Opowieści Belzebuba dla wnukaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna WSZYSTKO I RZECZ WSZELKA Życz­liwa rada autora dla czy­tel­nika

4  CZĘŚĆ PIERW­SZA Roz­bu­dze­nie myśli Pro­log: Dla­czego Bel­ze­bub zna­lazł się w naszym ukła­dzie sło­necz­nym Przy­czyna zwłoki w spa­da­niu statku „Kar­nak” Prawo spa­da­nia Sys­tem Archa­nioła Hari­tona Per­pe­tuum mobile Uświa­do­mie­nie sobie praw­dzi­wej powin­no­ści ist­nie­nio­wej Bez­czelny smar­kacz Has­sin, wnuk Bel­ze­buba, odważa się nazwać ludzi „śli­ma­kami” Przy­czyna powsta­nia Księ­życa Dla­czego „ludzie” to nie ludzie Pikantny rys ory­gi­nal­nej psy­chiki ludzi Pierw­sze „wark­nię­cie” Dla­czego w rozu­mie ludzi fan­ta­zja może być wzięta za rze­czy­wi­stość Otwar­cie się per­spek­tyw, które nie obie­cują niczego spe­cjal­nie weso­łego Pierw­sze zstą­pie­nie Bel­ze­buba na pla­netę Zie­mia Względ­ność poję­cia czasu Arcy­ab­surd: Według twier­dze­nia Bel­ze­buba oka­zuje się, że nasze słońce ani nie świeci, ani nie grzeje Arcy­fan­ta­zja Opo­wieść Bel­ze­buba o jego dru­gim zstą­pie­niu na pla­netę Zie­mia Trzeci przy­lot Bel­ze­buba na pla­netę Zie­mia Pierw­sza wizyta Bel­ze­buba w Indiach Bel­ze­bub po raz pierw­szy w Tybe­cie Czwarty oso­bi­sty pobyt Bel­ze­buba na pla­ne­cie Zie­mia Bel­ze­bub przy­la­tuje na pla­netę Zie­mia po raz piąty Prze­święty Asziata Szy­je­masz, z Góry posłany na Zie­mię Lego­mo­nizm poświę­cony roz­wa­ża­niom Prze­świę­tego Asziaty Szy­je­ma­sza pod tytu­łem „Groza sytu­acji” Jaki tryb egzy­sten­cji stwo­rzył dla ludzi Prze­święty Asziata Szy­je­masz Główny wino­wajca uni­ce­stwie­nia wszyst­kich prze­świę­tych tru­dów Asziaty Szy­je­ma­sza Płody sta­ro­żyt­nych cywi­li­za­cji i kwiaty tej współ­cze­snej Sztuka

5  CZĘŚĆ DRUGA Szó­sty i ostatni pobyt Bel­ze­buba na powierzchni naszej Ziemi Hip­no­tyzm Bel­ze­bub jako zawo­dowy hip­no­ty­zer Bel­ze­bub w Rosji Zmiana wyzna­czo­nego kursu spa­da­nia mię­dzy­ukła­do­wego statku „Kar­nak” Odro­binę wię­cej o Niem­cach Fran­cja Reli­gia Święta pla­neta Czy­ściec Opo­wieść Bel­ze­buba o tym, jak ludzie się dowia­dy­wali i na nowo zapo­mi­nali o pod­sta­wo­wym świa­to­wym pra­wie Hep­ta­pa­ra­par­szy­noch

6  CZĘŚĆ TRZE­CIA Buchar­ski der­wisz Hadżi-Aswac-Truw Bel­ze­bub w Ame­ryce Pogląd Bel­ze­buba na pro­ces okre­so­wego wza­jem­nego uni­ce­stwia­nia się ludzi Zda­niem Bel­ze­buba poję­cie, jakie ludzie sobie wyro­bili o spra­wie­dli­wo­ści, jest dla nich samych, w sen­sie obiek­tyw­nym, „prze­klętą ułudą” Zda­niem Bel­ze­buba fakt, że ludzie czer­pią z Przy­rody elek­trycz­ność i nisz­czą ją pod­czas użyt­ko­wa­nia, to jedna z głów­nych przy­czyn skró­ce­nia się dłu­go­ści ich życia Bel­ze­bub wyja­śnia wnu­kowi zna­cze­nie formy oraz kolej­no­ści, w jakiej posta­no­wił przed­sta­wić infor­ma­cje doty­czące ludzi Zgodny z pra­wem rezul­tat bez­stron­nego myśle­nia Od autora

7  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: Рассказы Вельзевула своему внуку. Объективно-беспристрастная критика жизни людей

Prze­kład z języka rosyj­skiego, porów­nany z ręko­pi­sem oraz edy­cją angiel­ską i fran­cu­ską: Magda Zło­tow­ska

Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska

Pro­jekt okładki: Iza­bela Sobie­szek

Ilu­stra­cja na okładce: © Alex Kee/Shut­ter­stock

Przy­go­to­wa­nie do druku: Mag­da­lena Zawadzka

Zdję­cie autora: Louis Andrieux

Korekta: Ewa Jastrun

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2020

Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Magda Zło­tow­ska

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie II zmie­nione

ISBN 978-83-8143-928-2


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.


WSZYSTKO I RZECZ WSZELKA

DZIEŁO W TRZECH CYKLACH

cykl pierw­szy: Opo­wie­ści Bel­ze­buba dla wnuka. Obiek­tyw­nie bez­stronna kry­tyka życia ludzi.

cykl drugi: Spo­tka­nia z wybit­nymi ludźmi.

cykl trzeci: Życie jest realne tylko wtedy, gdy „Ja jestem”.

Całość wyło­żona według zupeł­nie nowych zasad logicz­nego rozu­mo­wa­nia, ści­śle ukie­run­ko­wana na roz­wią­za­nie trzech kar­dy­nal­nych pro­ble­mów:

cykl pierw­szy: Bez­li­to­śnie i bez żad­nych kom­pro­mi­sów wytę­pić w myśle­niu i uczu­ciach czy­tel­nika zako­rze­nione w nim od wie­ków wie­rze­nia i poglądy na wszystko, co ist­nieje w świe­cie.

cykl drugi: Zazna­jo­mić czy­tel­nika z mate­ria­łem potrzeb­nym do nowej budowy i dowieść, że jest solidny oraz dobrej jako­ści.

cykl trzeci: Sprzy­jać poja­wie­niu się w myśle­niu i uczu­ciach czy­tel­nika praw­dzi­wego nie­fan­ta­zyj­nego wyobra­że­nia o świe­cie real­nym, a nie o tym ilu­zo­rycz­nym, który postrze­gają ludzie.

 

Życz­liwa rada autora dla czy­tel­nika

[Napi­sana na pocze­ka­niu przez autora w chwili dostar­cze­nia niniej­szej książki, już goto­wej do publi­ka­cji, dru­ka­rzowi.]

Zgod­nie z licz­nymi wywo­dami i wnio­skami wypro­wa­dzo­nymi przeze mnie w trak­cie eks­pe­ry­men­tal­nych badań nad korzy­ściami, jakie odno­szą ludzie współ­cze­śni z odbioru nowych wra­żeń pły­ną­cych z tego, co usły­szeli i prze­czy­tali, a także zgod­nie z sen­sem pew­nego porze­ka­dła zaczerp­nię­tego z mądro­ści ludo­wej i się­ga­ją­cego zamierz­chłych cza­sów, które wła­śnie sobie przy­po­mnia­łem, a które głosi:

„Każda modli­twa może być wysłu­chana przez Wyż­sze Moce i zostać odpo­wied­nio wyna­gro­dzona tylko wtedy, gdy się ją wypo­wie po trzy­kroć:

po raz pierw­szy – za zdro­wie lub spo­kój duszy rodzi­ców,

po raz drugi – za zdro­wie bliź­niego swego,

po raz trzeci – za wła­sną pomyśl­ność”,

czuję się zobo­wią­zany prze­ka­zać na pierw­szej stro­nie tej pierw­szej, w pełni goto­wej już do druku książki nastę­pu­jącą radę:

„Każde napi­sane przeze mnie dzieło prze­czy­taj trzy razy:

pierw­szy raz – cho­ciażby tak, jak się już przy­zwy­cza­iłeś czy­tać współ­cze­sne książki i gazety,

drugi raz – jak­byś czy­tał postron­nemu słu­cha­czowi,

i dopiero za trze­cim razem – pró­bu­jąc wnik­nąć w sedno tego, co napi­sa­łem”.

Jedy­nie wtedy będziesz w sta­nie wydać wła­sny i bez­stronny, tobie tylko wła­ściwy osąd o moich pismach. I tylko wtedy będzie mogła ziścić się moja nadzieja, że zgod­nie ze swoim rozu­mie­niem odnie­siesz ów okre­ślony poży­tek, który dla cie­bie prze­wi­dzia­łem i któ­rego życzę ci całym swoim jeste­stwem.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Roz­dział 1

Roz­bu­dze­nie myśli

Wśród róż­nych prze­ko­nań, które ukształ­to­wały się w mojej zbior­czej obec­no­ści w trak­cie mojego odpo­wie­dzial­nego, oso­bli­wie ukła­da­ją­cego się życia, znaj­duje się także jedno nie­wąt­pliwe prze­ko­na­nie, że zawsze i wszę­dzie na Ziemi, u wszyst­kich ludzi – bez względu na poziom roz­woju ich rozu­mie­nia i formę, w jakiej prze­ja­wiają się czyn­niki warun­ku­jące powsta­nie w ich indy­wi­du­al­no­ści wszel­kiego rodzaju ide­ałów – pano­wał zwy­czaj, że roz­po­czy­na­jąc jakieś nowe dzieło, należy koniecz­nie wypo­wie­dzieć gło­śno, a jeśli nie na głos, to przy­naj­mniej w myśli, usta­loną for­mułę, zro­zu­miałą dla każ­dej, nawet cał­kiem nie­wy­kształ­co­nej osoby, róż­nie brzmiącą w róż­nych epo­kach, a w naszych cza­sach wyra­żaną nastę­pu­ją­cymi sło­wami: „W imię Ojca i Syna i Ducha Świę­tego, Amen”.

Oto dla­czego, zabie­ra­jąc się teraz do tego cał­kiem nowego dla mnie przed­się­wzię­cia, mia­no­wi­cie pisar­stwa, ja także zaczy­nam od wypo­wie­dze­nia tej for­muły i nie tylko wyma­wiam ją na głos, ale robię to nawet bar­dzo dobit­nie i z całą, jak to okre­ślili sta­ro­żytni Tulu­zyci, „w pełni prze­ja­wioną into­na­cją”, oczy­wi­ście w owej pełni, która mogła powstać w mojej zbior­czej obec­no­ści jedy­nie dzięki ukształ­to­wa­nym już w celu takiego prze­jawu i grun­tow­nie zako­rze­nio­nym w niej danym – danym, nawia­sem mówiąc, które z reguły kształ­tują się w natu­rze czło­wieka w jego wieku przy­go­to­waw­czym i które póź­niej, w trak­cie jego odpo­wie­dzial­nego życia, decy­dują o cha­rak­te­rze i życio­daj­no­ści owej into­na­cji.

Po takim początku mogę teraz być już cał­kiem spo­kojny i zgod­nie z wyro­bio­nymi u ludzi poję­ciami moral­no­ści reli­gij­nej powi­nie­nem nawet być ponad wszelką wąt­pli­wość prze­ko­nany, iż w tym moim nowym przed­się­wzię­ciu wszystko odtąd, jak to się mówi, „pój­dzie jak po maśle”.

W każ­dym razie tak wła­śnie zaczą­łem, a co będzie dalej, w tej chwili można tylko powie­dzieć, jak to kie­dyś wyra­ził pewien śle­piec, „zoba­czymy”.

W pierw­szej kolej­no­ści położę swoją rękę, co wię­cej, rękę prawą – na razie wpraw­dzie nieco uszko­dzoną z powodu nie­szczę­ścia, które ostat­nio mi się przy­da­rzyło, ale bądź co bądź naprawdę moją i która ni­gdy mnie w życiu jesz­cze nie zawio­dła – na sercu, oczy­wi­ście także moim wła­snym (lecz o sta­ło­ści czy niesta­ło­ści tej czę­ści mnie całego nie widzę teraz potrzeby się roz­wo­dzić), i wyznam szcze­rze, że choć oso­bi­ście nie mam naj­mniej­szej ochoty zabie­rać się do pisa­nia, to zmu­siły mnie do tego cał­kiem nie­za­leżne ode mnie oko­licz­no­ści, które, sam jesz­cze nie wiem, czy powstały przy­pad­kowo, czy też celowo stwo­rzyły je zewnętrzne siły. Wiem tylko, że te oko­licz­no­ści wyma­gają, bym napi­sał nie jakieś „byle co”, w rodzaju na przy­kład lek­tury do poduszki, lecz waż­kie i opa­słe tomy.

Rad nie­rad zaczy­nam…

Ale od czego zacząć?

Do dia­bła! Czyż znowu pojawi się to samo nader nie­przy­jemne i bar­dzo oso­bliwe dozna­nie, jakiego mia­łem oka­zję doświad­czyć mniej wię­cej trzy tygo­dnie temu, kiedy ukła­da­łem w myślach ogólny zarys oraz kolej­ność idei, które posta­no­wi­łem opu­bli­ko­wać, i kiedy tak samo nie wie­dzia­łem, od czego zacząć?

To ówcze­sne dozna­nie mógł­bym teraz ująć tylko w takich sło­wach: „strach przed uto­nię­ciem w powo­dzi wła­snych myśli”.

Wtedy, aby pozbyć się takiego nie­po­żą­da­nego dozna­nia, mogłem jesz­cze odwo­łać się do tej zgub­nej wła­ści­wo­ści, którą dzielę ze wszyst­kimi współ­cze­snymi ludźmi – ponie­waż stała się nam przy­na­leżna – i która powo­duje, że odkła­damy wszystko „na poju­trze”, nie czu­jąc z tego powodu żad­nych wyrzu­tów sumie­nia.

Otóż mogłem to wów­czas bar­dzo łatwo zro­bić, ponie­waż do fak­tycz­nego roz­po­czę­cia pisa­nia wciąż jesz­cze mia­łem dużo czasu; teraz jed­nak nie mogę już tak postą­pić i, jak to się mówi, „choć­bym miał pęk­nąć”, muszę zacząć.

Ale tak naprawdę od czego zacząć…?

Hurra! Eureka!

Pra­wie wszyst­kie książki, które mia­łem oka­zję w życiu prze­czy­tać, zaczy­nały się od przed­mowy.

A więc ja też muszę zacząć od cze­goś w tym rodzaju.

Mówię „w tym rodzaju”, ponie­waż gene­ral­nie w trak­cie całego mojego życia, od chwili, gdy zaczą­łem odróż­niać chłopca od dziew­czynki, wszystko, abso­lut­nie wszystko, robi­łem nie tak, jak robią to inni podobni do mnie dwu­nożni nisz­czy­ciele dobra przy­rody. Dla­tego także teraz muszę – i być może jest to już nawet moim suro­wym obo­wiąz­kiem – zabrać się do pisar­stwa ina­czej, niż zro­biłby to każdy inny pisarz.

Tak czy owak, zamiast od tra­dy­cyj­nego wstępu zacznę cał­kiem po pro­stu od ostrze­że­nia.

Postą­pię bar­dzo roz­sąd­nie, zaczy­na­jąc od ostrze­że­nia, choćby dla­tego, że nie sprze­ciwi się to żad­nej z moich orga­nicz­nych, psy­chicz­nych czy nawet „sobie­pań­skich” skłon­no­ści oraz zasad, a jed­no­cze­śnie będzie cał­kiem uczciwe, oczy­wi­ście w obiek­tyw­nym sen­sie tego słowa, ponie­waż z nie­za­chwianą pew­no­ścią ocze­kuję, jak zresztą wszy­scy ci, któ­rzy dobrze mnie znają, iż dzięki moim pismom więk­szość czy­tel­ni­ków od razu – a nie stop­niowo, co z upły­wem czasu, prę­dzej czy póź­niej, spo­tka wszyst­kich ludzi – straci w zupeł­no­ści wszel­kie „bogac­twa”, czy to prze­ka­zane im dzie­dzicz­nie, czy zdo­byte wła­sną pracą, wystę­pu­jące w postaci „koją­cych pojęć”, które są jedy­nie źró­dłem upięk­szo­nych wyobra­żeń o ich obec­nym życiu lub naiw­nych mrzo­nek o tym, co czeka ich w przy­szło­ści.

Tego rodzaju wstępy zawo­dowi pisa­rze roz­po­czy­nają z reguły prze­mową do czy­tel­nika pełną prze­róż­nych napu­szo­nych i pom­pa­tycz­nych, można by rzec, „prze­sło­dzono-nadę­tych” zwro­tów.

Chyba tylko pod tym wzglę­dem pójdę za ich przy­kła­dem i ja rów­nież zacznę od takiej prze­mowy, ale posta­ram się jej nie „prze­do­brzyć”, co oni mają w zwy­czaju czy­nić, gdy tą swoją manierą szar­pią nerwy każ­dego mniej wię­cej nor­mal­nego czy­tel­nika.

A zatem…

Moi dro­dzy, wielce sza­nowni, rezo­lutni i oczy­wi­ście bar­dzo cier­pliwi Pano­wie oraz moje czci­godne, cza­ru­jące i bez­stronne Panie! Prze­pra­szam… pomi­ną­łem naj­waż­niej­sze: oraz moje zgoła nie­roz­hi­ste­ry­zo­wane Panie!

Mam zaszczyt poin­for­mo­wać Pań­stwa, że cho­ciaż w rezul­ta­cie pew­nych oko­licz­no­ści zaist­nia­łych na jed­nym z ostat­nich eta­pów pro­cesu mojego życia zabie­ram się teraz do pisa­nia ksią­żek, to w trak­cie całej mojej dotych­cza­so­wej egzy­sten­cji nie tylko nie napi­sa­łem jesz­cze żad­nej książki ani żad­nego „poucza­ją­cego arty­kułu”, lecz także nie dane mi było napi­sać ani jed­nego listu, w któ­rym był­bym zmu­szony bez­względ­nie prze­strze­gać tego, co zwie się „gra­ma­tycz­no­ścią”, i dla­tego, cho­ciaż zosta­łem teraz zawo­do­wym pisa­rzem, to nie mając żad­nej wprawy ani w sto­so­wa­niu wszyst­kich usta­lo­nych, pro­fe­sjo­nal­nych pisar­skich norm i metod, ani w zakre­sie „języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego”, zmu­szony będę pisać zupeł­nie ina­czej niż zwy­kli „paten­to­wani pisa­rze”, do któ­rych stylu naj­praw­do­po­dob­niej już od dawna tak się przy­zwy­cza­ili­ście jak do wła­snego zapa­chu.

Moim zda­niem poczu­je­cie się tym ziry­to­wani przede wszyst­kim dla­tego, że jesz­cze w dzie­ciń­stwie wsz­cze­piono wam auto­ma­tyzm, który obec­nie już ide­al­nie zhar­mo­ni­zo­wał się z waszą zbior­czą psy­chiką i który zna­ko­mi­cie działa w momen­cie postrze­ga­nia wszel­kiego rodzaju nowych wra­żeń, powo­du­jąc, że dzięki takiemu „dobro­dziej­stwu” nie potrze­bu­je­cie już teraz, w waszym odpo­wie­dzial­nym życiu, podej­mo­wać żad­nych indy­wi­du­al­nych wysił­ków.

Szcze­rze mówiąc, uwa­żam, że środ­kiem cięż­ko­ści tego mojego wyzna­nia nie powi­nien być mój brak zna­jo­mo­ści wszel­kich zasad i metod pisar­skich, lecz nie­opa­no­wa­nie przeze mnie wspo­mnia­nego „języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego”, któ­rego bez­względ­nie wymaga się w życiu współ­cze­snym, i to nie tylko od pisa­rzy, ale także od każ­dego zwy­kłego śmier­tel­nika.

Co się zaś tyczy pierw­szego punktu, czyli mojego braku zna­jo­mo­ści róż­nych pisar­skich zasad i metod, to on pra­wie w ogóle mnie nie mar­twi.

A nie mar­twi mnie, ponie­waż dzi­siaj wśród ludzi takie „dyle­tanc­two” jest już na porządku dzien­nym. To dobro­dziej­stwo poja­wiło się i pano­szy obec­nie po całej Ziemi dzięki tej nie­zwy­kłej nowej cho­ro­bie, na którą przez ostat­nie dwa­dzie­ścia–trzy­dzie­ści lat zapa­dają, z tego lub innego powodu, przede wszyst­kim te osoby wszyst­kich trzech płci, które śpią z na wpół otwar­tymi oczami i któ­rych twa­rze są pod każ­dym wzglę­dem żyzną glebą pod uprawę wszel­kiego rodzaju prysz­czy.

Ta dziwna cho­roba naj­czę­ściej obja­wia się w nastę­pu­jący spo­sób: jeśli pacjent jest choć tro­chę piśmienny i opłaca czynsz za trzy mie­siące z góry, to on (ona lub ono) nie­chyb­nie zaczyna pisać jakiś „poucza­jący arty­kuł” albo nawet całą książkę.

Zda­jąc sobie dobrze sprawę z ist­nie­nia tej nowej ludz­kiej cho­roby, a także z tego, że przy­brała ona na Ziemi roz­miary epi­de­mii, mam prawo – co zresztą powin­ni­ście zro­zu­mieć – przy­jąć, iż już się na nią, jak powie­dzie­liby uczeni „medycy”, uod­por­ni­li­ście, a zatem nie będzie­cie dotkli­wie obu­rzeni moim nie­okrze­sa­niem, jeśli cho­dzi o różne zasady i metody pisar­skie.

To wła­śnie uświa­do­mie­nie sobie tego faktu spo­wo­do­wało, że środ­kiem cięż­ko­ści mego ostrze­że­nia posta­no­wi­łem uczy­nić swoją nie­zna­jo­mość „języka bon­to­nowo-lite­rac­kiego”.

Gwoli samo­uspra­wie­dli­wie­nia, a być może także po to, by zła­go­dzić w waszej „świa­do­mo­ści na jawie” sto­pień potę­pie­nia mojej nie­wie­dzy w zakre­sie tego nie­zbęd­nego we współ­cze­snym życiu języka, uwa­żam za konieczne wyznać z pokor­nym ser­cem i z policz­kami pło­ną­cymi ze wstydu, że wpraw­dzie mnie rów­nież uczono takiego języka w dzie­ciń­stwie – to zna­czy w okre­sie, gdy nie­któ­rzy starsi, przy­go­to­wu­jący mnie do odpo­wie­dzial­nego życia, „nie szczę­dzili” żad­nych środ­ków zastra­sze­nia i cią­gle zmu­szali mnie do wku­wa­nia na pamięć peł­nej gamy róż­nych „niu­an­sów”, które w sumie skła­dają się na to współ­cze­sne „cudo” – ale nie­stety, na wasze nie­szczę­ście, nic z tego, co mi wtedy wbi­jano do głowy, nie przy­swo­iłem sobie i zupeł­nie nic z tego nie oca­lało na potrzeby mojej obec­nej dzia­łal­no­ści pisar­skiej.

 

A niczego nie zapa­mię­ta­łem nie z wła­snej winy ani nie z winy moich byłych, god­nych i niegod­nych sza­cunku nauczy­cieli, lecz ów ludzki trud poszedł na marne z powodu pew­nego nie­ocze­ki­wa­nego i zupeł­nie wyjąt­ko­wego zda­rze­nia, które roze­grało się w chwili mojego poja­wie­nia się na bożym świe­cie, a pole­ga­ją­cego – jak ostat­nio wyja­śniła mi, po bar­dzo dro­bia­zgo­wym „psy­cho-fizyczno-astro­lo­gicz­nym” bada­niu, pewna dobrze znana w Euro­pie okul­tystka – na tym, że dokład­nie w owej chwili wibra­cje dźwięku wydo­by­wa­ją­cego się w sąsied­nim domu z fono­grafu Edi­sona wkra­dły się do naszego miesz­ka­nia przez dziurę wybitą w oknie przez naszą stuk­niętą kulawą kozę i że odbie­ra­jąca mnie aku­szerka miała wła­śnie w ustach nasy­coną koka­iną pastylkę pro­duk­cji nie­miec­kiej – i to nie żaden erzac – którą ssała przy akom­pa­nia­men­cie wspo­mnia­nych dźwię­ków, nie dozna­jąc jed­nak nale­ży­tej roz­ko­szy.

Oprócz tego tak nie­po­wsze­dniego zda­rze­nia na moją obecną sytu­ację zło­żyło się – co, muszę wyznać, sam odga­dłem po dłu­gich roz­my­śla­niach według metody nie­miec­kiego pro­fe­sora Herr Stump­fsin­n­sch­mau­sena – także to, że póź­niej, zarówno w okre­sie przy­go­to­waw­czym, jak i w doro­słym już życiu, zawsze auto­ma­tycz­nie i instynk­tow­nie, a cza­sem nawet świa­do­mie, to zna­czy z zasady, uni­ka­łem w obco­wa­niu z innymi uży­wa­nia tego języka. I stro­ni­łem od tej baga­teli, a może wcale nie baga­teli, znowu z powodu trzech danych, które w wieku przy­go­to­waw­czym ukształ­to­wały się w mojej zbior­czej obec­no­ści i o któ­rych zamie­rzam poin­for­mo­wać was nieco dalej w tym pierw­szym roz­dziale moich pism.

W każ­dym razie jest fak­tem roz­świe­tlo­nym ze wszyst­kich stron jak ame­ry­kań­ska reklama, któ­rego nie są już w sta­nie zmie­nić, nawet korzy­sta­jąc z wie­dzy „eks­per­tów od mał­pich szwin­dli”, żadne siły, że ja, któ­rego ostat­nio bar­dzo wielu ludzi uważa za dosyć dobrego nauczy­ciela tań­ców świą­tyn­nych, choć sta­łem się od dzi­siaj zawo­do­wym pisa­rzem i oczy­wi­ście będę pisał dużo – gdyż od dzie­ciń­stwa cechuje mnie to, że kiedy coś robię, „to robię tego dużo” – nie dys­po­nu­jąc jed­nak, jak widzi­cie, potrzebną do tego auto­ma­tycz­nie nabytą i auto­ma­tycz­nie prze­ja­wia­jącą się wprawą, zmu­szony będę zapi­sy­wać wszyst­kie moje prze­my­śle­nia pro­stym, zwy­kłym i stwo­rzo­nym przez życie potocz­nym języ­kiem, bez żad­nych lite­rac­kich mani­pu­la­cji ani „gra­ma­tycz­nych wymą­drzań”.

Ale to jesz­cze nie wszystko!… Prze­cież nie zde­cy­do­wa­łem o rze­czy naj­waż­niej­szej: w jakim języku mam pisać?

Wpraw­dzie zaczą­łem już pisać po rosyj­sku, ale, jak powie­działby naj­mą­drzej­szy z mędr­ców, Mułła Nasr Eddin1, w tym języku „daleko nie zaj­dziesz”.

Język rosyj­ski jest nie­wąt­pli­wie bar­dzo dobry. Nawet sam go lubię, ale… tylko wtedy, gdy w grę wcho­dzi wymie­nia­nie się aneg­do­tami lub wychwa­la­nie czy­je­goś rodo­wodu.

Język rosyj­ski jest tro­chę podobny do języka angiel­skiego, który z kolei zna­ko­mi­cie nadaje się do tego, by można było, zasiadł­szy w palarni w jed­nym wygod­nym fotelu z nogami wycią­gnię­tymi na dru­gim, pro­wa­dzić dys­ku­sję o austra­lij­skim mro­żo­nym mię­sie lub cza­sem też o „kwe­stii afgań­skiej”.

Oba te języki przy­po­mi­nają danie zwane w Moskwie „solanką”, do któ­rego można wrzu­cić wszystko z wyjąt­kiem cie­bie i mnie, w tym nawet „poobied­nią czeszmę2” Sze­he­re­zady.

Powi­nie­nem jesz­cze dodać, że różne przy­pad­kowo – a może nieprzy­pad­kowo – stwo­rzone warunki, w któ­rych toczyła się moja mło­dość, spo­wo­do­wały, iż musia­łem bar­dzo sumien­nie uczyć się – sam oczy­wi­ście się do tego zmu­sza­jąc – mówić, czy­tać i pisać w wielu języ­kach, osią­ga­jąc w nich taki sto­pień bie­gło­ści, że gdy­bym posta­no­wił nie wyko­rzy­sty­wać do wyko­ny­wa­nia tego ex promptu wymu­szo­nego na mnie przez los zawodu „auto­ma­ty­zmu” naby­tego dzięki prak­tyce, to praw­do­po­dob­nie mógł­bym teraz pisać w dowol­nym z nich.

Jeśli jed­nak miał­bym postą­pić roz­sąd­nie i posłu­żyć się takim wszech­u­ła­twia­ją­cym auto­ma­ty­zmem, który gene­ral­nie zawdzię­cza się dłu­giej prak­tyce, to powi­nie­nem pisać albo po rosyj­sku, albo po ormiań­sku, ponie­waż w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lub trzy­dzie­stu lat oko­licz­no­ści mojego życia zmu­siły mnie do uży­wa­nia w obco­wa­niu z innymi tylko tych dwóch języ­ków, w rezul­ta­cie czego osią­gną­łem w nich taką wprawę, że posłu­guję się nimi już cał­kiem auto­ma­tycz­nie.

A kysz, ty rogate licho!… Nawet i w tym wypadku od razu zaczął drę­czyć mnie całego jeden z aspek­tów mojej oso­bli­wej psy­chiki, nie­ty­powy dla nor­mal­nego czło­wieka.

Główną przy­czyną tego „nie­szczę­ścia”, które spa­dło na mnie w pode­szłym już bez mała wieku, jest to, że od samego dzie­ciń­stwa, wraz z wszel­kim innym – rów­nie nie­po­trzeb­nym we współ­cze­snym życiu – chła­mem, zako­rze­niła się w mojej oso­bli­wej psy­chice wła­ści­wość, która auto­ma­tycz­nie całemu mnie naka­zuje zawsze i we wszyst­kim kie­ro­wać się wyłącz­nie mądro­ścią ludową.

W danym wypadku, jak zwy­kle w podob­nych nie­wy­raź­nych jesz­cze sytu­acjach życio­wych, natych­miast poja­wiło się i teraz, że tak powiem, „roi się” w moim mózgu – skon­stru­owa­nym tak nie­udacz­nie, że mogę skwi­to­wać go tylko szy­der­stwem – to mądre porze­ka­dło ludowe, które znali już ludzie w odle­głej prze­szło­ści, a które dotarło do nas w nastę­pu­ją­cej for­mie: „Każdy kij ma dwa końce”.

Moim zda­niem w świa­do­mo­ści wszyst­kich mniej wię­cej zdrowo myślą­cych ludzi, któ­rzy pra­gną zro­zu­mieć zarówno pod­sta­wową myśl ukrytą w takim dziw­nym sfor­mu­ło­wa­niu, jak i jego rze­czy­wi­sty sens, musi przede wszyst­kim zro­dzić się przy­pusz­cze­nie, iż wszyst­kie idee, na któ­rych opiera się i z któ­rych powinno wypły­wać domyślne zna­cze­nie tego powie­dze­nia, odwo­łują się do tej zna­nej ludziom od wie­ków prawdy, która głosi, że każde zja­wi­sko wystę­pu­jące w życiu czło­wieka jest wyni­kiem dwóch cał­kiem prze­ciw­staw­nych przy­czyn oraz two­rzy dwa rezul­taty, tak samo dia­me­tral­nie różne, które z kolei są przy­czyną innych nowych zja­wisk – „nowych” oczy­wi­ście tylko z pozoru. Na przy­kład jeżeli „coś”, co jest wyni­kiem dwóch róż­nych przy­czyn, wywo­łuje świa­tło, to to samo „coś” musi nie­chyb­nie wywo­łać także zja­wi­sko prze­ciwne, czyli ciem­ność; albo też, jeśli w orga­ni­zmie dowol­nej żywej istoty jakiś czyn­nik warun­kuje powsta­nie impulsu nama­cal­nego zado­wo­le­nia, to nie­uchron­nie musi on wywo­ły­wać rów­nież nie­za­do­wo­le­nie, oczy­wi­ście tak samo nama­calne – i tak dalej, zawsze i we wszyst­kim.

Gdy­bym w danej sytu­acji, sto­su­jąc się do tej mądro­ści ludo­wej – ukształ­to­wa­nej przez wieki i wyra­żo­nej za pomocą kija, który, jak powie­dziano, fak­tycz­nie ma dwa końce: jeden uzna­wany za dobry, a drugi za zły – sko­rzy­stał ze wspo­mnia­nego auto­ma­ty­zmu, który wyro­bi­łem w sobie tylko dzięki dłu­giej prak­tyce, to oczy­wi­ście oka­za­łoby się to dla mnie dobre, ale, zgod­nie z tym porze­ka­dłem, dla czy­tel­nika musia­łoby to mieć sku­tek wręcz odwrotny – a na czym polega odwrot­ność tego, co dobre, bar­dzo łatwo potrafi zro­zu­mieć nawet ten, kto nie jest posia­da­czem hemo­ro­idów.

Krótko mówiąc, jeżeli wyko­rzy­stam swoją prze­wagę i chwycę za dobry koniec kija, to zły koniec nie­chyb­nie spad­nie na głowę czy­tel­nika.

I coś takiego rze­czy­wi­ście może się wyda­rzyć, ponie­waż język rosyj­ski zupeł­nie nie nadaje się do wyra­ża­nia wszel­kich „sub­tel­no­ści” licz­nych kwe­stii filo­zo­ficz­nych, które zamie­rzam dość obszer­nie poru­szyć w moich pismach, nato­miast język ormiań­ski, choć na to pozwala, to na nie­szczę­ście wszyst­kich współ­cze­snych Ormian stał się zupeł­nie nie­przy­datny do roz­pa­try­wa­nia pojęć współ­cze­snych.

Wyłącz­nie po to, żeby zła­go­dzić gorycz wewnętrz­nej krzywdy, którą wła­śnie sobie wyrzą­dzi­łem, powiem tylko, że we wcze­snej mło­do­ści, gdy zain­te­re­so­wały mnie i pochło­nęły kwe­stie filo­zo­ficzne, język ormiań­ski przed­kła­da­łem nad wszyst­kie inne języki, któ­rymi wów­czas wła­da­łem, włą­cza­jąc w to nawet mój język ojczy­sty.

Bar­dzo go lubi­łem głów­nie z powodu jego swo­istego cha­rak­teru i dla­tego, że w niczym nie przy­po­mi­nał sąsied­nich czy spo­krew­nio­nych z nim języ­ków.

Wszyst­kie jego, jak to mówią uczeni filo­lo­go­wie, „tonal­no­ści” były wła­ściwe tylko jemu i, co zro­zu­mia­łem już nawet wtedy, dosko­nale odpo­wia­dał on psy­chice ludzi tej naro­do­wo­ści.

Jed­nakże w ciągu ostat­nich trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat ten język tak się na moich oczach zmie­nił, że cho­ciaż nie stra­cił jesz­cze do końca owej samo­dziel­no­ści i spe­cy­fiki, które cha­rak­te­ry­zo­wały go od zamierz­chłej prze­szło­ści, to stał się dziś czymś, co można by nazwać „bła­zeń­skim potpo­urri języ­ków”, i wszyst­kie jego współ­brz­mie­nia, wpa­da­jąc do ucha mniej wię­cej pojęt­nego oraz świa­do­mego słu­cha­cza, przy­po­mi­nają mie­sza­ninę turec­kich, per­skich, fran­cu­skich, kur­dyj­skich i rosyj­skich słów, a także jesz­cze innych cał­kiem „nie­straw­nych” arty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków.

Pra­wie to samo można powie­dzieć o moim ojczy­stym języku, grec­kim, któ­rego uży­wa­łem w dzie­ciń­stwie i któ­rego „auto­ma­tyczna moc sko­ja­rze­niowa” wciąż zacho­wała dla mnie swój smak. Podej­rze­wam, że potra­fił­bym teraz wyra­zić w nim wszystko, co zechcę, ale nie mogę się nim w tym wypadku posłu­żyć z tego pro­stego i raczej śmiesz­nego powodu, że ktoś musi prze­pi­sy­wać i tłu­ma­czyć moje tek­sty na inne języki. A któż potrafi to zro­bić?

Z peł­nym prze­ko­na­niem można stwier­dzić, że nawet naj­lep­szy eks­pert od nowo­cze­snej greki nie byłby w sta­nie zro­zu­mieć abso­lut­nie nic z tego, co napi­sał­bym w języku, który przy­swo­iłem sobie w dzie­ciń­stwie, ponie­waż w ciągu tych trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat moi dro­dzy „współ­ple­mieńcy”, dając się uwieść przed­sta­wi­cie­lom współ­cze­snej cywi­li­za­cji i pra­gnąc za wszelką cenę upodob­nić się do nich nawet pod wzglę­dem języka, potrak­to­wali mój drogi język ojczy­sty dokład­nie tak samo, jak zro­bili to ze swoim języ­kiem Ormia­nie chcący dorów­nać rosyj­skiej inte­li­gen­cji.

Ów grecki język, któ­rego ducha i esen­cję prze­ka­zano mi dzie­dzicz­nie, jest tak podobny do języka, któ­rym mówią dziś współ­cze­śni Grecy, jak, zgod­nie z wyra­że­niem Mułły Nasr Eddina, „gwóźdź jest podobny do mszy pogrze­bo­wej”.

Co tu teraz z tym fan­tem zro­bić?

E…e…ech! Nie warto się przej­mo­wać, sza­cowny nabywco moich wymą­drzań. Jeśli nie zabrak­nie fran­cu­skiego arma­niaku i „cha­zar­skiej basturmy”, to znajdę wyj­ście nawet z tej cięż­kiej sytu­acji. To prze­cież nie pierw­szy i nie ostatni raz!

Tak czę­sto w życiu pako­wa­łem się w różne tara­paty i jakoś z nich wycho­dzi­łem, że nie­mal weszło mi to już w nawyk.

Na razie będę więc pisał czę­ściowo po rosyj­sku, czę­ściowo po ormiań­sku, tym bar­dziej że pośród ludzi krę­cą­cych się zawsze koło mnie, jest parę takich osób, które z mniej­szą lub więk­szą łatwo­ścią „głów­kują” w obu tych języ­kach, i cią­gle jesz­cze żywię nadzieję, iż będą potra­fiły cał­kiem nie­źle z nich prze­pi­sy­wać, a także tłu­ma­czyć dla mnie.

Na wszelki wypa­dek powta­rzam raz jesz­cze – aby­ście zapa­mię­tali to dobrze, a nie tak, jak macie w zwy­czaju o wszyst­kim pamię­tać i póź­niej, w opar­ciu o to wasze „pamię­ta­nie”, dotrzy­my­wać słowa, które dali­ście sobie i innym – że bez względu na to, jakiego języka użyję, zawsze i we wszyst­kim będę uni­kał tego, co nazwa­łem „języ­kiem bon­to­nowo-lite­rac­kim”.

Jest tutaj rze­czą nad­zwy­czaj cie­kawą i w naj­wyż­szym stop­niu, może nawet wyż­szym, niż wam się wydaje, godną waszego zain­te­re­so­wa­nia, to, że od naj­wcze­śniej­szego dzie­ciń­stwa, mia­no­wi­cie od chwili, gdy zro­dziła się we mnie potrzeba nisz­cze­nia pta­sich gniazd i doku­cza­nia sio­strom moich rówie­śni­ków, poja­wiło się w moim, jak je nazy­wali sta­ro­żytni teo­zo­fo­wie, „ciele pla­ne­tar­nym”, i to nie wia­domo dla­czego głów­nie w jego pra­wej połówce, mimo­wolne instynk­towne dozna­nie, które stop­niowo, aż do okresu mojego życia, gdy zosta­łem „nauczy­cie­lem tań­ców”, prze­kształ­cało się w wyraźne odczu­cie, i które póź­niej – kiedy dzięki wyko­ny­wa­niu tego zawodu pozna­łem ludzi repre­zen­tu­ją­cych wiele róż­nych „typów” – zamie­niło się w świa­dome prze­ko­na­nie, iż podobne języki, czy raczej ich „gra­ma­tyki”, ukła­dają ludzie przy­po­mi­na­jący pod wzglę­dem zna­jo­mo­ści danego języka dokład­nie te dwu­nożne typy, które sza­cowny Mułła Nasr Eddin scha­rak­te­ry­zo­wał nastę­pu­jąco: „Bez nich nasze świ­nie ni­gdy nie pozna­łyby się na jako­ści poma­rań­czy”.