Moje ptaki, zwierzaki i krewni

Tekst
Z serii: Trylogia z Korfu #2
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozmowa

CZĘŚĆ PIERWSZA – PERAMA

1. Chrzest

2. Zatoka Oliwek

3. Gaj mirtowy

CZĘŚĆ DRUGA – KONTOKALI

4. Dżungla pigmejska

5. Mątwy i kraby

INTERLUDIUM: POTYCZKA Z DUCHAMI

6. Oliwkowa karuzela

7. Sowy i arystokracja

CZĘŚĆ TRZECIA – KRYSEDA

8. Jeże i wilki morskie

9. Gadająca Głowa

10. Gniewne baryłki

Epilog

Korespondencja

Przypisy

Inne książki Geralda Durrella

Tytuł oryginału: BIRDS, BEASTS AND RELATIVES

Opracowanie redakcyjne: ANNA BRZEZIŃSKA

Korekta: JANINA ZGRZEMBSKA

Projekt okładki: WITOLD SIEMASZKIEWICZ

Ilustracja na okładce: © Trina Dalziel

Copyright © Gerald M. Durrell, 1969

© to the Polish translation of Birds, Beasts and Relatives by Oficyna Literacka Noir sur Blanc sp. z o.o. w Warszawie For the Polish edition Copyright © 2020, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-683-7

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Podziękowanie

Dziękuję mojemu synowi, Andrzejowi Trzeciakowskiemu, doktorowi nauk przyrodniczych, za długie, pracowite godziny, jakie poświęcił temu przekładowi, dzięki czemu wszystkie zwierzęta i rośliny znalazły swoje polskie nazwy, a w dialogach rodzeństwa Durrell, zwłaszcza w kłótniach braci zabrzmiał ton znajomy wszystkim braciom w każdej szerokości geograficznej.

Anna Przedpełska-Trzeciakowska

.

Teodorowi Stephanidesowi

z wdzięcznością za uśmiech i naukę

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozmowa

Zimę mieliśmy ostrą; nawet w momencie kiedy powinna już nadejść wiosna, krokusy, które pokładają wzruszającą ufność w następstwie pór roku, musiały rozpaczliwie przebijać sobie drogę przez cienką skorupę śnieżną. Niskie, ołowiane chmury groziły w każdej chwili jeszcze jedną śnieżycą, a wokół domu wył przenikliwy wiatr. Wszystko razem wziąwszy, nie była to idealna pogoda na zjazd rodzinny, zwłaszcza jeśli to był zjazd naszej rodziny.

Szkoda, myślałem, że akurat kiedy spotkali się w Anglii pierwszy raz po wojnie, musiała ich przywitać niemal zamieć śnieżna. Nie pomagało im to pokazać się od najlepszej strony, byli bardziej niż zwykle przewrażliwieni i mniej skłonni do wyrozumiałości dla czyjegokolwiek punktu widzenia z wyjątkiem oczywiście własnego.

Zbili się jak stado osowiałych lwów wokół kominka, na którym huczał ogień tak jasny i wysoki, że groził pożarem. Moja siostra Margo doprowadziła do tego w bardzo prosty sposób, mianowicie wyciągnęła z ogrodu szkielet niewielkiego drzewka i wsunąwszy go jednym końcem w kominek, drugi złożyła beztrosko na dywaniku. Matka robiła coś na drutach, ale z nieco roztargnionego wyrazu jej twarzy i poruszeń warg, jakby w niemej modlitwie, można było wnosić, że w gruncie rzeczy zajęta jest obmyślaniem menu na następny lunch. Mój brat Leslie schował się za ogromny podręcznik balistyki, a najstarszy z nas, Lawrence, w ogromnym rybackim golfie (o kilka numerów za dużym), stał przy oknie i kichał zawzięcie i systematycznie w wielką czerwoną chustkę.

– To straszny kraj. – Odwrócił się ku nam wojowniczo, jakbyśmy byli wszyscy bezpośrednio odpowiedzialni za panujące tu warunki klimatyczne. – W momencie kiedy człowiek wychodzi na brzeg w Dover, natychmiast dostaje się w ogień zaporowy zarazków kataru... Czy zdajecie sobie sprawę, że przez dwanaście lat, aż do dziś, ani razu nie byłem zaziębiony? Tylko dlatego, że miałem dosyć oleju w głowie, żeby się trzymać z daleka od tej Puddingowej Wyspy. Każdy, kogo tu spotykam, ma katar. Wszyscy mieszkańcy Wysp Brytyjskich nie robią od początku do końca roku nic innego, tylko kręcą się w małych grupkach i lubieżnie kichają jeden drugiemu w nos... można powiedzieć: infekcja karuzelowa. Jakie szanse przeżycia ma człowiek w takim kraju?

– Jesteś po prostu zakatarzony, a gadasz, jakby się świat kończył – stwierdziła Margo. – Nie rozumiem, dlaczego mężczyźni zawsze robią koło siebie tyle zamieszania.

Larry rzucił jej miażdżące spojrzenie załzawionych oczu.

– Cały kłopot z wami jest w tym, że odpowiada wam pozycja męczenników. Tylko ktoś o masochistycznych skłonnościach może siedzieć w tym... w tym... wirusowym raju. Ogarnął was bezwład. Polubiliście już to tarzanie się w morzu infekcji. Można by zrozumieć czy usprawiedliwić kogoś, kto nigdy nie wytknął stąd nosa, ale wy, coście zaznali słońca Grecji, powinniście mieć przecież jakieś rozeznanie.

– Widzisz, kochany – rozległ się uspokajający głos matki – przyjechałeś tutaj w fatalnej porze. Tu naprawdę bywa całkiem miło. Na przykład wiosną.

Larry spojrzał na nią wściekły.

– Z przykrością wyrywam cię z tego snu Ripa Van Winkle[1], ale podobno teraz właśnie jest wiosna... i spójrz tylko: żeby pójść na pocztę i nadać list, trzeba mieć sanie i zaprzęg psów.

– Śniegu ledwie na ćwierć cala – wtrąciła Margo.

– Zgadzam się z Larrym. – Leslie wynurzył się spoza swojej księgi. – Mróz na dworze jak cholera. W takim zimnie człowiekowi wszystkiego się odechciewa. Nawet zapolować przyzwoicie nie można.

– No właśnie – triumfował Larry – podczas gdy w rozsądnym kraju, takim jak Grecja, zjedlibyśmy śniadanie na dworze, a potem poszli się wykąpać w morzu. A tutaj zęby mi tak szczękają, że ledwo mogę zjeść śniadanie.

– Wolałbym, żebyście przestali wciąż gadać o Grecji – zrzędził Leslie. – To mi przypomina tę cholerną książkę Gerry’ego. Ileż lat musiało upłynąć, żebym mógł po niej wrócić do normalnego życia.

– Żebyś ty mógł wrócić do normalnego życia! – ironizował Larry. – A co ze mną? Nie masz pojęcia, jak ta dickensowska karykatura zniekształciła moją sylwetkę pisarską!

– Z tego, jak mnie opisał, można by sądzić, że nigdy nie myślałem o niczym innym jak o broni i łodziach.

– No ale przecież ty nigdy o niczym innym nie myślisz.

– To ja jestem najbardziej poszkodowana – pisnęła Margo. – On przez cały czas rozpisywał się o moim trądziku.

– Moim zdaniem wszystkich was całkiem nieźle sportretował – stwierdziła matka – tyle że ze mnie zrobił kompletną idiotkę.

– Nie miałbym pretensji, gdyby ktoś napisał na mnie paszkwil przyzwoitą prozą – mówił Larry, wycierając hałaśliwie nos – ale żeby mnie obmawiano kiepską angielszczyzną, to nie do zniesienia.

– Już sam tytuł był obraźliwy – stwierdziła Margo. – Moja rodzina i inne zwierzęta. Aż do znudzenia wysłuchiwałam: a jakie pani jest zwierzę?

– Tytuł wydawał mi się dosyć zabawny, kochanie – mówiła matka. – Myślałam tylko, że on nie opisał najlepszych historii.

– Tu się zgadzam – przytaknął Leslie.

– Jakich najlepszych historii? – podejrzliwie zagadnął Larry.

– No, na przykład, jak opływałeś wyspę na jachcie Maxa. To było okropnie zabawne.

– Gdyby ogłosił tę historię drukiem, wytoczyłbym mu proces.

– Nie rozumiem dlaczego. To było bardzo śmieszne – stwierdziła Margo.

– A co wobec tego z twoją fiksacją na punkcie spirytualizmu? Gdyby to opisał, pewno byś się ucieszyła, co? – zjadliwie zapytał Larry.

– Nie... to niemożliwe... tego by przecież nie zrobił! – W głosie Margo zabrzmiało przerażenie.

– Widzisz. A co na przykład ze sprawą sądową Lesliego? – triumfował Larry.

– Nie rozumiem, po co mnie w to wciągacie – warknął Leslie.

– Bo twierdzisz, że on nie opisał najlepszych historii – wyjaśnił Larry.

 

– Tak, zapomniałam o tym wszystkim – zachichotała matka. – Naprawdę, Gerry, one były chyba zabawniejsze niż tamte, które wybrałeś.

– Cieszę się, że tak sądzisz – mruknąłem.

– Czemu? – Larry spojrzał na mnie podejrzliwie.

– Ponieważ postanowiłem napisać jeszcze jedną książkę o Korfu i uwzględnić te wszystkie zdarzenia – odparłem z niewinną miną.

Jakby w nich piorun strzelił.

– Zabraniam! – ryczał Larry, kichając zajadle. – Najsurowiej ci zabraniam!

– Nie wolno ci pisać o spirytualizmie! – krzyczała Margo.

– Ani o mojej sprawie sądowej – warczał Leslie. – Tego nie zniosę.

– A jeśli słowem wspomnisz o jachcie...! – darł się Larry.

– Larry, kochanie, nie podnoś głosu! – napominała go matka.

– Wobec tego zabroń mu pisać! – wrzeszczał Larry.

– Nie mów głupstw, jakże ja mu mogę zabronić?

– Chcesz, żeby się to wszystko powtórzyło? – mówił ochrypłym głosem Larry. – Listy z banku, żebyś łaskawie spłaciła wystawione czeki bez pokrycia, podejrzliwe spojrzenia naszych dostawców, kaftany bezpieczeństwa podrzucane anonimowo na progu, cała rodzina obrażona. Jesteś przecież naszą matką, więc nie pozwól mu tego pisać!

– Przesadzasz, Larry – tłumaczyła matka. – Zresztą nie mogę mu zabronić, jeśli on tak chce. Nie sądzę, żeby z tego mogło wyniknąć coś złego, a te historie naprawdę są najlepsze. Nie rozumiem, czemu by nie miał napisać dalszego ciągu?

Cała rodzina porwała się jak jeden mąż i zaczęła jej wrzaskliwie wyjaśniać, dlaczego nie powinienem pisać dalszego ciągu.

– Było jeszcze kilka innych wydarzeń – powiedziałem z zastanowieniem.

– Na przykład? – Matka była zaciekawiona. Moje rodzeństwo, najeżone, wpatrywało się we mnie z wypiekami na twarzy w wyczekującym milczeniu.

– No cóż – mówiłem w zamyśleniu. – Chciałbym opisać twój romans z kapitanem Creechem, mamo.

– Co takiego? – Głos matki zachrypł z oburzenia. – Tego nie zrobisz...! Romans z tym obrzydliwym starcem! Coś podobnego! Nie pozwolę ci o tym pisać.

– No cóż, mnie się wydaje, że to jest naprawdę najlepsze – wycedził Larry ze złośliwym uśmiechem. – Romans tętniący namiętnością... rozkoszny, staroświecki wdzięk mężczyzny grającego główną rolę... i te twoje awanse...

– Och, cicho bądź, Larry. – Matka była naprawdę zła. – Widzisz, że mnie denerwujesz. Słuchaj, Gerry, nie sądzę, żeby to był dobry pomysł z tą książką.

– Popieram wniosek – oświadczył Larry. – Jeśli ją napiszesz, zespołowo wytoczymy ci proces.

Wobec protestu zjednoczonej rodziny, która postanowiła za wszelką cenę powstrzymać mnie od chwycenia za pióro, pozostawało mi tylko jedno: usiąść i napisać.

Część pierwsza

Perama

Kędy drzewa wysokie i kwieciem okryte

Rodzą granaty, gruszki, jabłka smakowite,

Słodkie figi. Toż drzewa oliwne tam były,

Przez rok cały tak zimą, jak latem rodziły,

Bo w ciepławym zefirze, co tam wciąż powiewa,

Jeden owoc się kluje, drugi już dojrzewa,

Jabłko idzie po jabłku, gruszkę gruszka spycha,

Figa figę, i owoc zawsze się uśmiecha.

HOMER, Odyseja, Pieśń VII (tłum. L. Siemieński)

1

Chrzest

Korfu leży opodal wybrzeży albańskich i greckich jak długa, przeżarta rdzą szabla. Rękojeścią tej szabli jest górzysta część wyspy, kamienista na ogół i nieurodzajna, gdzie na spiętrzonych urwiskach gnieżdżą się drozdy skalne i wędrowne sokoły. Ale w dolinach tej górzystej części wyspy woda tryska obficie z czerwonych i złotych skał, ciągną się lasy migdałów i orzechów, rzucając cienie chłodne niby studnia, sterczą jak włócznie gęste bataliony cyprysów i drzew figowych o srebrnych pniach i liściach wielkich jak tace. Brzeszczot tej szabli tworzą srebrnozielone poduchy olbrzymich oliwek, z których niejedna ma ponoć więcej niż pięćset lat. Kształt każdej jest jedyny w swoim rodzaju – przysadziste, jakby poskręcane artretyzmem, o pniach poznaczonych setkami wgłębień niby powierzchnia pumeksu. U ostrego końca brzeszczotu leży Lefkimi, połyskujące piaszczystymi wydmami, aż oczy bolą, pokryte ogromnymi słonymi bagnami zdobnymi w łany trzcin, nieustannie skrzypiących, szemrzących i szepczących coś ukradkiem do siebie.

Dla mnie powrót na Korfu był powrotem do domu. Przyjechaliśmy tu przed kilku laty i osiedliśmy natychmiast w słonecznej truskawkowoczerwonej willi o zielonych okiennicach, kształtem przypominającej nieco cegłę. Przysiadła w wysokim, dostojnym gaju oliwnym, który opadał zboczem ku morzu, otoczona malutkim jak chustka do nosa ogródkiem, gdzie grządki kwiatowe wytyczone były z geometryczną akuratnością tak drogą wiktoriańskiemu sercu. Całości strzegł wysoki, gęsty żywopłot z fuksji, który tajemniczo szumiał ptakami.

Chociaż wiele mamy w Anglii ogrodów niezwykle okazałych, w żadnym z nich nigdy nie znalazłem takiej rozmaitości żywych stworzeń. Stwierdziłem po jakimś czasie, że owładnęło mną zdumiewające poczucie nierealności. Tak jakbym się dopiero urodził. Dopiero w tym ostrym, roziskrzonym świetle mogłem w pełni docenić prawdziwie myśliwską czerwień pokrywy skrzydełek biedronki, cudowną czekoladę i bursztyn skorka czy głęboki, połyskliwy agat mrówki. Mogłem paść oczy widokiem nieprzebranej ilości istot zupełnie mi nieznanych. Ogromne, włochate pszczoły Ksylokopa, które pomrukując coś do siebie, gramoliły się niby nakręcane misie koloru indygo, z kwiatka na kwiatek; jaskrawożółte motyle w czarne pasy z ogonkami na tylnych skrzydłach przypominającymi eleganckie fraki, motyle wirujące wciąż nad żywopłotem z fuksji, wykonujące skomplikowane figury menueta i piękne motyle z rodziny zawisakowatych, znieruchomiałe na rozpostartych skrzydłach nad kwiatem, sondowanym długimi delikatnymi ssawkami.

Nie miałem żadnych, nawet elementarnych, wiadomości o tych wszystkich istotach, nie miałem też żadnych książek do pomocy. Mogłem się tylko przyglądać tym stworzeniom krzątającym się około swoich spraw w ogrodzie lub łapać je, by móc lepiej im się przyjrzeć z bliska. W niedługim czasie pokój mój zapełnił się szeregami słoików i puszek, w których trzymałem schwytane w naszym małym ogródku okazy. Musiałem je cichcem przemycać do domu, ponieważ moja rodzina – z wyjątkiem może mamy – z przerażeniem patrzyła na faunę lokowaną w naszej willi.

Każdy rozsłoneczniony dzień przynosił nowe zagadki zachowania tych stworzeń, zagadki ujawniające rozmiar mojej niewiedzy. Jedną z istot, które najbardziej mnie irytowały i intrygowały, był żuk gnojak. Razem z Rogerem, moim psem, który, przycupnięty, wyglądał jak dysząca góra czarnych kudłów, potrafiliśmy leżeć na brzuchu i obserwować dwa lśniącoczarne żuki gnojaki o głowach zdobnych w zakrzywione delikatnie rogi jak u nosorożca, toczące wspólnie (i z ogromnym samozaparciem) pięknie ulepioną kulkę krowiego łajna. Przede wszystkim chciałem wiedzieć, w jaki sposób udaje im się utoczyć tak idealnie krągłą kulkę. Z własnych doświadczeń z gliną czy plasteliną wiedziałem, że to wcale niełatwe, choćby się nie wiem jak pracowicie ugniatało i kształtowało materiał, a przecież te gnojowce, mając za instrument tylko kolczaste nogi, bez żadnego cyrkla czy innego narzędzia potrafiły robić takie śliczne kulki łajna, okrągłe jak księżyce w pełni. No i był jeszcze drugi problem. Po co one robią te kulki i dokąd je zabierają?

Na to pytanie znalazłem częściową odpowiedź, poświęciwszy całe popołudnie parze gnojowców: nie pozwoliłem się odciągnąć od tego zajęcia żadnym owadom w ogrodzie i nie reagowałem na ciche jęki i znudzone ziewnięcia Rogera. Powoli, na czworakach, niemal cal po calu posuwałem się za żukami przez ogród, który mnie wydawał się taki mały, ale dla żuków był przecież wielkim, szerokim światem. Dobrnęły wreszcie do niskiego pagórka sypkiej ziemi pod żywopłotem fuksjowym. Wtoczenie kulki pod górę wymagało niebywałych wysiłków, niejeden raz powinęła się żukom noga, a kulka uciekała im i staczała się w dół malutkiego pagórka. Pędziły wtedy za nią, a ja wyobrażałem sobie z satysfakcją, że wykrzykują do siebie nawzajem różne przekleństwa. Wreszcie wdrapały się jakoś na szczyt wzniesienia i zaczęły staczać kulkę w dół przeciwległego zbocza. U jego stóp dostrzegłem po raz pierwszy okrągły jak studnia otwór w ziemi; tam właśnie zdążały gnojowce. Kiedy znalazły się od niej o kilkanaście centymetrów, jeden z żuków pośpieszył przodem i spuścił się tyłem w dziurę, gestykulując szaleńczo przednimi nóżkami do tego drugiego, który z ogromnym wysiłkiem (niemal słyszałem w wyobraźni jego sapanie) dotoczył kulkę łajna do otworu jamki. Jeszcze przez chwilę szarpały ją i popychały, po czym kulka zniknęła powoli w głębi ziemi, a wraz z nią gnojowce. Strasznie się zdenerwowałem. Przecież mają widać zamiar coś zrobić z tą kulką łajna, ale jeśli to zrobią pod ziemią, jakże ja się dowiem, co takiego? W nadziei, że ktoś mnie oświeci, przedstawiłem problem rodzinie przy lunchu. Co, zapytałem, robią gnojowce z łajnem? Odpowiedziała mi zdumiona cisza.

– No cóż, kochanie – zaczęła niepewnie matka. – Pewno im to jest do czegoś potrzebne.

– Mam nadzieję, że nie masz zamiaru przynosić chyłkiem gnojowców do domu? – zapytał Larry. – Nie będę mieszkał w willi udekorowanej wszędzie kulkami łajna.

– Nie, nie, kochanie, na pewno tego nie zrobi – uspokajała go matka bez przekonania.

– Ja cię tylko ostrzegam – warknął Larry. – Przecież on już teraz trzyma w swoim pokoju o wiele niebezpieczniejsze robactwo przyniesione z ogrodu.

– Przypuszczam, że biorą to dla ocieplenia – odezwał się Leslie, który jednak zastanowił się nad sprawą gnojowców. – Łajno grzeje. Fermentacja.

– Gdybyśmy kiedykolwiek potrzebowali centralnego ogrzewania, będę o tym pamiętał – mruknął Larry.

– One to pewno jedzą – stwierdziła Margo.

– Margo, córeczko – napomniała ją matka. – Nie podczas lunchu.

– Powinieneś przeczytać – powiedział Larry, ładując na talerz następną porcję zapiekanki, którą przed chwilą nazwał potrawą bez smaku – powinieneś przeczytać Fabre’a.

Zapytałem, co to takiego czy też kto to taki, bardziej przez uprzejmość niż z innego powodu, przypuszczając, że Fabre okaże się jakimś nieznanym poetą średniowiecznym, jako że rada wyszła od Larry’ego.

– Przyrodnik – odparł Larry z pełnymi ustami, wymachując widelcem. – Pisał o robakach i takich tam. Postaram się zdobyć dla ciebie egzemplarz.

Ta niespodziewana wielkoduszność mojego starszego brata tak mnie oszołomiła, że przez kilka następnych dni bardzo się pilnowałem, by nie zasłużyć na jego gniew, ale czas płynął, a książki jak nie było, tak nie było, aż wreszcie zapomniałem o całej sprawie i oddałem się obserwacji innych owadów w ogrodzie.

Ale pytanie „dlaczego” nasuwało się ze wszystkich stron. Dlaczego pszczoły Ksylokopa wycinają z płatków róży małe krążki i odfruwają z nimi? Czemu mrówki uprawiają coś, co można by określić mianem namiętnych aktów miłosnych z nieprzeliczonymi szeregami zielonych mszyc, plagą wielu roślin w ogrodzie? Co to są te dziwne bursztynowe przezroczyste ciała, a może skorupki owadzie, które znajdowałem przyczepione do źdźbeł trawy i drzew oliwkowych? Były to kruche jak popiół, puste skórki jakichś stworzeń o bulwiastym ciele, bulwiastych oczach i dwóch grubych, bardzo kolczastych przednich nogach. Czemu każda z tych skorupek miała pęknięcie na plecach? Czy stworzenia te zostały napadnięte i wyssane na śmierć? A jeśli tak, to kto je napadł i co to za stworzenia? Byłem jak kipiący kociołek z pytaniami, na które moja rodzina nie potrafiła odpowiedzieć.

W kilka dni później, przed południem, stałem właśnie w kuchni, pokazując matce moją ostatnią zdobycz – długą, chudą stonogę koloru karmelu, która, jak twierdziłem, choć matka mi nie dowierzała, wydaje białe światło nocą – kiedy wszedł Spiros, ogromnie spocony, z miną, jak to u niego zawsze, wojowniczą i zmartwioną.

– Przyniosłem poczta, pani Durrell – zwrócił się do matki, a potem spojrzał ponuro na mnie. – Dzień dobry, paniczu Gerry.

Spodziewając się w niewinności serca, że Spiros podzieli mój entuzjazm dla nowego nabytku do kolekcji, podsunąłem mu słoik pod nos, zapraszając, by nasycił oczy tym widokiem. Rzucił jedno szybkie spojrzenie na stonogę, która regularnym, kolistym ruchem okrążała dno słoika niby nakręcany pociąg, cisnął listy na podłogę i skoczył za stół kuchenny.

– Jezusie, paniczu Gerry! – krzyknął ochryple. – Co panicz robi?

Zdumiony jego zachowaniem wyjaśniłem, że to tylko stonoga.

 

– To jadowita cholera, pani Durrell. – Spiros mówił bardzo poważnie. – Słowo daję, panicz Gerry nie ma tego trzymać.

– Pewno nie. – W głosie matki czaiły się wątpliwości. – Ale on się tak bardzo wszystkim interesuje. Zabierz to gdzieś, kochanie, żeby Spiros tego nie oglądał.

– To mi robi strach – słyszałem słowa Spirosa, kiedy wychodziłem z kuchni z moim bezcennym słoikiem. – Słowo daję, pani Durrell, to mi robi strach, co ten chłopak tu znosi.

Udało mi się donieść stonogę do mojego pokoju, nie spotkawszy po drodze nikogo z domowników. Uścieliłem jej łoże w małej miseczce, gustownie przyozdobionej mchem i kawałkami kory. Bardzo pragnąłem, aby moja rodzina doceniła fakt, że znalazłem stonogę, która świeci w ciemnościach. Postanowiłem wieczorem po kolacji urządzić mały pokaz pirotechniczny, wszystkie jednak myśli o fosforyzującej stonodze poszły w zapomnienie, w poczcie bowiem znajdowała się gruba brązowa paczka, którą Larry przy lunchu obrzucił spojrzeniem, po czym cisnął mi przez stół.

– Fabre – oznajmił zwięźle.

Zapominając o jedzeniu, rozdarłem szary papier opakowania. Wewnątrz znajdowała się gruba zielona książka zatytułowana: Święty żuk i inne żuki – Jean Henri Fabre. Kiedy ją otworzyłem, ogarnął mnie niewypowiedziany zachwyt, na frontispisie bowiem widniał rysunek dwóch gnojowców tak mi znajomych, jakby były najbliższymi krewniakami moich własnych żuków. Toczyły wspólnie piękną kulkę łajna. Uniesiony szczęściem, delektując się każdym słowem, powoli przewracałem kartki. Tekst był cudowny. Nie była to książka przytłaczająca erudycją, kołująca w głowie. Napisana została w sposób tak jasny i przejrzysty, że nawet ja mogłem ją zrozumieć.

– Zostaw to czytanie na później, mój drogi. Jedz, bo ci wszystko wystygnie – powiedziała matka.

Niechętnie położyłem książkę na kolanach i rzuciłem się na jedzenie tak szybko i zajadle, że brzuch mnie bolał przez resztę popołudnia. Nie umniejszyło to bynajmniej rozkoszy zgłębiania tej książki po raz pierwszy. Podczas gdy cała rodzina oddała się sjeście, ja leżałem w ogrodzie, w cieniu drzewa mandarynki, i strona po stronie pożerałem książkę, aż wreszcie, ku wielkiemu zmartwieniu, doszedłem do końca. Nic jednak nie jest w stanie oddać mojej radości. Byłem teraz uzbrojony w wiedzę. Wydawało mi się, że wiem wszystko, co można wiedzieć o gnojowcach. Przestały to już być dla mnie tajemnicze owady, łażące ociężale po gaju oliwnym, stały się moimi bliskimi przyjaciółmi.

W tym mniej więcej okresie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, które poszerzyło i powiększyło moje zainteresowania przyrodnicze, choć nie mogę powiedzieć, bym to wówczas docenił: dostałem pierwszego w życiu wychowawcę, George’a. George był przyjacielem Larry’ego. Wysoki, kościsty, miał ciemną brodę, okulary i sarkastyczne poczucie humoru, ścichapęk. Jeden dzień w tygodniu poświęcaliśmy wyłącznie przyrodzie. Był to jedyny ranek, kiedy wychodziłem mojemu wychowawcy naprzeciw. Maszerowałem spokojnie przez gaj oliwny, a w połowie drogi do jego malutkiej willi kryłem się wraz z Rogerem za krzakiem mirtu i czekałem na nadejście nauczyciela. Ukazywał się wreszcie, odziany tylko w krótkie spłowiałe spodnie, sandały i ogromny wystrzępiony kapelusz słomkowy; jedną ręką przytrzymywał stos książek, w drugiej miał długą, cienką laskę, którą wymachiwał zawzięcie. Roger i ja, przycupnięci za słodko pachnącym krzakiem mirtu, stawaliśmy o zakład, czy tego właśnie ranka George stoczy pojedynek z oliwką, czy nie.

George był wytrawnym szermierzem, o czym świadczyły liczne puchary i medale, i czasami nachodziło go tak silne pragnienie walki, że nie był w stanie mu się oprzeć. Maszerował wielkimi krokami ścieżką, łyskając okularami, a tu nagle jedno z drzew oliwkowych przekształcało się w coś złego i złośliwego, w coś, co powinno dostać nauczkę. Rzucał wtedy książki i kapelusz przy drodze i ostrożnym krokiem, w pozycji szermierczej, przybliżał się do owego drzewa, trzymając w prawej ręce laskę, przemienioną obecnie w rapier, lewą zaś eleganckim gestem chowając za plecy. Powoli, na sztywnych nogach, niby terier podchodzący do ogromnego doga, okrążał drzewo, wpatrując się w nie przymrużonymi oczami, czekając na pierwszy nieprzyjazny ruch. Nagle zadawał gwałtowne pchnięcie, a czubek laski niknął w jednej z dziur oliwkowego pnia. George krzyczał wówczas z zadowoleniem: „ha!” i natychmiast odskakiwał poza zasięg drzewa, nim oliwka zdążyła zaripostować. Zauważyłem, że jeśli udało mu się wsunąć koniec laski w jedną z mniejszych dziur pnia oliwkowego, nie oznaczało to śmiertelnej rany, a tylko lekkie draśnięcie, które widać doprowadzało przeciwnika do ataku furii, gdyż w chwilę później mój wychowawca walczył jeszcze bardziej zajadle w obronie swego życia; tańczył zwinnie wokół drzewa, zadawał sztychy i parował ciosy, odskakiwał po zadaniu szybkiego cięcia i odbijał zdradzieckie pchnięcie, jakim go chciała przeszyć oliwka, tak nagle, że nie dostrzegałem jego ruchu. Niektóre oliwki wykańczał dosyć szybko śmiertelnym pchnięciem w jedną z większych dziupli, w których jego rapier niknął niemal po rękojeść, czasami jednak napotykał oliwkę, która niemal potrafiła mu sprostać i przez blisko kwadrans toczyli śmiertelną walkę, podczas której George z zawziętą miną stosował wszystkie znane sobie zwody, by przełamać się przez obronę olbrzymiego drzewa. Kiedy już zabił przeciwnika, wycierał w sposób bardzo wyszukany krew ze swego rapiera, wkładał kapelusz, podnosił książki i ruszał dalej ścieżką, nucąc piosenkę. Zawsze pozwalałem mu odejść na pewną odległość i dopiero później dołączałem do niego, obawiałem się bowiem, że byłoby mu przykro, gdyby się zorientował, że przyglądałem się jego wyimaginowanej walce z oliwką.

George przedstawił mnie człowiekowi, który niemal natychmiast stał się pierwszą osobą w moim życiu: doktorowi Teodorowi Stephanidesowi. Teodor wydał mi się jednym z najniezwyklejszych ludzi, jakich spotkałem (dzisiaj, po trzydziestu trzech latach, jestem tego samego zdania). Miał włosy i brodę jasne jak pszenica, piękne orle rysy i wyglądał jak bożek grecki, a z pewnością wydawał mi się równie wszechwiedzący. Posiadał wykształcenie medyczne, a nadto był również biologiem, poetą, pisarzem, tłumaczem, astronomem, historykiem, i znajdował jeszcze czas między tymi różnorakimi zajęciami, by pomagać w prowadzeniu pracowni rentgenowskiej, jedynej takiej pracowni w mieście Korfu. Po pierwszej wizycie, jaką mu złożyłem, zapytałem na wszelki wypadek matkę, czy mógłbym go zaprosić do nas na herbatę.

– Chyba tak, kochanie – odparła. – Sądzę, że ten pan mówi po angielsku.

Matka toczyła beznadziejną walkę z językiem greckim. Właśnie poprzedniego dnia spędziła pracowite przedpołudnie, przygotowując na lunch wyjątkowo pyszną zupę. Ukończywszy dzieło ku pełnej swojej satysfakcji, wlała zupę do wazy i podała służącej. Służąca spojrzała na nią pytająco, wobec czego matka odpowiedziała jednym z niewielu greckich słów, jakie udało jej się zanotować w pamięci. – Exo – oznajmiła stanowczo, machając ręką. – Exo – po czym zajęła się dalej swoją robotą przy kuchni, a obróciła się akurat w chwili, kiedy służąca wylewała resztki zupy do zlewu. Zrozumiałe, że ten wypadek nastroił ją krytycznie do własnych zdolności językowych. Odparłem z oburzeniem, że Teodor mówi cudownie po angielsku, właściwie o wiele lepiej od nas. Matka, uspokojona, zaproponowała, bym napisał do Teodora liścik i zaprosił go na następny czwartek. Przeżyłem potworne dwie godziny wałęsając się po ogrodzie, niepewny, czy przyjdzie, wyglądając co chwila przez fuksjowy żywopłot, szarpany najstraszliwszymi przeczuciami. Może zaproszenie w ogóle do niego nie dotarło? A może włożył je do kieszeni i zapomniał, i teraz właśnie uwodzi z ogromną erudycją jakąś panią na południowym krańcu wyspy? A może słyszał o naszej rodzinie i po prostu nie chce do nas przyjść? Gdyby tak rzecz się miała, na pewno nie puszczę tego lekko w niepamięć. Wtem zobaczyłem go, jak w ładnym tweedowym ubraniu, w kapeluszu trochę na bakier kroczy przez gaj oliwny, wymachując laską i podśpiewując. Przez ramię miał przerzuconą swą torbę kolekcjonerską, która była częścią składową jego osoby tak samo jak nogi i ręce.

Teodor natychmiast i całkowicie podbił moją rodzinę, co mnie szczerze uradowało. Potrafił z nieśmiałą wykwintnością dyskutować z Larrym o poezji greckiej czy historii Wenecji, z Lesliem o balistyce i najlepszych terenach łowieckich na wyspie, o dietach odchudzających i lekarstwach na trądzik z Margo, a z matką – o wiejskich przepisach kulinarnych i książkach detektywistycznych. Cała moja rodzina zachowała się mniej więcej tak jak ja, kiedy poszedłem do niego na herbatę. Był niewyczerpaną kopalnią informacji, bez przerwy więc zarzucali go pytaniami, a Teodor swobodnie jak chodząca encyklopedia odpowiadał na wszystkie, krasząc je na dodatek garścią niewiarygodnie złych kalamburów i wesołych anegdot związanych z wyspą i jej mieszkańcami.

W pewnym momencie Larry powiedział ku mojemu oburzeniu, że Teodor nie powinien popierać moich zainteresowań przyrodniczych, ponieważ, jak dowodził, willa jest niewielka, a już wypchana do granic wytrzymałości wszelkim obrzydliwym robactwem, jakie tylko wpadło mi w ręce.

– Nie tym się martwię – powiedziała matka – ale stałym jego nieporządkiem. Doprawdy, za każdym razem, kiedy wraca ze spaceru z Rogerem, musi się przebierać od stóp do głów. Nie pojmuję, jak on to robi, żeby się tak brudzić.

Teodor chrząknął z rozbawieniem.

– Pamiętam, jak kiedyś – zaczął, wkładając kawałek ciasta do ust i żując w zamyśleniu, a oczy jarzyły mu się uśmiechem nad zjeżoną brodą – pamiętam, jak kiedyś szedłem na uhm... herbatę do kogoś... uhm... z moich przyjaciół tutaj, w Peramie. W owym czasie byłem właśnie w wojsku i trochę się puszyłem nowo otrzymaną rangą kapitana. Tak więc... uhm... trochę dla parady włożyłem mundur, jak również pięknie wypucowane wysokie buty i ostrogi. Przypłynąłem promem do Peramy, a kiedy przechodziłem przez jakiś bagnisty odcinek drogi, zobaczyłem całkiem mi nieznaną roślinę. Podszedłem więc, by ją zerwać. Dałem krok na coś, co... wiecie... wydawało się mocnym gruntem i nagle zapadłem się w bagno po pachy. Na szczęście nieopodal rosło małe drzewko i ja... udało mi się jakoś schwycić je i wydostać się z bagna. Ale byłem prawie cały pokryty czarnym śmierdzącym błockiem. Morze znajdowało się... uhm... dość blisko, więc ja... uhm... doszedłem do wniosku, że lepiej być zmoczony czystą morską wodą niż taki zabłocony, wobec czego wszedłem do morza i chodziłem sobie tam i z powrotem. Akurat w tym momencie nadjechał drogą autobus, a kiedy kierowca zobaczył człowieka, który w mundurze i czapce wojskowej spaceruje w morzu, zatrzymał autobus, żeby pasażerowie mogli... uhm... dobrze się temu przyjrzeć. Wszyscy wydawali się mocno zdumieni, ale zdziwili się jeszcze bardziej, kiedy wyszedłem z morza i okazało się, że jestem na dokładkę w wysokich butach z ostrogami.