Rosshalde

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Volker Michels, Posłowie wydawcy do Rosshalde

Tytuł oryginału:

ROSSHALDE

Copyright © 1914 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Łukasiewicz

Copyright © 2021 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

faestock, Image Point Fr, FXQuadro, Amir Bajric / Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

Tekst powieści na podstawie wydania

Państwowego Instytutu Wydawniczego, Warszawa 2003

ISBN 978-83-8265-013-6

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kiedy dziesięć lat temu Johann Veraguth nabył Rosshalde i tam zamieszkał, była to zapuszczona stara posiadłość z zarośniętymi ścieżkami ogrodowymi, omszałymi ławkami, rozpadającymi się schodkami i parkiem zmienionym w nieprzebytą dżunglę, a na liczącej osiem morgów posesji z budynków znajdował się jedynie piękny, nieco zniszczony dwór, stajnia oraz pawilonik w kształcie świątyni, którego drzwi zwisały na wykrzywionych zawiasach, ściany zaś, niegdyś obite tapetą z niebieskiego jedwabiu, porastały mchem i pleśnią.

Natychmiast po kupnie majątku nowy właściciel zburzył walący się pawilon i zachował jedynie dziesięć kamiennych stopni, prowadzących od progu romantycznej budowli nad staw. W miejscu pawilonu wzniesiono pracownię, w której Veraguth przez siedem lat malował i spędzał większą część dnia, mieszkał jednak we dworze, póki narastające niesnaski rodzinne nie skłoniły go, by starszego syna posłać do szkół, dwór pozostawić żonie i służbie, a na własne potrzeby dobudować do pracowni dwa pokoje, gdzie odtąd wiódł kawalerskie życie. Piękna rezydencja marnowała się; pani Veraguth zajmowała z siedmioletnim Pierre’em tylko górne piętro, a choć przyjmowała gości, to jednak nigdy w większej liczbie, toteż dużo pokoi stało przez całe lata pustką.

Mały Pierre był ulubieńcem obojga rodziców i stanowił jedyną więź między nimi, niejako pomost łączący dwór i pracownię; był też w gruncie rzeczy jedynym panem i właścicielem Rosshalde. Terytorium Veragutha ograniczało się do pracowni, stawu i dawnego zdziczałego parku; jego żona sprawowała rządy we dworze, do niej należało całe założenie ogrodowe, połacie obsadzone lipami i kasztanami; każde z małżonków pojawiało się na terenie drugiego tylko z rzadka i jako gość, z wyjątkiem posiłków, które malarz na ogół spożywał we dworze. Jedynie Pierre nie liczył się z rozstaniem oraz terytorialnym podziałem i nie przyjmował go do wiadomości. Tuptał beztrosko po starym i po nowym domu, czuł się u siebie zarówno w pracowni i bibliotece ojca, jak w hallu i galerii dworu albo w pokojach matki, należały do niego grządki truskawek pod kasztanami i kwietne rabaty wśród lip, ryby w stawie, domek kąpielowy i gondola. Czuł się panem i podopiecznym zarówno pokojówek matki, jak służącego ojca, Roberta, był synkiem pani domu dla gości odwiedzających matkę i synkiem malarza dla panów, którzy niekiedy przybywali do pracowni i mówili po francusku, a podobizny chłopca, fotografie i malowane portrety, wisiały tak w sypialni papy, jak w obitych jasnymi tapetami pokojach mamy w starym domu. Pierre miał się doskonale, działo mu się nawet lepiej niż dzieciom, których rodzice żyją w zgodzie; wychowaniem jego nie rządził żaden program, a kiedy na terytorium matki grunt palił mu się pod nogami, znajdował dogodne schronienie w okolicach parkowego stawu.

Chłopczyk od dawna już leżał w łóżeczku, a o jedenastej we dworze pogasły ostatnie światła, gdy dobrze po północy Johann Veraguth wrócił pieszo z miasta, gdzie spędził wieczór ze znajomymi w gospodzie. Marsz w ciepłą, pochmurną noc letnią wyrwał go z atmosfery wina, dymu, podnieconych śmiechów i zuchwałych żartów, głęboko wdychał wilgotne, lekko parne powietrze i stąpał uważnie drogą między wybujałymi już, ciemnymi łanami zboża ku Rosshalde, której drzewa rysowały się majestatycznie i nieruchomo na tle bladawego nocnego nieba.

Minął bramę, nie zachodząc do środka, spojrzał na dwór, którego jasna fasada połyskiwała szlachetnie i powabnie wśród ciemnych sylwetek drzew, i przez chwilę kontemplował piękny widok z uciechą i dystansem przypadkowego wędrowca; potem przebył jeszcze kilkaset kroków wzdłuż wysokiego żywopłotu aż do miejsca, gdzie miał wydeptane przejście i dróżkę do pracowni. Krzepki, niewysoki mężczyzna kroczył, trzeźwy i rozbudzony, przez mroczny, zdziczały park ku swej siedzibie, która nagle wynurzyła się przed nim, tam gdzie gąszcz drzew rozstępował się wokół stawu, odsłaniając szerokie zakole matowoszarego nieba.

Niezmącona tafla jeziorka wydawała się niemal czarna, powierzchnię wody powlekał ledwie słaby poblask, jak nieskończenie cienka błona albo delikatny pył. Veraguth spojrzał na zegarek, dochodziła pierwsza. Otworzył boczne drzwi, prowadzące do mieszkania. Zapalił świecę, szybko zrzucił ubranie, nagi wyszedł na dwór i wolno przebył szerokie, płaskie stopnie do wody, która polśniewała u jego kolan miękko rozbiegającymi się kręgami. Zanurzył się, przepłynął kawałek ku środkowi stawu, nagle poczuł zmęczenie po niezwyczajnie spędzonym wieczorze, zawrócił i, ociekając wodą, wszedł do domu. Otulił się płaszczem kąpielowym, strzepnął krótko obcięte włosy i na bosaka poczłapał kilka schodków w górę do pracowni, niesamowitego, niemal pustego pomieszczenia, gdzie natychmiast niecierpliwie zapalił wszystkie elektryczne lampy.

Śpiesznie podszedł do sztalug, na których rozpięte było niewielkie płótno, praca ostatnich dni. Świeże farby odbijały jaskrawe światło lamp, Veraguth, wsparłszy ręce na kolanach, stanął pochylony przed obrazem i wpatrywał się szeroko rozwartymi oczyma. Tak trwał dwie, trzy minuty, w milczeniu i nieruchomo, póki dzieło nie ożyło w jego oczach aż po ostatnie pociągnięcie pędzla; od lat miał zwyczaj, by przed dniem pracy nie zabierać ze sobą na nocny spoczynek innej wizji niż obraz, który właśnie malował. Zgasił światło, ujął świecę i poszedł do sypialni, na której drzwiach umocowana była mała tabliczka i kreda. „Budzić o siódmej, kawa o ósmej” – napisał wyraźnymi drukowanymi literami, zamknął drzwi i położył się do łóżka. Z otwartymi oczyma leżał jeszcze chwilę bez ruchu i usilnie koncentrował się wszystkimi zmysłami na swym obrazie. Nasyciwszy się tym, zamknął jasne, szare oczy, westchnął lekko i szybko zapadł w sen.

Nazajutrz Robert zbudził go o oznaczonej porze, Veraguth zerwał się natychmiast, w małym pomieszczeniu obok sypialni umył się zimną wodą, narzucił sprany strój z grubego szarego płótna i przeszedł do pracowni, gdzie służący podniósł tymczasem potężne rolety. Na stoliczku stał talerz owoców, karafka z wodą i kromka żytniego chleba, którą malarz w zadumie wziął w rękę i nadgryzł, stając jednocześnie przed obrazem. Na przemian podchodził bliżej i cofał się, krążąc tak, przełknął kilka kęsów, wyłowił ze szklanej misy parę wiśni, zobaczył leżące obok listy i gazety i nie poświęciwszy im uwagi, zasiadł w skupieniu na rozkładanym krzesełku przed sztalugami.

 

Niewielki podłużny obraz przedstawiał wczesny ranek, oglądany przez malarza kilka tygodni temu w czasie podróży i uchwycony w licznych szkicach. Veraguth zatrzymał się był wówczas w małej gospodzie nad Renem, nie zastał kolegi, którego chciał odwiedzić, spędził paskudny dżdżysty wieczór w zadymionej sali i złą noc w wilgotnym, woniejącym wapnem i pleśnią pokoiku. Przed wschodem słońca zbudził się z płytkiego snu, rozgrzany i w złym humorze, drzwi były jeszcze zamknięte, wymknął się przez okno na dwór, na brzegu odwiązał czółno i wypłynął na wolno płynącą, zasnutą mrokiem rzekę. Gdy chciał zawracać, ujrzał zdążającą w jego stronę z przeciwległego brzegu łódź wiosłową – ciemny kształt spowijało zimne, wątłe światło wilgotnego brzasku, na skutek czego łódź zdawała się nadnaturalnej wielkości. Porażony i do głębi zafascynowany widokiem i dziwnym światłem stanął i czekał, aż łódź się zbliży – rybak zatrzymał się przy boi i wyciągał z chłodnej wody więcierz. Ukazały się dwie srebrzyste ryby, przez moment błysnęły nad szarą powierzchnią nurtu i z plaśnięciem spadły na dno łodzi. Veraguth poprosił mężczyznę, by chwilę zaczekał, wydobył najniezbędniejsze przybory i sporządził akwarelowy szkic, został przez cały dzień na miejscu, rysując i czytając, a nazajutrz raz jeszcze o świcie wybrał się malować w plenerze, potem odjechał i odtąd wizja nie przestawała go wewnętrznie zaprzątać i dręczyć, aż przybrała konkretną formę – teraz od wielu dni Veraguth siedział nad obrazem i był już bliski ukończenia pracy.

Veraguthowi, który najchętniej malował przy pełnym słońcu albo w ciepłym, złamanym świetle leśnej gęstwiny czy parku, migotliwy srebrzysty chłód tego obrazu nastręczał dużo roboty, ale też przemawiał do niego czymś nowym, wczoraj udało się znaleźć rozwiązanie i Veraguth czuł teraz, że ma przed sobą dobrą, niezwykłą pracę, której siła polegała nie na uchwyceniu podobieństwa i chwalebnym odtworzeniu, ale na tym, że oto szklana powłoka niewzruszonego, zagadkowego bytu i biegu natury rozdarła się na mgnienie i można wyczuć gwałtowny, potężny oddech rzeczywistości.

Malarz przylgnął uważnym spojrzeniem do obrazu i zastanawiał się nad kolorystyką, zaledwie przypominającą zwykłą mu paletę i wyzbytą niemal do szczętu wszelkich żółci i czerwieni. Woda i niebo były gotowe, nad powierzchnią pomykało przejmująco zimne, nieprzyjemne światło, kępy zarośli i pale u brzegu unosiły się jak cienie w wilgotnym, bladym brzasku, ciężka łódź wydawała się nierzeczywista i abstrakcyjna, również twarz rybaka była bez charakteru i niema, tylko pewnie sięgająca po ryby ręka miała w sobie nieubłaganą realność. Jedna ryba prześlizgiwała się, lśniąc, nad burtą, druga leżała płasko i nieruchomo, a jej otwarty okrągły pyszczek i przerażone zastygłe oko tchnęło bólem stworzenia. Całość była chłodna i niemal do okrucieństwa smutna, ale pełna spokoju i dostojeństwa, nie zawierała też żadnej symboliki prócz tej najprostszej, bez której nie ma dzieła sztuki i która pozwala nam przytłaczającą tajemnicę natury nie tylko odczuć, ale i z jakimś słodkim zdumieniem pokochać.

Malarz siedział już dobre dwie godziny przy pracy, gdy zapukał sługa i na roztargnione wezwanie pana wszedł ze śniadaniem. Cicho ustawił dzbanek, filiżankę i talerz, przesunął na miejsce jakieś krzesło, chwilę zaczekał, milcząc, a potem ostrożnie napomniał: „Śniadanie podane, proszę pana”.

– Już idę! – zawołał malarz i palcem starł plamkę, którą przed chwilą umieścił pędzlem na ogonie skaczącej ryby. – Czy jest gorąca woda?

Umył sobie ręce i zasiadł do kawy.

– Niech mi Robert nabije fajkę – odezwał się rześkim głosem. – Tę małą bez pokrywki, powinna być w sypialni.

Służący wyszedł. Veraguth łapczywie pił mocną kawę i czuł, jak oszołomienie i słabość, które od niedawna nawiedzały go niekiedy po wysilonej pracy, ulatniają się jak poranna mgła.

Wziął od służącego fajkę, zaczekał, aż ten poda mu ogień, i wciągnął pożądliwie aromatyczny dym, który potęgował i wysubtelniał działanie kawy. Wskazał na obraz i rzekł:

– Robert w młodości łowił ryby, prawda?

– Tak, proszę pana.

– Niech no Robert przyjrzy się tej rybie, nie tej w powietrzu, tylko tej na dnie łodzi, z otwartym pyszczkiem. Czy ten pyszczek jest dobry?

– Dobry, proszę pana – rzekł Robert nieufnie. – Ale to pan chyba wie lepiej ode mnie – dorzucił tonem wymówki, jak gdyby wyczuł w pytaniu chlebodawcy kpinę.

– Nie, mój drogi, to nie tak. Tylko w pierwszej młodości, tak gdzieś do trzynastego, czternastego roku, człowiek przeżywa to, co wypadnie mu przeżyć, z całą wyrazistością i na świeżo. I potem karmi się tym przez całe życie. Jako chłopiec nigdy nie łowiłem ryb, dlatego pytam. Więc jak, pyszczek jest w porządku?

– Jest dobry, niczego mu nie brak – zawyrokował pochlebiony Robert.

Veraguth tymczasem wstał i oglądał paletę. Robert przypatrywał mu się. Znał tę narastającą koncentrację spojrzenia, która czyniła je niemal szklistym, i wiedział, że teraz zarówno on sam, jak kawa i mała pogawędka sprzed chwili i wszystko inne zapada w niebyt, i że jeżeli za kilka minut zawołałby swego pana, ten zachowywałby się jak zbudzony z głębokiego snu. Ale to byłoby niebezpieczne. Robert sprzątnął naczynia, wtem zobaczył nietknięte listy.

– Proszę pana! – zawołał półgłosem.

Malarz znajdował się jeszcze w zasięgu głosu. Rzucił mu wrogie, pytające spojrzenie przez ramię, jak człowiek strudzony, którego ktoś woła w chwili, gdy właśnie już miał zasnąć.

– Poczta.

Z tym Robert wyszedł. Veraguth nerwowo wycisnął na paletę odrobinę błękitu kobaltowego, rzucił tubkę na obity blachą stolik, zaczął rozcierać farbę, ale uwaga służącego zdekoncentrowała go do tego stopnia, że gniewnie rzucił paletę i sięgnął po listy.

Były to zwykłe sprawy urzędowe, zaproszenie do udziału w wystawie, prośba redakcji gazety o dane biograficzne, rachunek – i nagle widok znajomego pisma przejął mu duszę słodkim dreszczem, wziął list i odczytywał z rozkoszą własne nazwisko i każde słowo adresu, delektując się śmiałymi, charakterystycznymi literami. Potem spróbował odczytać stempel. Znaczek był włoski, mógł to być tylko Neapol albo Genua, a zatem przyjaciel jest już w Europie, jest już blisko i za kilka dni może tu stanąć.

Przejęty otworzył kopertę i z zadowoleniem patrzył na pedantyczny porządek drobnych, równych linijek. Jeśli dobrze pamiętał, od jakichś pięciu, sześciu lat te rzadkie listy zagranicznego przyjaciela były dlań jedyną autentyczną radością – oprócz pracy i chwil obcowania z małym Pierre’em. I jak zawsze, także i teraz pośród radosnego oczekiwania owładnął nim niejasny, dojmujący wstyd, gdy uświadomił sobie, jak suche i pozbawione uczuć jest jego życie. Powoli czytał:

Neapol, w nocy 2 czerwca

Drogi Johannie!

Jak zwykle mieszanina chianti i pływającego w tłuszczu makaronu oraz wrzask domokrążcy przed gospodą są pierwszymi oznakami kultury europejskiej, do której znowu się zbliżam. Tu, w Neapolu, od pięciu lat nic się nie zmieniło, daleko mniej niż w Singapurze czy Szanghaju, i biorę to za dobry omen, że i w domu zastanę wszystko w porządku. Pojutrze dotrzemy do Genui, tam odbierze mnie mój bratanek i pojadę z nim do krewnych, gdzie tym razem nie czeka mnie serdeczne przyjęcie, jako że w ciągu ostatnich czterech lat, uczciwie licząc, nie zarobiłem ani grosza. Na wstępne pretensje rodziny liczę jakieś cztery, pięć dni, potem interesy w Holandii, powiedzmy znowu pięć, sześć dni, tak iż mniej więcej 16. mógłbym być u Ciebie. Dam Ci znać telegraficznie. Chciałbym pobyć u Ciebie przynajmniej dziesięć dni albo dwa tygodnie, rozumiesz, i przeszkodzić Ci w pracy. Zrobiłeś się okropnie sławny i jeżeli to, co zwykłeś mawiać o sukcesie i sławie dwadzieścia lat temu, słuszne było choćby w połowie, musiałeś tymczasem zmienić się w sklerotyka i durnia. Chcę też kupić parę Twoich obrazów, a powyższa skarga na zły stan moich interesów jest próbą wymuszenia obniżki cen.

Starzejemy się, Johannie. Była to moja dwunasta podróż przez Morze Czerwone i po raz pierwszy upał dawał mi się we znaki. Było 46 stopni.

Boże, staruszku, jeszcze dwa tygodnie! Będzie Cię to kosztowało parę tuzinów butelek mozelskiego wina. To już ponad cztery lata od ostatniego razu.

Listownie jestem osiągalny od 9. do 14. w Antwerpii, Hôtel de l’Europe. Jeżeli masz wystawę gdzieś, gdzie będę przejazdem, daj mi znać!

Twój Otto

Raz jeszcze z upodobaniem przebiegł oczyma energiczne, zwarte pismo i świadczącą o temperamencie interpunkcję, w szufladzie małego biurka w rogu wyszukał kalendarzyk i, przerzucając go, kiwał z zadowoleniem głową. Jeszcze do połowy miesiąca dwadzieścia jego obrazów wystawionych jest w Brukseli, to się dobrze składa. W ten sposób przyjaciel, którego przenikliwości nieco się obawiał i przed którym nie ukryje się rozkład, jakiemu w ciągu ostatnich lat uległo jego życie, przynajmniej przy pierwszym wrażeniu będzie mógł zaznać dumy. To ułatwiało wszystko. Wyobraził sobie Ottona, jak ze swą nieco ciężkawą zamorską elegancją przemierza salę w Brukseli i ogląda jego obrazy, jego najlepsze obrazy, i przez chwilę był serdecznie rad, że posłał je na tę wystawę, choć niewiele z nich tylko przeznaczone było na sprzedaż. Bezzwłocznie napisał liścik do Antwerpii.

„Wszystko jeszcze pamięta – pomyślał z wdzięcznością – prawda, ostatnim razem piliśmy niemal wyłącznie mozelskie, a raz tośmy nawet dobrze pohulali”.

Zastanowiwszy się, stwierdził, że w piwnicy, do której sam rzadko zaglądał, pewnie nie ma już mozelskiego wina, i postanowił dziś jeszcze zamówić dostawę.

Przystąpił znowu do pracy, ale czuł się roztargniony, wewnętrznie wzburzony, i nie mógł odnaleźć owej czystej koncentracji, kiedy to dobre pomysły nasuwają się same z siebie. Odłożył pędzel do kubka, wetknął list przyjaciela w kieszeń i niezdecydowanym krokiem wyszedł na dwór. Staw zalśnił ku niemu gwałtownym refleksem, był bezchmurny letni dzień i prześwietlony słońcem park rozbrzmiewał ptasimi głosami.

Spojrzał na zegarek. Poranne lekcje Pierre’a już chyba się skończyły. I włóczył się bez celu po parku, patrzył na usiane słonecznymi plamkami ścieżki, nasłuchiwał w stronę domu, krążył wokół placyku z huśtawką i piaskownicą. Wreszcie zbliżył się do warzywnika i z przelotnym zainteresowaniem spojrzał na wysokie korony kasztanów, gdzie pośród cienistej masy liści widniały jeszcze ostatnie stożki kwiatów. Pszczoły uwijały się z cichym bzykaniem wokół na wpół otwartych róż żywopłotu, wśród ciemnego listowia rozległy się dźwięczne, szybkie uderzenia zegara na wieży dworu. Zegar bił fałszywie i Veraguth znów pomyślał o synku, którego największym pragnieniem i ambicją było – kiedyś, jak będzie duży – naprawić stary mechanizm.

Wtem zza żywopłotu dosłyszał kroki i głosy – słoneczne powietrze ogrodu, wypełnione bzykaniem pszczół, przesycone zapachem brodatych goździków i fasoli wielokwiatowej tłumiło dźwięki i zestrajało je w delikatną harmonię. Była to jego żona i Pierre, Veraguth zatrzymał się i nasłuchiwał uważnie.

– Są jeszcze niedojrzałe, musisz parę dni zaczekać – mówiła matka.

Odpowiedział jej roześmiany dziecinny szczebiot, i naraz, w mgnieniu czułej zadumy, ten pogodny, zielony kosmos ogrodu i dźwięczna paplanina dziecka w letniej, pulsującej oczekiwaniem ciszy, owionęły Veragutha jak głos z odległego ogrodu własnego dzieciństwa. Podszedł do żywopłotu i zajrzał przez gęste pnącza – na słonecznej ścieżce stała jego żona w porannej sukni, z nożycami w ręku i lekkim koszem u ramienia. Znajdowała się ledwie dwadzieścia kroków od żywopłotu.

Malarz przyglądał jej się przez chwilę. Wysoka postać kobiety o spojrzeniu naznaczonym powagą i rezygnacją pochylała się nad kwiatami, miękki słomkowy kapelusz ocieniał jej twarz.

– Jak się nazywają te kwiatki? – pytał Pierre. Słońce igrało w jego ciemnych włosach, ostre światło obrysowywało chude, opalone gołe nóżki, a gdy się schylił, szerokie wycięcie bluzy ukazało poniżej opalonego karku jasną skórę pleców.

– Goździki brodate – odrzekła matka.

– Wiem – ciągnął Pierre – ale chcę się dowiedzieć, jak mówią do nich pszczoły. W języku pszczół też muszą mieć jakąś nazwę.

– Na pewno, ale my jej nie znamy, znają ją tylko pszczoły. Może je nazywają „miodowe kwiatki”.

Pierre się zamyślił.

– Na pewno nie – zadecydował. – Koniczyna ma tyle samo miodu, i nasturcje, a przecież pszczoły nie mogą mieć jednej nazwy dla wszystkich kwiatków.

Chłopczyk popatrzył uważnie na pszczołę, która okrążała kielich goździka, znieruchomiała, trzepocząc skrzydełkami w powietrzu, a potem chciwie wdarła się do różowej czeluści.

 

„Miodowe kwiatki”, pomyślał z pogardą i zamilkł. Dawno już przekonał się, że najwspanialszych i najciekawszych rzeczy nie można się dowiedzieć ani objaśnić.

Veraguth stał za żywopłotem i słuchał, patrzył na spokojną, poważną twarz żony i na śliczną, przedwcześnie dojrzałą twarzyczkę swego ulubieńca i jego serce skurczyło się boleśnie na wspomnienie lat, kiedy jego pierwszy syn był akurat takim dzieckiem. Utracił go, i utracił też matkę. Ale młodszego nie chciał stracić, za nic. Chciał go podsłuchiwać jak złodziej zza płotu, chciał go wabić i przyciągać do siebie, a gdyby i ten chłopiec odwrócił się od niego, Veraguth nie miałby już po co żyć.

Cicho wycofał się po zarośniętej ścieżce i zapuścił między drzewa.

„Spacery to nie dla mnie”, pomyślał ze złością i zmitygował się ostro. Wrócił do pracy i pokonując zniechęcenie, posłuszny wieloletniemu treningowi, odnalazł nastrój napięcia i koncentracji, który nie zezwala na zapuszczanie się w boczne ścieżki i wszystkie siły kieruje ku obranemu celowi.

Koło południa przebrał się starannie, we dworze oczekiwano go na obiad. Ogolony, z przyczesanymi włosami, w niebieskim letnim ubraniu wyglądał wprawdzie nie młodziej, ale bardziej świeżo i sprężyście niż w niedbałym stroju malarskim. Chwycił słomkowy kapelusz i miał właśnie otworzyć drzwi, gdy te uchyliły się i wszedł Pierre.

Veraguth pochylił się nad główką chłopca i ucałował go w czoło.

– I jak tam? Pan nauczyciel był grzeczny?

– Tak, ale to taki nudziarz. Kiedy opowiada jakąś historię, to nie po to, żeby się zabawić, tylko dla nauki, a kończy się zawsze na tym, że dobre dzieci mają się zachowywać tak a tak. Malowałeś, papo?

– Tak, tego rybaka, wiesz. Niedługo będzie gotowe i jutro pozwolę ci obejrzeć.

Ujął rączkę chłopca i wyszli razem. Nic na świecie nie dawało mu takiego poczucia błogości i nie poruszało w nim głęboko ukrytych pokładów dobroci i bezradnej czułości, jak chwile, kiedy szedł obok chłopca, dostosowywał swoje kroki do jego małych kroczków i czuł w swojej dłoni lekką, ufną rączkę dziecka.

Kiedy wyszli z parku i podążali łąką pod cienkimi gałęziami brzóz, mały rozejrzał się i spytał:

– Tatusiu, czy motyle się ciebie boją?

– Dlaczego? Chyba nie. Niedawno jeden siedział mi długo na palcu.

– Tak, ale teraz wcale ich nie widać. Kiedy czasem idę do ciebie sam i przechodzę tędy, tu nad dróżką zawsze lata mnóstwo motyli, nazywają się modraszki, wiem, i znają mnie, i bardzo mnie lubią, zawsze fruwają blisko mnie. Czy motylków nie można karmić?

– Można, przy okazji zaraz spróbujemy. Bierze się kroplę miodu na rękę i wyciąga się ją bardzo spokojnie, aż motyle przychodzą i zaczynają pić.

– Świetnie, tato, spróbujemy. Powiesz mamie, żeby mi dała trochę miodu, dobrze? Wtedy będzie wiedziała, że mi naprawdę potrzeba i że to nie są jakieś głupstwa.

Pierre pobiegł przodem przez otwarte drzwi wejściowe i szeroki korytarz, a ojciec, oślepiony jeszcze blaskiem słońca, szukał w chłodnym mroku stojaka na kapelusze i ręką wymacywał drzwi do jadalni, gdy chłopiec dawno już był wewnątrz i natarczywie przedstawiał matce swoją sprawę.

Malarz wszedł i podał żonie rękę. Była nieco wyższa od niego, miała sylwetkę krzepką i zdrową, ale bez śladu młodzieńczości. Przestała wprawdzie kochać męża, ale do dziś uważała utratę jego czułości za niepojęte, niezawinione nieszczęście.

– Możemy zaraz siadać – powiedziała swym spokojnym głosem. – Pierre, idź umyć ręce.

– Mam dla ciebie nowinę – rzekł malarz i wręczył jej list przyjaciela. – Otto przyjeżdża wkrótce i spodziewam się, że jakiś czas tu zabawi. Nie masz nic przeciwko temu?

– Pan Burkhardt może zająć dwa pokoje na dole, tam jest spokojnie i będzie mógł swobodnie wychodzić i wracać, kiedy mu będzie wygodnie.

– Doskonale.

– Myślałam, że pan Burkhardt przyjedzie znacznie później – rzekła z wahaniem.

– Widać wcześniej wyruszył, ja też do dziś nic nie wiedziałem. Cóż, tym lepiej.

– Ale spotka się akurat z Albertem.

Twarz Veragutha utraciła wyraz pogodnego zadowolenia, a jego głos ochłódł na dźwięk imienia syna.

– Jak to? – wykrzyknął zdenerwowany. – Albert miał przecież razem z przyjacielem jechać do Tyrolu.

– Nie chciałam ci mówić wcześniej niż trzeba. Ten przyjaciel został zaproszony przez krewnych i zrezygnował z wędrówki. Albert przyjeżdża na początku wakacji.

– I zostanie tu cały czas?

– Chyba tak. Mogłabym gdzieś z nim pojechać na parę tygodni, ale to byłby dla ciebie kłopot.

– Dlaczego? Wziąłbym Pierre’a do siebie.

Pani Veraguth wzruszyła ramionami.

– Proszę, nie zaczynaj od nowa! Wiesz, że nie mogę zostawić tu Pierre’a samego.

Malarz się rozgniewał.

– Samego! – zawołał ostro. – Nie jest sam, jeżeli jest ze mną.

– Nie mogę go tu zostawić, i nie chcę. Nie ma sensu raz jeszcze się o to spierać.

– Nie chcesz, naturalnie!

Umilkł, bo właśnie wrócił Pierre i wszyscy siedli do stołu. Chłopczyk siedział między obojgiem obcych sobie ludzi, oboje go obsługiwali i zabawiali, tak jak był do tego przyzwyczajony, a ojciec starał się przedłużyć posiłek, gdyż potem dziecko zostawało z matką i było wątpliwe, czy tego dnia przyjdzie jeszcze raz do pracowni.