Projekt «Rosie»Tekst

Z serii: Don Tillman #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Projekt «Rosie»
Projekt «Rosie»
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 58  46,40 
Projekt «Rosie»
Projekt «Rosie»
Projekt «Rosie»
Audiobook
Czyta Borys Szyc
29 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

GRAEME SIMSION

PROJEKT „ROSIE”

Przełożył

Maciej Potulny


Tytuł oryginału: THE ROSIE PROJECT

Projekt logotypu Gorzka Czekolada: DOROTA WĄTKOWSKA

Projekt graficzny serii: ANDRZEJ KOMENDZIŃSKI

Projekt okładki: WH Chong

Copyright © 2013 by Graeme Simsion.

By arrangement with the author. All rights reserved. First published by The Text Publishing Company Australia

Copyright © 2013 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki

– z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych

– możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I elektroniczne

ISBN 978-83-7278-807-8

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

www.mediarodzina.pl mediarodzina@mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Dedykacja

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Podziękowania

Dla Roda i Lynette

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

Zdaje się, że znalazłem rozwiązanie problemu matrymonialnego. Jak zwykle w przypadku przełomowych odkryć, odpowiedź jest oczywista, kiedy spojrzymy na nią z dystansu. Jednak gdyby nie seria nieprzewidzianych czynników, prawdopodobnie nie wpadłbym na jej trop.

Sekwencja zdarzeń została zainicjowana przez Gene’a, który nalegał, żebym wystąpił z prelekcją na temat zespołu Aspergera, chociaż wcześniej sam zgodził się ją wygłosić. Termin był niezwykle irytujący. Mogłem skoordynować przygotowania z konsumpcją lunchu, ale mój harmonogram na ten wieczór przewidywał dziewięćdziesiąt cztery minuty na sprzątanie łazienki. Miałem więc do wyboru trzy opcje, wszystkie obarczone defektami.

1. Posprzątam łazienkę po prelekcji, niestety kosztem snu, co się przełoży na obniżenie mojej kondycji fizycznej i umysłowej.

2. Przesunę sprzątanie na następny wtorek, narażając łazienkę na ośmiodniową degradację higieny, a siebie na ryzyko infekcji.

3. Odmówię Gene’owi i nadszarpnę naszą przyjaźń.

Przedstawiłem mu swój dylemat, a on jak zwykle zaprezentował alternatywną propozycję:

– Don, załatwię ci kogoś do tej łazienki.

Wyjaśniłem mu – nie po raz pierwszy zresztą – że wszystkie sprzątaczki oprócz pewnej Węgierki w minispódniczce popełniały błędy. Ta w mini, która była też gosposią Gene’a, nagle zniknęła z pola widzenia, bo między Gene’em i Claudią wybuchł jakiś konflikt.

– Dam ci numer telefonu Evy. Tylko nie powołuj się na mnie.

– A jeśli zapyta? Co mam powiedzieć?

Czasami ludzie stawiają żądania niemożliwe do spełnienia.

– Że dzwonisz do niej, bo jest jedyną porządną gosposią. A gdyby wspomniała o mnie, udawaj, że nie dosłyszałeś.

Oto idealny konsensus, a także ilustracja wysokich umiejętności Gene’a w zakresie interakcji międzyludzkich. Oczywiście Eva ucieszy się, że jej umiejętności zostały docenione, a może nawet wróci na stałe, dzięki czemu zaoszczędzę przeciętnie trzysta szesnaście minut w tygodniowym planie zajęć.

Gene nie mógł wygłosić prelekcji, bo niespodziewanie otworzyła się przed nim perspektywa seksu z chilijską badaczką, która przyleciała do Melbourne na konferencję. Gene realizuje projekt naukowy, który wymaga współżycia z kobietami z szerokiego spektrum narodowości. Jako profesor psychologii jest zafascynowany pociągiem seksualnym wśród ludzi – cechą uwarunkowaną genetycznie, jak sądzi.

Ten pogląd jest spójny z jego wykształceniem – Gene jest genetykiem. Sześćdziesiąt osiem dni po zatrudnieniu mnie do badań podoktoranckich awansował na dziekana wydziału psychologicznego. Była to bardzo kontrowersyjna nominacja, mająca zapewnić uniwersytetowi prymat w dziedzinie psychologii ewolucyjnej oraz poprawić wizerunek uczelni.

Kiedy pracowaliśmy razem na wydziale genetyki, prowadziliśmy wiele ciekawych dyskusji, których nie zaprzestaliśmy po jego zmianie stanowiska. Już sam ten fakt wystarczyłby, żeby nasza znajomość była dla mnie satysfakcjonująca. Tymczasem Gene zaprosił mnie na obiad do domu i poddał różnym przyjacielskim rytuałom, które sprawiły, że nasze stosunki noszą znamiona przyjaźni. Jego żona Claudia, psycholog kliniczny, też została moją przyjaciółką. To znaczy, że bilans wynosi dwoje.

Gene i Claudia usiłowali wspierać moje próby rozstrzygnięcia problemu matrymonialnego. Niestety, ich metody nie różniły się od tych, które w przeszłości nie przyniosły oczekiwanego rezultatu i które odrzuciłem, uważając, że prawdopodobieństwo sukcesu nie usprawiedliwia włożonego wysiłku ani negatywnych doświadczeń. Skończyłem trzydzieści dziewięć lat, jestem inteligentnym, sprawnym fizycznie kawalerem, cieszę się doskonałym zdrowiem i całkiem wysokim statusem społecznym, a jako profesor nadzwyczajny otrzymuję pensję powyżej średniej krajowej. Według kanonów logiki powinienem być atrakcyjnym kandydatem dla wielu osobników płci żeńskiej. W królestwie zwierząt miałbym istotny potencjał reprodukcyjny.

Niestety, jeden z moich atrybutów zniechęca kobiety. Nigdy nie było mi łatwo się spoufalać i wygląda na to, że braki leżące u podłoża tej cechy wpłynęły także na próby nawiązania relacji intymnych. Dobrym przykładem może być katastrofa z lodami morelowymi w tle.

Claudia zaaranżowała dla mnie spotkanie z jedną ze swoich przyjaciółek. Elizabeth była informatyczką o wielkiej inteligencji i krótkim wzroku, który skutecznie korygowała za pomocą okularów. Wspominam o okularach dlatego, że Claudia pokazała mi jej zdjęcie i zapytała, czy ten fakt mi nie przeszkadza. Niebywałe! Cóż za zaskakujące pytanie z ust psychologa! Oceniając użyteczność Elizabeth jako partnerki, z którą przyjdzie mi dzielić zainteresowania, która miałaby zapewnić stymulację mojemu intelektowi i stanowić potencjalną kandydatkę do procesu rozmnażania, Claudia przede wszystkim martwiła się, jak zareaguję na oprawki okularów, chociaż Elizabeth zapewne nie wybrała ich sama, lecz kierowała się sugestią optyka. I jak tu żyć w takim świecie?

 

– Elizabeth jest bardzo stanowcza – powiedziała takim tonem, jakby stanowczość była wadą.

– Czy to postawa oparta na przesłankach empirycznych? – zapytałem z oczywistych powodów.

– Chyba tak – odparła Claudia.

Doskonale. Równie dobrze mogłaby to powiedzieć o mnie.

Spotkaliśmy się w tajskiej restauracji. Restauracje to prawdziwe pola minowe dla dyletantów w domenie stosunków społecznych, więc byłem zdenerwowany jak zwykle w takich sytuacjach. Jednak wszystko zaczęło się znakomicie, ponieważ obydwoje dotarliśmy na miejsce punktualnie o siódmej wieczorem, czyli zgodnie z planem. Brak synchronizacji to karygodne marnotrawienie czasu.

Jakoś przebrnęliśmy przez posiłek bez żadnych krytycznych uwag pod moim adresem. Trudno jest prowadzić dysputę, kiedy cały czas zastanawiasz się, czy patrzysz na właściwą część ciała rozmówcy, ale za radą Gene’a skupiłem wzrok na oczach Elizabeth za szkłami okularów. W rezultacie brakowało mi precyzji podczas procedury podawania jedzenia do ust, ale zdawało się, że Elizabeth nie zwraca na to uwagi. Wręcz przeciwnie – odbyliśmy wielce owocną dyskusję o algorytmach symulacji. Elizabeth okazała się naprawdę ciekawą osobą! Od razu zacząłem rozważać możliwość stałego związku.

Kiedy kelner przyniósł kartę deserów, Elizabeth powiedziała:

– Nie lubię orientalnych słodyczy.

Niemal na pewno było to jedynie błędne założenie oparte na niedostatecznej liczbie testów i możliwe, że powinienem je uznać za sygnał ostrzegawczy. Jednak dało mi sposobność sformułowania nieszablonowej propozycji:

– Moglibyśmy pójść na lody do kawiarni naprzeciwko.

– Świetny pomysł, o ile mają morelowe.

Oceniłem, że do tej pory radzę sobie całkiem dobrze, i nie spodziewałem się, że preferencje smakowe mogą wszystko skomplikować. Niestety to był błąd. Lodziarnia oferowała szeroki wachlarz lodów w różnych smakach, ale akurat wyczerpał się zapas morelowych. Zamówiłem dwie gałki – czekoladową z chilli i lukrecjową – i poprosiłem Elizabeth, żeby określiła zamiennik dla siebie.

– Nie. Jeśli nie mają morelowych, to dziękuję.

Nie mogłem w to uwierzyć! Wszystkie lody smakują w zasadzie tak samo. Przyczyną tego fenomenu – szczególnie wyraźnego w przypadku lodów owocowych – jest wyziębienie kubków smakowych. Zaproponowałem mango.

– Nie, dziękuję. Naprawdę nie trzeba.

Korzystając z okazji, dosyć szczegółowo opisałem fizjologiczny mechanizm wyziębienia kubków smakowych. Postawiłem tezę, że jeżeli zakupię lody o smaku mango i brzoskwiniowym, to nie będzie w stanie poczuć różnicy. Ditto obu można użyć jako ekwiwalentu lodów morelowych.

– Wykluczone – powiedziała Elizabeth. – To zupełnie inne smaki. Jeśli nie czujesz różnicy, to twój problem.

Mieliśmy więc przed sobą dylemat, który można by łatwo rozwikłać za pomocą prostego eksperymentu. Wyjaśniłem to i zamówiłem najmniejszą jednostkę lodów o smaku mango oraz najmniejszą jednostkę brzoskwiniowych. Jednak kiedy ekspedientka je przygotowała, a ja odwróciłem się, żeby poprosić moją partnerkę o zamknięcie oczu dla dobra nauki, już jej nie było. Tyle zatem były warte „przesłanki empiryczne” Elizabeth i jej niby-naukowy tytuł.

Później Claudia pouczyła mnie, że trzeba było zaniechać eksperymentu, zanim Elizabeth postanowiła odejść. To oczywiste. Ale w którym momencie? Co było sygnałem alarmowym? Właśnie takich detali nie potrafię zauważyć. Wszakże nie rozumiem też, dlaczego zdolność odczytywania niejasnych komunikatów dotyczących smaku lodów miałaby decydować o tym, czy ktoś się nadaje na partnera życiowego. Chyba słusznie zakładam, że niektóre kobiety nie mają takich wymagań. Niestety, proces poszukiwań, który wymaga poświęcenia każdej kandydatce całego wieczoru, jest wysoce nieefektywny. Morelowa katastrofa kosztowała mnie dużo czasu, a zysk ograniczył się do kilku ciekawostek o algorytmach symulacji.

Dzięki komunikacji bezprzewodowej w stołówce przy bibliotece medycznej wystarczyły mi dwie przerwy na lunch, żeby zebrać materiały i przygotować wykład, nie zaniedbując dostarczenia organizmowi substancji odżywczych. Do tej pory nie interesowałem się zaburzeniami ze spektrum autystycznego, bo wykraczały poza moją specjalizację. Temat prelekcji mnie zafascynował.

Jako genetyk uznałem, że słusznie będzie się skupić na aspektach genetycznych zespołu Aspergera, z którymi wcześniej moi słuchacze mogli nie mieć do czynienia. Większość chorób ma podłoże w naszym DNA, chociaż w wielu wypadkach to źródło wciąż czeka na odkrycie. Moja praca dotyczy przede wszystkim marskości wątroby. Duża część mojej praktyki zawodowej polega na upijaniu myszy.

Oczywiście książki opisują objawy zespołu Aspergera. Sformułowałem doraźny wniosek, że większość z nich to po prostu różnice w funkcjonowaniu mózgu niewłaściwie zidentyfikowane jako problem medyczny, bo nie mieszczą się w sztucznych normach społecznych, które odzwierciedlają najpospolitsze relacje międzyludzkie zamiast ich spektrum.

Prelekcję zaplanowano na godzinę siódmą wieczorem w jednej z podmiejskich szkół. Oszacowałem, że dojazd rowerem zajmie dwanaście minut, więc dodałem jeszcze trzy na uruchomienie komputera i podłączenie projektora.

Dotarłem na miejsce zgodnie z planem o szóstej pięćdziesiąt siedem. Dwadzieścia siedem minut wcześniej wpuściłem do mieszkania Evę, gosposię w minispódniczce. W sali zgromadziło się circa dwadzieścia pięć osób, ale od razu zidentyfikowałem organizatorkę wykładu, Julie. Pomógł mi opis dostarczony przez Gene’a: „cycata blondyna”. Dla ścisłości dodam, że parametry jej biustu mieściły się w ramach standardowej anomalii – odchylenia o półtora raza od średniego współczynnika masy ciała – i trudno było to uznać za cechę charakterystyczną. Chodziło raczej o spiętrzenie i ekspozycję tej części ciała za sprawą stroju, którego wybór zdawał się usprawiedliwiony względami praktycznymi, jeśli wziąć pod uwagę, że na dworze panował styczniowy upał.

Chyba za dużo czasu poświęciłem weryfikacji tożsamości tej osoby, bo dziwnie na mnie popatrzyła.

– Julie to pani? – zapytałem.

– Czym mogę służyć? – odparła.

Doskonale. Rzeczowe podejście.

– Proszę mi wskazać przewód VGA.

– Och, pan to na pewno profesor Tillman. Cieszę się, że pan do nas dotarł.

Kobieta wyciągnęła rękę, ale zbyłem ją stanowczym gestem.

– Kabel VGA. Proszę. Jest szósta pięćdziesiąt osiem.

– Spokojnie – powiedziała Julie. – Nigdy nie zaczynamy przed siódmą piętnaście. Napije się pan kawy?

Dlaczego ludzie tak nisko cenią czas innych osób? Już wiedziałem, że nie unikniemy pogaduszki, a mogłem zostać w domu kwadrans dłużej i poćwiczyć aikido.

Byłem skoncentrowany na Julie i ekranie z przodu sali. Teraz rozejrzałem się dookoła. Szybkie oględziny pomieszczenia uświadomiły mi, że do tej pory nie zauważyłem dziewiętnastu osób siedzących przy stołach. Były to dzieci, głównie rodzaju męskiego. Domyśliłem się, że są ofiarami zespołu Aspergera. Niemal cała literatura na temat tej przypadłości dotyczy małoletnich.

Pomimo swojego schorzenia o wiele lepiej wykorzystywali czas niż ich rodzice, którzy zajmowali się czczą paplaniną. Prawie wszyscy używali przenośnych urządzeń elektronicznych. Oceniłem ich wiek na osiem do trzynastu lat. Miałem nadzieję, że uważali na lekcjach przedmiotów ścisłych, bo przygotowując materiały, założyłem, że będą dysponowali wiedzą praktyczną z zakresu chemii organicznej i struktury DNA.

Nagle zorientowałem się, że pozostawiłem bez odpowiedzi pytanie o kawę.

– Nie – powiedziałem.

Niestety, z powodu przerwy w komunikacji Julie zapomniała o swojej propozycji.

– Nie będę pił kawy – wyjaśniłem. – Nigdy nie piję kawy po trzeciej czterdzieści osiem, bo to zakłóca sen. Czas połowicznego rozpadu kofeiny w organizmie wynosi od trzech do czterech godzin, więc serwowanie kawy o siódmej wieczorem to lekkomyślność, chyba że dana osoba nie zamierza spać co najmniej do północy. Jeżeli jednak wykonuje tradycyjną pracę, to takie postępowanie prowadzi do niedoboru snu.

Próbowałem spożytkować czas oczekiwania, udzielając Julie praktycznych rad, ale ona wyraźnie wolała rozmawiać o błahostkach.

– U Gene’a wszystko w porządku? – zapytała.

Był to oczywiście jeden z wariantów najpospolitszego paradygmatu interakcjonistycznego: „Co słychać?”.

– Dziękuję, dobrze się czuje – odparłem, nadając konwencjonalnej wypowiedzi formę osoby trzeciej.

– Och, myślałam, że jest chory.

– Gene cieszy się doskonałym zdrowiem, jeśli nie liczyć nadwagi. Dzisiaj rano uprawialiśmy jogging. Umówił się na wieczorną schadzkę, więc musiałby ją odwołać, gdyby się rozchorował.

Julie przyjęła moje wyjaśnienia z obojętną miną. Później, rozważywszy tę interakcję z perspektywy czasu, zrozumiałem, że Gene zapewne podał fałszywy powód swojej nieobecności. Prawdopodobnie zrobił to, żeby oszczędzić Julie wrażenia, że jej wykład jest dla niego mało istotny (co oczywiście było prawdą), i usprawiedliwić oddelegowanie mniej prestiżowego prelegenta na swoje zastępstwo. Analiza tak zawiłej sytuacji – wymagającej doboru wiarygodnego kłamstwa, żeby złagodzić reakcję emocjonalną rozmówcy, i to pod presją czasu, ponieważ interlokutor czeka na odpowiedź – jest niemal niemożliwa. Tymczasem niektórzy oczekują od ciebie właśnie takich cudów.

Wreszcie podłączyłem komputer i mogliśmy zacząć. Z osiemnastominutowym opóźnieniem! Żeby zmieścić się w wyznaczonym czasie, czyli do ósmej, musiałbym mówić o czterdzieści trzy procent szybciej. Takie osiągi są niemożliwe. Wiedziałem, że skończymy później, a mój wieczorny rozkład zajęć legnie w gruzach.

2

Zatytułowałem swoją prelekcję: Genetyczne prognostyki zaburzeń ze spektrum autystycznego i przygotowałem naprawdę znakomite diagramy przedstawiające strukturę DNA. Moje wystąpienie trwało dopiero dziewięć minut – mówiłem nieco szybciej niż zwykle, chcąc nadrobić stracony czas – kiedy Julie mi przerwała.

– Profesorze Tillman, większość z nas nie jest naukowcami. Może spróbowałby pan używać mniej hermetycznego języka?

Takie reakcje są nieprawdopodobnie irytujące. Ludzie godzinami rozwodzą się nad domniemanymi cechami charakteru osób spod znaku Bliźniąt czy Byka albo pięć dni pod rząd oglądają mecz krykieta, a nie potrafią poświęcić czasu ani uwagi na przyswojenie podstawowej wiedzy o materii, z której są skonstruowani.

Prowadziłem zatem wykład tak, jak zaplanowałem. Już było za późno na zmiany, zresztą część audytorium na pewno znała się na rzeczy w stopniu umożliwiającym zrozumienie.

Miałem rację. Jeden ze słuchaczy podniósł rękę. Interpelant był mniej więcej dwunastoletnim osobnikiem rodzaju męskiego.

– Zakłada pan, że nie mamy do czynienia z pojedynczym znacznikiem genetycznym, lecz raczej z sumarycznym oddziaływaniem grupy genów, których eksterioryzacja wynika z indywidualnego fenotypu? Może pan to potwierdzić?

W stu procentach!

– Istotnie. Jest to sytuacja analogiczna do zaburzeń afektywnych dwubiegunowych, które...

Nie dokończyłem, bo Julie znowu przerwała moją wypowiedź.

– Przetłumaczę słowa profesora Tillmana dla tych, którzy nie urodzili się geniuszami. Chyba chodzi o to, że zespołem Aspergera nie można się zarazić. To niczyja wina, że tacy jesteście.

Wstrząsnęło mną użycie słowa „wina”, które wywołało wiele negatywnych skojarzeń, zwłaszcza że wypowiedziała je osoba ciesząca się szacunkiem. Zrewidowałem więc poprzednie zamiary i jednak zrobiłem dygresję. Komentarz Julie sprawił, że zawrzała we mnie złość, i zapewne dlatego użyłem głośniejszego tonu.

– Wina?! Zespołu Aspergera nie wolno rozpatrywać w kategoriach winy. To jedynie wariant, a potencjalnie nawet ważna zaleta. Zespół Aspergera wiąże się z dobrą organizacją, koncentracją, innowacyjnym myśleniem i racjonalnym dystansem wobec rzeczywistości.

Jedna z kobiet w głębi sali podniosła rękę. Całkowicie pochłonięty sporem popełniłem drobne uchybienie towarzyskie, które na szczęście szybko zatuszowałem.

– Proszę grubą... otyłą panią z ostatniego rzędu o zabranie głosu.

Kobieta przez chwilę milczała. Rozejrzała się po sali, ale w końcu zapytała:

 

– Czy „racjonalny dystans wobec rzeczywistości” to eufemizm oznaczający brak emocji?

– Raczej synonim – odparłem. – Emocje bywają przyczyną wielu poważnych problemów.

Stwierdziłem, że warto się posłużyć przykładem ilustrującym, w jaki sposób emocjonalne reakcje mogą doprowadzić do katastrofy.

– Proszę sobie wyobrazić, że ukrywają się państwo w piwnicy. Wróg poszukuje państwa i państwa przyjaciół. Wszyscy muszą zachować absolutną ciszę, ale nagle państwa dziecko zaczyna płakać. – Dokonałem prezentacji, jak zrobiłby to Gene, żeby uwiarygodnić tę scenę: – Aaaaa! – Zrobiłem dramatyczną pauzę. – Macie przy sobie broń.

Kilka rąk uniosło się w górę. Julie gwałtownie wstała, a ja mówiłem dalej:

– Z tłumikiem. Zbliżają się. Zabiją wszystkich. Co państwo zrobią? Dziecko wciąż płacze...

Dzieciaki nie mogły się doczekać, żeby udzielić odpowiedzi. Jeden z nich zawołał:

– Zastrzelić dziecko!

Po chwili już wszyscy się przekrzykiwali:

– Zastrzelić dziecko! Zastrzelić!

Chłopiec, który przedtem zapytał mnie o kwestie genetyczne, zaproponował:

– Zastrzelić wrogów.

– Wciągnąć ich w zasadzkę – dodał inny.

Pojawiły się kolejne propozycje:

– Użyć małego jako przynęty.

– Ile mamy broni?

– Zasłonić mu usta.

– Jak długo wytrzyma bez oddychania?

Zgodnie z moimi oczekiwaniami jedynymi autorami pomysłów byli „cierpiący” na zespół Aspergera. Ich rodzice nie zaproponowali żadnych konstruktywnych rozwiązań. Niektórzy nawet próbowali poskromić twórczą inicjatywę swoich dzieci. W końcu uniosłem ręce.

– Wystarczy. Doskonale. Racjonalne rozwiązania zostały przedstawione jedynie przez aspich. Wszystkich innych sparaliżowały emocje.

– Aspi górą! – krzyknął jeden z chłopców.

Odnotowałem obecność tego skrótu w literaturze, ale widocznie te dzieciaki słyszały go po raz pierwszy. Chyba im się spodobał, bo po chwili wszystkie stały na krzesłach i stołach, rytmicznie unosząc pięści, i wykrzykiwały chórem:

– Aspi górą!

Z opracowań naukowych wynika, że dzieciom z zespołem Aspergera często brakuje pewności siebie w sytuacjach społecznych. Pomyślny wynik mojego eksperymentu podziałał jak doraźna kuracja, ale wśród rodziców znowu przeważyły reakcje negatywne – zaczęli krzyczeć na dzieci, a niektórzy nawet próbowali ściągnąć je ze stołów na ziemię. Wyraźnie ważniejsze dla nich było przywiązanie do konwencji społecznych niż postępy, których dokonało ich potomstwo.

Byłem przekonany, że skutecznie zrealizowałem swój cel, Julie zaś nie nalegała, żebyśmy dalej omawiali zagadnienia genetyczne. Odniosłem wrażenie, że rodzice oddali się analizie nowych umiejętności, których nauczyły się ich dzieci, i wyszli, nie nawiązując ze mną dalszych interakcji. Była dopiero siódma czterdzieści trzy. Doskonały wynik.

Kiedy pakowałem laptopa do torby, Julie wybuchnęła śmiechem.

– O mój Boże – powiedziała. – Muszę się napić.

Nie byłem pewien, dlaczego podzieliła się tą informacją z kimś, kogo znała dopiero od czterdziestu sześciu minut. Ja też zamierzałem spożyć pewną ilość alkoholu po powrocie do domu, ale nie widziałem powodu, żeby powiadamiać o tym Julie.

– Wie pan co? – kontynuowała. – Nigdy nie używamy słowa aspi. Nie chcemy, żeby czuli się jak członkowie jakiegoś wyjątkowego klubu.

Był to kolejny przykład negatywnego myślenia u osoby, której płacono za to, żeby służyła radą i zachętą.

– Jak ktoś w rodzaju homoseksualistów? – zapytałem.

– Trafił pan w dziesiątkę – potaknęła Julie. – Ale w ich przypadku chodzi o coś innego. Jeżeli się nie zmienią, nie nawiążą normalnych relacji. Nie znajdą partnerów życiowych. – Posłużyła się rozsądnym argumentem. Doskonale ją rozumiałem, bo sam miałem pewne problemy w tej sferze aktywności, ale Julie już zmieniła temat: – Sądzi pan, że oni pewne rzeczy... praktyczne rzeczy... potrafią robić lepiej niż... nie-aspi? Oczywiście nie mówię o zabijaniu niemowląt.

– Jak najbardziej. – Zastanowiło mnie, dlaczego osoba zajmująca się edukacją ludzi obdarzonych nietypowymi przymiotami nie zdaje sobie sprawy z zalet i wartości rynkowej tych cech. – Pewna duńska firma zatrudnia aspich do testów oprogramowania komputerowego.

– Nie wiedziałam. Przedstawia pan te sprawy w całkiem nowym świetle. – Popatrzyła na mnie przez chwilę. – Ma pan czas na drinka?

Oparła dłoń na moim ramieniu. Odruchowo się odsunąłem. Cóż za niewłaściwy rodzaj kontaktu! Gdybym to ja wykonał taki gest wobec jakiejś kobiety, niemal na pewno miałbym kłopoty – niewątpliwie złożyłaby skargę do dziekana na molestowanie seksualne, co miałoby zgubny wpływ na moją karierę zawodową. Julie oczywiście była bezkarna – nikt nie miał zamiaru jej krytykować.

– Niestety, mój plan przewiduje inne zajęcia.

– Nie ma w nim miejsca na elastyczność?

– Wykluczone.

Udało mi się nadrobić stracony czas i nie zamierzałem znowu wprowadzać chaosu w naturalny porządek spraw.

Zanim poznałem Gene’a i Claudię, miałem dwoje innych przyjaciół, a właściwie dwie przyjaciółki. Pierwszą była moja starsza siostra. Uczyła matematyki, ale nie interesowały jej najnowsze osiągnięcia w tej dziedzinie. Mieszkała niedaleko i odwiedzała mnie dwa razy w tygodniu, czasami bez uprzedzenia. Jedliśmy razem i dyskutowaliśmy o trywialnych sprawach, takich jak losy naszych krewnych lub stosunki towarzyskie z kolegami z pracy. Raz w miesiącu jechaliśmy do Shepparton na niedzielny obiad do rodziców i brata. Moja siostra była niezamężna, prawdopodobnie z powodu swojej nieśmiałości i braku konwencjonalnie pojętej urody. Przez rażącą, niewybaczalną nieudolność lekarzy już nie żyje.

Drugą przyjaciółką była Daphne. Okres naszej przyjaźni częściowo pokrywa się z moją znajomością z Gene’em i Claudią. Kiedy jej mąż w wyniku demencji znalazł się w placówce opiekuńczej, wprowadziła się do mieszkania sąsiadującego w płaszczyźnie pionowej z moim. Cierpiała na schorzenie kolan skojarzone z otyłością, co ograniczało jej funkcje ruchowe do zaledwie kilku kroków, ale była bardzo inteligentna, więc zacząłem jej składać regularne wizyty. Nie miała żadnych kwalifikacji formalnych – całe życie pełniła tradycyjne funkcje domowe. Uważałem to za naganne zmarnowanie talentu, zwłaszcza że jej potomstwo nie odwzajemniało troski. Interesowała ją moja praca, więc zainicjowaliśmy projekt „Kurs genetyki dla Daphne”, który zafascynował nas oboje.

Zaczęła systematycznie jadać u mnie, ponieważ gotowanie jednej kolacji dla dwóch osób zamiast dwóch odrębnych posiłków pozwalało na zauważalne oszczędności. Co niedziela o godzinie piętnastej odwiedzaliśmy jej męża w domu opieki, oddalonym o siedem kilometrów i trzysta metrów. W obie strony pokonywaliśmy tę odległość pieszo, a spacer, podczas którego pchałem wózek inwalidzki, był znakomitą okazją do konwersacji na temat genetyki. Studiowałem prace naukowe, podczas gdy Daphne rozmawiała z mężem, którego aktualne zdolności percepcyjne trudno było ocenić, ale zdecydowanie były niskie.

Imię Daphne było tożsame z łacińską nazwą wawrzynka – rośliny kwitnącej w dniu jej urodzin, dwudziestego ósmego sierpnia. Co roku z tej okazji mąż dawał jej bukiet wawrzynków, a ona uważała, że to niezwykle romantyczna czynność. Pewnego dnia wyraziła żal, że nadchodzące urodziny będą pierwszymi od pięćdziesięciu sześciu lat, kiedy nie dojdzie do tego symbolicznego aktu. Rozwiązanie problemu było oczywiste – w siedemdziesiątą ósmą rocznicę urodzin Daphne przywiozłem ją na wózku do mojego mieszkania, uprzednio zakupiwszy dla niej pewną ilość wawrzynków.

Daphne od razu rozpoznała ich zapach i zaczęła płakać. Obawiałem się, że popełniłem koszmarną gafę, ale Daphne wyjaśniła, że jej łzy są symptomem szczęścia. Ciasto czekoladowe, które dla niej upiekłem, też zrobiło na niej wrażenie, ale nieco mniejsze.

Podczas posiłku złożyła niezwykłe oświadczenie:

– Don, dla każdej dziewczyny byłbyś wspaniałym mężem.

Była to opinia tak bardzo odległa od moich dotychczasowych nieudanych doświadczeń z płcią żeńską, że zaniemówiłem. Po chwili przystąpiłem do prezentacji stanu faktycznego – omówiłem historię swoich poszukiwań partnerki, począwszy od dziecięcych koncepcji, że kiedyś dorosnę i się ożenię, a skończywszy na rezygnacji z tych wyobrażeń, kiedy materiał doświadczalny wykazał, że nie nadaję się na męża.

Daphne przedstawiła lapidarny kontrargument:

– Każdy ma swoją drugą połowę.

Statystycznie rzecz biorąc, była bliska prawdy. Niestety szansa, że znajdę właściwą osobę, coraz bardziej malała. Jednak ta teza wywołała w moim mózgu burzę niczym problem natury matematycznej, o którym wiadomo, że musi mieć rozwiązanie.

Przez kolejne dwa lata powtarzaliśmy rytuał z kwiatami na urodziny. Rezultaty nie były tak intensywne, jak za pierwszym razem, ale kupowałem dla Daphne również prezenty – książki z zakresu genetyki – a ona zdawała się szczęśliwa. Wyznała, że urodziny zawsze były jej ulubionym dniem w roku. Zdawałem sobie sprawę, że ten pogląd jest dosyć powszechny wśród dzieci – z powodu prezentów – ale nie sądziłem, że spotkam się z nim u osoby dorosłej.

Dziewięćdziesiąt trzy dni po trzeciej kolacji urodzinowej wybraliśmy się do domu opieki. Podczas analizy artykułu, który Daphne przeczytała poprzedniego dnia, okazało się, że zapomniała o kilku istotnych hipotezach. W ciągu minionych tygodni już parę razy zaobserwowałem, że pamięć ją zawodzi, więc od razu przygotowałem ewaluację jej procesów kognitywnych. Moja diagnoza wykazała chorobę Alzheimera.

Zdolności intelektualne Daphne gwałtownie erodowały, uniemożliwiając nam prawidłową konwersację o genetyce. Wciąż jednak jadaliśmy razem i chodziliśmy na spacery do domu opieki. Teraz Daphne mówiła przede wszystkim o swojej przeszłości, a szczególnie o mężu i rodzinie, dzięki czemu mogłem sobie wyrobić ogólną opinię na temat życia małżeńskiego. Nalegała, żebym znalazł kompatybilną partnerkę i doświadczył równie intensywnego szczęścia, jakiego ona doznawała przez całe życie. Moje badania uzupełniające potwierdziły istnienie dowodów na prawdziwość argumentacji Daphne – żonaci mężczyźni są szczęśliwsi i żyją dłużej.

Pewnego dnia Daphne zapytała:

– Kiedy znowu będę miała urodziny?

Zrozumiałem, że straciła orientację w czasie. Postanowiłem posłużyć się kłamstwem, żeby zintensyfikować jej poczucie szczęścia. Jedyny problem stanowiło pozyskanie kwiatów wawrzynka poza sezonem, ale niespodziewanie los się do mnie uśmiechnął. Wiedziałem o dokonaniach pewnego genetyka, który prowadził badania nad sztucznym przedłużaniem okresu kwitnienia roślin dla celów komercyjnych. Naukowiec ten zdołał zaopatrzyć w wawrzynek mojego dostawcę kwiatów, zatem mogłem przeprowadzić symulację kolacji urodzinowej. Powtarzaliśmy tę procedurę za każdym razem, kiedy Daphne pytała o swoje urodziny.