśnie napaliłem w salonie. Prawniczka taty, jak jej tam… powinna być za jakieś pół godziny. A Gracey powiedziała, że przyjedzie koło jedenastej. Złapie taksówkę z Tiverton.

Weszli do holu. Dębowa boazeria na ścianach była prawie czekoladowego koloru, na granitowej podłodze leżał wytarty czerwony chodnik; to na niego patrzył Herbert Russell, kiedy jego serce przestawało bić.

Martin podszedł do schodów.

– Zdaje się, że znaleźli go w tym miejscu. Miał wgniecenie w czaszce, ale nie wiedzą jeszcze, jak to się stało. Może napadł go złodziej, a może walnął głową o poręcz, kiedy spadał ze schodów.

– Martin – upomniała go Vicky. – Nie przy Timmym.

– O, Timmy na pewno słyszał już gorsze rzeczy, prawda, stary? Grasz w Fortnite?

– Martin, on ma dopiero pięć lat. Na razie poprzestaje na Super Mario.

Martin zaprowadził ich do salonu. Panował tu wieczny półmrok, ponieważ okna z szybkami w kształcie rombów przepuszczały mało światła. Większość mebli z brokatową tapicerką i spiralnie toczonymi nogami pochodziła z siedemnastego wieku, a przy kominku stał fotel uszak, w którym zwykle przesiadywał ojciec. Ich mama Florence nazywała go „tronem Herberta”. Kominek był olbrzymi niczym granitowy most, z wielkim rusztem z kutego żelaza, na którym zmieściłoby się pokaźnych rozmiarów prosię. Martin ułożył na nim trzy jesionowe polana, pod którymi głośno trzaskała rozpałka.

Rob rozejrzał się po pokoju. Na ścianach wisiały te same malowidła – ponure krajobrazy z zachmurzonym niebem, przedstawiające Dartmoor i Walkham Valley. Jedno z nich zawsze budziło u Roba bardzo nieprzyjemne odczucia. W środku ciemnego zagajnika stało dwadzieścia lub trzydzieści postaci, wszystkie w białych szatach ze spiczastymi kapturami, jakby zebrały się na jakąś pogańską mszę i czekały na nadejście Szatana.

– Zobaczmy, czy w kuchni znajdzie się coś do picia – powiedziała Vicky i wyprowadziła Timmy’ego przez drzwi po lewej stronie kominka.

Martin, energicznie zacierając ręce, zasiadł na tronie Herberta, a Katharine niczym pustułka przycupnęła na podłokietniku fotela.

Po drugiej stronie kominka Rob z lekkim roztargnieniem obserwował tlącą się rozpałkę. Obiecał sobie, że nie da się Martinowi wyprowadzić z równowagi, ale nie było to proste. Wszystko, co brat mówił i robił, działało mu na nerwy, nawet to, że zakładając nogę na nogę, odsłaniał żółte skarpetki.

– Trochę za wcześnie na drinka – stwierdził Martin. – Ale potem możemy wpaść do Royal Oak w Meavy, jeśli macie ochotę.

– Najpierw załatwmy sprawę domu, dobrze? Jak myślisz, ile warte jest teraz Allhallows?

– Och, myślę, że niewiele więcej niż półtora miliona. Oczywiście przy założeniu, że wystawimy go na sprzedaż. Tata nie dostał zgody na modernizację. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy: to kompletne zadupie.

– Czemu mielibyśmy nie wystawić go na sprzedaż?

– Po pierwsze, któreś z nas może chcieć tu zamieszkać.

– Ja i Vicky na pewno nie. I nie mów mi, że wy bierzecie to pod uwagę. Nie dalibyście rady dojeżdżać stąd do Londynu, a Petulia nadal chodzi do szkoły w Tormead, prawda?

– Może Grace by chciała. Kto wie?

– Czemu Grace miałaby chcieć mieszkać w domu z ośmioma sypialniami i półtorahektarowym terenem do utrzymania? A ona i Portia raczej nie będą mieć dzieci.

– Mogą adoptować. Wiele homoseksualnych par tak robi.

– Martin, zejdź na ziemię. Adoptują siedmioro dzieci? Poza tym nie wyobrażam sobie, żeby Portia chciała rzucić pracę… nie pamiętam, kim ona tam jest. Führerem do spraw równouprawnienia płci w radzie Islington, coś w tym rodzaju.

– Mimo wszystko szkoda byłoby go sprzedać. Takie zabytkowe domy są zawsze dobrą lokatą. Moglibyśmy go wynajmować.

– Bardzo możliwe. Tylko że utrzymanie go kosztowałoby prawdopodobnie więcej niż jakikolwiek zysk z wynajmu. Musielibyśmy zamontować alarm przeciwpożarowy, ognioodporne drzwi i Bóg wie co jeszcze. A nie wyobrażam sobie, kto, na miłość boską, mógłby go chcieć wynająć.

Do salonu wróciła Vicky.

– Znalazłam dla Timmy’ego tonik w lodówce. Poszedł teraz zwiedzać dom.

– Martin uważa, że Allhallows jest warte ponad półtora miliona – oznajmił Rob.

– Tylko tyle? No cóż, chyba i tak nie możecie narzekać. Dostaniecie po pięćset tysięcy na głowę.

– Chwileczkę, poczekajcie, jeszcze nie widzieliśmy testamentu taty – wtrącił Martin.

– Na pewno podzielił majątek równo między waszą trójkę.

– Tego jeszcze nie wiemy, prawda? Gracey zawsze była jego oczkiem w głowie.

Rob chciał powiedzieć, że owszem, Herbert zawsze bardzo hołubił Grace, ale nie ukrywał też, że przedkładał Martina nad Roba. Może dlatego, że Martin odziedziczył jego byczą posturę i wybrał coś, co ojciec uważał za „praktyczny zawód”: karierę na rynku finansów. Okazywał niewiele zrozumienia dla sztuki, a rysunki i obrazy Roba zbywał jako „gryzmoły i bazgraninę”. „Nawet van Gogh był za życia nędzarzem”.

Jednak Rob zawsze kojarzył to faworyzowanie Martina z zażartą kłótnią, którą podsłuchał z okna swojego pokoju, kiedy miał trzynaście lat. Ojciec krzyczał na mamę: „No jasne, że nie jest do mnie podobny! I oboje wiemy dlaczego!”.

Nigdy nie ośmielił się zapytać mamy, co ojciec miał na myśli.