Nazywam się CukiniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nazywam się Cukinia
Nazywam się Cukinia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,40  44,32 
Nazywam się Cukinia
Audio
Nazywam się Cukinia
Audiobook
Czyta Leszek Filpowicz
29,90  22,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Nazywam się Cukinia


Tytuł oryginału

AUTOBIOGRAPHIE D’UNE COURGETTE

Wydawca

Magdalena Hildebrand

Redaktor prowadzący

Katarzyna Krawczyk

Redakcja

Marta Szafrańska-Brandt

Korekta

Michał Markiewicz

Sylwia Ciuła

Copyright © Plon, un département d’Edi8 2002&2016

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © for the Polish translation by Elżbieta Wilanowska

Świat Książki

Warszawa 2017

Świat Książki Sp. z o.o.

02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie

Laguna

Dystrybucja

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j.

05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91

e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10

www.olesiejuk.pl

ISBN 978-83-8031-817-5

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Laurentemu C.

Dziękuję dyrektor Jacqueline Vialatte, a także wychowawcom i pani psycholog z domu dziecka Pressoirs du Roy, za liczne rady, jakie od nich otrzymałem w trakcie pisania mojej książki.

Dziękuję również Pascalowi Lagarde’owi, nauczycielowi w Forges, i Marie-Anne Baulon, sędzinie w sądzie dla nieletnich w Bobigny.

Proszę wszystkie te osoby, by nie szukały swego podobieństwa do postaci występujących w powieści: fikcja bywa zwodnicza.

Wprawdzie dom w Pressoirs du Roy i szkoła w Forges dostarczyły mi pewnej inspiracji, a pisząc, starałem się trzymać realiów, także prawnych, ale reszty dopełniła wyobraźnia autora.

Proszę, niech wszelkie dowolności zostaną mi wybaczone...

Odkąd byłem zupełnie mały, chciałem zabić niebo, z powodu mojej mamy, która często mi powtarzała:

– Widzisz, to wszystko tam, w górze, przypomina nam, że my tu, na ziemi, jesteśmy niczym.

– Życie, Cukinio, jest jak to szare niebo, pełne cholernych chmur. Zsyła nam same nieszczęścia.

– Wszyscy faceci chodzą z głową w chmurach. Mam ich gdzieś, nie chcę ich widzieć, jak tego idioty twojego ojca, który się ulotnił, poszedł w świat z jakąś gęsią.

*

Czasem mama mówi nie wiadomo co.

Byłem za mały, kiedy mój tata sobie od nas poszedł, ale nie rozumiem, dlaczego miałby zabierać gęś z sąsiedztwa, żeby z nią podróżować po świecie. Gęsi są głupie: jedzą ziarno, które namoczyłem w piwie, a potem się zataczają i padają pod murem.

To nie wina mamy, że opowiada takie głupstwa. To z powodu tych piw, które wypija, oglądając telewizję.

Potem narzeka na niebo i daje mi po uchu, chociaż nie zrobiłem nic złego.

W końcu doszedłem do wniosku, że niebo i te szturchańce i razy, które od niej obrywam, mają ze sobą coś wspólnego.

Jeśli zabiję niebo, mama nie będzie się już tak denerwować i będę mógł spokojnie oglądać telewizję, i nie dostanę takiego lania, że popamiętam na całe życie.

Dziś jest środa.

*

Pani w szkole mówi, że środa to „niedziela dla dzieci”, bo mamy wolne.

Ja tam wolałbym iść do szkoły. Mama ogląda telewizję, a ja chciałbym zagrać w kulki z Grégorym, ale Grégory mieszka daleko i nie może już u nas spać, odkąd nasze mamy się pokłóciły z powodu piłki i wybitej szyby w oknie. Moja mama powiedziała, że Grégory to bandyta, i rzuciła słuchawką, krzycząc: „dziwka”, a mama Grégory’ego darła się, że „lepiej być dziwką niż alkoholiczką”.

Proszę mamę, żeby ze mną pograła, ale ona mówi do telewizora: „Uważaj, stoi za tobą, chce cię zabić”, więc powtarzam, ale mama ciągle gapi się w telewizor. „No co za idiota!”, krzyczy, nie wiem, do mnie czy do tego pana, którego i tak zabili, chociaż go uprzedzała.

Idę do swojego pokoju i patrzę przez okno na chłopaka z sąsiedztwa, który zawsze bawi się sam i nie potrzebuje żadnego towarzystwa. Siada okrakiem na świni, jakby to był osioł, i zaśmiewa się do rozpuku. Mnie się nudzi, więc idę do pokoju mamy. Wszystko tu rozbabrane, ubrania walają się na podłodze. Ścielę łóżko, muszę przysunąć sobie krzesło, żeby położyć rzeczy na wielkiej górze bielizny do prania, a potem już nie wiem, co robić, więc grzebię w szufladzie komody, pod stertą niewyprasowanych koszul, i znajduję rewolwer.

Jestem bardzo zadowolony, myślę sobie, że pójdę pobawić się nim w ogrodzie. Wychodzę z pokoju, jakby nigdy nic, z rewolwerem ukrytym w spodniach.

Mama i tak na mnie nie patrzy, mówi do telewizora: „Ta dziewczyna nie jest dla ciebie, mój chłopcze!”.

*

Kiedy już jestem na dworze, nie muszę celować. Niebo jest naprawdę duże.

Strzelam raz i upadam na ziemię.

Podnoszę się, strzelam drugi raz i znów upadam.

*

Z domu wychodzi mama. Utyka z powodu nogi, która się źle zrosła, i wrzeszczy: „Co tu się dzieje?”, potem widzi mnie z rewolwerem w ręku, staje nade mną i krzyczy: „Co ja Ci zrobiłam, dobry Boże, że mnie pokarałeś takim Cukinią! Wdałeś się w ojca. Oddawaj mi to, smarkaczu!”.

I próbuje mi wyrwać rewolwer.

*

– Ale to dla ciebie – bronię się – nie chcę, żebyś na mnie krzyczała. – I nie puszczam rewolweru, a mama się przewraca.

– Cholera – mamrocze, trzymając się za chorą nogę, więc pytam: „Boli cię?”, a ona daje mi kopniaka drugą nogą, tą zdrową, i dalej krzyczy: „Oddaj mi to natychmiast, nie będę powtarzać dwa razy!”, ja mówię: „Właśnie to powtarzasz drugi raz” i nie puszczam, mama gryzie mnie w rękę, ja ciągle mocno trzymam rewolwer, próbuję się czegoś złapać, pada strzał i mama osuwa się do tyłu.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Leżę długo, wyciągnięty na trawie, i przypatruję się chmurom.

Szukam w nich taty, żeby mi powiedział, co robić.

Nie zabiłem nieba.

Tylko trochę podziurawiłem chmury, które spuszczają na nas same nieszczęścia. A może to tata zesłał mi swoje łzy, żeby zmyły krew z szlafroka mamy.

*

Na początku myślałem, że mama śpi albo udaje, żeby mi zrobić kawał, chociaż to nie w jej stylu, zwłaszcza odkąd miała wypadek.

Potrząsam nią lekko. Przypomina szmacianą lalkę, z opadającymi ramionami, z szeroko otwartymi oczami. Przychodzą mi do głowy filmy policyjne, gdzie seryjni mordercy zabijają całe mnóstwo kobiet, a potem one są podobne do miękkich szmacianych lalek, i myślę: „Zabiłem mamę”.

*

W tych filmach nigdy nie wiadomo, co się dalej dzieje ze szmacianymi lalkami, więc czekam, a potem robi się ciemno i jestem strasznie głodny. Idę do domu zjeść kanapkę z majonezem i boję się już wyjść.

Myślę o żywych trupach, które wstają z grobu, żeby straszyć ludzi, i chodzą z siekierami, i tak okropnie wytrzeszczają oczy.

Wdrapuję się na strych. Jestem pewien, że mama przez tę swoją sztywną nogę nie przyjdzie mnie tu szukać.

Zjadam kilka jabłek. Nie mam odwagi grać nimi w nogę.

W końcu zasypiam.

*

Kiedy otwieram oczy, na dole jest jakiś hałas, boję się, że to żywe trupy i szmaciane lalki wołają mnie po imieniu.

Oprócz pani w szkole nikt już nie mówi do mnie „Ikar”.

Dla wszystkich jestem Cukinia.

Nagle drzwi się otwierają i widzę jakiegoś pana. Nie wygląda na żywego trupa, ale one czasami są takie sprytne, że potrafią udawać zwykłych ludzi, jak w Porywaczach ciał, więc rzucam w niego wszystkimi jabłkami, jakie mam pod ręką, a on się przewraca.

Potem wpada ten chłopak, syn naszego sąsiada, z całą masą policjantów.

Jeden z nich mówi: „Uwaga na jabłka” i próbuje przejść między nimi, podczas gdy chłopak rzuca się do tego pana, który wszedł najpierw, a do mnie krzyczy: „Zabiłeś mojego tatę!”, ale inny policjant mówi: „Nic się nie stało, twój tata tylko się potłukł”, i tamten pierwszy pan się podnosi. Dopiero teraz widzę, że to nasz sąsiad. Wszyscy zbliżają się do mnie, więc myślę sobie: „To już koniec filmu”.

*

Zakrywam twarz rękami i czekam na lanie, które popamiętam na całe życie, ale czuję, że ktoś głaszcze mnie po głowie, więc rozsuwam palce: tamten tata siedzi w kucki tuż obok mnie i pyta: „Widziałeś pana, który to zrobił, chłopcze?”.

Wszyscy policjanci patrzą na mnie, i chłopak z sąsiedztwa także.

Trochę się boję tych wpatrzonych we mnie oczu, więc zaczynam się trząść, i słyszę gruby głos, który mówi: „Zostawcie mnie z nim samego, przecież widzicie, że chłopak jest przerażony”.

Wszyscy wychodzą, oprócz policjanta z grubym głosem. Jest duży, siada na podłodze, robiąc sobie miejsce wśród jabłek.

Spod koszuli wyłazi mu kawałek wielkiego białego brzucha.

– Ile masz lat, Ikarze?

Wyciągam przed siebie obie ręce, zginam kciuk i liczę, jak nauczyła mnie pani w szkole.

– Dziewięć – odpowiadam.

Wyciąga z kieszeni notes i coś w nim zapisuje. Później jego gruby głos robi się mniej gruby, kiedy pyta mnie, co się stało, a ja opowiadam o żywych trupach, szmacianych lalkach i porywaczach ciał, którzy chcą zawładnąć ludźmi.

 

Policjant drapie się w głowę, zsuwając na bok swoje kepi, i mówi, że nazywa się Raymond i że mogę go tak nazywać.

– Zgoda – odpowiadam – ale ty będziesz do mnie mówił Cukinia.

Przez chwilę nic nie mówi, a potem bardzo cicho (tak cicho, że muszę go poprosić, żeby powtórzył) pyta:

– Więc jak to się stało z twoją mamą?

– A, to... to wszystko przez niebo.

Policjant ogląda swoje zabłocone buty i dziwnym głosem powtarza: „Niebo?”.

No to opowiadam mu o moim tacie, który ma głowę w chmurach, i o tym, jak jego peugeot zderzył się z drzewem i mama odtąd ma sztywną nogę, i o tym, że jakiś pan przysyła co miesiąc pieniądze na jedzenie i ubrania dla mnie.

– A gdzie jest twój tata? – pyta Raymond.

– Tata pojechał w świat z jedną gęsią.

– Biedny mały – mówi policjant, głaszcze mnie po głowie. To całe głaskanie wydaje mi się śmieszne, więc trochę się odsuwam.

– A twoja mama była dla ciebie dobra? – pyta dalej ten pan i zdejmuje kepi. Włosy pod spodem ma pozlepiane, a na czole odciśnięty okrągły ślad.

– No tak, robi dobre naleśniki i czasem się nieźle bawimy.

– A kiedy się nie bawicie?

Chwilę się zastanawiam.

– To znaczy, jak włażę na strych?

– Tak, kiedy włazisz na strych.

– To dlatego, że robię głupoty i nie chcę dostać tak, że popamiętam na całe życie. Potem muszę sobie rozcierać policzki, bo zostają ślady. A tutaj mama nie wejdzie, bo ma sztywną nogę.

– A co ostatnio takiego głupiego zrobiłeś?

– No... to chyba jak wziąłem rewolwer, żeby się nim pobawić.

– Rewolwer to nie zabawka, mój mały.

– Ale mnie się nie chciało grać w kulki samemu, mama oglądała telewizję, a Grégory już do nas nie przychodzi, więc się nudziłem. Nie umiem gadać ze świniami jak ten chłopak, co mieszka obok nas.

– No dobrze, a gdzie znalazłeś ten rewolwer? – pyta Raymond, drapiąc się w głowę. Może ma wszy albo coś takiego.

– W pokoju mamy.

– Twoja mama często pozwalała ci brać rewolwer?

– Nie, przedtem nawet nie wiedziałem, że go ma.

(Boję się powiedzieć, że trochę grzebałem w szufladzie).

Raymond gryzie ołówek, jak się żuje źdźbło trawy, kiedy się jest na łące.

– I co się potem stało?

– Wyszedłem na dwór i bawiłem się tym rewolwerem.

– To nie jest zabawka.

– Już pan to mówił. Gdybyś pan tam był, mógłbym z panem pograć w kulki.

– Mów do mnie Raymond. Strzelałeś do czegoś?

– Tak, chciałem zabić niebo.

– Zabić niebo?

– No bo ono zsyła na człowieka same nieszczęścia i potem mama pije dużo piwa i cały czas krzyczy, i dostaję od niej po buzi albo gdzie indziej, i mam czerwone ślady.

– Mama cię biła?

– Najpierw to tylko wtedy, jak zrobiłem coś złego, ale czasem krzyczy i daje mi w skórę za nic, wtedy włażę na strych i śpię razem z jabłkami.

Raymond zapisuje coś w swoim notesie, nie wiem co, i wysuwa przy tym koniuszek języka; to mnie śmieszy.

– Z czego się śmiejesz, mój chłopcze? – słyszę jego głos.

– Wysuwasz język jak gruby Marcel, kiedy coś przepisuje.

Policjant uśmiecha się i znowu drapie się po głowie, pytam go, czy ma wszy, a on ciągle swoje, jakby był głuchy:

– Strzeliłeś do mamy?

– Nienaumyślnie, mama chciała mi zabrać rewolwer, była okropnie zła, krzyczała, że jestem taki sam idiota jak mój tata, i rewolwer sam strzelił.

Próbuję połykać łzy, które łaskoczą mnie w gardle, ale nie udaje mi się, mam mokre oczy i po chwili nic już nie widzę.

*

– No już, mały, nie płacz, masz, weź chusteczkę.

Wycieram oczy i czuję, że mi leci z nosa, więc smarkam w chusteczkę.

– Masz jakąś rodzinę?

– Nie, oprócz mamy nikogo.

Oddaję mu chusteczkę, a on chowa ją do kieszeni.

– W takim razie pójdziesz ze mną na komisariat i zadzwonimy do sędziego.

– Sędzia to taki pan, który uderza młotkiem w stół i wysyła przestępców do więzienia?

– Nie jesteś przestępcą i nie pójdziesz do więzienia, jesteś na to za mały. Sędzia umieści cię w domu, gdzie są dzieci takie jak ty.

– I mama tam przyjdzie?

Raymond drapie się w głowę i mówi:

– Twoja mama zostanie na zawsze w twoim sercu i w myślach, mój mały. Ale teraz odeszła.

– Poszła do miasta?

– Nie, mały, jest w niebie, z aniołami.

– Nieprawda – odpowiadam – jest z moim tatą.

Kiedy wchodzimy do komisariatu, jeden z policjantów śmieje się na nasz widok: „Cóż to, Raymondzie, znalazłeś sobie partnera?”, ale Raymond patrzy na niego groźnie i policjant zaczyna nagle oglądać swoje buty.

Siadam w biurze Raymonda, a ten policjant, który już się nie śmieje, przynosi mi czekoladę w plastikowym kubeczku i zostaje ze mną, kiedy Raymond idzie zatelefonować z pokoju obok; pyta mnie, co przeskrobałem, że się tutaj znalazłem, więc odpowiadam, że strzelałem do nieba i chybiłem, ale za to trafiłem do mamy, i on rozdziawia buzię i zostaje tak aż do powrotu Raymonda.

– Dugommier, zamknij dziób, bo ci mucha wleci! Lepiej przynieś mi kawę. – A do mnie: – Dobra, mały, rozmawiałem z sędzią i teraz zabiorę cię do schroniska blisko Fontainebleau. Pan sędzia przyjedzie do ciebie kiedy indziej.

– Co to jest schronisko?

– To taki duży dom, gdzie mieszka mnóstwo dzieci i gdzie są wychowawcy, którzy się tobą zajmą.

– Kto to jest wychowca?

– Wychowawca to taki pan lub pani, którzy będą się tobą opiekować.

– Czy ci wychowcy dają lanie?

– Nie, i nie krzyczą, chyba że tak uprzykrzysz im życie, że nie będą mieli wyjścia, ale nie wyglądasz na takiego łobuza, mały.

Znowu czuję, że łaskocze mnie w gardle, i połykam łzy.

Siedzę na strasznie wysokim krześle i macham nogami, w rękach trzymam plastikowy kubeczek, czuję w palcach jego ciepło i to sprawia mi przyjemność, tak jak głos tego grubego pana, który siada okrakiem na krześle naprzeciwko mnie.

Jest źle ogolony, ma na szyi pełno włosków, w uszach też, poci się pod pachami i na czole i czasem malutkie kropelki spływają mu znad wargi do ust, ale nie zwraca na to uwagi.

– Zostaniesz ze mną w tym dużym domu? – pytam cicho.

– Nie, Ikarze, nie mogę.

– To kiedy tam jedziemy?

– Już teraz – mówi Raymond i podnosi się z krzesła.

Woła Dugommiera, który cały czas przygląda nam się z pokoju obok.

– Zajmiesz się sprawą Merlina, wrócę późnym popołudniem.

Dugommier pyta mnie, czy chcę jeszcze jedną czekoladę, mówię, że tak, ale Raymond mówi, że nie ma czasu, więc zaczynam siąkać nosem i Raymond idzie po czekoladę.

Piję małymi łyczkami, łzy wpadają do środka, a potem już idziemy.

*

Wjeżdżamy na autostradę, Raymond włącza radio, śpiewa Celine Dion, a ja myślę o mamie, która też śpiewa tę piosenkę, kiedy układa kwiaty w wazonie. Burczy mi w brzuchu, więc mówię, że jestem głodny.

Zatrzymujemy się przy McDonaldzie, biorę cheeseburgera z colą, Raymond też.

– Nie martw się, mały, wszystko będzie dobrze – mówi.

Beka mi się przez tę colę i Raymond się śmieje. Jest całkiem fajny.

– Wiesz – mówię do niego – możesz mnie nazywać Cukinia. Już ci to mówiłem wcześniej, ale nie słuchałeś. Tylko pani w szkole mówi do mnie Ikar i czasem, jak to słyszę, rozglądam się na boki, jakby to było do kogoś innego.

– Twoja mama nazywała cię Cukinia?

– Tak, i wszystkie chłopaki też.

*

Znowu wjeżdżamy na autostradę, przyglądam się drzewom i domom, Raymond patrzy w lusterko, wyprzedzając samochody, które jadą jeszcze wolniej niż my, a potem skręcamy w wiejską drogę.

Widzę szarą rzekę. Raymond mówi:

– Jesteśmy na miejscu, mały. Niezła buda! Będzie ci tu jak u Pana Boga za piecem.

Wysiada i bierze moją walizkę, a ja zostaję, bo wcale nie chcę mieszkać za niczyim piecem.

Ta buda to prawdziwy pałac, jak na filmie.

Po stopniach schodzi pani z białymi włosami, w czerwonej sukience, przez chwilę rozmawiają, a potem podchodzą do samochodu. Raymond ciągle trzyma w ręku moją walizkę.

Pani w czerwonej sukience zagląda do mnie przez szybę, uśmiecha się i mówi:

– Chodź, Ikarze, pokażę ci twój nowy dom.

Odpinam pasy i wysiadam. Wpatruję się w kamyki na ziemi.

– Nazywam się Papineau – mówi pani z białymi włosami – ale możesz do mnie mówić Geneviève. Nie ruszam się z miejsca. Słyszę głos Raymonda: „Przywitaj się z panią”, więc mówię „dzień dobry” kamykom i myślę, jacy dziwni są ci dorośli: każą nazywać się po imieniu, chociaż ich przecież nie znam.

– No dobrze, to ja wracam – mówi Raymond. – Mam jeszcze dużo pracy.

Stawia moją walizkę na stopniach, bierze mnie za brodę i podnosi mi głowę, tak że muszę spojrzeć mu w oczy.

– Bądź grzeczny, Cukinio.

Głaszcze mnie po włosach tak jakoś ciepło.

– Nie odchodź, Raymondzie! – wołam, chwytam jego rękę i przytulam ją do twarzy.

– Niedługo przyjadę cię odwiedzić, mały – mówi, cofając rękę i chowając ją do kieszeni, jak gdyby chciał zabrać ze sobą to moje przytulenie.

Potem całuje mnie w czoło i wsiada do samochodu, mamrocząc pod nosem: „Cóż to za historia! Biedny mały!”.

– Bądź grzeczny. Do widzenia pani.

Pani w okularach mówi: „Do widzenia i dziękuję”.

Samochód z niebieskim światełkiem na dachu cofa się i wykręca.

Czuję łaskotanie w gardle.

Pani bierze moją walizkę i odwraca się do mnie.

– Chodź, Ikarze, musisz być głodny.

– Nie – odpowiadam, a ona kładzie mi rękę na ramieniu i wchodzimy po schodach.

Od trzech miesięcy Ahmed robi siku do łóżka i codziennie rano pyta Rosy, czy dziś tata przyjedzie go odwiedzić.

*

Simon, który zawsze wszystko wie, mówi, że tata Ahmeda przyjedzie do niego, jak da nogę z więzienia, Rosy patrzy na niego groźnie, Simon robi ważną minę i prosi Rosy, żeby mu zawiązała sznurowadła od tenisówek, bo ciągle mu się rozwiązują.

– Tak, tak, przede mną możesz stroić te swoje miny i udawać groźnego – mówi Rosy.

*

Ahmed, Simon i ja śpimy w jednym pokoju.

*

Pierwszej nocy Simon powiedział mi, że zostanę tutaj przynajmniej trzy lata i że jeśli nie chcę mieć kłopotów, to mam mu codziennie rano smarować kanapki, bo inaczej pożałuję.

*

On już taki jest, udaje koguta, grozi innym, ale jak się trochę podniesie głos, to przestaje być taki ważny.

Pierwszego dnia rano posmarowałem kanapkę masłem i rozgniotłem mu ją na nosie, Simon chwycił mnie za włosy, ja jego też, dopiero Rosy nas rozdzieliła, patrząc groźnie: „Żadnych bijatyk, bo inaczej obaj zostaniecie ukarani!”. Ahmed zaczął płakać, bo jemu zawsze się wydaje, że wszystko to jego wina, i czasami we dwóch z Simonem korzystamy z tego i pokazujemy na niego palcem, nawet jak nic nie zrobił.

Od czasu tej kanapki Simon już mnie nie zaczepia, a ja czasem wiążę mu sznurowadła w podwójny węzeł, tak jak nauczyła mnie mama, i wieczorem Rosy musi je rozwiązywać, bo Simonowi nie chce się zdejmować tenisówek i najchętniej by w nich spał.

Kiedy jesteśmy sami, on mówi, że jesteśmy w więzieniu, my nazywamy to przytułkiem, ale pani Papineau, dyrektorka, nie jest zadowolona, kiedy to słyszy.

Woli „dom opieki” albo „Fontaines”.

*

Kiedy coś nabroimy, mamy karę.

To się nazywa „praca dla dobra wszystkich”.

Musimy grabić suche liście, które spadły z drzew, albo składać bieliznę, a największą karą jest czyszczenie poręczy schodów.

*

Rosy budzi nas o siódmej i całuje na dzień dobry. Pozwala nam pospać jeszcze pięć minut, a potem zapala światło. Po cichu, żeby nie obudzić maluchów, które śpią pół godziny dłużej, ubieramy się w to, co mamy przygotowane. Rosy zmienia popłakującemu Ahmedowi prześcieradło i idziemy do kuchni na śniadanie. Wszystko jest już gotowe. Pachnie czekoladą i grzankami, wystarczy tylko posmarować je masłem i dżemem.

Julien, gruby blondas, którego nazywamy Jujuba, je płatki zbożowe na mleku, bo jego mama napisała na pocztówce z Peru, że „to wpływa korzystnie na zdrowie”. Potem już nic więcej nie napisała i Jujuba nosi tę kartkę ciągle w kieszeni razem z ciastkami, tak że jest cała powycierana i poplamiona i nic nie można odczytać.

 

Simon mówi, że Peru wpływa korzystnie na zdrowie mamy Jujuby, ale nie na jego zdrowie, bo Jujubę ciągle boli brzuch, głowa albo serce, i czasem Rosy przykleja mu na palec plaster, i wtedy Jujuba czuje się o wiele lepiej, i wszystkim pokazuje ten swój palec.

Po śniadaniu pomagamy Rosy posprzątać, wszyscy oprócz Alice, która nigdy nie pozwala sobie uczesać włosów i zawsze upuści jakąś szklankę albo talerzyk, a potem boi się ruszyć. Rosy ją uspokaja: „Nic się nie stało, mój króliczku”, ale Alice zasłania się rękami, jakby Rosy chciała ją uderzyć.

W czasie śniadania Alice siedzi często Rosy na kolanach i ssie kciuk, i nie widać jej buzi, bo długie ciemne włosy opadają jej na twarz. Prawie się nie odzywa, a Simon mówi, że jej mama i tata dużo pili, bili ją i przywiązywali do kaloryfera. Pewnie tata Alice jest mordercą blondynek, jak w telewizji.

Później idziemy się myć, a Rosy sprawdza, czy dobrze umyliśmy zęby. Simon często musi wracać z nią do łazienki, bo tylko odkręca wodę, a wcale nie wchodzi pod prysznic. Słyszymy, jak krzyczy, kiedy Rosy namydla go od stóp do głów.

Potem wracamy do pokojów i sprawdzamy, czy mamy wszystko odrobione, a Rosy zagląda do nas, żeby zobaczyć, czy się nie bijemy, nie ciągniemy za uszy albo coś w tym rodzaju, bo inaczej trzeba będzie wycierać poręcz.

Kiedy czas jechać do szkoły, na dole czeka autokar. Rosy patrzy, czy zabraliśmy plecaki, całuje nas, przytula do swojej pulchnej piersi i przekazuje pod opiekę Pauline, a my zbiegamy po schodach, witamy się z Gérardem i wsiadamy do autokaru.

Pauline liczy nas i siada obok Gérarda, często patrzy w jego stronę, ale on nie zwraca na to uwagi i podśpiewuje, przekrzykując Juliena Clerca czy Henriego Salvadora, których piosenki zna na pamięć.

*

Pauline i Rosy niezbyt się lubią.

Powinniście zobaczyć, jak Rosy patrzy na Pauline, kiedy ta pali papierosa, trzymając go w umalowanych na czerwono ustach, a potem zgniata pięknym lakierkiem i idzie za nami do autokaru.

Rosy prawie przewierca ją wzrokiem, a Pauline sięga po następnego papierosa, potem odwraca się na swoich długich nogach i mówi: „Cześć, Rosy”, a Rosy udaje, że jest głucha.

Raz Simon wsiadał do autokaru ostatni, bo musiał wrócić po plecak, którego zapomniał, i słyszał, jak Rosy mruczy za plecami Pauline: „Głupia dziwka”, i od tej pory nazywamy Pauline między sobą „głupia dziwka”, i to nas okropnie śmieszy.

Najbardziej lubię siedzieć z tyłu autokaru z Simonem.

Ahmed siada zawsze tuż za Gérardem, obok niego nikt nie chce siedzieć, bo on często płacze.

Jujuba też siedzi sam z plastrem na palcu i pokazuje go Pauline, a Pauline mówi: „Och, jaka straszna rana!” i Jujuba jest zadowolony, że ktoś się nad nim użala, i zajada ciastko, które wyciąga z kieszeni.

Alice zajmuje miejsce pośrodku, obok Béatrice, małej Murzyneczki w różowych okularach, która ciągle dłubie w nosie, a potem wkłada palec do ust.

Dwa rzędy za dziewczynkami siedzą bracia Chafouin, Antoine i Boris. Są nierozłączni i zawsze mają sobie masę rzeczy do powiedzenia.

Simon mówi, że są sierotami i że ich rodzice zginęli w wypadku samochodowym, pytam, co to znaczy „sieroty”, a on odpowiada, że to takie dzieci, które nie mają nikogo, kto by je kochał, więc mówię, że Rosy kocha nas wszystkich, a on, że to nie to samo, więc ja, że właśnie to samo, i Simon wyzywa mnie od głupków, no to chwytam go za włosy i Simon zaczyna wrzeszczeć, i Pauline nas rozdziela, i tego wieczoru musimy wycierać poręcz.

*

Raz, kiedy Simon zasnął, podsłuchałem, jak bracia Chafouin bawią się w słownik.

Boris mówi takie śmieszne słowa, na przykład: „anoreksja”, „hemoroidy”, „epilepsja”.

A Antoine odpowiada mu: „rachityczny”, „hipochondryk”, „paraplegia”.

Nic z tego nie rozumiem.

Kiedy nie bawią się w słownik, Boris zakłada na uszy słuchawki i śpiewa jeszcze głośniej niż Gérard, tylko inne piosenki, i Pauline zabiera mu słuchawki i oddaje dopiero w szkole, a Boris się obraża i mówi: „głupia dziwka”, wszyscy się śmiejemy, i on też, i już nie siedzi nadąsany.

Jeśli bracia Chafouin nie gadają między sobą, to wyszywają – wbijają igłę z kolorową nicią w konia, który skacze przez przeszkodę, albo w bukiet róż. Te róże przypominają mi polne kwiatki, które zbierałem dla mamy, jak zrobiłem coś złego.

*

Raz Gérard chciał ominąć kota na drodze i ostro zahamował, tak że pospadaliśmy z siedzeń, bracia Chafouin też, i igła, zamiast w konia albo w bukiet róż, wlazła im w palec, a oni nawet nie krzyknęli.

Po prostu wyjęli igłę i ssali palec, dopóki krew nie zniknęła, a Pauline w tym czasie sprawdzała, czy nikomu nic się nie stało, ale nikogo nic nie bolało oprócz Jujuby, który powiedział, że ma złamaną nogę, i zaczął płakać, i Pauline rozcierała mu tę nogę, która wcale nie była złamana, a Simon powiedział, że to tylko po to, żeby wszyscy koło niego skakali.

*

Potem autokar wjeżdża do parku i to znaczy, że jesteśmy już na miejscu. Obok szkoły stoi wielki dom z okiennicami, w którym śpią inne dzieci.

Nasz pan nazywa się Paul i jest dla nas bardzo miły. Uczy nas geografii Francji, przynosi i wiesza na tablicy wielkie mapy, tylko nie bardzo rozumiem, jak wszystkie domy mogą się tam zmieścić.

Pytałem go, gdzie jest rzeka, bo myślałem o Raymondzie, który odwiedza mnie w każdą niedzielę, i pan Paul pokazał mi takiego niebieskiego węża, który mija „wielkie miasto” i „wpada w ramiona innych rzek”.

Pan Paul mówi czasami głupstwa; przecież rzeki nie mają ramion.

Może jeszcze mają oczy albo usta?

*

Kiedy nie uczymy się geografii, pan Paul opowiada nam o ludziach, którzy żyli przed nami, o ludziach z Cro-Magnon. Byli podobni do małp i wynaleźli ogień, pocierając o siebie dwa kamienie. Mieszkali w jaskiniach, ubierali się w skóry zwierząt i żeby jeść, musieli polować. Mieli broń, którą sami robili, na przykład łuki. Bierze się gałąź i kawałek liany i wkłada się strzałę naostrzoną kamieniem.

Spytałem, czy Tarzan też był człowiekiem z Cro-Magnon, ale wszyscy zaczęli się śmiać, tak że zrobiłem się cały czerwony i nawet nie słyszałem, co pan Paul odpowiedział, a potem już przestałem dalej pytać.

Simon chciał wiedzieć, czy ludzie z Cro-Magnon się myli, i pan powiedział, że wtedy nie było jeszcze mydła ani pryszniców, ani łazienek i że ludzie z Cro-Magnon myli się przypadkiem, kiedy wpadli do wody, na to Simon powiedział głośno: „Mydło wymyślili rodzice, żeby zrobić na złość dzieciom”, i znów wszyscy się śmiali, nawet pan Paul.

Béatrice, mała Murzynka, zjada swoje boby z nosa, więc pan Paul zapytał, czy jej nie pomóc dłubać w nosie, a ona odpowiedziała: „Nie, dziękuję”.

Alice jak zwykle ssała kciuk z twarzą zasłoniętą włosami, a jak pan Paul zgarnął je i związał gumką, to zaczęła się cała trząść.

Patrzyła na nas przestraszona, wargi miała całkiem białe. Pierwszy raz zobaczyliśmy jej zadarty nos i całe mnóstwo piegów.

Pan Paul powiedział, że tak będzie mogła lepiej widzieć tablicę, a ona skinęła głową i natychmiast zasłoniła twarz rękami, a kiedy pan usiadł za biurkiem, uciekła z klasy, i pan poszedł jej szukać.

Kiedy wrócili, pan Paul trzymał ją za rękę.

Myśmy w tym czasie wleźli na ławki i udawaliśmy ludzi z Cro-Magnon, wrzeszczeliśmy „onga, onga” i dopiero jak usłyszeliśmy podniesiony głos pana Paula, to zaraz znaleźliśmy się z powrotem na ziemi, oprócz Simona, który ciągle krzyczał „onga, onga”, aż pan Paul wziął go za ucho i zaprowadził do kąta; Simon aż do przerwy musiał stać tyłem do nas i nie wolno mu było się odwracać.

*

Kiedy dzwoni dzwonek, pan klaszcze i wyrzuca nas z klasy, ale nie wszyscy wychodzą, bo zawsze dwoje albo troje dzieci chce z nim zostać, tylko że to nie są dzieci z naszego schroniska.

Gruby Jujuba mówi, że boli go serce albo żołądek, i idzie do pielęgniarki, która na ten ból serca albo żołądka nakleja mu plaster na palec, i potem Jujuba wszystkim go pokazuje. Na nas z Simonem nie robi to wrażenia, gramy z braćmi Chafouin i z Ahmedem w kulki albo bawimy się w berka.

Nie bardzo się kolegujemy z innymi dziećmi i one też nas nie zaczepiają, bo ostatnim razem, jak próbowały, to nawet Béatrice, mała Murzynka, wyjęła na chwilę palec z nosa, żeby go wsadzić w oko takiego jednego chłopaka, który się z nas wyśmiewał. My też daliśmy mu parę kopniaków, tylko Alice, która zdjęła już gumkę z włosów, nic nie widziała i trafiła Jujubę, a Jujuba zaczął się drzeć jeszcze głośniej niż tamten chłopak, co leżał na ziemi.

Mama tego chłopaka przyszła potem do pana Paula na skargę i pan po lekcjach wziął nas na bok i prosił, żebyśmy więcej nie zaczynali, a my powiedzieliśmy: „Tak, proszę pana”, ale za plecami skrzyżowaliśmy palce na znak, że to nieważne.

W klasie jest dużo dzieci, które nie są z naszego przytułku, ale one nie wchodzą nam w drogę.

Simon mówi, że patrzą na nas, jakbyśmy byli z innej planety.

*

Tego dnia, kiedy Béatrice wyjęła palec z nosa, zapytałem Simona, dlaczego ona jest w przytułku.

– Tata robił jej takie łaskotki, które się robi tylko żonie, dlatego mama Béatrice poszła na policję i teraz jej tata siedzi w więzieniu, tak jak tata Ahmeda.

Spytałem, co to za łaskotki, a Simon odpowiedział: „No wiesz, takie z języczkiem”. Czasami się zastanawiam, skąd on to wszystko wie.