Piękne blizny

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Piękne blizny
Piękne blizny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 54,80  43,84 
Piękne blizny
Piękne blizny
Audiobook
Czyta Milena Staszuk, Wojciech Masiak
34,90  25,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5

Charlotte

Szybko odsunęłam się od portretu i stanęłam na środku komnaty, poprawiając okulary i przygładzając włosy. Drzwi się otworzyły. W progu stanęła kobieta z portretu. Malarz nie przesadził, oddając jej piękno.

Była nieco po trzydziestce, ale z powodzeniem mogła uchodzić za moją młodszą siostrę. Mimo że rozmawiała przez telefon, natychmiast spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęłam się uprzejmie. Usiadła, krzyżując kształtne nogi. Pięty miała gładkie jak skóra niemowlaka. Ubrana była w ciemnoróżowy kostium.

Rozmawiała dłuższą chwilę, uważnie wsłuchując się w to, co miał do powiedzenia jej rozmówca. Omiatała mnie przy tym uważnie wzrokiem. Stałam bez ruchu, starając się nie patrzeć na nią. W końcu zakończyła rozmowę, która nie była istotna, ale nie miała zamiaru jej przerywać z mojego powodu. Była to forma ustanowienia dominacji. Chciała, bym czuła się przy niej niekomfortowo od samego początku. Nie udało się jej. Było mi żal takich ludzi.

– Charlotte, prawda? – spytała tonem słodkim jak miód, popatrując na moje workowate ciemne spodnie i brzydki biały sweter.

Uśmiechnęłam się uprzejmie.

– Tak.

– Nie wyglądasz mi na Charlotte.

Wiedziałam, że próbuje mnie obrazić, ale zachowałam profesjonalny spokój. Nie zamierzałam dać jej nawet cienia satysfakcji. Uśmiechnęłam się szerzej.

– Cóż, obawiam się, że tak mam na imię.

– Tak. – Uśmiechnęła się zimno i protekcjonalnie. – Chciałam kogoś starszego, bardziej doświadczonego, ale powiedziano mi, że jesteś najlepsza.

– Staram się – odparłam cicho, patrząc jej prosto w oczy. Uniosła idealnie wyregulowaną brew.

– Cóż, zobaczymy. – Spojrzała na zegarek. – Czeka mnie dziś impreza dobroczynna, więc nie mam całego dnia. – Wcisnęła guzik w panelu obok krzesła. – Proszę przyprowadzić Zackary’ego do bawialni – rzuciła, po czym ponownie skupiła uwagę na mnie.

– Gosposia oprowadzi cię po domu i wprowadzi we wszystko, co powinnaś wiedzieć: pory posiłków, grafik Zackary’ego i tak dalej. Jednak wszelkie instrukcje dotyczące jego edukacji i wychowania będziesz otrzymywać wyłącznie ode mnie. Czy to jasne?

– Tak.

– Jeśli więc napotkasz jakieś przeszkody czy problemy, masz je zgłaszać wyłącznie mnie. Jasne?

– Absolutnie. – Pokiwałam głową.

– Musisz też wiedzieć, że jego ojciec mieszka w południowej wieży. Trzy lata temu miał wypadek i obecnie… – Przerwała, szukając odpowiednich słów. – …nie wygląda najlepiej. Nie zadaje się ze służbą i nie wchodzi w interakcje ze światem zewnętrznym. Jeśli przypadkiem się na niego natkniesz, nie patrz na niego i udawaj, że go nie widziałaś.

Uniosłam wysoko brwi. To była najdziwniejsza rzecz, jaką słyszałam w życiu.

– Jeśli nie będzie mnie na miejscu, a czasem zdarza mi się zatrzymać w apartamencie w Londynie, możesz się porozumieć z moim mężem za pomocą interkomu. System jest zamontowany w każdym pokoju w zamku. Zrozumiano?

– Tak.

Wstała i podeszła do ciężkiego drewnianego biurka w rogu komnaty. Usiadła za nim i z jednej z szuflad wydobyła plik dokumentów.

– Nie zapominaj o jednym: to ja jestem twoją pracodawczynią, a nie mój mąż. Jeśli otrzymasz jakiekolwiek polecenia wykraczające poza punkty zawarte w tym dokumencie, masz się najpierw skontaktować ze mną. – Wyciągnęła ku mnie plik papierów. – Proszę. Daj mi znać, jeśli cokolwiek będzie niejasne albo…

Podeszłam do niej i wzięłam dokument.

– Dziękuję.

– Przeczytaj uważnie. To niezwykle istotne.

– Przeczytam – obiecałam.

Rozległo się uprzejme pukanie do drzwi.

– Wejść – rzuciła pani King.

Drzwi się otworzyły i do środka wszedł elegancko ubrany, blady i jakby schorowany chłopiec w towarzystwie gosposi – krągłej kobiety o czarnych włosach przeplatanych siwizną i zaróżowionych policzkach. Gdy tylko ujrzał mamę, puścił rękę gosposi i rzucił się ku niej. Obeszła stół, by wyjść mu na spotkanie.

W tej samej chwili zadzwonił jej telefon. Odebrała go jedną dłonią, a drugą lekko pacnęła nosek chłopca. Zapatrzył się na nią pięknymi zielonymi oczami. Był to dziwny widok. Jego oddanie matce wydawało się nietypowe, jakby z jakiejś wiktoriańskiej powieści. Kompletnie nie interesowała go obca osoba w pokoju.

– Będę za pół godziny – rzekła pani King do słuchawki. – Zaraz wychodzę z domu.

Chłopiec czułym gestem przytulił głowę do jej spódnicy, a ona delikatnie oparła na niej dłoń. Może źle ją oceniłam – może naprawdę kochała swoje dziecko. Ojciec najwyraźniej był odludkiem, więc sytuacja w rodzinie była, delikatnie mówiąc, nietypowa.

Moje rozmyślania przerwał wybuch kaszlu małego.

– Co się dzieje, kochanie? – spytała go matka.

Nagle, bez najmniejszego ostrzeżenia, chłopiec gwałtownie i obficie zwymiotował. Na spódnicę matki. Pani King wydała z siebie tak ostry okrzyk przerażenia, że niemal wyskoczyłam ze skóry. Odepchnęła go odruchowo. Zszokowana patrzyłam, jak mały pada na dywan i natychmiast wybucha płaczem. Gosposia ani drgnęła. Gdy na nią spojrzałam, pokręciła ostrzegawczo głową.

– Co tak stoisz i się gapisz?! – wrzasnęła pod moim adresem pani King. – Nie widzisz, że on cię potrzebuje?

Natychmiast ruszyłam do akcji. Odłożyłam papiery z instrukcjami na stół, doskoczyłam do chłopca. Ku mojemu zaskoczeniu wyciągnął do mnie rączki i bez słowa protestu dał się podnieść. Spojrzał załzawionymi oczami na matkę, która bezskutecznie próbowała oczyścić spódnicę chusteczkami jednorazowymi.

– Już jestem spóźniona… – wyjęczała, poddając się i spoglądając z rozpaczą na spódnicę. – I ten smród… Ble. Muszę się przebrać. – Wzięła telefon i wybrała numer, zapewne swojego ostatniego rozmówcy. Wyglądało na to, że zupełnie o nas zapomniała.

– Chodź ze mną – wyszeptała gosposia naglącym tonem. Podążyłam za nią z chłopcem w ramionach. Za plecami nadal słyszałam przekleństwa miotane przez jego matkę. – Nazywam się Blackmore – rzuciła kobieta przez ramię.

– Ja mam na imię Charlotte.

– Tędy, moja droga – poinstruowała mnie, otwierając kolejne drzwi.

Znaleźliśmy się w zupełnie zwykłej szaro-białej kuchni. Najwyraźniej luksusy były zarezerwowane dla pani domu. Tu pracowała wyłącznie służba.

– Zostań z nim, ja poszukam czystego ręcznika – powiedziała pani Blackmore i zniknęła za innymi drzwiami. Wyciągnęłam chusteczkę do nosa, opadłam na kolana i wytarłam chłopcu wymiociny z podbródka, po czym osuszyłam jego łzy, próbując go pocieszyć. Mały jednak nie przestał płakać.

Rozdział 6

Charlotte

Kiedy pani Blackmore wróciła, spytałam:

– On jest chory?

Gosposia pokręciła głową.

– Nie, kochanieńka.

– To dlaczego zwymiotował? – Uniosłam brwi.

– Dopiero co zjadł lunch i za bardzo się podekscytował na widok mamy.

– Czemu aż tak zareagował na jej widok?

– Nie widział jej parę dni. A może po prostu był podenerwowany. – Zniżyła głos do szeptu. – Jest niesamowicie nieśmiałym dzieckiem. Bojaźliwy jak myszka.

Byłam pewna, że mały ją usłyszał, co mnie zirytowało. Przytuliłam go mocno w nadziei, że ciepło mojego ciała go uspokoi. Po chwili pociągnął nosem po raz ostatni i zaczął się wiercić w moich objęciach. Puściłam go, a on spojrzał mi w oczy.

– Witaj, Zackary – zagaiłam wesoło. – Nazywam się Charlotte, jestem twoją nową nianią.

Przyglądał mi się przez chwilę, jakby właśnie podejmował jakąś skomplikowaną decyzję. Następnie, ku mojemu zaskoczeniu, podbiegł do gosposi i ukrył twarz w jej spódnicy. Skrzywiła się lekko pod moim adresem, po czym uśmiechnęła czule do małego.

– Daj mu trochę czasu, przekona się do ciebie – zapewniła.

Układy w tym domu sprawiały wrażenie mocno skomplikowanych. Wiedziałam jednak, że na pewno uda mi się nakłonić chłopca, by mi zaufał. Im szybciej, tym lepiej.

– Może trochę ruchu dobrze mu zrobi. Zabiorę go do ogrodu, niech się pobawi na dworze.

– O nie, absolutnie nie – zaprotestowała pani Blackmore, energicznie potrząsając głową z przerażoną miną.

– Czemu nie?

– Wszystko masz napisane w dokumencie od pani King.

Przypomniałam sobie, że zostawiłam go w bawialni. Pani Blackmore pośpieszyła mi z pomocą.

– Zasada numer szesnaście. Zackary nie może się bawić na dworze.

Zagapiłam się na nią zbita z pantałyku. Była to najdziwniejsza rzecz, jaką usłyszałam w życiu.

– A to dlaczego?

– Od urodzenia jest chorowity, pani King nieustannie martwi się o jego zdrowie.

– Ależ to żaden powód, by dziecko nie mogło pobawić się na zewnątrz. Słońce i świeże powietrze są potrzebne młodemu organizmowi!

– Pani King ustala zasady. Nie można ich łamać. – Pani Blackmore mówiła zdecydowanym tonem, choć w jej oczach widziałam, że zgadza się ze mną.

Spojrzałam na onieśmielonego chłopca, który przyglądał mi się niepewnie. Czyżby był więźniem w tym ponurym zamczysku? Nic dziwnego, że był blady i lękliwy. Dorośli, z którymi przebywał, wpędzali go w paranoję. Zaczęłam się zastanawiać, jak obejść tę idiotyczną zasadę. Nagle naszła mnie pewna myśl. Dokument, który wręczyła mi pani King, miał co najmniej osiem stron. Jakie jeszcze zasady opisywał?

– Chodź – przerwała moje rozmyślania pani Blackmore. – Zaprowadzę cię do jego pokoju. Trzeba go umyć i przebrać.

Opuściłyśmy kuchnię i wspięłyśmy się wąskimi drewnianymi schodami dla służby, które skrzypiały nam pod nogami. One również prowadziły do głównej części zamku, obok kolejnego wielkiego portretu pani King. Tym razem została przedstawiona jako Kleopatra.

Pokój chłopca mieścił się zaraz na początku jednego z zamkowych skrzydeł. Ściany i sufit pomalowano tak, by przypominały błękitne niebo z kłębiastymi chmurkami. Na tym tle namalowano samolociki z postaciami z kreskówek.

 

Razem z panią Blackmore obmyłyśmy chłopca i przebrałyśmy go w kolejny formalny strój. Już po chwili zaczął ssać kciuk.

– To oznacza, że potrzebuje drzemki – wyszeptała gospodyni.

Ułożyła go do snu, po czym na palcach opuściłyśmy pokój. Gosposia zaprowadziła mnie do mojego pokoju – tuż obok sypialni chłopca. Było w nim pojedyncze łóżko i szafa.

– Heidi wietrzyła tu wczoraj, ale otwórzmy okna – zakomenderowała. Pokazywała mi właśnie, jak działa prysznic, gdy rozległ się ryk silnika samochodu.

– To pani King wyjeżdża? – spytałam.

– Pewnie tak.

– Okej, a więc wystarczy nacisnąć tę dźwignię. Proste i wyjątkowo nowoczesne jak na tak stary budynek.

– Pochodzi z czternastego wieku, ale pan King wydał miliony, żeby go zmodernizować. Hydraulika, centralne ogrzewanie… Kazał nawet przekopać okolicę, żeby doprowadzić tu szybkie łącza multimedialne. Jest jakąś grubą szychą biznesu, więc dużo używa Internetu.

– Widziała go pani kiedyś? Pani King powiedziała, że nie wygląda najlepiej.

Pani Blackmore zrobiła minę pełną dezaprobaty.

– Rozmawiałam z nim wiele razy przez interkom, ale widziałam go tylko raz, w nocy. Wyszedł z pokoju syna i wracał do swojego skrzydła. Nosi maskę; ma też widoczne blizny na szyi, ale oprócz tego to miły dla oka mężczyzna: wysoki, szeroki w barach, z pięknymi czarnymi włosami.

– Co mu się stało? – spytałam szeptem.

Rozdział 7

Charlotte

– Biedaczek miał jakieś trzy lata temu wypadek samochodowy. Był sparaliżowany niemal przez rok, ale się nie poddał. Przez kolejne pół roku jeździł na wózku i w końcu stanął na nogi.

– Pani King powiedziała, że jeśli na niego wpadnę, mam na niego nie patrzeć.

Kobieta pociągnęła nosem.

– Sama musisz zdecydować, co zrobisz, ale to byłoby jak kopanie leżącego. Możesz się przecież grzecznie przywitać. On nie jest potworem. Wobec mnie był zawsze fair i szczery. A pan, który cztery razy w tygodniu przyjeżdża sprzątać jego skrzydło zamku, mówi, że pan King trzyma się z dala od ludzi. Ale on nigdy o nikim nie powie złego słowa.

– Rozumiem. A jakie są jego stosunki z synem?

Gosposia zmarszczyła brwi.

– Oni chyba się nie widują. Zackary cały dzień ma zajęcia, które nie przewidują obecności ojca.

– Czemu?

Pani Blackmore westchnęła.

– O to musisz zapytać panią King. To ona rządzi domem.

– A jakie są jej relacje z chłopcem?

– Och, on ją wprost uwielbia. Jest dla niego całym światem. Widziałaś, jak się dziś zachowywał.

– Musi być wspaniałą matką – rzekłam cicho.

Gosposia nie potaknęła.

– Ona ma własne życie… własne plany, kochanków.

– Naprawdę? – Spojrzałam na nią wielkimi oczami.

– Nie chcę wyjść na plotkarę, ale do wsi przyjeżdżają różni panowie i zatrzymują się w pensjonacie… – Przerwała i pociągnęła nosem. – Ona ich tam odwiedza. Raz w miesiącu jeździ do Londynu, a kiedy wraca, podobno jest cała posiniaczona. Tak twierdzą inni służący. Bóg wie, co ona tam wyrabia.

– A pan King?

– Zakładam, że o wszystkim wie. Ona tego za bardzo nie ukrywa, nieraz wraca po nocach z różnymi kochasiami. To nie moja sprawa, ale uważam, że nikt nie powinien musieć tego znosić. – Zniżyła głos. – Pewnie dlatego żyją zupełnie oddzielnie. Nigdy nie widziałam ich razem, ani razu. Ona zajmuje wschodnie skrzydło, a on nie opuszcza południowego.

Zrobiło mi się ciężko na sercu. Nie znałam go i nie wiedziałam, jak rozległych doznał obrażeń, ale wiedziałam, co to znaczy być oszpeconym. To potrafiło człowiekowi kompletnie zrujnować życie. Kiedy miałam szesnaście lat, moją przyjaciółkę oblano kwasem. Jej świat stanął na głowie. Blizny były tak potworne, że nawet rodzice nie byli w stanie jej rozpoznać. Nawet po wielu operacjach nadal wyglądała okropnie.

Wściekałam się za każdym razem, gdy gdzieś razem wychodziłyśmy. Miałam ochotę wrzeszczeć na gapiących się na nią ludzi, by przestali się przyglądać, pokazywać palcami i szeptać. Że ona była normalnym człowiekiem, tyle że z bliznami. Ale to by tylko pogorszyło sytuację. Rzucałam więc jedynie wściekłe spojrzenia albo ich ignorowałam. To mnie nauczyło, jaki świat potrafi być płytki i okrutny. Moja przyjaciółka nie miała szans. Ludzie odrzucali ją wyłącznie na podstawie wyglądu. To łamało jej serce. Codziennie. Czasem żałowała, że przeżyła atak.

W lecie jadałyśmy śniadania w parku – chodziłyśmy tam tak wcześnie, że prawie nikogo innego nie było w okolicy. Wtedy jeszcze mieszkałam z rodzicami. Któregoś wieczoru zadzwoniła do mnie z prośbą, żebym przyszła do niej bardzo wczesnym rankiem. Powiedziała, że zrobiła moje ulubione ciasto czekoladowe. Byłam wtedy niesamowitym łasuchem, więc wyszłam z domu o piątej. Kiedy dotarłam do domu koleżanki, w oknach nadal było ciemno. Zaskoczona tym faktem weszłam tylnymi drzwiami i na palcach udałam się po schodach do jej pokoju, myśląc, że zaspała.

Aisha leżała w łóżku zimna jak kamień.

Na stoliku obok stała pusta buteleczka po pigułkach. Było też obiecane ciasto oraz dwa listy – jeden do mnie, jeden do jej rodziców.

Nie krzyczałam. Usiadłam obok niej i przeczytałam list. Przepraszała mnie za szok, którego musiałam doznać, wiedziała jednak, że jestem silna i pomogę jej rodzicom w cierpieniu.

Gdy pani Blackmore wyszła, wróciłam naprędce do bawialni, by wziąć stamtąd dokument. Zdjęłam okulary i rozpuściłam włosy, po czym położyłam się w swoim pokoju i zaczęłam czytać, a moje niedowierzanie rosło.

Dokument zawierał szczegółowe instrukcje dotyczące każdego aspektu życia chłopca, co do minuty. Śniadanie o ósmej, przekąska o dziesiątej trzydzieści, lunch o trzynastej. Podano nie tylko czasy posiłków, ale też dokładny jadłospis. Okna mogły być otwarte tylko rano, od ósmej do jedenastej. Zackary nie mógł przebywać na dworze. Następny punkt mówił, żeby zakrywał głowę na słońcu. Kompletne przeciwieństwo poprzedniego punktu.

Całość była tak niedorzeczna, że pod koniec lektury nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.

Przepraszam, pani King, ale nie. Po prostu nie.

Rozdział 8

Charlotte

Leżałam na łóżku, gapiąc się w sufit. Martwiłam się, jak mam żyć i zachowywać się w domu ściśle kontrolowanym i rządzonym twardą ręką przez oczywistą psychopatkę. Chciałam pomóc Zackary’emu, a może także jego ojcu. Nadal nieraz odczuwałam poczucie winy z powodu Aishy. Nie zrobiłam dla niej wystarczająco wiele. Po jej tonie powinnam się była domyślić, co planuje. Może to była okazja do zrehabilitowania się? Może znalazłam się tu nie bez powodu?

Nie byłam jednak znana z cierpliwości do głupców. W pewnym momencie na pewno nie wytrzymam i wybuchnę, mówiąc pani King, co dokładnie o niej myślę. Co na pewno nie przysłuży się mojemu resumé.

W tym momencie zadzwonił mój telefon. W słuchawce rozległ się głos April.

– Hej, jak leci?

– Sama nie wiem – odparłam, nawijając kosmyk włosów na palec.

– To znaczy?

– Dziwna sytuacja.

– Jak to?

– Matka jest kompletną wariatką, a ojciec po wypadku stał się odludkiem. Dziecko wymiotuje z ekscytacji na widok mamy. Dostałam też osiem stron instrukcji, od podcierania dzieciakowi tyłka po dokładną liczbę płatków, jakie może zjeść na śniadanie.

– O Boże!

Westchnęłam.

– Właśnie.

– I co zrobisz?

– Jeszcze nie wiem. Nie chciałabym odpuszczać, nim na dobre zacznę.

– Nie myśl o tym jak o odpuszczaniu. Wiesz, że ja cię potrzebuję.

– Tak, wiem. Ale nie mogę tego zostawić tak, jak jest.

– A myślisz, że możesz pomóc?

– Chłopcu tak. Ma charakter. Co prawda nieco stłamszony, ale mam parę pomysłów.

– A co z Godzillą?

– W zasadzie to ona nie przypomina Godzilli. Wygląda jak modelka. Jest naprawdę piękna.

– Brzmi jak beczka dynamitu. Sądzisz, że dasz sobie z nią radę?

– To zależy.

– Od czego?

– Od tego, ile czasu spędza na miejscu. Z tego, co wiem, sporo się zabawia poza domem, a fakt, że mnie wynajęła, wskazuje na to, że chce mieć jeszcze więcej wolnego czasu. Dam sobie parę dni; zobaczę, jak się rozwinie sytuacja. Ale dość już o mnie. Jak ty się czujesz?

– A wiesz, że wręcz doskonale!

– Co robisz?

– Leżę w łóżku.

Roześmiałam się.

– Nie wierzę. Jest dziesiąta rano. Na pewno właśnie uprawiałaś seks, prawda? Nie powinnaś tak ciągle potrząsać dzieckiem, bo wyjdzie z niego martini.

– Bardzo śmieszne. I wcale nie uprawialiśmy seksu, po prostu Yuri uważa, że powinnam się zrelaksować.

– O mój Boże! Zrobił ci minetę?

– Może zrobił – odparła zadowolona z siebie. Uśmiechnęłam się.

– Pamiętasz, jak wróciłaś do domu po tym, jak go poznałaś?

– Tak… – odrzekła rozmarzonym głosem.

– A pamiętasz, jak powiedziałam, że chciałabym was zobaczyć, jak uprawiacie seks?

– Tak.

– Cofam to – oznajmiłam chłodno. April roześmiała się bezwstydnie.

Ktoś zapukał do mojego pokoju. Pożegnałam się z przyjaciółką, obiecując, że oddzwonię, i otworzyłam drzwi. W progu stała kobieta mniej więcej w moim wieku. Uśmiechnęła się do mnie szeroko.

– Cześć, nazywam się Melly. Jestem asystentką pani King, wpadłam zobaczyć, co u ciebie. Może czegoś potrzebujesz?

Odwzajemniłam uśmiech. Miło było zobaczyć przyjazną twarz.

– Wszystko w porządku. Nie miałam jeszcze czasu się rozejrzeć i ogarnąć swoich obowiązków. Ale dzięki za troskę.

Melly uśmiechnęła się jeszcze szerzej.

– Uwierz mi, tu niewiele się dzieje. To chyba najnudniejsze miejsce na ziemi. We wsi jest tylko jedna pizzeria. Pizza jest gumowata. W bibliotece pełno staruszków śmierdzących cebulą. Za to w herbaciarni jest miło. No i działa jeszcze fajny pub. Zwykle nie ma na czym zawiesić oka, ale bliżej weekendu wpadają tam chłopaki z okolicznych farm. – W jej spojrzeniu pojawił się figlarny błysk.

Zachichotałam.

– Może kiedyś wyskoczymy na drinka? Byłoby fajnie.

– Jasne, chętnie.

– Okej, dam ci parę dni na zadomowienie się. Mieszkam w pokoju koło kuchni. Wpadaj, gdybyś czegoś potrzebowała.

– Dzięki, Melly.

– No dobra, pora wracać do kieratu. Widzimy się na lunchu?

– Jasne, do zobaczenia na dole.

Melly odeszła lekkim krokiem pełna radosnej energii. Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie. Może zbyt pochopnie oceniłam sytuację? Skoro ona była taka zadowolona, może życie z panią King nie było wcale takie złe?

Rozdział 9

Brett

Linkin Park, Numb

Wiedziałem, że niania przyjechała. Coś się zmieniło w energii domu. Z początku byłem przeciwny temu pomysłowi, ale chyba się myliłem. Niania oznaczała, że nie musiałem już zadawać się z Jillian i błagać o informacje na temat Zackary’ego. Mogłem porozumiewać się bezpośrednio z nianią. Dzwonić do niej codziennie przez interkom i prosić o relację z dnia.

Cały dzień próbowałem się skupić na pracy – bezskutecznie.

Nie mogłem się doczekać, aż porozmawiam z nową pracownicą i nawiążę z nią pozytywną relację. Zanim Jillian zdąży nastawić ją przeciw mnie. Znałem jej metody działania. Sączyła jad kropelka po kropelce, dzień po dniu.

Nie wiedziałem, o której mogę zadzwonić, ale gdy zeszłej nocy poszedłem odwiedzić syna, zauważyłem, że sąsiednie pomieszczenie zostało wywietrzone, a drzwi były otwarte. Od razu zrozumiałem, że tu zostanie zakwaterowana. Widziałem sypialnię małego ze swojego apartamentu, co oznaczało, że będę widział też jej pokój. Wiedziałem, że posiłki będzie jadła z resztą służby, więc czekałem, aż zapali się światło. Zapaliło się o wpół do dziesiątej wieczorem.

Przeszedłem drogę od kompletnego paraliżu aż do teraz, gdy do mojego świata wpadł promień światła. Jak tonący brzytwy trzymałem się myśli, że dzięki nowej niani będę mógł krok po kroku wprosić się do świata syna, aż dorośnie na tyle, by już się mnie nie bać.

Wybrałem na interkomie numer jej pokoju i czekałem na połączenie. Nie odebrała od razu, więc podszedłem do okna. Widziałem jej cień pośrodku pokoju. Może nadal nie wiedziała, jak działał system?

W końcu jednak odebrała.

– Pan King? – spytała. Jej głos sprawił, że przeszedł mnie dreszcz. Przypomniało mi się, jak siedziałem w obitym boazerią prywatnym pokoju w restauracji we Francji i czekałem, aż kelner odkorkuje butelkę Le Clos Du Mesnil z dwa tysiące trzeciego roku. Odgłos szampana lejącego się do kieliszka. Niesamowity aromat, a potem wytrawny smak i orzeźwiające bąbelki.

 

Przez chwilę nie mogłem wydobyć słowa. Nie pojmowałem, co się ze mną dzieje. Przecież ona na pewno była niezbyt urodziwą, zamężną starszą kobietą. Z wyjątkiem swojej asystentki, Jillian nie zatrudniała młodych osób. Tłumaczyła to tym, że wymagała doświadczenia, ale ja wiedziałem, że po prostu z zasady nienawidzi kobiet młodszych od siebie.

– Panie King? – powtórzyła niskim głosem. Odchrząknąłem. Od dawna nie rozmawiałem z kobietą.

– Jak się miewa Zackary? – Mój głos brzmiał dziwnie nawet dla mnie samego.

– Śpi. Położyłam go do łóżka o przepisowej porze, proszę pana.

– Proszę, mów mi Brett.

– Dobrze, Brett – odparła po krótkiej pauzie.

– Jak masz na imię?

– Charlotte. Charlotte Conrad. – Jej głos brzmiał młodo. Niemożliwe…

– Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?

Wciągnęła głośno powietrze. Dziwne, ale wyobraziłem sobie, jak się szczerze uśmiecha.

– Z początku był nieśmiały, ale po jakimś czasie nieco się oswoił.

– Jest z natury cichym dzieckiem – skomentowałem.

– Hm…

Czułem, że jest skrępowana, ale nie chciałem jeszcze kończyć rozmowy.

– Jak wyglądał jego dzień?

– Nasze powitanie było dość nietypowe. Zwymiotował.

– Zwymiotował? Dlaczego? Nic mu nie jest?

– Nie. Pani Blackmore wytłumaczyła, że to z radości na widok jego matki.

– No tak… – Poczułem ciężar na sercu. Przywiązanie mojego syna do matki było nieco nienaturalne i niezdrowe. Był zbyt delikatny, zbyt bojaźliwy. Wiedziałem, że potrzebował ojca.

– Zastanawiałam się… – Zawahała się.

– Tak?

– Nie, to nic.

– Ależ proszę, mów.

– Spodziewałam się po prostu, że chłopiec w jego wieku będzie się dużo bawił na zewnątrz. Pogoda była dziś taka piękna. Ale jemu nie wolno przebywać na dworze.

Zmarszczyłem brwi.

– Jak to nie wolno?

Zamilkła na chwilę. Pozwoliłem jej zebrać myśli.

– Tak zostałam poinstruowana. Zackary’emu nie wolno się bawić poza domem. Pani King obawia się, że to go wystawi na wpływ zarazków i chorób.

Poczułem przypływ palącej furii. Zrobiło mi się niedobrze. Ręce trzęsły mi się z wściekłości. Na szczęście Jillian nie było w zamku, inaczej poszedłbym do niej i zrobił jej coś bardzo złego. Ale co by to dało? Pewnie by się tylko podnieciła. Co ona sobie wyobrażała? Co jeszcze wyprawiała bez mojej wiedzy? I co jeszcze nakazała niani?

– Jutro zabierz go na dwór, żeby mógł się pobawić – rzuciłem.

Usłyszałem, jak bierze głęboki wdech.

– Co znowu? – spytałem.

– Nic – odpowiedziała. – Zrobię tak, jak mówisz, Brett.

– Dziękuję – odrzekłem i rozłączyłem się. Przez kolejną godzinę przechadzałem się nerwowo po pokoju. Następnie zadzwoniłem do Logana, mojego asystenta w Londynie, i poprosiłem, by kupił mi butelkę Le Clos Du Mesnil.

– Jaki rocznik, panie King?

– Dwa tysiące trzeci.

Dwie godziny później usłyszałem lądujący helikopter. Odczekałem piętnaście minut, a następnie wyszedłem z sypialni. Poczekałem na dyskretne pukanie do drzwi, po czym wpuściłem Logana do środka. Szampan był umieszczony w wiaderku z lodem. Mój asystent przyniósł ze sobą także dwa kieliszki. Postawił wszystko na stole.

– Mam nalać, panie King?

– Nie, dziękuję ci, Logan.

Skinął głową i odszedł. Usiadłem przed oknem. Okna w pokoju niańki były już ciemne. Uniosłem kieliszek w cichym toaście. Miałem zamiar wprowadzić tu pewne zmiany. Ostrzegałem już wcześniej Jillian. Nasz układ miał trwać, dopóki był korzystny dla naszego syna. A ona stąpała po cienkim lodzie.

Upiłem łyk, rozkoszując się bąbelkami. Minęło wiele lat od czasu, gdy piłem szampana. Od kiedy miałem na niego ochotę. Nie chciałem powrotu tamtego życia. Wiedziałem, że było płytkie, pozbawione celu i znaczenia.

Pomyślałem o niani Zackary’ego śpiącej w swoim łóżku i życzyłem jej najlepszego. Nawet nie miała pojęcia, że przebudziła mnie z głębokiego snu.

Inne książki tego autora