Lista przebojów Adama SharpaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Przed potopem

CZĘŚĆ I

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

CZĘŚĆ II

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Playlista

Podziękowania

Okładka


Tytuł oryginału: The Best of Adam Sharp

Copyright © by Graeme Simsion 2016

By arrangement with the author. All rights reserved. First published by The Text Publishing Company, Australia.

Copyright © for the Polish edition and translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem do reprodukcji w całości lub we fragmencie w jakiejkolwiek formie.

ISBN 978-83-8074-113-3

PROJEKT OKŁADKI: Sylwia Szyrszeń

REDAKCJA: Anna Wawryszuk

KOREKTA: Bogusława Otfinowska

REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA:

Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o.

ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław

www.bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR:

FK Olesiejuk

Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Spółka Jawna

ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01

www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Powieść tę dedykuję – po raz kolejny – mojej żonie Annie, inspiracji, współpracownicy i pierwszej czytelniczce.

Jest to także wyraz szacunku wobec muzyki i muzyków, którzy dali tak wiele mojemu pokoleniu. Jeżeli nie znacie piosenek wymienionych w tekście, posłuchajcie ich podczas lektury. Na końcu powieści znajdziecie ich listę.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Przed potopem

Moje życie przed 15 lutego 2012 roku można porównać do piosenki, na przykład Hey Jude. Prosta melodia na pianino, która przeniosła mnie ze smutnego i żałosnego okresu dojrzewania w o wiele lepsze czasy. Między jednym a drugim było coraz lepiej, lepiej i lepiej – better, better, better! – zanim w moim życiu nastąpiły nadzwyczajne wydarzenia. A potem było już tylko „na na-na na-na-na na”, w kółko i w kółko. Dość przyjemny okres, głównie ze względu na to, że niewiele się podczas niego zmieniło od czasu „lepiej”.

W dniu, który rozpocząłem w mojej dziecięcej sypialni w Manchesterze, zawalonej albumami pełnymi fotografii i płytami, po raz pierwszy przypomniałem sobie o przeszłości.

Szedłem na dworzec szarymi ulicami, w mżawce, wśród przechodniów z postawionymi kołnierzami płaszczy i słuchawkami w uszach. Wszystko to wzbudziło we mnie tęsknotę za przeszłością, za błękitnym letnim niebem na drugim końcu świata, gdzie muzykę z wielkich przenośnych odtwarzaczy potrafił zagłuszyć tylko śmiech swobodnie ubranych bywalców pubu wysypujących się na ulicę.

Trasa mojego spaceru przebiegała obok hotelu Radisson, niegdyś Free Trade Hall. To tutaj 17 maja 1966 roku miało miejsce jedno z najbardziej brzemiennych w skutki wydarzeń w historii muzyki. Niezadowolony fan wrzasnął: „Judasz!” do młodego Boba Dylana, który po przerwie powrócił na scenę z gitarą elektryczną. Artysta odpowiedział na obelgę oszałamiającym wykonaniem Like a Rolling Stone. Na widowni był wówczas mój ojciec i miał okazję zobaczyć na własne oczy, jak powstaje historia.

W dworcowej hali nastolatka w jasnoniebieskim anoraku i czapce przypominającej moją śpiewała Someone Like You, piosenkę Adele, opowiadającą o dniach chwały, smutku i przemijaniu. W innych okolicznościach podziwiałbym po prostu ładną melodię, lecz dzisiaj przypomniała mi ona o innej dziewczynie sprzed dwudziestu dwóch lat i dała asumpt do refleksji, że miłość potrafi przetrwać tylko czasami.

Oparłem się o ścianę naprzeciwko ulicznej śpiewaczki. Kilku spośród podróżnych przechodzących między nami wrzuciło monety do pudła od syntezatora. Dziewczyna śpiewała bez mikrofonu, licząc na to, że zamknięta przestrzeń dworcowej hali zadziała jak wzmacniacz. Grała na swoim instrumencie dość poprawnie, lecz bez fajerwerków, za to miała dobry głos i czuła klimat piosenki.

Pozwoliłem, żeby muzyka opłynęła mnie jak dym z papierosa. Pod jej wpływem moje uczucia nabrały głębszego znaczenia – teraz mogłem pogrążyć się na kilka minut w słodkim smutku nostalgii, tak odmiennym od atmosfery przygnębienia, towarzyszącej mi dzisiejszego ranka już od przebudzenia w domu mojej matki.

Rzuciłem do pudła monetę dwufuntową i otrzymałem w zamian uśmiech wdzięczności. Swego czasu potrafiłbym to rozegrać inaczej: wrzuciłbym dziesiątkę, żeby zwrócić na siebie jej uwagę, potem zaproponowałbym akompaniament, by ona mogła skoncentrować się na śpiewaniu, a może nawet pokusiłbym się o mały flirt? Tamte czasy jednak minęły. Dzisiaj wyjmowałem z banku pamięci więcej, niż do niego wpłacałem.

Może któregoś dnia pozostaną mi tylko wspomnienia? Wówczas będę miał alternatywę: rozpamiętywać emocje z przeszłości w stylu bolejącego nad sobą romantyka albo wybrać cynizm i zastanawiać się, czy naprawdę są tego warte.

Czyżby australijskie niebo wydawało mi się tak błękitne tylko dlatego, że było tłem dla mojej Wielkiej Utraconej Miłości?

 

I czy widzowie rzeczywiście wygwizdali Dylana we Free Trade Hall? Miesiąc temu wyciągnąłem piracki winyl z kolekcji taty, a wówczas matka całkowicie popsuła mi nastrój. To, co wtedy powiedziała, kazało mi wątpić w całą tę historię.

– Twój ojciec miał bilet na ten koncert, ale nie poszedł. Miał co innego do roboty i rodzinę na utrzymaniu.

Wolę jednak trzymać się pierwszej wersji. Matka zawsze starała się kreować wizerunek mojego ojca jako odpowiedzialnego żywiciela rodziny i wzór do naśladowania, podczas gdy rzeczywistość była diametralnie inna. Usiłowania te przybrały na sile w ostatnich miesiącach, od kiedy nie miałem – jak to lubiła określać – „prawdziwej pracy”, dzięki czemu mogłem między innymi w środku tygodnia przejechać przez pół Anglii, żeby zabrać ją do lekarza.

Teraz było to bez znaczenia. Wkrótce miały mnie zająć dużo ważniejsze sprawy. Nieco później tego samego dnia, kiedy przeszukiwałem Internet pod kątem informacji muzycznych, przydatnych podczas quizu w pubie, jakiś kosmiczny didżej – może duch mojego ojca? – podniósł igłę, kiedy w powietrzu wybrzmiewało jeszcze „na-na-na na” z Hey Jude, powiedział: „Tu już nie zdarzy się nic nowego”, i odwrócił singiel na drugą stronę.

A tam już czekała Revolution.

CZĘŚĆ I

1

Właśnie siedziałem w swoim domu w Norwich, wkuwając fakty dotyczące Pete’a Besta, zapomnianego pierwszego perkusisty Beatlesów, kiedy w dolnym rogu ekranu komputera wyskoczyła ikona oznaczająca nadejście nowego e-maila.

Od: angelina.brown@tpg.com.au

Hej!

No pięknie. „Hej!”. Pod dwudziestu dwóch latach od spotkania twarzą w twarz, a dwudziestu od ostatniego kontaktu, Angelina Brown, moja Wielka Utracona Miłość, postanawia znienacka zmienić świat i pisze do mnie: „Hej!”.

Do tej chwili pasowałaby najlepiej piosenka My Sentimental Friend, przebój grupy Herman’s Hermits z 1969 roku. Już po chwili jej dźwięki rozbrzmiewały w słuchawkach podłączonych do komputera. W tym momencie utwór wskoczył na playlistę mojego życia, z wersem o „dziewczynie, do której kiedyś coś czuł / a ona złamała mu serce na pół”. Nie była to może poezja najwyższych lotów, ale dość dobrze oddawała moje myśli o nadawczyni wiadomości.

Czy pomyślała o mnie po raz pierwszy od dwudziestu lat, przypomniawszy sobie o czasach, gdy na listach przebojów królował utwór Like a Prayer Madonny? Czy zaczęła się zastanawiać, co stało się z facetem spotkanym w Melbourne, w którym się zakochała? Otworzyła listę kontaktów i pomyślała ot, tak sobie: „Ciekawe, co teraz robi?”.

Kliknęła „Adam Sharp”, wpisała trzy litery i wcisnęła „Wyślij”.

Nie, musiało się za tym kryć coś więcej. Zacznijmy od tego, że nie miałaby mnie na liście. Kiedy ostatni raz kontaktowaliśmy się ze sobą, poczta elektroniczna jeszcze nie istniała.

Adres sugerował, że Angelina wciąż mieszka w Australii. Wszedłem na stronę WorldClock: 13.15 w Norwich to w Melbourne kwadrans po północy. Czy była pijana? Rzuciła Charliego? On rzucił ją? A może rozeszli się piętnaście lat temu?

Wciąż używała panieńskiego nazwiska, co akurat mnie nie zaskoczyło. Za pierwszym razem też go nie zmieniła.

Niewiele wiedziałem o Charliem, nie znałem nawet jego nazwiska. Z jakiegoś powodu byłem pewien, że nazywa się tak samo jak ona: Charlie Brown. Komiksowy chłopczyk z rękawicą bejsbolową: „Wysoka piłka, Charlie Brown. Nie przegap jej, Charlie Brown!”. W prawdziwym życiu to ja przegapiłem swoją piłkę.

Pewnej nocy po kilku kuflach próbowałem znaleźć ją przez Google’a, ale po chwili dałem za wygraną. Angelina nosiła to samo imię i nazwisko co przewodnicząca Komisji do spraw Równouprawnienia Zawodowego i felietonistka pewnej gazety, toteż okazało się, że odnalezienie jej pomiędzy aktami prawnymi i artykułami przerasta możliwości mojego otumanionego piwem mózgu. Chyba żebym spróbował odnaleźć jej zdjęcia… Przed tym jednak się powstrzymałem. Kiedyś, dawno temu, byłem uzależniony od tej dziewczyny, a jedynym sposobem na pozbycie się uzależnienia jest abstynencja.

A może jednak? Czas mija. Każdy alkoholik chce dowieść, że się już wyleczył. Przecież po dwudziestu latach stałego związku mogę chyba wymienić e-mail czy dwa z ekskochanką, która – jak mawiają w korporacjach – „wyszła z inicjatywą” kontaktu.

Być może była śmiertelnie chora i chciała pozałatwiać niedokończone sprawy? Żachnąłem się: taka myśl mogła mi przyjść do głowy tylko pod wpływem porannej konwersacji z matką. A może Angelina i Charlie chcieli zasięgnąć porady co do wczasów w północnej Anglii? „Wiesz, szukamy jakiegoś zimnego, smętnego miejsca na urlop, żeby uciec z tego wiecznego słońca”. Czyżby mój związek z Claire opierał się na tak wątłych podstawach, żebym bał się odpowiedzieć na taki niewinny e-mail?

Wiadomość od Angeliny czekała na odpowiedź do wieczoru. Wciąż jeszcze rozważałem, co odpiszę, gdy Claire wróciła do domu. Rozmawialiśmy na cały głos, nie widząc się – ja z mojego pokoju, ona od podnóża schodów – ale wiedziałem, jak wygląda. Tak samo jak rano, przed wyjściem: w szarej garsonce, wkładanej tylko na ważne zebrania, zielonej apaszce i butach na wysokim słupku, dodających jej wzrostu.

– Przepraszam, zebranie się przedłużyło. Kolacja ładnie pachnie.

– Przepis Jamiego Olivera. Potrawka z kurczaka. Ja już jadłem.

– Chcesz kieliszek wina?

– Jasne, w lodówce masz otwartą butelkę.

– Jak tam twoja mama?

– Nie ma jeszcze wyników badań. Myślę, że trochę się przestraszyła.

– Przekazałeś jej ode mnie pozdrowienia?

– Zapomniałem.

– Lepiej, żebyś o tym nie zapominał. Nakarmiłeś Elvisa?

– Wiedziałabyś, gdybym tego nie zrobił.

Tak właśnie wyglądał nasz związek w pigułce. Czy korespondencja e-mailowa z Angeliną okaże się dla niego ciężką próbą? Prowadziliśmy dobrze funkcjonujące gospodarstwo. Nie kłóciliśmy się. W weekendy cieszyliśmy się nawzajem swoim towarzystwem podczas wspólnego posiłku. Dbaliśmy o siebie niczym najlepsi przyjaciele. Nikt nie pisze piosenek o takich związkach, a przecież tyle za nimi przemawia. Bycie razem wychodziło nam z Claire dużo lepiej niż Sheilagh, mojej znajomej od quizów w pubie, i Chadowi, jej mężowi, którzy troszczyli się o wszystkich poza sobą nawzajem. I o niebo lepiej niż Randallowi i Mandy, naszym przyjaciołom, których wojna o opiekę nad bliźniakami z in vitro przetoczyła się od San Jose do Liverpoolu.

Lepiej niż moim rodzicom, jeżeli już przy tym jesteśmy.

Jednak przez ostatnie kilka lat z naszego życia zniknęły najmniejsze ślady namiętności. Dwa miesiące temu kupiłem pojedyncze łóżko i wstawiłem je do swojego gabinetu. Oficjalnie dlatego, że w nocy chrapałem, a Claire potrzebowała zdrowego snu w związku z nawałem pracy przy sprzedaży jej firmy. Wspólny seks zniknął z sypialni wraz ze mną, ale nie tęskniłem za nim tak bardzo, jak się wcześniej spodziewałem. Nie byłem pewien, czy to dobrze, czy źle.

Nasze milczące porozumienie w tym względzie prawdopodobnie nie różniło się zbytnio od sytuacji większości par w tym samym wieku. Byłoby grubą przesadą, gdybym próbował zwalić winę za łóżkowe braki na związek, który zakończył się dwadzieścia dwa lata wcześniej. Nie myślałem o Angelinie, kiedy pogrążałem się głęboko w problemach dostępu do baz danych, próbowałem przypomnieć sobie nazwisko lidera Bonzo Dog Doo Dah Band czy też całowałem Claire w czoło przed wyjściem do pracy. Wspomnienia powracały tylko wtedy, gdy słuchałem muzyki albo – rzadziej – kiedy grałem coś na pianinie. Przez te kilka minut, najwyżej parę godzin, cofałem się w czasie do roku 1989.

*

Grałem wtedy w barze – nie pubie, tylko barze – w Melbourne, na Victoria Parade, po schodkach w górę, na „śródmiejskim przedmieściu” Fitzroy. To jedno z niewielu miejsc otwartych do późna przyciągało mieszankę japiszonów i baby boomers. Wówczas to określenie dotyczyło ludzi z pokolenia wyżu demograficznego urodzonych zaraz po wojnie, nie kogoś takiego jak ja, kto pojawił się na świecie niemal dwadzieścia lat później.

Przez większość wieczorów baby boomers mieli przewagę nad yuppies, toteż miałem okazję nieźle przećwiczyć przeboje z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wczesnym wieczorem przez bar przewijał się stały strumień klientów, ale tłoczno robiło się dopiero po kolacji. Ostatni spóźnialscy przybywali tu z innych pubów, otrząsali z deszczu parasole, rzucali zimowe palta i wełniane kapelusze na barierki i zamawiali lodowate piwo. W połowie lipca panowała tu zima, a słynne australijskie słońce chowało się za chmurami.

To miejsce nie zdobyłoby pierwszej, drugiej ani w ogóle żadnej nagrody w konkursie na aranżację wnętrza. Przy barze stało osiem albo dziesięć wysokich stołków, na sali tuzin mniejszych stolików, kilka skórzanych sof, a na ścianach wisiały stare filmowe plakaty. Nie podawano tu ciepłych posiłków, tylko barowe przekąski. Kiedy jednak zebrało się tu tylu gości, że dla większości z nich brakowało już miejsc siedzących, hałas i papierosowy dym tworzyły niepowtarzalną atmosferę, z nawiązką rekompensującą braki wystroju.

Przyleciałem do Australii trzy tygodnie wcześniej. Miejscowa firma ubezpieczeniowa wprowadzała bazę danych nowej generacji, a ja dostałem zlecenie wymagające piętnastomiesięcznych konsultacji w różnych oddziałach tej spółki na całym świecie. Miałem wówczas dwadzieścia sześć lat, kilka lat wcześniej skończyłem informatykę i byłem na bieżąco z technologią, której nie dali rady opanować inni fachowcy – staruszkowie koło trzydziestki. Moje komputerowe umiejętności były czarodziejskim biletem, który dał mi możliwość opuszczenia niższej klasy średniej, gdy porzuciłem pozornie bardziej oczywistą alternatywę kariery w muzyce rockowej.

W pierwszym tygodniu pobytu w Melbourne zaszedłem tutaj z kilkoma kolegami z pracy, by uczcić narodziny pierwszego dziecka jednego z nich. Dałem się skusić, siadłem do pianina i zagrałem kilka piosenek. Pamiętam, że była wśród nich Walk Away Renée na cześć nowo narodzonej, która otrzymała to imię. Barman, potężny, zwalisty facet, na którego wszyscy wołali Shanksy, przyniósł mi półpintowy kufel lagera. Podziękowałem mu za udostępnienie pianina, a on odparł:

– Kiedy tylko zechcesz, koleś.

Przyjąłem tę ofertę i od tej pory bar stał się miejscem, gdzie koncentrowało się moje życie towarzyskie. Shanksy dbał o to, żeby nie zabrakło mi napitków, ja zaś stawiałem na pianinie słoik na napiwki. Co wieczór szybko się wypełniał, ale nie grałem dla pieniędzy. Moja etatowa praca przynosiła mi wystarczający dochód, a pracodawca zapewniał mi również dodatek na zakwaterowanie. Zamieszkałem w lofcie nad wegetariańską restauracją na Brunswick Street, piętnaście minut tramwajem od pracy i dziesięć minut spacerem od baru.

Zapoznałem się bliżej z pianinem, australijskim instrumentem marki Beale, starym, ale o miłym brzmieniu. Na wyposażeniu baru były również mikrofon i mały wzmacniacz. Wpadałem tam czasem po drodze do pracy albo po porannej przebieżce dla zdrowia i ćwiczyłem gamy ku uciesze sprzątaczy.

Wieczorami było jednak całkiem inaczej. Gdyby nie bar i pianino, byłbym samotnym klientem, płacącym za swoje drinki. Nie miałbym powodu, żeby się do kogoś odezwać, i vice versa, miałbym natomiast za dużo czasu, żeby myśleć o pustym miejscu w moim życiu.

*

Nie zauważyłem, że weszła do baru, dopóki nie zbliżyła się do pianina. W mieście, gdzie wszyscy ubierali się na czarno, wyróżniała się białą sukienką i wysokimi butami. Około dwudziestu lat, długie ciemnobrązowe włosy, jasna karnacja, może metr siedemdziesiąt wzrostu na obcasach.

W dłoni trzymała różowy koktajl. Owszem, oficjalnie to miejsce miało status koktajlbaru, ale większość Australijczyków poprzestawała na piwie, winie i prostych drinkach, chyba że mieli ochotę na coś mocniejszego, na przykład B-52 albo Płonące Lamborghini. Kolekcja trunków stała na półce za barem raczej na pokaz, a umiejętności barmańskie Shanksy’ego były ograniczone. Dziś wieczorem udało mu się jednak zmieszać to różowe cudo. Z wisienką i parasolką.

Grałem właśnie Brown Eyed Girl Van Morrisona, a ona stanęła z boku, na tyle blisko, żebym ją zauważył, powoli sącząc drinka.

Kiedy skończyłem, klasnęła kilka razy, podeszła bliżej i zapytała:

– Znasz Because the Night?

Dopiero wtedy miałem okazję przyjrzeć się jej bliżej. Te wielkie piwne oczy były zachwycające, mimo że pod prawym rozmazał jej się makijaż i strużka tuszu ściekła do połowy policzka.

Zwykle nie zauważam woni perfum, chyba że ktoś właśnie się nimi popryskał. Być może zrobiła to przed chwilą, bo zapach był mocny i wyraźny. Tak na marginesie, to były perfumy Obsession Calvina Kleina. Od tamtej pory potrafię je wyczuć z odległości dwudziestu kroków. Za każdym razem, kiedy używająca ich kobieta wchodzi do autobusu, ten zapach wyzwala lawinę wspomnień. No cóż, każdy Proust ma swoją magdalenkę.

 

– To piosenka Patti Smith – powiedziała, a ja pomyślałem, że chyba powinienem jej zwrócić uwagę na rozmazany tusz.

– I Bruce’a Springsteena.

– Możesz powtórzyć? – poprosiła z uśmiechem.

– Bruce’a Springsteena. Napisali ją razem. Springsteen nigdy nie nagrał jej w studiu, ale jest na jego koncertowej płycie.

– „Napizali jo raazem, e?” Źlicznee!

Gdybym rzeczywiście wysławiał się z takim akcentem, jaki próbowała naśladować, musiałbym pochodzić z okolic Glasgow, a nie z Manchesteru. Nie obraziłem się jednak, bo mówiąc to, uśmiechnęła się tak, że w sali zrobiło się jaśniej.

Mimo to rzuciłem jej spojrzenie pełne udawanej urazy.

– Przepraszam – powiedziała pośpiesznie. – Nie chciałam być chamska. Uwielbiam twój akcent.

W takim razie sam zaryzykowałem posądzenie o chamstwo i przesunąłem palcem po lewym policzku.

Przez kilka następnych chwil odgrywaliśmy pantomimę, dotykając swoich twarzy, przytakując i śmiejąc się, aż wreszcie załapała, o co mi chodzi, pośliniła palec, potarła lewy policzek, a potem rozmazała strużkę w ciemną plamę na prawym.

– Chwileczkę – powiedziałem i przeszedłem się do baru, na którym leżał stosik papierowych serwetek.

Wracając, zdałem sobie sprawę, że cała sala ucichła, wcale nie dlatego, że pianista zrobił sobie przerwę. Wszyscy – od Shanksy’ego za barem po dwoje młodych ludzi stojących w drzwiach, wciąż zakutanych w ciepłe płaszcze – patrzyli na mnie, a właściwie to na nas. Nie miałem ochoty robić przedstawienia z tej całkowicie prywatnej sytuacji, a tym bardziej zwracać uwagi wszystkich na to, że być może dziewczyna przed chwilą płakała.

Wydmuchałem nos w serwetkę, upchnąłem ją do kieszeni i usiadłem znów przy pianinie.

– Co to miało być? Because the Night, prawda?

Wytarła policzek wierzchem dłoni i rozejrzała się po sali.

– W porządku – rzuciłem półgłosem. – Już prawie nie widać.

– Mogę zaśpiewać?

W większości przypadków reaguję na takie pytanie grzeczną odmową. Nauczyłem się tego od taty, który mawiał, że nikt, ale to nikt z zewnątrz nie powinien występować z zespołem, w którym on gra.

„Nawet gdyby sam Eric Clapton przyszedł i chciał zagrać, powiem mu, żeby się odpieprzył. Bo jeżeli właściciel baru uzna, że woli go ode mnie, to tego wieczoru zagra Clapton, a ja nie będę miał co do garnka włożyć”.

Scenariusz, w którym Eric Clapton decydował się przejąć publiczność i dochody taty z pubu Pod Głową Króla w Manchesterze, był mało prawdopodobny. Mimo to ojciec wygłaszał tę pogadankę o zabezpieczaniu własnych interesów tyle razy, że weszła do zbioru rodzinnych legend jako relacja z rzeczywistego wydarzenia.

Wiele lat później matka opowiadała:

– Pewnego razu twój ojciec powiedział Erikowi Claptonowi, żeby się odpieprzył – przepraszam za brzydkie słowo, ale tak właśnie powiedział – bo inaczej nie będzie miał jak zarabiać na życie. To lekcja dla wszystkich, i to z życia wzięta.

Tato mógł powiedzieć Claptonowi: „Odpieprz się”, albo i nie, ale założę się, że gdyby poprosiła go o to dziewczyna o wielkich piwnych oczach, odpowiedziałby tak samo jak ja, nawet pod presją sali pełnej ludzi, oczekujących niecierpliwie na dalszy ciąg.

– W jakiej tonacji?

Śpiewała całkiem nieźle, a widzowie ją uwielbiali. Więcej – pokochali ją od pierwszej nuty. Nic dziwnego: nie dość, że dziewczyna miała czysty, dźwięczny głos i wkładała w występ całą duszę, to jeszcze wybrała atrakcyjną piosenkę. Poza tym przypominała bardziej Olivię Newton-John niż Debbie Harry czy Patti Smith, jeżeli już o to chodzi.

A zresztą – kimże ja byłem, żeby ją osądzać? Publiczność zgotowała jej owację na stojąco, a potem rozległy się prośby o bis. Po jednym pięciominutowym występie miała salę w garści – i mnie przy okazji też. Zastanawiałem się, jak to możliwe.

– Chciałabyś zaśpiewać coś jeszcze?

– Może Daydream Believer? – Roześmiała się. – To z powodu twojego akcentu, wiesz? Brzmisz jak Davy Jones.

Miała dobry słuch. No i godną pochwały wiedzę na temat popularnej muzyki z czasów, kiedy jeszcze nie było jej na świecie.

– Który to numerek, Jim? – zapytałem głosem Davy’ego Jonesa.

Znów uśmiech.

– Siedem A.

Wiedza „godna pochwały”? To za mało powiedziane!

– Znasz może Both Sides Now? – zapytała.

– Nie, skądże znowu – odparłem z lekkim przekąsem.

I zagrałem wstęp. Ta piosenka nie była tak podniecająca jak poprzednia, kiedy dziewczyna stała metr ode mnie, lekko ochrypłym głosem prosząc kogoś, żeby jej dotknął. Piosenka Joni Mitchell Both Sides Now była jednak bliższa temu, co rekomendowałby jej nauczyciel muzyki, i wykonała ją świetnie.

Śpiewała o spoglądaniu na chmury, na miłość, i właśnie zaczęła wers o życiu, kiedy z drugiej strony podszedł do niej niski energiczny facet w prążkowanym niebieskim garniturze z czerwonymi szelkami i włosami ulizanymi na żel. Stał tam, promieniując niecierpliwością. Na oko miał ze trzydzieści pięć lat i wyglądał trochę jak Michael Douglas w roli Gordona Gekko w filmie Wall Street.

Zagrałem ostatni refren jeszcze raz, dodatkowo. Gość zareagował na to gniewnym spojrzeniem i ściągnięciem ust, jakby skrzyżowane ramiona nie dawały dość dobrze do zrozumienia, że mamy kończyć. Kiedy tylko dziewczyna zaśpiewała ostatnią linijkę, wrzucił monetę do słoika na napiwki, a ja zakończyłem piosenkę muzycznym ozdobnikiem i pomyślałem, że tak oto kończy się ten wieczór. Gordon Gekko ruszył w kierunku drzwi, ale moja śpiewaczka stała dalej koło mnie.

– Znasz Angel of the Morning? – zapytała.

Zagrałem akord A-dur i uniosłem brwi, widząc, że odpowiada jej ta tonacja. Pomyślałem, że teraz pokaże mi, jak wysoko potrafi wyciągnąć, a ona odpowiedziała na moją myśl, śpiewając pierwszą linijkę a capella.

Automatycznie zacząłem stukać do taktu obcasem. Jeżeli używa się w tym celu palców stopy, rytm zostaje w nogach, ale kiedy wybija się go obcasami, można go poczuć całym ciałem. Tym razem poczułem jeszcze coś innego: dziewczyna położyła mi dłoń na ramieniu i delikatnie ściskała do taktu. Był to niebywale intymny gest, biorąc pod uwagę, że mieliśmy wokół siebie tłum ludzi. Odczytałem to jako wiadomość: „Nie obchodzi mnie, czy ktokolwiek patrzy. Zróbmy to, tylko ty i ja. Dziękuję, że tu jesteś i że trzymasz moją stronę”.

Głośne kaszlnięcie i złe spojrzenie jej goryla mówiły co innego: „Jeszcze jeden akord, a połamię ci palce”.

Zagrałem E-dur. Siedziałem w końcu w barze w Melbourne, a nie na chicagowskim South Side, natomiast przystojny gość w gajerze nie przypominał Leroya Browna.

Spojrzał na mnie, po chwili to samo zrobiła moja wokalistka. Popatrzyli na siebie nawzajem i ruszyli ku drzwiom. Dziewczyna wciąż miała na policzku nikłą ciemną plamkę.

Powinienem pozwolić im odejść. Byli klientami i nie sprowokowali mnie w żaden sposób, może poza obraźliwym napiwkiem wrzuconym mi przez faceta.

Zareagowałem jednak na jego zachowanie. Rozkazywał jej jak niewolnicy, a ona się na to zgadzała, chociaż kilka minut wcześniej okazała dość odwagi, by rzucić mu wyzwanie i zaśpiewać piosenkę dla pełnej sali.

Musiałem także odreagować kiepski dzień w pracy. Właśnie dorobiłem się przezwiska „Pan Mewa”. Dlaczego? Ktoś zażartował, że konsultanci są jak mewy: przylatują, trzepoczą skrzydłami ponad miarę, skrzeczą przy każdej okazji, srają naokoło, a potem odlatują i zostawiają innych z całym tym bałaganem. Prawdopodobnie zasłużyłem sobie na taką ksywkę, starając się za wszelką cenę udowodnić etatowym pracownikom, że nie bez powodu zarabiam trzy razy więcej od nich. Owszem, znałem się na swojej robocie, ale jeżeli chodziło o korporacyjny savoir-vivre – byłem nowicjuszem.

A teraz jeszcze ten napiwek. Gordon Gekko nie wiedział, bo i skąd, że kiedy nie gram na pianinie, jestem dobrze opłacanym konsultantem. Być może postanowiłem naśladować mojego nieżyjącego ojca – jajcarza, bo zdecydowałem, że pożegnam faceta kompozycją Lennona i McCartneya.

You’re Going to Lose that Girl.

Odwrócili się ku mnie oboje. Koło drzwi było za ciemno, żeby zobaczyć, jakie mają miny. Musiałem dokończyć piosenkę, udając, że jej wybór był przypadkowy. Kolejne dni dowiodły, że moja decyzja przyniosła o wiele poważniejsze skutki, niż przypuszczałem. Zatrzymali się oboje w drzwiach, słuchając, jak śpiewam, że postawię sobie za cel odebranie mu jej, o tak.

Tak, tak, tak. Aż w końcu to ja ją straciłem.

*

Na ekranie komputera wyświetliło się: „Hej!”.

– Miau! – powiedział Elvis, ocierając się o moją nogę.

A na ekranie wyciszonego telefonu pojawił się napis: „Mama”.

Dobra, po kolei. Jedna sprawa na jeden raz.

– Przyszły wyniki – powiedziała matka. – Obawiam się, że mam złą wiadomość.

Znałem ją dość dobrze, żeby odpowiedzieć neutralnym pytaniem:

– Wyniki przyszły tak późno?

Było już po 22.00.

– Przyszły parę godzin temu. Nie chciałam psuć ci kolacji.

– Och…

– Niczego nie znaleźli, więc wciąż nie wiemy, co mi dolega.

Gdybym pozwolił sobie na westchnięcie ulgi w związku z tym, że mama nie ma raka, sprowokowałbym ją tylko do wygłoszenia kazania na temat nieuprawnionego optymizmu. Do tego prawdopodobnie na poparcie jej tezy usłyszałbym jakąś zapomnianą historię z mojego dzieciństwa.

Z ekranu wciąż gapiło się na mnie jedno słowo: „Hej”. Ogniwo łączące mnie z przeszłością, a zarazem szansa na spuszczenie powietrza z balonu moich oczekiwań. Nic więcej. Angelina była szesnaście tysięcy kilometrów ode mnie. Jeden kieliszek tego trunku nie mógł mi zaszkodzić.

Napełniłem kocią miskę wodą i wróciłem do komputera. Claire położyła się już spać.

„Odpowiedz nadawcy”.

„Hej!”. Moja dłoń zawisła nad myszką i zobaczyłem ją znów, stojącą przy pianinie ze śladem łzy na policzku, próbującą ukryć zdenerwowanie. Zawierającą ze mną sojusz: „Uwielbiam twój akcent”.

Skasowałem swoje „Hej!”.

Napisałem zamiast tego: „No czeźdź, piekna”.

I kliknąłem „Wyślij”.

Inne książki tego autora