Moje życie w drodzeTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Preludium

Wprowadzenie: Znaki drogowe

Rozdział 1: Śladami ojca

Rozdział 2: Kręgi debaty

Rozdział 3: Dlaczego nie prowadzę samochodu

Rozdział 4: Jeden wielki kampus

Rozdział 5: Kiedy polityczne jest prywatne

Rozdział 6: Surrealizm na co dzień

Rozdział 7: Sekrety

Rozdział 8: Co było, może powrócić

Posłowie: Powrót do domu

Podziękowania

Przypisy

MY LIFE ON THE ROAD

Copyright © 2015, 2016 by Gloria Steinem

All rights reserved.

This translation published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC

Fragmenty z In These Dissenting Times z Revolutionary Petunias & Other Poems Alice Walker, copyright © 1970 and copyright renewed 1998 by Alice Walker.

Fragment z Rainy Night in Georgia Tony’ego White’a, copyright © 1969 Combine Music Corp.

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Copyright © for the Polish translation by Anna Dzierzgowska

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: KACHA SZANIAWSKA

Korekta: MAGDALENA GERAGA, JOLANTA KUCHARSKA

Projekt okładki: Poradnia K

Przygotowanie okładki do druku: JOANNA RENIGER

Projekt typograficzny i łamanie: MARZENA PIŁKO

Zdjęcie na okładce: BERNARD GOTFRYD / Gettyimages.com

Zdjęcie na stronie tytułowej: © MARIANNE BARCELLONA

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-70-9

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Facebook.com/poradniak Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Książkę tę dedykuję:

Doktorowi Johnowi Sharpe’owi, który w 1957 roku, dziesięć lat przedtem, nim angielscy lekarze zyskali prawo wykonywania aborcji z jakiejkolwiek innej przyczyny niż z powodu zagrożenia zdrowia kobiety, mimo znacznego ryzyka kary zgodził się przerwać ciążę dwudziestodwuletniej Amerykance podróżującej do Indii.

Wiedząc o niej tylko tyle, że zerwała zaręczyny i ruszyła w poszukiwaniu nieznanego losu, powiedział: „Musisz mi obiecać dwie rzeczy. Po pierwsze, nikomu nie zdradzisz mojego imienia. Po drugie, zrobisz ze swoim życiem to, co będziesz chciała”.

Drogi doktorze Sharpe, wierzę, że Ty, który rozumiałeś, co to znaczy niesprawiedliwe prawo, nie będziesz miał mi za złe tego, co mówię teraz, już po Twojej śmierci:

Zrobiłam, co mogłam, żeby możliwie najlepiej skorzystać z życia.

Ta książka jest dla Ciebie.

Ewolucja przeznaczyła nas do podróżowania [...]. Osiadły tryb życia, nieważne, ile by trwał, nieważne, czy w jaskini, czy w zamku, był zawsze w najlepszym razie [...] kroplą w oceanie czasu ewolucji.

Bruce Chatwin, Anatomy of Restlessness

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Preludium

Wsiadłam do samolotu lecącego do Rapid City w Dakocie Południowej i zobaczyłam tłum ludzi w czarnych skórach, łańcuchach i tatuażach. Ubiór pasażerów w samolotach zwykle odpowiada miejscom, do których lecą – garnitury do Waszyngtonu, jeansy do LA – nie potrafiłam jednak wyobrazić sobie zlotu tak nietypowych odwiedzających w Rapid City. To miejsce, gdzie ludzie wciąż starannie parkują samochody przed imponującym budynkiem starego kina. Mój brodaty sąsiad z fotela obok, w nabijanej ćwiekami kurtce i z kolczykiem w nosie, śpi, tak więc muszę po prostu uznać, że oto jeszcze jedna z wielu zagadek, jakie napotykam w drodze.

Na lotnisku czeka na mnie pięć koleżanek z różnych części kraju. Jesteśmy grupką bardzo różnych kobiet: działaczka Czirokeska z dorosłą córką, dwie afroamerykańskie pisarki i jedna muzyczka, no i ja. Zaproszono nas na pow-wow Siuksów, zorganizowane dla uczczenia pozycji i władzy, jakimi kobiety cieszyły się, nim pojawił się sprowadzony z Europy patriarchat, a także wysiłków podejmowanych dziś na rzecz przywrócenia kobietom należnego im miejsca.

Jadąc do Badlands, widzimy morze motocykli otaczających każdy wolno stojący bar i motel. Zagadka skór i łańcuchów zostaje wyjaśniona, pojawia się jednak następna. Kiedy zatrzymujemy się na kawę, nasza kelnerka nie może uwierzyć, że nie wiemy, o co chodzi. Rokrocznie, od 1938, w sierpniu, motocykliści z całego świata zjeżdżają tu na rajd Sturgis, nazwany tak od jednej z pobliskich miejscowości, niewiele większej od zwykłej dziury. Przyciągają ich rzadko zaludnione przestrzenie, lasy, góry, a także sieć autostrad, tak precyzyjnie rozplanowana, że daje się ją dostrzec nawet z kosmosu. Właśnie teraz około dwieście pięćdziesiąt tysięcy bikersów wypełnia każdy motel i każde pole namiotowe w promieniu ośmiuset kilometrów.

Nasza mała grupka, złożona z sześciu silnych kobiet, odnotowuje ten fakt. Prawda jest taka, że widząc tak wielu bikersów w jednym miejscu, trochę się boimy. Jak mogłybyśmy się nie bać? Z filmów nauczyłyśmy się, że bikersi tworzą watahy, traktują swoje kobiety, jak gdyby były ich własnością, a obce mogą uznać za łatwy seksualny łup.

Udaje się nam jednak nie wpaść na bikersów, ponieważ spędzamy czas, podróżując nieoznaczonymi drogami, wśród ostatnich lasów na Terytorium Indiańskim. Jemy domowe jedzenie przywożone ciężarówkami, siedzimy na kocach na terenie, na którym odbywa się pow-wow, podczas gdy tancerze poruszają się w rytm bębnów jak w rytm uderzeń serca, przyglądamy się indiańskim kucykom, ozdobionym równie wspaniale, jak tancerze. Kiedy pada deszcz, tęcza rozciąga się od jednego niewidocznego punktu do drugiego, a pola mokrej, słodkiej trawy zaczynają pachnieć jak gigantyczny bukiet kwiatów.

Motocykle na parkingu widzimy dopiero, kiedy każdej nocy wracamy do naszych domków. Spacerując po Rapid City, słyszę, jak jeden z bikersów mówi do swojej wytatuowanej towarzyszki: „Kotuś, jeśli chcesz iść na zakupy, idź, nie musisz się spieszyć. Spotkamy się w kawiarni z cappuccino”. Zakładam, że to akurat jest odstępstwo od normy.

Ostatniego dnia w motelu idę sama na wczesne śniadanie, starając się zachowywać skromnie, a jednocześnie otwarcie. Wciąż jednak mam bolesną świadomość, że jestem w pomieszczeniu, w którym pełno jest noży w pochwach i wojskowych butów, a bardzo mało kobiet. W boksie obok mojego muskularny mężczyzna obwieszony łańcuchami i kobieta w skórzanych spodniach, z nieprawdopodobną fryzurą, najwyraźniej odnotowują moją obecność. Wreszcie kobieta podchodzi, żeby mnie zagadnąć.

– Chciałam pani powiedzieć – mówi pogodnie – jak wiele przez te wszystkie lata znaczyło dla mnie „Ms.”. I dla mojego męża też. Czytuje je teraz czasem, odkąd jest na emeryturze. Ale chciałam zapytać – czy ta kobieta, z którą pani podróżuje, to nie jest czasem Alice Walker? Uwielbiam jej wiersze.

Okazuje się, że razem z mężem przyjeżdżają na zlot motocyklowy co roku, od początku swojego małżeństwa. Kobieta kocha poczucie wolności, jakie daje droga i tajemniczy księżycowy krajobraz Badlands. Zachęca mnie, żebym się tam wybrała, trzeba tylko iść ścieżkami wyznaczanymi przez liny. W czasie wojny o święte Black Hills, wyjaśnia, w Badlands chronili się wojownicy Dakotów, ponieważ kawaleria zawsze się tam gubiła. Jej mąż przystaje obok nas w drodze do kasy i sugeruje, że powinnam zobaczyć wielki pomnik Szalonego Konia, który właśnie za pomocą dynamitu wykuwają na Black Hills.

– Przy Szalonym Koniu jadącym na swoim kucu – mówi – wszyscy ci mordujący Indian prezydenci na Mount Rashomon będą niczym. – Idzie dalej, łagodny, przyciężki facet, z tatuażami, łańcuchami...

Moja nowa znajoma przed odejściem prosi, żebym wyjrzała przez wielkie okno widokowe wychodzące na parking.

– Widzisz tego fioletowego harleya, to wielkie cudo? Jest mój. Kiedyś jeździłam tylko z mężem, na jego motorze, nigdy nie wyjeżdżałam sama na drogę. A później, kiedy dzieci dorosły, tupnęłam nogą. Nie było łatwo, ale ostatecznie udało nam się zostać partnerami. Teraz mąż mówi, że woli, jak jest tak, jak jest. Nie musi się martwić, że jeśli jego motor się popsuje albo on będzie miał zawał, to skasuje nas oboje. Mam nawet na tablicy rejestracyjnej napisane „Ms.”. I powinnaś zobaczyć miny moich wnuków, kiedy babcia dosiada swojego fioletowego harleya!

 

Kiedy znów zostaję sama, patrzę na gołe piaski i powykręcane skały Badlands, ciągnące się wiele kilometrów. Chodziłam po nich i wiem, że z bliska widać, że nagi piasek składa się z warstw różu, beżu i koloru kremowego, a w skałach otwierają się misterne, przypominające macice szczeliny. Nawet na odległych klifach ukazują się jaskinie dające schronienie.

Coś, co wydaje się jakieś z dystansu, z bliska okazuje się zupełnie inne.

Opowiadam Wam o tym, ponieważ jest to jedna z tych lekcji, które odebrać można tylko w drodze. A także dlatego, że zaczęłam wierzyć, że głęboko, wewnątrz, każda z nas ma swój fioletowy motocykl.

Musimy go tylko odnaleźć – i wyruszyć.


.

Na poprzedniej stronie:

Z Alice Walker w pobliżu Badlands, 1994.

Zdjęcie z prywatnych zbiorów Glorii Steinem.

.

Kiedy ludzie pytają mnie, jak to się dzieje, że po tylu latach wciąż mam nadzieję i energię, zawsze mówię: to dlatego, że podróżuję. Od ponad czterdziestu lat przynajmniej połowę czasu spędzam w drodze.

Nigdy nie próbowałam opisywać tego sposobu życia, nawet wtedy, kiedy pisałam o napotykanych po drodze ludziach i zdarzeniach. Wydawało mi się, że nie dysponuję żadną kategorią na jego ujęcie. Nie byłam jak Kerouac, na gigancie, nie chodziło o bunt przeciwko ustatkowaniu się, nie mogę nawet powiedzieć, że podróżowałam w imię jednej określonej sprawy. Najpierw byłam dziennikarką poszukującą historii do opowiedzenia, później pracowałam czasem przy kampaniach i udzielałam się w ruchach politycznych, najczęściej zaś byłam obwoźną działaczką feministyczną i organizatorką. Stałam się osobą, która ma przyjaciół i przyjaciółki oraz nadzieję, a wszystko to tak rozproszone jak moje własne życie. Wydawało mi się po prostu naturalne, że jedynym powtarzalnym elementem w tym życiu jest bycie w drodze.

Kiedy przyjaciele czy dziennikarze zakładają, iż fakt, że spędzam tyle czasu poza domem, musi przysparzać mi trudności, często zapraszam ich, by przejechali się ze mną, w nadziei, że połkną tego samego bakcyla co ja. Ale przez te wszystkie lata tylko jedna osoba wzięła mnie za słowo – na trzy dni[1].

W miarę jak mijały lata, a w moim życiu pojawiło się słowo wciąż – jak w „och, ty wciąż tyle podróżujesz” – zaczęła mi świtać myśl, że najmniej napisałam o tym, co najczęściej robię.

Tak więc usiadłam i przystąpiłam do robienia notatek z licznych podróży, obecnych i dawnych, tych, z których wracałam zachwycona tym, co jest, rozgniewana z powodu tego, czego brakuje i uzależniona od tego, co mogłoby być. Przeglądałam stare kalendarzyki i plany, listy i porzucone dzienniki i nagle zalały mnie wspomnienia o moim ojcu studiującym podniszczone mapy i książki telefoniczne, starającym się wyliczyć, ile pieniędzy na benzynę będzie potrzebował, żeby przejechać skądś dokądś, gdzie znajdzie park przyczep, by móc zatrzymać się z żoną i dwiema córeczkami oraz oszacować, który z przydrożnych handlarzy kupi od niego starocie, które sprzedawał i wymieniał, kiedy przemierzaliśmy kraj. Te wspomnienia były tak żywe i zmysłowe, że prawie byłam w stanie poczuć, jak szepczemy konspiracyjnie do siebie, starając się nie obudzić matki śpiącej w przyczepie, która przez znaczną część roku służyła nam za dom.

Aż do tej chwili gotowa byłam przysiąc, że zawsze buntowałam się przeciwko sposobowi życia mojego ojca. Stworzyłam dom, który kocham i w którym mogę się schronić, gdy tymczasem on nie chciał żadnego domu. On był nieustannie pogrążony w długach, ja nigdy nie pożyczyłam od nikogo ani grosza. Ja wsiadam w samolot lub w pociąg, by przeżywać przygody razem z innymi, on wolałby spędzić tydzień, jadąc samotnie przez kraj niż polecieć samolotem. A jednak w pewnym sensie buntujemy się po to, by ostatecznie odnaleźć się w tym, co znajome, tak więc uświadomiłam sobie, że istnieje powód, dla którego droga sprawia, że czuję się jak w domu. Wszystko dlatego, że przez pierwszych dziesięć pamiętnych lat życia byłam córką swego ojca.

Nie sądziłam, że zacznę tę książkę od opowieści o życiu ojca. Aż zdałam sobie sprawę, że tak właśnie muszę zrobić.

Za tym odkryciem przyszły kolejne. Na przykład zawsze wyobrażałam sobie, że moje życie w drodze to stan przejściowy. Że pewnego dnia dorosnę i gdzieś osiądę. Obecnie wiem, że dla mnie droga jest stałą, osiąść zaś mogę tylko na jakiś czas. Podróżowanie kształtuje moje życie poza drogą, nie na odwrót.

Weźmy wystąpienia publiczne: kiedy miałam dwadzieścia czy trzydzieści lat, robiłam wszystko, żeby ich unikać. Gdy raz spytałam nauczycielkę retoryki, co sądzi o tej mojej awersji, odpowiedziała, że tancerki i pisarki szczególnie trudno jest nauczyć publicznego przemawiania, nie przypadkiem bowiem wybrały zawód, w którym nie muszą mówić – a ja byłam i jedną, i drugą.

Ale przyszedł przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a wydawcy, dla których pracowałam dorywczo, okazali całkowity brak zainteresowania eksplozją feminizmu, która wówczas nastąpiła. Byłam wtedy już dość wściekła i dostatecznie zdesperowana, żeby połączyć siły z kobietą o wiele ode mnie odważniejszą i zacząć jeździć od kampusu do kampusu, od jednej grupy do drugiej. Z czasem, będąc daleko od domu, odkryłam coś, czego zapewne inaczej bym się nie nauczyła: ludzie zgromadzeni w jednym pomieszczeniu rozumieją się nawzajem i odczuwają wobec siebie empatię w sposób, który jest niemożliwy do osiągnięcia za pośrednictwem kartki czy ekranu.

I tak stopniowo stałam się dokładnie kimś, kim nigdy nie sądziłam, że będę: mówczynią i osobą, wokół której gromadzą się ludzie. To zaś przyniosło jeszcze większą nagrodę: publiczną uwagę. Sposób, w jaki byłam słuchana, i to, czego sama słuchałam, uświadomiło mi, że wokół mnie są przyszłe czytelniczki ogólnokrajowego feministycznego czasopisma, nieważne, co mówią eksperci od rynku wydawniczego.

Do tej pory byłam dziennikarką pracującą dorywczo, nigdy nie chciałam pracować w biurze ani ponosić odpowiedzialności za cokolwiek poza moim czynszem. Jednak dzięki temu, czego nauczyłam się w drodze, zaprosiłam autorki i redaktorki, żeby razem zastanowić się nad założeniem feministycznego czasopisma, tworzonego po to, by, mówiąc słowami wielkiej Florynce Kennedy, „robić rewolucję, nie tylko obiad”. Kiedy kobiety te potwierdziły, że nie ma miejsca, gdzie mogłyby pisać o tym, co je najbardziej obchodzi, narodziło się „Ms.”[2].

Od tej chwili domem, do którego wracam, jest działające jak magnes biuro, pełne dziennikarek i redaktorek. „Ms.” dało mi nie tylko kolejny powód, żeby ruszać w drogę, ale też stało się rodziną z wyboru, do której wracam z każdej podróży, z kieszeniami pełnymi pospiesznie nabazgranych notatek o nowych zdarzeniach. W sumie, być może nigdy nie zdobyłabym się ani nie znalazłabym sposobów na to, by zrobić jedną z tych rzeczy, które mają dla mnie największe znaczenie, gdybym po prostu nie była Na Zewnątrz.

Wyruszenie w drogę – przez co rozumiem pozwolenie, by droga przejęła nade mną kontrolę – zmieniło mój sposób myślenia o tym, kim jestem. W drodze panuje zamęt, dokładnie tak jak w życiu. Droga wyprowadza nas z zaprzeczenia ku rzeczywistości, prowadzi od teorii ku praktyce, od ostrożności ku działaniu, od statystyk ku opowieściom – krótko mówiąc, z naszych głów ku naszym sercom. Jest, obok groźnych dla życia sytuacji krytycznych i seksu, opartego na prawdziwej wzajemności, sposobem na bycie w pełni tu i teraz.

Jak widać, pierwszym powodem, dla którego piszę tę książkę, jest chęć podzielenia się najważniejszą, najdłużej trwającą, a zarazem najmniej widoczną częścią mojego życia. Daje mi to szansę na zrobienie czegoś więcej, niż po prostu powrót do domu i opowiadanie przyjaciółkom, że „spotkałam fantastyczną osobę, która...” albo „mam wspaniały pomysł na...”, albo, najczęściej, „musimy przestać generalizować na temat Amerykanów”, jak gdybyśmy stanowili jednorodną bryłę. Uodporniłam się także na polityków, którzy mówią: „Zjeździłem ten wspaniały kraj wzdłuż i wszerz i wiem...”. Jeździłam dalej i widziałam więcej niż oni, i nie wiem.

To, co mówi się nam o tym kraju, jest zdecydowanie nazbyt ograniczone – przez uogólnienia, slogany, a nawet przez tę pozornie oświeconą koncepcję, zgodnie z którą na każde zagadnienie można spojrzeć z dwóch stron. W rzeczywistości każde zagadnienie ma trzy, siedem lub kilkanaście stron. Czasem wydaje mi się, że jedyny istniejący podział na dwa to podział na ludzi, którzy dzielą wszystko na dwa, oraz na tych i te, którzy tego nie robią.

Ogólnie rzecz biorąc, gdybym przez te wszystkie lata nie oglądała nic prócz wiadomości w mediach, byłabym dziś osobą o wiele bardziej zniechęconą – zwłaszcza że newsem jest tylko konflikt, a przez obiektywizm rozumie się bycie bezstronnie przeciw.

W drodze nauczyłam się, że media to nie rzeczywistość; rzeczywistość jest rzeczywistością. Amerykanie, na przykład, podobno czczą wolność, a jednak trzymamy w więzieniach większy odsetek naszej populacji niż jakikolwiek kraj na świecie. Rozmawiam ze studentkami i studentami, którzy kończą studia, obciążeni paraliżującym długiem, nie wiążą tego jednak z faktem, że legislatury stanowe budują więzienia, których nam nie potrzeba, zamiast szkół, których potrzebujemy, a następnie wydają średnio pięćdziesiąt tysięcy dolarów rocznie na więźnia i o wiele mniej na studenta. Uwielbiam ducha przedsiębiorczości cechującego osoby, które zakładają firmy zajmujące się nowoczesnymi technologiami albo budki z hot dogami, ale w naszym kraju luki w dochodach i płacach są największe w całym rozwiniętym świecie. Spotykałam ludzi mieszkających na Terytorium Indiańskim, którzy są w stanie prześledzić swoje pochodzenie tysiące lat wstecz, i osoby, które przybyły do tego kraju wczoraj, te i tych, którzy przeżyli handel ludźmi, przymusową prostytucję lub przymusową pracę. Ten kraj zmienia się na naszych oczach. W ciągu mniej więcej trzydziestu lat Euroamerykanie nie będą stanowili większości. Urodziło się już pierwsze pokolenie, w którym większość dzieci nie jest „biała”. Ta nowa różnorodność pozwala nam lepiej zrozumieć świat i wzbogacić nasze kulturowe wybory, wciąż jednak istnieją ludzie, których poczucie tożsamości zależy od dawnej hierarchii. Być może ich lęk i poczucie winy mówią po prostu: A gdyby to mnie traktowano tak, jak ja traktuję innych? Ale biorąc pod uwagę władzę i pieniądze, jakie za tym stoją, reakcja zdolna jest uwięzić nas na nowo w hierarchiach.

Jak przenikliwie napisała Robin Morgan, „Nienawiść uogólnia, miłość ukonkretnia”[3]. Właśnie dlatego ruszanie w drogę jest tak ważne. Zdecydowanie pozwala ukonkretniać.

Drugim powodem, dla którego piszę, jest to, że chcę Was zachęcić, byście też spędziły trochę czasu w drodze. Mam na myśli to, żeby udając się w podróż – albo nawet zostając tam, gdzie się mieszka – choćby na kilka dni przyjąć podejście typu jestem-w-drodze: takie, w ramach którego nie szukamy tego, co znajome, ale jesteśmy otwarte na wszystko, co może nadejść. Można zacząć natychmiast po przekroczeniu progu domu.

Podobnie jak dla muzyka jazzowego, który improwizuje, surferki, która chwyta falę, czy ptaka, unoszonego prądami powietrza, twoją nagrodą będą chwile, w których wszystko nagle zaczyna się łączyć. Posłuchaj historii nieznajomych, spotykających się podczas burzy śnieżnej, o których Judy Collins śpiewa w The Blizzard, przeczytaj esej Alice Walker My Father’s Country is the Poor. Zaczynają się w osobistych miejscach, wkraczają na nieoczekiwaną ścieżkę i dochodzą do miejsca, które jest zarazem zaskakujące i nieuniknione – jak sama droga.

Uzależnienie od bycia w drodze zdarza się wszędzie. Karawana sufickiego poety, Rumiego, przewędrowała dziesiątki muzułmańskich krain; Romowie opuścili Indie, aby dotrzeć do Europy i nigdy się nie osiedlić; aborygeni australijscy i wyspiarze z Cieśniny Torresa wyruszają w drogę, aby odnowić stare ścieżki śpiewu. Piszę książkę o byciu w drodze w Ameryce, ponieważ Ameryka jest miejscem, w którym najdłużej mieszkam i po którym najwięcej podróżuję, i które najbardziej chcę zrozumieć, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej wpływ na resztę świata. Nie jestem też pewna, czy możemy zrozumieć inny kraj, jeśli nie zrozumiałyśmy własnego. W okolicach dwudziestki miałam szczęście mieszkać przez rok w Europie, potem dwa lata w Indiach – tyle że wtedy w pewnym sensie raczej uciekałam, niż po prostu byłam. Bezpieczna Europa była chwilowym sposobem na pozostawienie za sobą niespokojnego dzieciństwa. Dalekie Indie pomogły mi zacząć rozumieć, w jaki sposób żyje większość ludzi na świecie, i było to bardzo odległe od wszystkiego, co sobie kiedykolwiek wyobrażałam. Wciąż czuję wdzięczność dla tego ogromnego, borykającego się z trudnościami kraju za to, że nie dawało się go ignorować: w innym przypadku mogłabym wrócić do domu jako ta sama osoba, która zeń wyjechała.

 

Spróbuję Was zachęcić do przemierzenia tego kraju. Wydaje mi się, że podróżowanie po Ameryce potrzebuje swoich rzeczniczek. Gdybym wybierała się do Australii albo Zambii, ludzie mówiliby, że to wspaniały pomysł, jeśli jednak podróżuję dokądkolwiek w granicach Stanów Zjednoczonych, będą mi współczuć i komentować, że z pewnością to musi być wyczerpujące. Tymczasem można tutaj znaleźć wiele wyjątkowych, satysfakcjonujących rzeczy. Po pierwsze, czasem wydaje się, że Amerykanie i Amerykanki prześcigają każdą inną nację, jeśli idzie o nadzieję. Być może dlatego, że tak wiele i wielu z nas przybyło tu, uciekając od czegoś gorszego, albo wyszło z biedy, albo przyswoiło sobie fakty i fantazje związane z „krainą wielkich możliwości”, a może po prostu dlatego, że optymizm jako taki jest zaraźliwy – niezależnie od powodu, zdolność zachowywania nadziei jest tym, za czym najbardziej tęsknię, będąc daleko. Właśnie ona sprawia, że cieszę się, kiedy wracam do domu. Ostatecznie nadzieja jest też pewnym rodzajem planowania.

Nie sugeruję jednak, byście podróżowały tyle ile ja. Jak Sky Masterson, hazardzista i obieżyświat z opowiadań Damona Runyona, widziałam więcej pokoi hotelowych niż Biblia Gedeonitów – a Masterson nie musiał myć włosów hotelowym mydłem, jeść przekąsek z automatów ani naradzać się późnym wieczorem z pokojówkami, które chciały założyć związek zawodowy. Po pierwszych dwóch dekadach, które spędziłam, podróżując jako działaczka i organizatorka, zorientowałam się, że najdłuższy czas, jaki spędziłam w domu, było to osiem dni z rzędu.

Jak widzicie, jestem zakochana w drodze.

Liczę też na coś jeszcze: na opowieści. Przez tysiące lat przekazywałyśmy sobie wiedzę w opowieściach i pieśniach. Jeśli podacie mi dane statystyczne, opowiem wam historię, która wyjaśni, czemu są prawdziwe. Narracja i obrazy organizują pracę naszego umysłu. Kiedy dołączyłam do szeregów wędrownych organizatorek – innymi słowy, włączyłam się w przedsięwzięcie, jakim jest zmiana społeczna – odkryłam magię osób opowiadających swoje historie grupom nieznajomych. Wydaje się czasem, że uważne słuchaczki i słuchacze wytwarzają pole magnetyczne, przyciągając opowieści, o których opowiadające nawet nie wiedziały, że noszą je w sobie. Poza tym jedną z najprostszych dróg prowadzących do głębokiej zmiany jest to, aby te i ci, którzy mają mniej władzy, mogli mówić tyle samo, ile słuchają, potężniejsi zaś, by słuchali tyle, ile zwykle mówią.

Być może to dlatego, że kobiety uważa się za dobre słuchaczki, ale odkryłam, że podróżująca kobieta – a zwłaszcza pewnie podróżująca feministka – staje się kimś w rodzaju niebiańskiego barmana. Ludzie mówią jej rzeczy, którymi nie podzieliliby się nawet ze swoim terapeutą. W miarę jak stawałam się rozpoznawalna jako część ruchu, który wniósł nadzieję w życie wielu ludzi, byłam też odbiorczynią coraz większej liczby opowieści, snutych zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn.

Pamiętam takie szczęśliwe zbiegi okoliczności, jak przeczekiwanie burzy w zajeździe, w którym stała akurat szafa grająca i był tam samotny nauczyciel tanga, opowiadający o ulicznych dziejach tego tańca; słuchanie, jak dzieci z plemienia Mohawków uczą się języka i rytuałów duchowych, od pokoleń zakazanych; siedzenie razem z grupą Anonimowych Fundamentalistów, rozprawiających o odrzuceniu narkotyku pewności; udzielanie wywiadu dziewięciolatce, która jest najlepszą zawodniczką w męskiej drużynie futbolowej; spotkanie z latynoską studentką, córką nielegalnych imigrantów, która wręczyła mi swoją wizytówkę głoszącą: „Kandydatka na prezydentkę 2032”.

Są też, rzecz jasna, dary natury, które przynosi życie w drodze. Na przykład widok zorzy polarnej w Kolorado, spacer w Nowym Meksyku w blasku księżyca, który świecił tak jasno, że widziałam linie papilarne na własnej dłoni, słuchanie opowieści o samotnym słoniu w zoo w Los Angeles, połączonym na powrót z innym słoniem, przyjacielem sprzed lat, albo znalezienie się podczas zamieci śnieżnej w Chicago, gdzie mam kominek, przyjaciółkę i powód, żeby odwołać wszystkie spotkania.

Możesz polegać na tym, że bardziej niż cokolwiek innego na świecie, droga zmusi cię do życia tu i teraz.

Mam wreszcie nadzieję także i na to, że uda mi się otworzyć drogę – dosłownie. Jak dotąd, bywa ona w przeważającej mierze terytorium należącym do mężczyzn. Mężczyzna jest ucieleśnieniem przygody, kobieta symbolizuje ognisko domowe, i to by było w zasadzie na tyle.

Już jako dziecko zauważyłam, że Dorotka z Czarnoksiężnika z krainy Oz przez cały czas stara się wrócić do domu, do Kansas, a Alicja w Krainie Czarów śni swoją długą i pełną przygód wędrówkę, po czym budzi się w sam raz, by zdążyć na herbatę.

Od Josepha Campbella i jego Podróży Bohatera po bohaterów Eugene’a O’Neilla, których przed wyruszeniem na morze powstrzymują uczepione ich kobiety, nie widziałam wielu powodów, by uważać, że droga otwiera się także przede mną. W liceum oglądałam Viva Zapata!, hollywoodzką wersję opowieści o wielkim rewolucjoniście. Gdy Zapata konno wyrusza ku swemu przeznaczeniu, żona czepia się jego buta i czołgając się w kurzu, błaga, by pozostał w domu. Ponieważ nie potrafiłam jeszcze wtedy przyznać się, że bardziej interesuje mnie wyruszenie w morze i rewolucja niż doglądanie domu w roli żony czy matki, więc przynajmniej obiecałam sobie cichutko, że nigdy nie stanę się przeszkodą dla żadnego mężczyzny.

Nawet w słownikach awanturnik to między innymi „osoba prowadząca burzliwe i pełne niebezpiecznych przygód życie”, gdy tymczasem awanturnica to „kobieta skłonna do kłótni, awantur, intryg”, ale też „kobieta złych obyczajów”.

Kiedy już kobiety wyruszały w podróż, wszystko zdawało się je prowadzić do nieszczęśliwego końca, począwszy od podróżniczki z realnego świata Amelii Earhart po fikcyjne bohaterki Thelmy i Louise. Po dziś dzień w wielu częściach świata kobiety dyscyplinuje się lub nawet zabija za obrazę honoru rodziny, jeśli odważą się wyjść z domu bez męskiego krewnego lub wyjechać z kraju bez pisemnego pozwolenia męskiego opiekuna. W Arabii Saudyjskiej kobietom do niedawna nie wolno było prowadzić samochodów, nawet w drodze do szpitala na oddział ratunkowy, a co dopiero w drodze ku przygodzie. Podczas powstań w trakcie Arabskiej Wiosny wiele kobiet, zarówno obywatelek, jak i przyjezdnych dziennikarek, zapłaciło za pojawienie się w miejscach publicznych cenę, jaką było znoszenie napaści seksualnych.

Jak napisała Margaret Atwood, aby wyjaśnić nieobecność kobiet w powieściach opisujących wędrówkę w poszukiwaniu tożsamości, „powód jest prawdopodobnie bardzo prosty: wyślij kobietę samą na nocną wyprawę, a najpewniej skończy o wiele bardziej martwa i o wiele szybciej, niż gdyby była mężczyzną”[4].

Ironia polega na tym, że dzięki archeologii molekularnej – obejmującej badania nad starożytnym DNA, dzięki czemu można prześledzić przemieszczanie się ludzi w różnych epokach – wiemy dzisiaj, że mężczyźni byli istotami domowymi, a kobiety wędrowniczkami. Współczynnik międzykontynentalnych wędrówek kobiet jest osiem razy większy niż mężczyzn[5].

Wędrówki te jednak w kulturach patriarchalnych i patrylokalnych często były podróżą w jedną stronę, podejmowaną z konieczności, a nie z wyboru: kobiety pozostawały pod kontrolą mężczyzn i zmuszano je, by przeprowadzały się do domów mężów. W kulturach matrylokalnych mężczyzna dołącza do rodziny żony – mniej więcej jedna trzecia świata nadal żyje w ten sposób – zachowuje jednak równą pozycję, jako że te kultury niemal nigdy nie są i nie bywały matriarchalne.

W obliczu wszystkich złowieszczych i często trafnych ostrzeżeń dotyczących tego, jak niebezpieczna może być droga, współczesny feminizm zadaje podstawowe pytanie: Niebezpieczna w porównaniu z czym?

Niezależnie od tego, czy mowa o morderstwach posagowych w Indiach, honorowych zabójstwach w Egipcie czy pladze przemocy domowej w Stanach Zjednoczonych, liczne dane świadczą o tym, że kobiety najczęściej są bite i zabijane we własnych domach przez mężczyzn, których znają. Z punktu widzenia statystyki dom jest dla kobiety miejscem bardziej niebezpiecznym niż droga. Być może dla kobiety prawdziwą rewolucją będzie wyruszenie w podróż z własnej woli, a także ciepłe powitanie w domu, kiedy powróci.

Jak zobaczycie, książka ta nie opowiada o jednej czy nawet o kilku wyprawach, ale o dziesiątkach lat podróżowania, kiedy dom jest tylko przystankiem. Można powiedzieć, że jest to opowieść o współczesnej koczowniczce.

Oprócz wędrówek w przestrzeni, wędrówek po kraju znajdą się tu jeszcze dwa inne rodzaje podróży: w czasie, w przeszłość kontynentu północnoamerykańskiego, który przemierzam, oraz poprzez kultury, pomiędzy i pośród bardzo różnych ludzi i miejsc.