Biedny HenrykTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gerhart Hauptmann

Biedny Henryk

Baśń niemiecka

Warszawa 2020

Spis treści

OSOBY DRAMATU

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

SCENA DRUGA

SCENA TRZECIA

SCENA CZWARTA

SCENA PIĄTA

SCENA SZÓSTA

SCENA SIÓDMA

SCENA ÓSMA

AKT DRUGI

SCENA PIERWSZA

SCENA DRUGA

SCENA TRZECIA

SCENA CZWARTA

SCENA PIĄTA

SCENA SZÓSTA

AKT TRZECI

SCENA PIERWSZA

SCENA DRUGA

SCENA TRZECIA

SCENA CZWARTA

SCENA PIĄTA

AKT CZWARTY

SCENA PIERWSZA

SCENA DRUGA

SCENA TRZECIA

SCENA CZWARTA

SCENA PIĄTA

AKT PIĄTY

SCENA PIERWSZA

SCENA DRUGA

SCENA TRZECIA

SCENA CZWARTA

SCENA PIĄTA

SCENA SZÓSTA

SCENA SIÓDMA

SCENA ÓSMA

SCENA DZIEWIĄTA

SCENA DZIESIĄTA

SCENA JEDENASTA

OSOBY DRAMATU

Henryk von Aue

Hartmann von der Aue

Brygita

Ottegeba

Ojciec Benedykt, mnich

Ottaker

Rycerze, służba zamkowa

AKT PIERWSZY

Ogródek dzierżawcy Gotfryda. Dom zwrócony szczytem do sceny z drzwiami i schodami po lewej. Opodal stary cis, pod nim stół kamienny z ławką darniową. Spod cisu widać rozległe pola zielone. Na przedzie łany zżęte, na horyzoncie wzgórza leśne. Tu i ówdzie pojedyncze grupy sosen.

SCENA PIERWSZA

Gotfryd

Zmiata liście z kamiennego stołu.

Ottaker

Pachołek w zbroi, lat około czterdziestu, gotów do wsiadania na koń, wchodzi po cichu do ogrodu, starając się jak najmniej czynić hałasu ostrogami i szyszakiem; zobaczywszy Gotfryda, staje zmieszany; blada jego twarz, czarną okolona brodą, mieni się wskutek zaambarasowania.

Gotfryd

Pochwalon Jezus Chrystus.

Ottaker

Na wiek wieków.

Gotfryd

A dokądże wy tak wczesną godziną?

Ottaker

Ot! Przejechać się, abo i na łowy –

Gotfryd

A pan się bez was obędzie... co?...

Ottaker

Drapie się w głowę zaambarasowany.

Z biedą –

A zresztą – może... Wiecie – mam zlecenie...

Pomyślcie tylko o... to niby znaczy,

jeśli Bóg zechce i jakoś się uda,

ba – a i wówczas, choćby i najgorzej

miało się wszystko stać, to juścić wrócę –

jednak...

Gotfryd

Ja waści wcale nie rozumiem –

Czyżby się komu z waszych miało zdarzyć

jakie nieszczęście?

Ottaker

Sza, sza! Nie inaczej –

muszę pojechać... matka – a i siostra –

tak – trudna rada... Pojmiecie. A zresztą

zmierzę się z diabłem! Gdybyć jeszcze żyli

ci, com ich ubił w krainie pogańskiej,

łatwo by mogli to poświadczyć...

Gotfryd

Cóż to

z wami się dzieje? Czyście chorzy? – Mówcie!

Ottaker

Nie! Chroń nas Boże od wszelkiej zarazy,

od złych upławów i grzesznych zakażeń.

Jeszczemcić zdrowy i w krwie swojej czysty,

i mam nadzieję, że taki zostanę.

Świat ten zepsuty i pełen szatanów,

ale mą tarczą i opieką Chrystus.

Krwią niejednego Turczyna kupiłem

odpust dla siebie – niejedną szmacinę

rzuciłem klechom, a zasię me piersi

chroni kawałek krzyżowego drzewa

ze Ziemi Świętej: ale jakaś groza

przychodzi na mnie – tak! Muszę odjechać –

jakieś złe znaki widziałem dziś we śnie –

a człek śmiertelny strzeże swego skórska.

Odchodzi.

Gotfryd

Patrząc za odchodzącym.

Przebóg! Srokosza wyprowadza z stajni –

już go i dosiadł i już – w cwał pogonił.

SCENA DRUGA

Z domu wychodzi Brygita, a za nią Ottegeba. Brygita, poważna, nie bardzo po chłopsku wyglądająca matrona, Ottegeba zaś – to blade, bezkrwiste dziecko, prawie dziewica o wielkich, ciemnych oczach, popielatych włosach z czerwono- i żółto-złotymi połyskami. Matka i córka niosą bieliznę stołową i naczynia.

Brygita

Gdzież ja mam nakryć dla jego miłości?

Gotfrydzie!... Słuchaj!...

Gotfryd

Budząc się z zadumy.

Co? Czyś mnie wołała?

Brygita

Juści, wołałam: piwo już zagrzane,

ryba gotowa, śmietana ubita...

Gdzieżby to nakryć dla jego miłości?...

Gotfryd

Wskazując na stół kamienny.

O – tu jest miejsce od pradawnych czasów...

Prawda, dziecino? – Tu rad on siadywał?...

Ottegeba

Tak, ojcze... warto może trochę miodu...

Miałeś natopić...

Gotfryd

Zdziwiony.

Któż ci to we włosy

wplótł tę wstążeczkę?...

Ottegeba

Wstążeczkę?

Gotfryd

Tak, dziecko –

tę – ot! – Czerwoną wstążeczkę...

Ottegeba

Zarumieniona, zmieszana.

Gdzie, ojcze!?

Gotfryd

Niecierpliwie.

W włosach...!...?

Ottegeba

Milczy.

Brygita

A widzisz! Czym ci nie mówiła,

że się na ciebie zgniewa, gdy to ujrzy!?

Ottegeba

Blednie, walczy z płaczem, zrywa wstążeczkę z włosów, rzuca ją na ziemię i ucieka.

SCENA TRZECIA

Brygita

Chciała tym uczcić jego miłość... Teraz

wstydzi się tego.

Gotfryd

Uważaj na dziecko,

takie natręctwo może mu się sprzykrzyć.

To już nie chłopiec, jak wówczas – przed laty,

kiedy się lubił bawić z nią – z dziewczynką...

Brygita

 

Niewesołego, zda mi się, umysłu

nasz miłościwy...

Gotfryd

Nie wiem. Kto go wczoraj

widział o świcie, jak jeźdźcom, zebranym

na łów, wskazywał rękojeścią szabli,

z uśmiechem w oczach, na naszą sadybę

i jak ich potem żegnał przewesoło,

mógł był pomyśleć sobie, że wspaniały,

szlachetny młodzian wzdyć nie wie, co znaczy

choćby cień troski. Za tom dziś zobaczył

męża, któregom nie znał...

Brygita

Mnieć to dziwno,

że o tym czasie przybył w ten zapadły

kąt nasz – mówiono przecie, że się żeni...

Gotfryd

Wielcy tej ziemi mają swe humory.

Co nam do tego.

Brygita

Juści... Tylko, widzisz,

wczorajszej nocy przebrał nieco miarę

jego pachołek i między czeladzią

tajemnym słowem dziwne stroił żarty

i o Mojżesza rozprawiał zakonie,

według którego myją chore domy,

by je uzdrowić od jadu i trądu.

Gotfryd

Któż to ci mówił?

Brygita

Nasza Ottegeba.

Gotfryd

Słuchaj, Brygito, zamknij uszy swoje

dla wstrętnych plotek. Pan nasz miłościwy

w wielkich dotychczas łaskach i honorach,

sługa cesarza, a zatem nie bardzo

przez Piotrowego lubian namiestnika –:

klechy zakonne roznoszą po ludziach

przeróżne kłamstwa, a nie ma tak płaskich,

by u motłochu nie znalazły wiary.

Brygita

Zda mi się, idzie aleją olchową.

Gotfryd

On...

Brygita

Pochylony idzie, nie jak zwykle.

Gotfryd

Nie wpatruj się tak – możeć to wziąć za złe.

Brygita

O! Spójrz! – Jak wryty, w zorzę wlepił oczy.

Gotfryd

On... Ja się teraz oddalę; a ty go

poproś do stołu, wielce obyczajnie,

lecz krótko, potem zwolnij się i odejdź.

Brygita

Nie troszcz się, stary.

SCENA CZWARTA

Henryk von Aue wchodzi powoli i zamyślony; postać to wspaniała, rycerska; włosy spadające w swobodnych kędziorach, broda rudawa, ścieka wskos; wielkie, błękitne, niespokojne oczy w bladym nieco obliczu.

Brygita

Bóg z waszą miłością.

Henryk

Podnosi ku niej oczy, zdaje się, jakby ją dopiero teraz zauważył, mówi prędko i od niechcenia.

Bóg z wami, matko.

Brygita

Stół waszej miłości...

Małoć jest na nim – tyle, co dać może

nasz kąt zapadły.

Henryk

Zda się, wczoraj wieczór

słyszałem dzwonki mułów na folwarku.

Brygita

Nie, wasza miłość...

Henryk

Nie? Tak o północy?

Brygita

Potrząsając głową.

Henryk

Szkoda, otukno mi do moich książek.

Brygita

Czy wasza miłość ma jakie życzenie?

Henryk

O tak... niejedno!

Brygita

Takie, które zdołam

spełnić?

Henryk

Brygito, które spełnić zdołasz?

Nie!... Może później – zobaczym – tak! – Może...

dobrze... dziękuję...

Brygita

Obyć smakowało!...

SCENA PIĄTA

Henryk

Sam, kładzie dłoń na pień wiązu, spogląda ku jego koronie i mówi do siebie z tłumionym wzruszeniem.

W koronie jeszcze stoi wiąz i, jakby

ulany z spiżu, strzela nieruchomie

w chłodne powietrze jasnego poranku;

bliskiego mrozu ostre, srebrne tchnienia

już może jutro obedrą go z liści –

on się nie ruszy: – wszystko, na czym tylko

spocznie twe oko, zdaje się w pokorze

na wolę Stwórcy – wyjąwszy człowieka,

tak, tak– wyjąwszy mnie!... O wróć, spokoju,

wszak niedalekoś... Na cichych, zielonych

leżysz murawach, tchy twe zawiewają

ku moim skroniom od ciemnego runa

jodeł – od czarnych, snać odwiecznych jodeł

mego dzieciństwa... tak, w dziedzinie mojej,

śród gór tych moich i ty przemieszkujesz –

przeto mi bratem bądź i przyjacielem!

SCENA SZÓSTA

Gotfryd

Zjawia się we drzwiach swego domu.

Witamy u nas waszą miłość, panie –

Henryk

Dzień dobry, stary.

Gotfryd

Lepszegom nie zaznał

w całym mym życiu, niźli ten, o panie!

Wszakże na pierwszym spotyka się kroku

z najmilszym gościem i mym godnym panem.

Lecz wasza miłość wielce nas zawstydza,

a przedsię, panie, mnie – bo juścić przy was

tom ci ja śpiochem i złym gospodarzem.

Henryk

Zaczyna śniadać.

Nie troszcz się o mnie, przyjacielu! – Usiądź,

umiałem sypiać wśród najdzikszej wrzawy –

w obozie, w polu, na dworach książęcych,

gdzie dzień i nocą skrzypiały w zawiasach

wrótnie zamkowe... przy tętencie kopyt,

przy knechtów krzykach jak pień takem leżał

i spał... Tu cisza, a przecież w tej ciszy

głośno obzywa się me wnętrze... Widzisz –

gdy tam, na łąki i na trzęsawiska

księżyc rozlewa swe umarłe światło

i gdy z nim razem chyba jaki świerszczyk

czuwa pod miedzą, tutaj w mojej głowie

wciąż wre i huczy od harców rycerskich,

od zbrojnych pląsów, od haseł wojennych,

obcych języków i szeptów, i gruchań,

których nie zdołam przemóc. –

Gotfryd

Wasza miłość

niedobrze spali tej nocy?

Henryk

Przytułkiem

jest sen, a gorze tym, co bez przytułku!

Żaliż nie prawda?...

Gotfryd

Prawda mocna, panie.

Henryk

Nie, nie! Bez żartów: od dawnych już czasów

przyzwyczajenie wypędza mnie z łoża

zwykle przed świtem, często o północy...

A jeśli tutaj doświadczycie tego,

proszę, niech was to nie dziwi, przebaczcie!

Gotfryd

Waszej miłości dom ten, gdzie mieszkamy,

i waszym grunt ten, na którym on stoi –

czyż przeto godzi się mówić: „przebaczcie” –

raczej nas zbudźcie, gdy czuwać raczycie.

Henryk

Śpijcie w spokoju – wy, co na ten spokój

zasłużyliście dnia przeciężkim znojem.

Na co wam moje czuwanie? Dziękuję!

Z wdzięcznością dzisiaj poznaję znów w tobie,

com jako chłopiec dobrze znał – twe serce!

Alem nie przyszedł, aby kraść to serce

ani rabować jego ustroń złotą –

proszę cię tylko, zechciej mi pozwolić,

bym przy ognisku twoim mógł zostawać

samli ze sobą.

Godfryd

Po chwili milczenia.

Może wasza miłość

chce, abym odszedł?

Henryk

Siadaj!

Źle tłumaczysz,

com ci powiedział. Chodź tu! Jest mi błogo

na twoje siwe znów poglądać włosy

i znów, po tylu, tylu długich latach –

słyszeć ten miły, luby głos ojcowski.

Nie troszcz się o to, jeśli ci się wydam

człowiekiem obcym – na lichym zagonie,

który uprawiasz: tak, jam się powłoszczył,

przecież za uścisk – jeśli mi go twoja

dłoń nie poskąpi – niemiecka uściskiem

zapłaci ręka.

Gotfryd

Chce na klęczkach obiema rękami chwycić prawicę Henryka, którą ten gwałtownym cofa ruchem.

Co? Tyś się powłoszczył,

panie mój miły? Brońże słodki Chryste!

Jeśli nie wyście wzorem niemieckiego

dziś obyczaju, zwierciadłem niemieckiej

cnoty rycerskiej, to gdzież nam się godzi

w krajach niemieckich szukać dziś dworskości,

męstwa i dumy, i tej niewzruszonej

naszej wiernoty?

Was mi zwać niemieckim,

was zwać mi czystym, jak czystą zostanie

ta wzrosła z czystej krwi niemieckiej jodła.

Źreniczne gwiazdy namiestnika Rzymu

nie płoną jaśniej od waszych i Frydryk

z nie mniejszą dumą stałby ponad lnianą

przędzą tej waszej głowy niż nad jego.

Henryk

Pochmurniawszy.

Ha... to być może! Brylant, jak powiadasz,

będzie brylantem, choćby nawet Łazarz

nosił tę obręcz, śród której on płonie.prędko odbiega od tegoDać cesarzowi, co jest cesarskiego!

Lecz dosyć na tym... Usiądź, opowiadaj

o innych sprawach. O tym, co tam gdacze

kogut z kurami pomiędzy stodołą

i stajnią – dla mnie słodsza to biesiada,

niżeli pienia królewskie Waltera.

Ile masz koni? Krów? Czy się odpłaca

ten łan za ciężki twój mozół? Odpowiedz!

Jakieś miał żniwa? Jakieś zebrał ziarna,

owoce, wino? To, widzisz, są wieście,

których dziś łaknę, stary: – o Turczynie,

o chrześcijaństwie, Gwelfach, Ghibelinach

i namiestniku rzymskim ty mi nie mów...

Gotfryd

Nieobyczajną wzdyć jest moja mowa –

sam ci to widzę. Lecz gdy was niegodna,

proszę też bardzo – niechże wasza łaska

raczy rozważyć, czy chodząc w tym kole

powszednich zajęć, mogłem się zaprawić

w dworski obyczaj?

Henryk

Tam, ten kraj najwyższy,

gdzie się uprawny zagon styka z lasem –

czyż to nie pola wyki?

Gotfryd

Tak jest, panie!

Henryk

Gdyśmy się wczoraj – ja wraz z mym konikiem –

spuszczali na dół tuż przy owym skraju,

słyszałem ciche Zdrowaś bądź Maryja,

nucone chórem przez głosy dziecięce,

a równocześniem ujrzał nieopodal,

śród zwału głazów, maleńki pożarek.

Pozostawiwszy konia, zbliżyłem się

ostrożnie k’miejscu – i oto com spostrzegł:

gromadkę chłopców spostrzegłem i dziewcząt,

jak się sprawiali naokoło ognia –

wydało mi się to wszystko czarownym

jakimś widziadłem. I mówię: a cóż to,

moje panięta małe, tak prażycie,

co gotujecie tak po ciemku? Naraz,

ledwiem to wyrzekł – zgrajka się rozpierzchła –

przy ogniu tylko została dzieweczka,

wyprostowana, niepewna, milcząca,

spoglądająca mi w oczy. „Ty – pytam –

takeś nuciła?” Lecz ona milczała.

Gotfryd

Wybaczcie dziecku, miłościwy panie –

To była córka moja, Ottegeba,

dziwne stworzonko, które mnie i matce

bezsenną noc już sprawiło niejedną.

Henryk

Dziwne stworzonko... masz słuszność!...

Gotfryd

I, panie,

wyście ją znali, na koń ją braliście

nie po raz jeden – o, za dawnych czasów –

bo choć już wtedy lubiła się płoszyć,

jak ta przepiórka, gnieżdżąca się w życie,

wy ją umieli wywabić i przy was

swojsko jej było od razu.

Henryk

 

Tak!.. Wówczas. –

Wówczas – pamiętam dobrze, gdym wieczorem

z wesołych wracał łowów, przemęczony,

jednak rozbawion, zawsze ta dziewica

pierwsza mi w oko wpadała – radośniem

witał ją wówczas jako moją żonkę.

Tak! Wówczas, wówczas! Jak mi biło serce,

jakie mi muszki latały po głowie. –

Wiem, wiem! A teraz takem się oddalił

od owej chwili promiennej młodości,

że Ottegeba, moja żonka drobna,

kiedym ją ujrzał, tak mi była obcą,

jakby jej nigdy nie lizała twarzy

i miłych rączek Dyjana, ma suczka,

jakbym ja nigdy nie gładził jej włosów,

jakbym jej nigdy dla miłej rozrywki

nie grał na rogu piosenek myśliwskich,

jakem to przecież czynił nie raz jeden!...

SCENA SIÓDMA

Ottegeba

Przynosi plaster miodu.

Gotfryd

Otóż i ona, panie.

Henryk

Cóż to niesiesz?

Ottegeba

Trochę świeżego miodu.

Henryk

Patrzcie tylko –

Umie przemawiać – umie, nie jest niema!

Miło mi bardzo, a gdy wiem już o tym,

więc, moje dziecko drogie, musisz usiąść

tam na tej ławie – musisz się tłumaczyć.

Znów zamyślona? Czybyś mnie się bała?

O nie bójże się, jestem tak łagodny –

snać nie uwierzysz, jakim ja łagodny!

Jak ci się wiedzie?

Ottegeba

Nie wie, co z sobą począć.

Dobrze.

Henryk

Zawsze dobrze?

Ottegeba

Prawie ginie z zakłopotania.

Tak, panie.

Henryk

Tobie wciąż się dobrze wiedzie,

a cesarz Frydryk w złocistej koronie

nad trud i walkę nie zna nic innego.

Bogatszą jesteś niźli on, me dziecię,

nie mówiąc o mnie. Nigdy ci się tutaj,

na tym pustkowiu nie dłuży?

Ottegeba

Zaprzecza potrząśnieniem głowy.

Henryk

Co robisz,

aby odegnać nudy? Powiedzże mi!

Ottegeba

Nie odpowiada – odwraca się w wielkim zakłopotaniu, a w końcu mówi.

Modlę się, panie...

Henryk

Modlisz?... Bardzo pięknie –

Do której z świętych modlisz się najchętniej?

Ottegeba

jw.

Przyprowadziła już mię raz do zdrowia

nasza Najświętsza Panienka...

Henryk

Do zdrowia

przyprowadziła cię już raz? Mnie rani–

zadawa rany! Wierzaj mi, że umie

zadawać rany.

Ottegeba

Nie, panie.

Henryk

Nie – mówisz?

Nie?... Pragnieszli mnie pouczyć, więc poucz...

Ottegeba

Czyni głową gwałtowny ruch zaprzeczający.

Gotfryd

Niech wasza miłość wybaczy. Niedawno

powstała z ciężkiej choroby...

Henryk

Dlaczego

chowa swą prawą rękę?

Gotfryd

Jak to, panie?...

Henryk

Czemu ją chowasz?

Gotfryd

Pokaż!

Ottegeba

Nie, mój ojcze!

Gotfryd

Ej, uporczywa panienko! Pan każe,

więc – proszę – pokaż prawą dłoń...

Brygita

Poza nim.

Gotfrydzie!

Ottegeba

Matka was woła!

Chce się oddalić.

Brygita

Poza nim.

Gotfrydzie!

Gotfryd

Wybaczcie!

Henryk

I owszem, zwalniam.

Gotfryd

Odchodzi.

Henryk

Powiedzże mi jeszcze:

znasz mnie?

Ottegeba

Kiwa przesadnie głową.

Henryk

Kim jestem?

Ottegeba

Naszym panem.

Henryk

Żmija

ma swoją dziurę, ptak ma gniazdo swoje,

i lisy mają swe jamy, a człowiek,

którego pragniesz uważać za pana,

jest bez przytułku – ziem się pod nim pali,

gdziekolwiek tylko postawi swe stopy,

niby piekielny ogień. – Przecz się śmiejesz?

Ottegeba

Która wybuchnęła krótkim, chorobliwym śmiechem, opanowuje się i znowu blada i zalękniona pyta się z bojaźliwymi oczy.

Ja?...

Henryk

Powiedzże mi, jak ja się nazywam?

Ottegeba

Drżąco.

Henryk.

Henryk

Tak – dobrze – Henryk – a jak jeszcze?

Ottegeba

Zowiesz się Henryk grabia z Aue, panie.

Henryk

Bóg wie to jeden – tak – tak się nazywam,

tak! – A od kiedy znasz mnie – co?

Ottegeba

Drżąc.

Od kiedy?

Od... od dwóch lat już...

Henryk

Od dwóch lat?... Zda mi się

iże się mylisz, bo ostatnim razem –

– na moje słowo twierdzę to rycerskie –

byłem w tym domu przed laty dziesięciu,

zasię od tego czasu ani chwili...

Ottegeba

W największym zakłopotaniu.

Ja byłam jeszcze mała...

Henryk

A tak – byłaś

mała! Więc z czasem nie bardzo się liczysz.

Przed dwoma laty, moje dziecko drogie,

ten gość ubogi, którego tu widzisz

przy kromce chleba, legał w marmurowych,

pięknych przybytkach, przy szemrzących studniach,

gdzie złote rybki spływały w baseny,

a jeśli kiedy chciał oszołomioną

wodzić źrenicą, to ją zwracał w stronę,

skąd się przewonne kłębiły kadzidła –

o tam! W Azzahry czarowne ogrody.

O takich rajach nigdyś, lube dziecię,

chybaś nie śniło! O rajach, gdzie ginąć

z upajającej rozkoszy, gdzie bambus

chwieje się w schroni samotnej pod ciemnym

sklepiskiem cedrów, gdzie krzaki azalii

niby kwieciste ścielą się poduszki.

Kwiecia błękitną krwią zda ci się morze,

ach, całujące marmurowe stopnie,

na nim się lekkie kołyszą gondole,

lśniące od złota, klejnotów, purpury. –

Śpiew jakiś słyszysz – śpiewa niewolnica –

i w tym jest tęskne, smętne rozkwiecenie –

nad cyprysową schyla się cysterną

i z zdroja czerpie srebrzystymi wiadry...

I opływają cię obce wyrazy,

stopione w duszy spłomienionej fali.

Chłoniesz je w siebie z wszystkimi woniami,

które zachodni wiatr przywiewa k’tobie,

z coraz to słodszą pieszcząc cię miłością.

Lecz dosyć o tym! Teraz jestem tutaj

a nie w Palermie ani też w Granadzie –

i proszę ciebie, opowiadaj dalej,

co li wiesz o mnie po tak długim czasie,

który tak krótką zdaje ci się chwilą.

Ottegeba

Przerażona.

Nic więcej, panie, nic!

Henryk

Nie wierzę temu –

Nic nadto więcej, tylko nic?... Jak mało!

niemal za mało na twe piękne oczy –

a teraz pytam ci się na sumienie,

ty Ottegebo mała, ty ma święta

z świętych jasnością ze lnu i jedwabiu:

jakże ja ciebie zwałem w owych czasach?

Jakże ja ciebie zwałem – powiedzże mi –

wówczas, gdyś do mnie lgnęła stokroć bardziej

niźli do matki – jakżeż ja cię zwałem?

Ottegeba

Stoi odwrócona od niego w największym zakłopotaniu, wije się, gryzie fartuch lub chustkę, wybucha śmiechem, który jednak w tej chwili tłumi przerażona. Przy tym kurczy się i dopiero po ponownych zachętach wydobywa z siebie z trudem i po cichu następujące słowa.

Ty – moja – mała – żono!

Henryk

Owszem! Owszem!

Ty moja mała żono!... Nuż naprawdę

zwać cię tak będzie jakiś dzielny wieśniak,

jak ja cię wówczas nazywałem żartem.

Ottegeba

Przerażona, śmiertelnie pobladła, ucieka.

Henryk

Dokąd?

Ottegeba

Staje drżąca.

Zdawało mi się, że mnie ojciec

woła.

Henryk

Pozostań, siadaj. Albo może...

straciłem przez co twą łaskę? Co? Powiedz! –

Żal by mi było.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?