Moje życie w drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kiedy zamiast wstąpić do zespołu wyjechałam do Indii, wpadł na nowy pomysł. Wysłał mi osiemset dolarów, żebym w drodze powrotnej przez Birmę [dziś Mjanma] kupiła szafir gwiazdowy. Ojciec spotkałby się ze mną w porcie w San Francisco i sprzedał kamień, a zysk pozwoliłby nam wrócić na Wschodnie Wybrzeże w wielkim stylu. Kiedy razem z trzema setkami chińskich imigrantów pojawiłam się przy wyjściu dla trzeciej klasy – najtańszy sposób powrotu do domu – czekał na mnie ze swoją lupą jubilerską. Natychmiast dostrzegł, że wybrałam uszkodzony kamień. Kiedy jeszcze studiowałam, poprawił mój mający przed sobą krótki żywot pierścionek zaręczynowy, zanurzając go w wodzie, zabarwionej na niebiesko za pomocą niezmywalnego tuszu, dzięki czemu żółtawy diament stał się bielszy. Tego szafiru jednak nie mógł naprawić. Wiedział, że będzie miał szczęście, jeśli odzyska pieniądze.

Godnie zniósłszy cios, zaproponował, że przedstawi mnie przyjacielowi, który robił puszki z aerozolem i mógłby mnie zatrudnić do obwoźnej sprzedaży tego nowego wynalazku. Dostawałabym pieniądze za podróżowanie – w oczach mojego ojca była to sytuacja najlepsza z możliwych. Kiedy także i na to się nie zgodziłam, powiedział, że ma dość benzyny i pieniędzy, żeby zabrać mnie do Las Vegas. Spytałam z niepokojem, co dalej, więc wyjaśnił: „Tam wygrasz na jednorękim bandycie – początkujący zawsze wygrywają – a w drodze powrotnej na Wschód pomożesz mi sprzedawać biżuterię”.

W pozbawionym okien kasynie w Las Vegas, pełnym cichych hazardzistów i hałaśliwych automatów do gry, postawił na mnie pięćdziesiąt dolarów, wręczając mi kubełek monet. Po kilku godzinach oglądania obracających się owoców, nie mając pojęcia, co właściwie robię, pomnożyłam nasze zasoby pięciokrotnie. Dopiero wtedy ojciec wyznał, że było to jego ostatnie pięćdziesiąt dolarów. Świętowaliśmy, napychając się jedzeniem, tanim, bo miało utrzymać hazardzistów w kasynie, obejrzeliśmy za darmo występ, korzystając z wypróbowanej i sprawdzonej metody wchodzenia grubo po rozpoczęciu pokazu, i ponownie ruszyliśmy w drogę.

Ponieważ za to, co wygrałam, stać nas było tylko na wydostanie się z Nevady, dalsze plany ojca obejmowały sprzedaż biżuterii w małych miasteczkach po drodze na Wschód. Był pewien, że jeśli wchodząc do sklepu jubilerskiego, będę miała na sobie, powiedzmy, pierścionek, broszkę albo bransoletkę, właściciel sklepu założy, że trafił mu się świetny interes kosztem ojca i córki, którzy popadli w tarapaty. Tę samą technikę ojciec wykorzystywał, kiedy byłam mała, wobec protekcjonalnych sprzedawców antyków. Poza tym, jak podkreślał, sprzedawcy naprawdę zrobią dobry interes. Ta taktyka działała dostatecznie dobrze, żeby stać nas było na jedzenie, benzynę i motele przez całą drogę do Waszyngtonu, gdzie czekały matka i siostra.

Dopiero wiele lat później, oglądając ojca i córkę w Papierowym księżycu, przypomniałam sobie tamtą podróż i cały jej kruchy optymizm. I radość mojego ojca z pokonywania przeciwności losu. I wtedy dotarło do mnie, że my naprawdę byliśmy ojcem i córką w tarapatach. Ojcu udało się zmienić nasze problemy w grę, w której mogliśmy wygrać.

Mój ojciec prowadził koczowniczy tryb życia, aż skończył sześćdziesiąt trzy lata. „Gdybyśmy kiedykolwiek mieli wypadek na autostradzie – powiedział mi kiedyś, kiedy byłam mała – wyskakuj i uciekaj – samochody jadą za szybko, żeby się zatrzymywać”. Dokładnie to przydarzyło mu się na autostradzie na dzikich przedmieściach w Orange County. Samochód ojca został uderzony w bok z taką siłą, że drzwi od strony kierowcy wyleciały, ojciec utknął przyciśnięty do kierownicy, a samochód zniosło na przeciwny pas ruchu. Nie mogąc się poruszyć – a co dopiero wyskoczyć i uciec – został uderzony przez kolejny samochód.

Lekarz ze szpitala, który był w zasadzie stacją bojową przy autostradzie, przekazał wiadomość, która czekała na mnie w Nowym Jorku. Ojciec musiał podać mu mój numer, wiedząc, że siostra nie zostawi małych dzieci, matka nie da rady podróżować sama, więc ja jestem pierwszym kontaktem. Tyle że byłam także córką swojego ojca. Przebywałam za granicą, w podróży, nieuchwytna.

Zanim wiele dni później wróciłam do domu, lekarzowi udało się skontaktować z moją siostrą. Zasugerowała, żebym przyleciała za tydzień, kiedy ojciec wyjdzie ze szpitala i będzie potrzebował pomocy w wynajętym pokoju.

Czułam, że powinnam jechać od razu, a zarazem, w pewnym sensie, wypadek wydał mi się zwykłą częścią wędrownego życia ojca, niczym, czym trzeba by się nadmiernie przejmować. Poza tym dopadał mnie lęk, że jeśli pojadę do Kalifornii, skończę jako opiekunka ojca, tak jak byłam opiekunką matki – i nigdy już nie odzyskam swojego życia.

Kilka dni przed moim planowanym wyjazdem lekarz zadzwonił do mojej siostry, by jej przekazać, że wskutek wewnętrznego krwawienia stan ojca bardzo się pogorszył. Złapałam pierwszy lot do Los Angeles, jednak podczas przesiadki w Chicago odezwał się mój pager. To była siostra. Lekarz zadzwonił ponownie. Doszło do ogromnego wewnętrznego krwotoku – ojciec nie żył.

Kiedy dotarłam do szpitala, czekała na mnie koperta z szarego papieru, zawierająca nieliczne rzeczy mojego ojca, i lekarz, który ledwie panował nad gniewem, wywołanym faktem, że nikt z rodziny nie pojawił się wcześniej. Ojciec cierpiał z powodu krwawiących wrzodów, gorszych niż jego rany z wypadku. Nie wiem, czy to dlatego, że tak mi podpowiedziało córczyne sumienie, czy też on naprawdę to powiedział, ale usłyszałam w słowach lekarza, że fatalnego krwotoku nie wywołał wypadek, ale trauma, stres i rozpacz.

Było to coś, czego nigdy nie miałam odwagi powtórzyć siostrze. I zarazem coś, czego nigdy nie zapomnę.

Wciąż jednak myślałam, że zdołam przebrnąć przez szpitalne procedury i się nie załamać. I udało mi się – póki nie wzięłam do ręki podniszczonego skórzanego portfela, który, trzymany przez ojca latami w tylnej kieszeni podczas jazdy, dopasował się do kształtu jego ciała. Wciąż pamiętam to uczucie.

Nigdy nie przestanę żałować, że nie było mnie wtedy przy nim. I zawsze będę się zastanawiać. Sam w szpitalu, słuchający odgłosów dobiegających z autostrady, czy zamieniłby swobodę drogi na obecność rodziny i przyjaciół? Przeżywszy całe życie w przekonaniu, że za każdym zakrętem może czekać coś wspaniałego, czy zdał sobie sprawę, po raz pierwszy, że nie ma już żadnych zakrętów?

Czy żałował, że wychował córkę podróżniczkę?

Kiedy byłam mała, ojciec i ja często czuliśmy się tak, jakbyśmy w podróży byli sami. Matka leżała w przyczepie z tyłu, siostra często była daleko, w szkole. Jako kapitan bardzo kruchego statku, ojciec wielokrotnie szukał we mnie towarzyszki, na przykład wtedy, kiedy pomagałam pakować i rozpakowywać starocie. Na koniec jednak nie było mnie przy nim. Czy los, który go spotkał, był skutkiem jego wyborów? Moich? Nas obojga?

Nie mam odpowiedzi. Mam tylko pytania, na które sama muszę sobie odpowiedzieć. Jak znaleźć równowagę między domem a drogą? Domowym ogniskiem a horyzontem? Między tym, co jest, a tym, co mogłoby być?

Wiem tylko, że nie potrafię wyobrazić sobie mojego ojca żyjącego inaczej. Kiedy go widzę przed oczyma mojej duszy, zawsze jest wędrowcem, jada w barach zamiast w jadalni, wyjmuje ubrania nie z szafy, ale z walizki, wypatruje motelu z napisem „wolne” zamiast wypatrywać domu, wymyśla kalambury zamiast opracowywać plany, wybiera spontaniczność zamiast pewności.

Nawet argument, za pomocą którego przekonywał matkę, żeby za niego wyszła, brzmiał „to zajmie tylko chwilkę”. Nie planował wypadów do kina. Zamiast sprawdzać program w gazecie, wsiadał do samochodu i jeździł dookoła, studiując afisze każdego kina w obrębie wielu kilometrów. Musiało minąć wiele lat, zanim nauczyłam się, że inni ludzie nie przychodzą po prostu do kina w trakcie filmu i nie zostają tak długo na następnym seansie, aż historia dojdzie do momentu, od którego zaczęli.

Pamiętam, jak wybierał najszybszą autostradę zamiast pięknych dróg, za którymi zawsze optowała matka. Kiedy przejeżdżał przez stan, w którym miał przyjaciół, nigdy nie dzwonił z wyprzedzeniem – po prostu wpadał. Nie planował nawet partyjek pokera czy szachów, które uwielbiał, ale znajdował je przypadkowo. Pocieszeniem było mu to, że nie znał przyszłości. Jak zawsze, mówił, że „jeśli nie wiem, co się jutro zdarzy, to znaczy, że być może będzie to coś cudownego”.

Jeśli wyobrażam sobie jego głos w telefonie, to tylko wtedy, kiedy słyszę: „Proszę wrzucić monetę” i dźwięk wpadających do automatu drobnych.

Był żeglarzem, nie – żaglomistrzem. Nie zostałby w porcie ani w oazie, by przyglądać się mijającym go statkom i karawanom. Zawsze podążał naprzód.

Kiedy umarł, miałam dwadzieścia siedem lat. Mieszkałam już w innych krajach i podróżowałam po nich, ale wciąż jeszcze nie zaczęłam podróżować po własnym. Myślę, że ojciec wiedział, że wciąż żałowałam naszych wędrówek. Mógł pamiętać mnie tylko jako dziecko z głową w książce, które nie chciało razem z nim śpiewać jego pogodnych interpretacji piosenek z I wojny światowej, prosiło, żeby zwalniał, kiedy mijaliśmy piękne domy, i marzyło, żeby zamieszkać w jednym z nich. Obawiam się, że zdawał sobie sprawę z tego, że jako dziecko miałam nadzieję, że zostałam adoptowana i że moi prawdziwi rodzice zjawią się kiedyś i zabiorą mnie do domu, w którym będzie łóżko z baldachimem i kucyk.

W college’u unikałam zażenowania wynikającego z posiadania tak nietypowej rodziny, wyciągając z naszego dziwacznego życia anegdoty, jak choćby te:

Ojciec nie potrafił przestać przeklinać, a matka prosiła, by nie klął przy córkach, więc nazwał domowego psa Cholerą. Kiedy zaś czuł, że potrzebuje czegoś mocniejszego, miał na podorędziu słowo, które sam ułożył i które wypluwał z siebie najszybciej, jak mógł: „Goshdarn­Caloramorbus­Antonio­Canova­Scipio­Africanusthe­Younger­the­Elder­the­Middleaged”. Później, kiedy odkryłam, że Antonio Canova był dziewiętnastowiecznym włoskim rzeźbiarzem, Scypion Afrykański Starszy pokonał Hannibala, a młodszy zburzył Kartaginę, byłam pod wrażeniem. Ale kiedy spytałam, czemu wybrał te imiona, odparł: „Podobało mi się ich brzmienie”.

 

W domu w Michigan z powodu zepsutego radia nie mogliśmy wysłuchać naszego ulubionego nocnego programu, więc ojciec założył się z matką, że będzie w stanie zdobyć nowy odbiornik, mimo że w promieniu wielu kilometrów dookoła nie było żadnych sklepów, a nawet gdyby były, to i tak zamknięte. Wsiadł do auta; po godzinie wrócił z wielkim nowiutkim radioodbiornikiem. Nigdy nam nie powiedział, jak go zdobył.

Jako znawca mocnych shake’ów słodowych znał wszystkie najlepsze zajazdy, w których można je było dostać, od Wybrzeża do Wybrzeża. Wiedział także, że jeśli dwóch klientów przychodzi razem, każdy dostaje połowę zawartości wysokiego miksera, zawierającego dokładnie dwie porcje. Samotny klient otrzymuje jednak nieco większą porcję z tego samego naczynia. Dlatego siedząc w aucie, ojciec dawał mi pieniądze, kazał wchodzić i zamawiać shake’a, a kiedy przychodził kilka minut później, udawać, że go nie znam. W ten sposób każde z nas dostawało shake’a z bonusem, chociaż nie sądzę, by kogokolwiek udało nam się oszukać. Jeśli dla pięcio- czy sześciolatki mogło istnieć coś wspanialszego niż słodowy shake, to było to udawanie, że nie zna się własnego ojca, odgrywanie roli w grze dorosłych.

W windzie czy w innych przestrzeniach publicznych ćwiczył ze mną dialogi w stylu:

Ojciec: Jeśli nie będziesz grzeczną dziewczynką, nie pójdziesz do nieba.

Ja: Nie chcę iść do nieba, tatusiu, chcę iść z tobą.

Albo jego ulubiony:

Ja: I co się wtedy stało, tatusiu?

Ojciec: No więc powiedziałem temu facetowi, żeby zatrzymał sobie swoje pięćdziesiąt tysięcy dolarów!

Kiedy miałam pięć lat, w sklepie spożywczym poprosiłam ojca o pięć centów. Spytał na co. Według jego późniejszej relacji miałam odpowiedzieć: „Możesz dać mi pięć centów albo nie, ale nie możesz mnie pytać na co”. Nie tylko dał mi pieniądze, ale powiedział, że mam rację. Kochał powtarzać tę historyjkę, stanowiącą według niego świadectwo mojego charakteru. W rzeczywistości życzliwość, z jaką traktował charakter dziecka, była prawdziwym darem.

Na studiach opowiadałam te i tym podobne historyjki dla zabawy, cały czas mając jednak nadzieję, że ojciec nie pojawi się na kampusie, w garniturze ze śladami jedzenia i w zakurzonym samochodzie pełnym pudeł, z siedzeniem kierowcy, które pod jego pokaźnym ciężarem przechylało się w dół jak okręt. Cieszyłam się, że był za daleko, żeby przyjechać na „weekend ojców”, zbyt bowiem różniłby się od pozostałych. Mogłam go sobie wyobrazić, jak po jedzeniu zasypia i zaczyna chrapać albo jak sentymentalnie rozprawia o pieniądzach z łezką w oku, albo rzuca radośnie naiwne komentarze w rodzaju „Nie ma dymu bez ognia” na temat makkartystowskich oskarżeń wniesionych przeciw dwóm moim profesorom i dzielnie ignorowanych przez uczelnię.

Dzięki kolegom i koleżankom ze studiów z opóźnieniem odkryłam, że nie tylko w filmach rodziny mieszkają w schludnych domach, ucinają sobie drzemki, wychodzą na osiem godzin do prawdziwej pracy, płacą rachunki w terminie i jedzą przy stole zamiast na stojąco przy lodówce. Tak jak mój ojciec buntował się przeciw uporządkowanemu trybowi życia swoich rodziców, imigrantów, którzy uciekli przed niepewnością, ja ubolewałam nad niepewnością i byłam szczególnie wrażliwa na syreni śpiew tego, co zwyczajne i konwencjonalne.

W latach, które nadeszły, gdy skończyłam studia, w wyborach, których dokonywałam, wpływ ojca stawał się coraz bardziej widoczny – na przykład w tym, że pojechałam do Indii zamiast szukać stałej pracy – ja jednak wciąż nie chciałam tego przyznać. Jak wiele dzieci, zwróciłam się do bardziej potrzebującego rodzica. Jak wiele córek zwłaszcza, przeżywałam nieprzeżyte życie mojej matki. Podobnie jednak jak mój ojciec, zamieszkiwałam przyszłość, krainę możliwości, było to jednak coś, o czym nigdy nie rozmawialiśmy. Nie było czasu ani miejsca na to, by zbadać coś, o czym, jak sądzę, wiedzieliśmy oboje: że w naszej małej rodzinie on i ja byliśmy najbardziej do siebie podobni.

Z powodów wynikających z pracy i z geografii, w latach poprzedzających jego śmierć widywaliśmy się coraz rzadziej. Nigdy mu nie powiedziałam, że widzę w nim siebie i na odwrót. Nigdy nie podziękowałam mu, na przykład, za zatrzymywanie się przy niezliczonych ranchach, miejscach, gdzie można było pojeździć na kucykach i przy każdym izabelowatym koniu na pastwisku – wszystko po to, by sprawić przyjemność córce szalejącej na punkcie koni. Pewnego lata kupił nawet konia specjalnie dla mnie, mimo że byłam wówczas na to o wiele za mała, zaś koń o wiele za stary. Przy wsparciu farmera z sąsiedztwa ojciec pomagał mi karmić konia i dbać o niego – aż wreszcie farmer zlitował się nad całą naszą trójką i zapewnił koniowi emeryturę u siebie.

Nigdy nie powiedziałam ojcu, jak bardzo wdzięczna byłam za to, że nie był taki jak ojciec mojej najlepszej przyjaciółki. U niej w domu po raz pierwszy byłam świadkinią upokarzającej sceny pod tytułem „sprzątniesz wszystko z talerza albo nie dostaniesz deseru”. Wróciwszy do domu, postanowiłam wypróbować ojca. Kiedy jedliśmy, w nasz zwykły chaotyczny sposób, w salonie – nigdy przy zaśmieconym stole w jadalni, którego używaliśmy tylko przy okazji świąt narodowych – i ojciec spytał, czy mam ochotę na deser, podkreśliłam, że nie skończyłam obiadu.

– W porządku – powiedział, idąc do lodówki po lody. – Czasem ma się apetyt na jakąś rzecz i na nic innego. – W tamtej chwili bardzo go kochałam.

Wysłuchiwał wszystkich moich żalów na temat tego, że nie chodzę do szkoły jak inne dzieci, przy czym dopiero wiele lat po jego śmierci uświadomiłam sobie, że oszczędzono mi także wszystkich ograniczeń, jakie szkoła narzucała w owych czasach dziewczynkom. Nie było go także w pobliżu, kiedy wreszcie zrozumiałam, że posiadanie kochającego i opiekuńczego ojca zmienia całe życie. Dopiero kiedy zobaczyłam kobiety, które pociągali chłodni, protekcjonalni, a nawet przemocowi mężczyźni, zaczęłam rozumieć, że posiadanie chłodnego, protekcjonalnego, a nawet przemocowego ojca może sprawić, że takie cechy wydają się konieczne, że czasem tylko dzięki nim można poczuć się jak w domu. Dzięki mojemu ojcu czułam się jak w domu tylko tam, gdzie panowało ciepło.

Prawdą jest, że poglądy mojego ojca na wychowywanie dzieci obejmowały zabieranie mnie na każdy film, jaki sam chciał obejrzeć, nieważne, odpowiedni czy nie, kupowanie dowolnych ilości lodów, pozwalanie mi na spanie gdziekolwiek i kiedykolwiek poczułam się zmęczona i czekanie w samochodzie, kiedy wybierałam sobie ubrania. Sprzedawców szokował widok sześcio- lub ośmiolatki z gotówką, która sama dokonuje wyboru, przy czym rezultatem były tak satysfakcjonujące nabytki, jak dorosły czerwony kapelusz, wielkanocne buty, do których dodatkiem był żywy królik, czy kowbojska dziewczęca kurtka z frędzlami.

Wiedziałam tylko, że ojciec lubi moje towarzystwo, że pyta mnie o zdanie, że traktuje mnie lepiej niż samego siebie. Czego więcej mogłoby chcieć dziecko?

Kiedy zostałam pracującą dorywczo dziennikarką, uświadomiłam sobie także, jak cenna była jego umiejętność życia w, czy wręcz miłość do, braku poczucia bezpieczeństwa. Był dumny z dwóch rzeczy: nigdy nie nosił kapelusza, nigdy nie miał pracy – przez to drugie rozumiał, że nigdy nie miał szefa. Wiedziałam, że jestem córką swojego ojca, kiedy podjęłam się pracy redakcyjnej w niepełnym wymiarze godzin, żeby opłacić czynsz. Mogłam pracować z domu, ale kiedy nagle zaczęto oczekiwać ode mnie obecności w biurze przez dwa dni w tygodniu, odeszłam, kupiłam lody w wafelku i poszłam na spacer pełnymi słońca ulicami Manhattanu. Mój ojciec zrobiłby to samo – poza spacerem.

Mówi się, że największy wpływ na nasze życie ma to, czy patrzymy na świat jak na przyjazny czy wrogi. Jedno i drugie staje się samosprawdzającą się przepowiednią. Matka dokonywała cudów, tworząc dla mojej siostry i dla mnie przyjazny świat, mimo że sama wyrosła we wrogim. Jednak jej złamany duch nie był w stanie odeprzeć ciemności – a ja chłonęłam tę ciemność podczas lat, kiedy byłyśmy razem. Ojciec i ja spędziliśmy ze sobą znacznie mniej czasu, jednak jego wiara w przyjazny wszechświat pomagała zrównoważyć lęk mojej matki przed światem wrogim. Przekazał mi ten dar. Wpuścił światło.

W miarę jak od jego śmierci mijały kolejne dziesięciolecia, ojciec zaczynał zdawać mi się postacią tak nieprawdopodobną, że czasem zastanawiałam się, czy go nie wymyśliłam. Moja matka umarła spokojnie na serce tuż przed swoimi osiemdziesiątymi drugimi urodzinami. Poświęciłam jej długi esej zatytułowany Ruth’s Song: Because She Could Not Sing It [Pieśń Rut: ponieważ ona nie mogła jej wyśpiewać]. Opłakiwałam jej życie, którego nie przeżyła. A jednak wciąż życie, które wybrał mój ojciec, było jeszcze mniej zrozumiałe. Jedyną pozostałą świadkinią była moja siostra – która opuściła dom w wieku siedemnastu lat. Przyjaciele ojca byli tak rozrzuceni po świecie, jak jego życie; nie znałam ich.

Kiedy ni stąd, ni zowąd otrzymałam dwa listy o moim ojcu, byłam już starsza niż on, kiedy zmarł. Moi niezwykli korespondenci poznali ojca, gdy sami byli chłopcami.

Pierwszy list był od Johna Grovera, emerytowanego położnika. Jeszcze w liceum pracował latem jako puzonista w zespole grającym w Pomoście nad Oceanem. Pewnej sobotniej nocy lider zespołu zabrał całą gotówkę, jaką razem zarobili, zeskoczył z pomostu i odpłynął, zostawiając Grovera i jeszcze jednego chłopaka samych.

„Pani ojciec uratował nas tego lata, oferując nam miejsce, w którym mogliśmy zostać, i dość pieniędzy, żebyśmy mogli kupić jedzenie” – pisał Grover. – „W zamian mieliśmy działać jako nocni «stróże» pomostu. Spaliśmy na materacach, na parkiecie, pod gwiazdami [...]; znalazł nam pracę w cementowni [...]. Grałem też jako trzeci puzon w kilku zespołach, które przyjeżdżały w weekendy, dzięki czemu zarabiałem trochę więcej”.

Przed końcem lata Grover i jego przyjaciel zatrudnili się jako muzycy w cyrku. Później wrócili do domu, żeby ukończyć szkołę.

Siedemdziesięcioletni już Grover pisał: „Na zawsze zapamiętałem troskę, z jaką pani ojciec pomagał tamtego lata dwóm bezdomnym i spłukanym chłopakom z Wirginii Zachodniej [...]. Ciekawe, że ja też zająłem się dziedziną ważną dla kobiet i dla praw kobiet. Znaczną część mojej kariery zawodowej spędziłem, pomagając sprawić, żeby opieka nad kobietami w ciąży i nad rodzącymi nabrała bardziej ludzkiego charakteru. Byłem także w latach sześćdziesiątych w Massachusetts mocno zaangażowany w ruch na rzecz kontroli urodzeń i prawa do aborcji”.

Miałam zatem świadka życzliwości mojego ojca. Chociaż jego sposobem na niesprawiedliwe zasady było ignorowanie ich, a nie próba zmiany, to jednak nie przypadek, że młody człowiek, któremu ojciec pomógł, jako dorosły zaczął pomagać innym. Ojciec umiał rozpoznać dobrego człowieka. Sam często polegał na, używając nieśmiertelnej frazy Tennessee Williamsa, „uprzejmości nieznajomych”.

Kilka lat później dostałam list z Hawajów od innego lekarza. Doktor Larry Peebles dorastał w Los Angeles, a jego nieżyjący już ojciec, także lekarz, był najlepszym przyjacielem mojego ojca. Napisał do mnie, ponieważ był na wakacjach w jednym z krajów Ameryki Łacińskiej, kupił kilka kamieni szlachetnych i to zadziałało jak Proustowska magdalenka – powróciły wspomnienia o moim ojcu, które postanowił przelać na papier. Był tak miły, że opisał nieznany mi fragment życia mojego ojca:

Myślę, że byłem najmłodszym kumplem Leo. Miał koło sześćdziesiątki, kiedy zmarł, a ja miałem wtedy piętnaście lat. Mój ojciec William Peebles był z kolei jego najlepszym kumplem. Nigdy nie widziałem taty tak szczęśliwego, jak wtedy, kiedy Leo był w pobliżu. Wiedziałem, że nie jestem tak ważnym kumplem, ale już samo kumplowanie się z Leo było wspaniałe. Traktował wszystkich równo, nie był nadęty ani protekcjonalny. Był miły. I co najważniejsze, był zabawny. Znał masę historyjek.

Mój ojciec robił wrażenie człowieka wyrafinowanego, jednak wciąż był chłopakiem z farmy w Grande Prairie w Albercie. Uciekł z domu od przemocowego ojca, kiedy miał czternaście lat, i okres dorastania spędził w drodze.

Myślę, że on i Leo, który był w pewnym sensie sprzedawcą, lubili być w świecie. Łączyła ich świadomość, którą można nabyć, tylko będąc z dala od domu, w obcym środowisku, dniem i nocą. Myślę, że można to nazwać zmysłem ulicy. Kiedy tata zdobywał pieniądze, wydawał je. Leo mu pomagał. On i Leo stale planowali, jak zarobić. Ich mantra brzmiała: „Nigdy nie pracuj dla kogoś”. To była gra, a życie było polem gry.

 

W czasie gdy mój tata praktykował medycynę, knuli między jednym a drugim pacjentem i po pracy. W soboty pozornie pracowałem. Układałem tabletki w pudełkach i opisywałem je albo zajmowałem się prześwietleniami. Czasem mogłem asystować przy drobnych operacjach. Kiedy zjawiał się Leo, przeważnie spędzałem czas razem z nim, w małej poczekalni przed gabinetem ojca, z prywatnym wejściem.

Leo był olbrzymiej postury. Był dużym mężczyzną, ważącym ponad sto trzydzieści kilogramów. Zawsze zaczynaliśmy w ten sam sposób: ja zwracałem się do niego „Panie Steinem”, a on spoglądał z lekkim smutkiem i mówił: „Mów do mnie Leo”. Nie: „wujku Leo”, po prostu Leo. Stąd wiedziałem, że byliśmy kumplami.

Mówił mi, żebym usiadł i zawsze wskazywał miejsce obok siebie, rozglądając się ukradkiem po pokoju. Tego, co działo się dalej, nikt nie powinien widzieć. Zaczynał przeszukiwać kieszenie swojego płaszcza i ostatecznie wyciągał kamienie szlachetne. Diamenty, rubiny, szafiry. Wielkie i małe. Nie były w pudełkach, nie były niczym owinięte. Żadnego porządku, po prostu luzem w jego kieszeniach. Kochał je. Ja je kochałem. Badaliśmy je starannie. Rozmawialiśmy o nich. Wiele razy po prostu podziwialiśmy je w milczeniu, nie spiesząc się, obaj mieliśmy mnóstwo czasu [...]. Nieodmiennie sięgał do innej kieszeni, wyciągał zwitek banknotów i pytał, czy potrzebuję pieniędzy. Jakoś nigdy nie potrzebowałem.

Nie mogłem zrozumieć, dlaczego nosił pieniądze i drogie kamienie przy sobie. Wszystko to było tajemnicze i niebezpieczne.

Moim ulubionym momentem był lunch po drugiej stronie ulicy, w Radar Room. Bar był z zewnątrz pomalowany na czarno, z jednym neonem, który trudno było zobaczyć za dnia, a który w nocy był jaskrawozielony, mrugał i miał napis „Radar” z obu stron. W środku też wszystko było czarne, z czerwonymi skórzanymi stołkami barowymi, kabinami i wielkim lustrem za barem. Siadaliśmy w ciemności w ulubionej loży mojego taty. Zawsze zamawiałem cheesburgera, mój tata zamawiał do lunchu jedno martini, a Leo jadł, lecz nie pił nic.

Dla rozrywki Leo i mój tata namawiali pacjentów, by zakładali się, czy będę w stanie nazwać konkretny mięsień lub kość w ludzkim ciele. Szło to lepiej, kiedy miałem osiem lat, ale tak czy owak, jeśli nie miałem pewności, zawsze mogłem powiedzieć po prostu „sternocleidomastoideus”. Pacjent był pod wrażeniem i płacił dziesiątaka, ale ja wiedziałem, że muszę poznać właściwą nazwę do czasu, kiedy z ojcem wrócimy do domu. Leo nie dbał o to, czy odpowiadałem dobrze czy źle, po prostu się bawiliśmy. Nie przejmował się drobiazgami. Chciałem być jak Leo.

Pewnego słonecznego ranka ojciec powiedział, że Leo nie przyjdzie, ponieważ miał poważny wypadek samochodowy. Pojechaliśmy do Orange County, gdzie leżał na intensywnej terapii. Tata rozmawiał z personelem, później poszedł zobaczyć Leo. Leo miał podłączony tlen, podawany przez przeźroczystą maskę, prześcieradło wokół potężnej talii i był bez podkoszulka. Po raz pierwszy zobaczyłem go wtedy bez jego szarego garnituru. Oddychał ciężko, z wyraźnym trudem i pocił się obficie. Górna połowa jego ciała była cała w siniakach. Jednak mimo wysiłku był spokojny. Wyobrażam sobie, że musieli mu dać końską dawkę morfiny, ale rozmawiał z nami, a my z nim. Zapewniliśmy go, że wrócimy rano, żeby się z nim zobaczyć. Przekazano nam, że jego rodzina jest w drodze. Chciałbym pamiętać wszystko, co powiedział. Ale wydaje mi się, że to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że wiedział, że nie jest sam.

Zanim wróciliśmy do samochodu, tata poinformował mnie rzeczowo, że Leo nie przeżyje nocy. Planowałem kolejną wizytę. Zirytowało mnie, że to powiedział. I tak już czułem się fatalnie. Nie byłem dobrym żołnierzem. Ale wiedziałem, że ma rację. Słoneczny poranek napełnił mnie optymizmem. Teraz dostałem dawkę rzeczywistości. Być może nabywałem zmysłu ulicy.

Po śmierci Leo ojciec jeszcze przez rok prowadził praktykę. Wpadł w kłopoty, trafił na krótko do więzienia, potem przeszedł na emeryturę [...]. Ja pracowałem przez prawie trzydzieści lat. Zostałem chirurgiem ogólnym i często, zwłaszcza kiedy widzę drogie kamienie, myślę o moim kumplu, Leo.

Zastanawiam się: jeśli myślisz o kimś, kogo kochasz, czy upodabniasz się choć trochę do niego? Chciałbym, żeby tak było.

Odpisałam wielkodusznemu doktorowi Peeblesowi – który poprosił mojego ojca w duchu, żebym zwracała się do niego po prostu Larry – i podziękowałam mu z całego serca. Wreszcie się dowiedziałam, że ojciec w szpitalu, zanim umarł, zobaczył dwie znajome twarze. Kiedy wyjaśniłam, że przyjechałam za późno – o czym nie wiedział – odpisał, że wiele lat później on z kolei przyjechał zbyt późno, gdy umierał jego ojciec. Zapewnił mnie, że mój ojciec „wydawał się uważać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jak ktoś, kto miał dobre życie”.

Każde z nas wiedziało, że pociesza drugie.

Jeśli każdy i każda z nas dysponuje pewnym zasobem cech, które może rozwinąć, postęp polega na podążaniu ku temu, czym jeszcze nie byłyśmy. Mój ojciec był oczywistym przypadkiem horreur du domicile, lęku przed udomowieniem, tak powszechnego, zwłaszcza wśród mężczyzn, że Baudelaire nazwał go La Grande Maladie. Ojciec dorastał w mieszkaniu, w którym posiłki podawano zawsze o tej samej porze i w którym nie rozlegał się żaden dźwięk prócz tykania zegara na kominku. Psycholog Robert Seidenberg, który badał kobiety mieszkające w takich skrajnie uporządkowanych domach, nazwał to, co w rezultacie odkrył, „traumą bezzdarzeniowości”. Myślę, że jako chłopiec, ojciec także tego doświadczył. Dlatego wychylił wahadło swojego życia ku przeciwnej skrajności.

Oczywiście, odgrywała w tym rolę jego donkiszoteria, podobnie jak jego optymizm i dar wybryków, jednak wątpię, czy wybrałby tak ryzykowne życie, gdyby nie uciekał przed życiem uporządkowanym.

Moja matka także miała naturę poszukiwaczki przygód. Zbuntowała się przeciwko mojej babce, która uważała, że wywoływanie poczucia winy u dwóch córek jest środkiem na ich dobre sprawowanie się, a następnie zbuntowała się przeciwko Kościołowi, który był tak surowy, że zakazywał nawet tańca. Opowiadała mi, jak wkładała robocze spodnie ojca, żeby móc grać w koszykówkę w czasach, kiedy dziewczęta nie robiły ani jednego, ani drugiego, i jak nauczyła się prowadzić samochód szybciej niż ktokolwiek inny w jej okolicy. Następnie, by móc studiować, pracowała jako hafciarka w eleganckim sklepie z wyrobami lnianymi i jako nauczycielka rachunków. Na kampusie spotkała mojego lekkomyślnego ojca, syna żydowskiej rodziny z wyższej klasy średniej. Rozśmieszał ją i miał całe mnóstwo marzeń – stanowił dokładne przeciwieństwo jej nigdy nieprzebaczającej matki i ojca, który pracował na kolei i rzadko bywał w domu. Wyszła za mojego ojca, ponieważ nie poddawał się troskom, a potem została sama z troskami.

Oboje, matka i ojciec, zapłacili wysoką cenę za życie pozbawione równowagi. Mój ojciec przynajmniej mógł wybrać własną drogę. Nigdy nie spełnił swoich marzeń, moja matka za swoimi nie mogła nawet podążyć.

W głębi serca wiem, że gdybym została zmuszona do dokonania wyboru albo-albo, między stałością a zmianą, domem a drogą – między byciem Hazarem, mieszkającym w domu, a Arabem, mieszkającym w namiocie – ja także wybrałabym drogę.

Czasem zastanawiam się, czy nie przecinam widmowych ścieżek mojego ojca, czy nie wjeżdżamy do tych samych miast albo przydrożnych zajazdów, albo czy nie podążamy tymi samymi czarnymi wstęgami autostrad, błyszczącymi w nocy od deszczu, jak obrazki na fotografii poklatkowej.