Zegarmistrz z Everton

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Georges Simenon

Zegarmistrz z Everton

Przekład:

AGATA SZCZEPANOWSKA

Saga

L'Horloger D'Everton © 1954 Georges Simenon Limited. all rights reserved

Title “Zegarmistrz z Everton”© 2010 per contract with Peters, Fraser and Dunlop Ltd.,

all rights reserved

GEORGES SIMENON ® Simenon.tm, all rights reserved

Polskie tłumaczenie: Agata Szczepanowska

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2019 SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788726276657

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

1

Do północy, nawet do pierwszej nad ranem, robił to samo co we wszystkie wieczory, dokładnie rzecz biorąc sobotnie wieczory, które trochę różniły się od pozostałych dni.

Czy gdyby mógł przewidzieć, że będzie to dla niego ostatni wieczór człowieka szczęśliwego, spędziłby ten wieczór inaczej, czy starałby się bardziej nim delektować? Na to pytanie, a także na wiele innych, w tym także na to, czy w ogóle kiedykolwiek był naprawdę szczęśliwy, będzie musiał spróbować odpowiedzieć później.

Na razie nic o tym nie wiedział, zadowalał się życiem bez pośpiechu, bez problemów, nie zdając sobie nawet w pełni sprawy, że przeżywa kolejne godziny, tak podobne jedna do drugiej, że zdawać by się mogło, że już je przeżył.

Rzadko zdarzało się, by zamykał sklep punktualnie o szóstej. Prawie zawsze czekał kilka minut, zanim podniósł się od stołu, przy którym pracował, przy którym na małych haczykach wisiały oddane do naprawy zegarki, wyjął z prawego oczodołu lupę w oprawce z czarnego ebonitu, którą nosił praktycznie przez cały dzień, jak monokl. Może po tylu latach wciąż jeszcze czuł się tak, jakby pracował dla jakiegoś szefa i obawiał się, że będzie wyglądało na to, iż bardzo ceni sobie swój czas?

Pani Pinch, prowadząca po sąsiedzku agencję sprzedaży i wynajmu nieruchomości, zamykała dokładnie o piątej. Z kolei fryzjer ze strachu, że się spóźni, zaczynał odmawiać klientom począwszy od piątej trzydzieści, i Galloway, w chwili gdy stawał w drzwiach, prawie zawsze widział go wsiadającego do samochodu, by wrócić do domu. Fryzjer miał ładny dom w dzielnicy willowej, na wzgórzu i troje dzieci w szkole.

Przez kilka minut, wykonując precyzyjne, dość powolne gesty człowieka przyzwyczajonego do obchodzenia się z delikatnymi i cennymi przedmiotami, Dave Galloway opróżniał wystawę z zegarków i biżuterii, które następnie chował w sejfie w głębi sklepu.

Najdroższy z zegarków kosztował niecałe sto dolarów i w tej cenie był tylko jeden. Pozostałe były dużo tańsze. Biżuteria była wyłącznie platerowana, z imitacjami kamieni szlachetnych. Próbował, na początku, sprzedawać pierścionki zaręczynowe z prawdziwym diamentem, mniej więcej półkaratowym, ale mieszkańcy Everton woleli na takie zakupy wybrać się do Poughkeepsie czy nawet do Nowego Jorku, być może dlatego, że czuliby się skrępowani, kupując pierścionek zaręczynowy na raty od kogoś, kogo znają.

Przełożył zawartość kasy do skrzynki sejfu, zdjął kremową bluzę, odwiesił ją na haczyk za drzwiami szafy, włożył marynarkę i rzutem oka upewnił się, czy wszystko w porządku.

Był maj, słońce wciąż jeszcze było dość wysoko na niebie w łagodnym odcieniu błękitu, przez cały dzień powietrze się nie ruszało.

Przekręcił gałkę w drzwiach i wyszedł. Machinalnie spojrzał w stronę kina, „Colonial Theatre”, którego neon właśnie się rozświetlił, mimo że wciąż było jeszcze całkiem jasno. Tak było każdej soboty, ze względu na seans o siódmej wieczorem. Przed kinem znajdował się trawnik i rosło kilka lip, których listki delikatnie drżały.

W progu Galloway zapalił papierosa, jednego z pięciu czy sześciu, jakie wypalał każdego dnia, po czym wolnym krokiem okrążył budynek, którego parter zajmowały sklepy.

Mieszkał na pierwszym piętrze, dokładnie nad sklepem, jednak ze względu na brak jakiegokolwiek połączenia między tym ostatnim i mieszkaniem, za zakładem fryzjerskim musiał skręcić w lewo i przejść na tył budynku, gdzie znajdowały się wejścia do mieszkań.

Podobnie jak w prawie każdą sobotę, jego syn wpadł po południu, by go zawiadomić, że nie wróci na obiad. Prawdopodobnie zje gdzieś hot doga albo kanapkę, najpewniej w „Mack’s Lunch”.

Galloway wszedł po schodach, przekręcił klucz w zamku i od razu poszedł otworzyć okno, z którego widok był mniej więcej taki sam jak z zakładu, te same drzewa, szyld kina, którego neonowe światła wydawały się w blasku dnia dość dziwne, wręcz niepokojące.

Nie zdawał już sobie nawet sprawy, że każdego dnia wykonywał te same czynności, w tej samej kolejności i że może właśnie to nadawało mu taki spokojny i wzbudzający zaufanie wygląd. W kuchni panował porządek — zawsze zmywał naczynia po obiedzie, zanim zszedł na dół. Wiedział, jakie mięso na zimno znajdzie w lodówce, w którym dokładnie miejscu, i obchodził się z przedmiotami jak czarodziej. Już po chwili nakrycie znalazło się na stole wraz ze szklanką wody, chlebem i masłem, a kawa w maszynce zaczynała wrzeć.

Kiedy był sam, czytał przy jedzeniu, lecz nie przeszkadzało mu to słyszeć ptaków za oknem ani dźwięku uruchamianego samochodu, który był mu znany. Ze swego miejsca widział dzieciaki, które zaczynały już kierować się w stronę kina, ale wchodziły dopiero w ostatnim momencie.

Pił kawę małymi łykami, umył naczynia i sztućce, posprzątał okruszki. Jeśli chodzi o to, co robił, nie zdarzyło się nic nietypowego i parę minut przed siódmą był już na zewnątrz. Przywitał się z właścicielem warsztatu samochodowego idącym z żoną w kierunku kina.

Zauważył z daleka młodych chłopców i dziewczęta. Nie rozpoznał Bena, nie próbował napotkać jego wzroku, wiedząc, że chłopiec nie lubi czuć się kontrolowany.

Nawiasem mówiąc, wcale nie chodziło o kontrolę, Ben o tym wiedział. Nawet jeżeli czasem jego ojciec szukał go wzrokiem, to nie po to, by kontrolować wszystko, co robi, a jedynie dla przyjemności kontaktu z nim, choćby i z daleka. Szesnastoletni chłopiec nie może tego zrozumieć. To naturalne, że będąc w towarzystwie kolegów czy koleżanek, Ben wołał, by ojciec na niego nie patrzył. Nigdy o tym nie rozmawiali, ale Galloway to czuł i po prostu nie nalegał.

Budynek, w którym miał sklep i mieszkanie, znajdował się prawie na rogu Main Street; wszedł w tę ulicę, minął drugstore, otwarty aż do dziewiątej, potem urząd poczty z białymi kolumienkami, kiosk z gazetami. Mijały go samochody. Kierowcy zwalniali tylko odrobinę, a niektórzy wcale, jakby nie zauważali, że przejeżdżają przez miasteczko.

Minąwszy dystrybutor paliwa, jakieś niecałe ćwierć mili od domu, skręcił w prawo, w uliczkę, po której obu stronach rosły drzewa, a białe domy otoczone były trawnikami. Ulica donikąd nie prowadziła, dlatego też widać tam było wyłącznie samochody mieszkańców. Wszystkie okna były pootwierane, dzieci wciąż bawiły się na dworze, na trawnikach mężczyźni bez marynarek, z podwiniętymi rękawami, pchali przed sobą elektryczne kosiarki.

Każdy rok przynosił te same wieczory, tak słodkie, że wręcz duszące, i brzęczenie kosiarek, podobnie jak każda jesień przynosiła szelest grabi na suchych liściach i zapach palonych wieczorami liści przed domem, a jeszcze później nieuniknione skrobanie łopat na zlodowaciałym śniegu.

Od czasu do czasu odpowiadał, skinieniem dłoni lub słowem, na czyjeś powitanie.

Wychodził również we wtorki, by udać się do urzędu miasta na spotkanie komitetu szkolnego, którego był sekretarzem.

W pozostałe dni, z wyjątkiem sobót, zostawał zazwyczaj w domu, czytał albo oglądał telewizję.

Soboty, to były wieczory u Musaka, który najpewniej czekał już na niego w jednym z bujanych foteli na werandzie.

Jego dom — drewniany, podobnie jak sąsiednie domy — był ostatni w rzędzie, przytulony do zbocza wzgórza, tak że ta część, która z jednej strony była pierwszym piętrem, z drugiej stawała się parterem. Zamiast na biało, pomalowany był na jasnożółto. Niecałe pięćdziesiąt jardów dalej rozciągał się niezagospodarowany teren. Miejscowi ludzie mieli zwyczaj zostawiać tam rzeczy, których chcieli się pozbyć, dziecięce łóżeczka, zniszczone wózki, metalowe beczki z odbitym dnem.

Z tarasu widać było miejskie boisko, na którym we wszystkie letnie wieczory trenowała drużyna baseballowa.

Obaj mężczyźni traktowali się bez ceremonii. Galloway nie przypominał sobie, by kiedykolwiek uścisnął dłoń Musaka, a ten z kolei, na powitanie, zadowalał się mruknięciem i wskazaniem ruchem dłoni na drugi fotel bujany.

Tego wieczora wszystko było tak samo jak w pozostałe soboty. Z daleka przyglądali się białym strojom graczy na ciemniejącej zieleni boiska. Słyszeli ich krzyki i gwizdek trenera — tego, który był bardzo gruby, a w ciągu dnia pracował za ladą sklepu z artykułami metalowymi.

— Piękny wieczór! — powiedział po prostu Galloway, kiedy już usiadł.

Kilka chwil później Musak mruknął:

— Jeśli nie zdecydują się zmienić tego ich cholernego boiska, na koniec sezonu znów będziemy ostatni w klasyfikacji.

Musak, niezależnie od tego, co mówił, zawsze mówił zrzędliwym tonem i rzadko się uśmiechał. Prawdę mówiąc, Dave Galloway nie przypominał sobie, aby kiedykolwiek widział go uśmiechniętego. Czasem zdarzało mu się wybuchnąć donośnym głosem, a tym, którzy go nie znali, mógł się on wydać przerażający.

 

Ludzie z miasteczka nie bali się już Musaka, ponieważ się do niego przyzwyczaili. Poza miasteczkiem istniało ryzyko, iż ktoś weźmie go za jednego z tych zbiegłych z więzienia podstarzałych skazańców, których zdjęcia en face i z profilu wieszano w urzędach pocztowych z podpisem: „Poszukiwany przez FBI”.

Galloway, który nie wiedział, ile Musak może mieć lat, nigdy nie pomyślał, by go o to zapytać, podobnie jakby nigdy nie zapytał, z jakiego europejskiego kraju przyjechał, kiedy był jeszcze dzieckiem. Wiedział jedynie, że z ojcem, matką i pięciorgiem czy sześciorgiem rodzeństwa przepłynęli ocean na statku pełnym emigrantów i że na początku mieszkali gdzieś na przedmieściach Filadelfii. Co stało się z braćmi i siostrami? Nigdy o tym nie rozmawiali, podobnie jak o tym, czym zajmował się Musak, zanim, jakieś dwadzieścia lat wcześniej, zamieszkał samotnie w Everton.

Musiał być żonaty, miał bowiem gdzieś na południu Kalifornii córkę, która pisywała do niego od czasu do czasu i przysyłała mu zdjęcia dzieci. Nigdy nie przyjechała go odwiedzić. On również nigdy do niej nie jeździł.

Czy Musak był rozwiedziony? Czy może był wdowcem?

W pewnym okresie swego życia pracował w wytwórni fortepianów — to było wszystko, co wiedział o nim Galloway — i przybywając do Everton, miał wystarczająco dużo pieniędzy, by kupić sobie dom.

Możliwe, że miał już albo nawet przekroczył sześćdziesiątkę. Niektórzy twierdzili, że przekroczył siedemdziesiątkę, co również było możliwe.

Wciąż pracował, od rana do wieczora, w warsztacie znajdującym się na tyłach domu, tam gdzie pierwsze piętro zmieniało się w parter, tak że warsztat łączył się bezpośrednio z sypialnią. W zimie, kiedy nie można było siedzieć na werandzie, często tam właśnie spędzali czas. Musak kończył jakąś pracę, zawsze jakąś delikatną robotę, tymi swoimi grubymi rękami, które wydawały się niezręczne. Pośrodku zastawionego stołami do pracy pomieszczenia stał żeliwny piec, w kąpieli wodnej podgrzewał się klej, na podłodze leżały wióry.

Jego specjalnością były prace wymagające ekstremalnej cierpliwości, naprawa antycznych mebli lub obudów starych zegarów, a także wyrób małych, skomplikowanych mebelków, szkatułek inkrustowanych mahoniem czy egzotycznym drewnem.

Potrafili długo tak siedzieć, nic nie mówiąc, zadowoleni, że mogą patrzeć na biegających graczy, podczas gdy słońce znikało pomału za drzewami, a powietrze stawało się tak samo błękitne jak niebo.

Tym, co dla Dave’a Gallowaya charakteryzowało zimowe wieczory w warsztacie, był zapach drewnianych wiórów połączony z zapachem mocnego kleju.

W letnie wieczory na tarasie unosił się inny zapach, podobnie rozpoznawalny — zapach pykanej przez Musaka fajki. Musiał używać jakiegoś specjalnego tytoniu, o ostrej woni, która nie była jednak nieprzyjemna. Docierała ona do Gallowaya falami, wraz z zapachem koszonej w okolicznych ogródkach trawy. Ubrania Musaka były tym przesiąknięte, można by przysiąc, że nawet jego ciało pachniało fajką, podobnie jak duży pokój w jego domu.

Dlaczego jednak, mając tak zręczne dłonie, będąc tak drobiazgowym we wszystkim, za co się zabierał, zadowolił się zreperowaniem ulubionej fajki kawałkiem drutu? Przy każdym wdechu z pęknięcia wydobywała się odrobina powietrza, wydając dziwny dźwięk przypominający oddech niektórych chorych.

— Z kim jutro grają?

— Radley.

— Załatwią ich.

W każdą niedzielę rozgrywano mecz baseballowy. Galloway zajmował miejsce na schodkach, podczas gdy stary Musak zadowalał się widokiem z werandy. Miał zaskakująco dobry wzrok. Z tak daleka rozpoznawał poszczególnych graczy, a w niedzielne wieczory, gdy rozgrywano mecz, mógłby wymienić wszystkich kibicujących mieszkańców miasteczka.

Ruchy na boisku stawały się coraz wolniejsze, głosy cichsze, rzadziej słychać było gwizdek arbitra. W półmroku z trudem dostrzegali piłkę. W powietrzu zaczynało się czuć lekki chłód, można by rzec, że powietrze — dotychczas nieruchome — budziło się wraz ze zbliżaniem się nocy.

Być może obaj mężczyźni mieli taką sama ochotę wejść do domu, by oddać się przyjemnościom sobotniego wieczoru, ale, jakby za wspólną zgodą, czekali na sygnał — żaden z nich nie ruszał się, dopóki wszystkie postacie w sportowych strojach nie zebrały się w jednym punkcie boiska, by wysłuchać uwag trenera.

W tym momencie zapadły już prawie całkowite ciemności. Odbiorniki radiowe w okolicznych domach stawały się coraz głośniejsze, okna rozjaśniało światło, niektóre — ze względu na włączone telewizory, pozostawały ciemne.

Wtedy dopiero spoglądali na siebie i zdawało się, że jeden z nich pyta: — Idziemy?

Dziwna była ta ich przyjaźń. Ani Galloway, ani Musak nie byliby w stanie powiedzieć, kiedy właściwie się zaczęła. Wydawali się nie zdawać sobie sprawy z dzielącej ich różnicy wieku, około dwudziestu lat.

— O ile dobrze pamiętam, powinienem się zrewanżować.

To była jedyna wada stolarza, nie lubił przegrywać. Nie obrażał się, nigdy nie uderzał pięścią w stół, najczęściej nie mówił nic, ale jego twarz przybierała nadąsany wyraz, jak twarz dziecka. Zdarzało mu się, po wieczorze, gdy został pokonany wyjątkowo dotkliwie, przez dwa czy trzy dni, gdy spotkał Gallowaya na ulicy, udawał, że go nie poznaje.

Przekręcił włącznik. Zanurzyli się w innej atmosferze, jeszcze spokojniejszej, przytulniejszej niż ta, którą opuszczali. Duży pokój był wygodny, utrzymany tak, jakby zajmowała się nim kobieta, ze starannie wypolerowanymi, pięknymi meblami. Galloway nigdy nie widział tam najmniejszego nieporządku.

Na stoliku czekała już przygotowana plansza do gry w tryktraka, zawsze w tym samym miejscu, przy tych samych fotelach, przy stojącej lampie. Lubili, gdy pozostała część pomieszczenia pozostawała w półmroku, gdzie mieszkały tylko odbicia.

Przygotowana już była także butelka żytniej whiskey oraz szklanki. Przed rozpoczęciem partyjki zostało już tylko pójść do kuchni po lód.

— Pańskie zdrowie.

— Pańskie.

Galloway pił niewiele, najwyżej dwie szklaneczki w ciągu całego wieczoru, natomiast Musak dolewał sobie pięć czy sześć razy, i wydawało się, że alkohol nie ma na niego żadnego wpływu.

Każdy z nich rzucał kostką.

— Szóstka! Ja zaczynam.

Przez blisko dwie godziny rytm ich życia wyznaczały rzuty kostką i odgłosy przesuwanych, żółtych i czarnych, pionów. Fajka poświstywała. Ostra woń pomału otulała Gallowaya. Od czasu do czasu jeden z nich wypowiadał zdanie w rodzaju:

— John Duncan kupił nowy samochód.

Albo:

— Mówią, że pani Pinch sprzedała Meadow Farm za pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Nie wymagało to odpowiedzi. Nie prowokowało do pytań ani komentarzy.

Grali do pół do dwunastej, czyli mniej więcej tak jak zwykle. Musak przegrał pierwszą partię i wygrał trzy następne, dzięki czemu wyrównał wyniki z poprzedniego razu.

— Mówiłem, że pana załatwię! Przegrywam tylko wtedy, gdy nie mogę się skupić. Jeszcze jedną szklaneczkę?

— Nie, dziękuję.

Stolarz nalał sobie. Ostatnią szklankę wypijał zawsze jednym haustem. I zawsze pod koniec partii jego oddech stawał się głośny, z nosa wydobywały się prawie takie same dźwięki jak z fajki. W nocy pewnie chrapał, ale ponieważ mieszkał sam, nikomu to nie przeszkadzało. Czy przed pójściem spać mył jeszcze szklanki?

— Dobrej nocy.

— Dobrej nocy.

— Wciąż zadowolony z syna?

— Bardzo zadowolony.

Galloway zawsze czuł się skrępowany, gdy Musak w ten sposób pytał go o Bena. Był przekonany, że przyjaciel nie był złośliwy, a tym bardziej okrutny, a także, że nie miał żadnych powodów do zazdrości. Czyżby sobie cos wyobrażał? Można by uznać, że Musaka martwi to, że Ben jest spokojnym chłopcem, który nigdy nie dał ojcu powodów do strapienia.

Czy miał w przeszłości kłopoty z córką? A może żałował, że on też nie ma syna?

Kiedy poruszał ten temat, jego głos, spojrzenie lekko się zmieniały. Jakby chciał powiedzieć: — Bardzo dobrze! Bardzo dobrze! Zobaczymy, jak długo to potrwa!

A może wyobrażał sobie, że Galloway łudzi się co do swego syna?

— Nie gra już w baseball?

— W tym roku nie.

W poprzednim roku Ben był jednym z najlepszych graczy drużyny liceum. W tym roku nagle zdecydował, że nie będzie więcej grać. Nie powiedział, dlaczego. Ojciec nie naciskał. Ale czy nie wszystkie dzieci zachowują się w ten sposób? Jednego roku szaleją na punkcie jakiegoś sportu, a w następnym nawet już o nim nie mówią. Całymi miesiącami spotykają się z grupą tych samych przyjaciół, by pewnego dnia rozstać się z nimi bez widocznego powodu i dołączyć do innej grupy.

Oczywiście, Galloway wołałby, aby było inaczej. Smutno mu było, że Ben zrezygnował z baseballu, gdyż jego największą przyjemnością było oglądanie szkolnych meczy, nawet wtedy, gdy drużyna wyjeżdżała, by zagrać trzydzieści czy czterdzieści mil od miasteczka.

— To z pewnością porządny chłopak — powiedział Musak.

Dlaczego mówił te słowa z taką miną, jakby zamykał dyskusję, jakby stawiał kropkę nad i? Co właściwie znaczyło to zdanie?

Być może Dave Galloway był trochę przewrażliwiony, jeśli chodziło Bena? To naturalne, że ludzie pytają:

— Jak się miewa pański syn?

Albo:

— Dawno już nie widziałem Bena.

Dave miał tendencję, by doszukiwać się w takich wypowiedziach specjalnego znaczenia.

— Nie mam powodów do narzekań — odpowiadał najczęściej.

I była to prawda. Nie miał najmniejszego powodu do narzekań. Ben nigdy nie sprawiał kłopotów. Nigdy się nie kłócili. Rzadko zdarzało się, by Galloway musiał upomnieć syna, a kiedy tak było, rozmawiał z nim na spokojnie, jak mężczyzna z mężczyzną.

— Dobranoc.

— Dobranoc.

— Do soboty.

— Tak.

W ciągu tygodnia widywali się z Musakiem jakieś dziesięć razy, najczęściej na poczcie, dokąd chodzili prawie każdego dnia, o tej samej porze, by odebrać listy. Galloway posiadał wywieszkę: „Zaraz wracam”, którą wieszał na drzwiach za każdym razem, gdy musiał opuścić sklep czy pójść na chwilę do domu.

Spotykali się także w warsztacie samochodowym i w kiosku z gazetami. Kiedy jednak rozstawali się w sobotni wieczór, nieodmiennie żegnali się słowami:

— Do soboty.

Ostra woń tytoniu towarzyszyła Gallowayowi jeszcze przez jakieś dziesięć jardów. Gdy szedł uliczką prowadzącą w stronę Main Street, gdzie prawie wszystkie światła były już zgaszone, usłyszał dochodzące z dwóch tylko domów echa tej samej walki bokserskiej.

Czy ta droga do domu zajmowała mu chociaż ze sześć minut? Chyba nie. W całym miasteczku otwarta już była tylko, na jego drugim końcu, tawerna „Old Barn”, której czerwone i zielone neony nawet z daleka przywodziły na myśl nazwy piw i whisky.

Obszedł budynek i dopiero w chwili gdy skręcił za zakładem fryzjerskim, zdał sobie sprawę, że nie widział światła w swoim oknie.

Nie przypominał sobie także, czy w ogóle podnosił głowę, ale był pewien, że to zrobił, ponieważ wracając do domu, robił to zawsze, odruchowo. Był do tego stopnia przyzwyczajony do widoku światła w oknie, że nawet o tym nie myślał.

A jednak teraz, kierując się w stronę schodów, mógłby przysiąc, że w oknie było ciemno. Dziś wieczorem nie było przecież tańców, prywatki, nic specjalnego, co mogłoby zatrzymać Bena poza domem.

Wszedł na schody i już po przejściu kilku stopni wiedział na pewno, bez możliwości pomyłki, że w mieszkaniu było ciemno, bo w przeciwnym razie widziałby smugę światła pod drzwiami.

Czy Ben wrócił wcześnie i już się położył? Kto wie? Może nie czuje się dobrze?

Przekręcił klucz w zamku i odsuwając skrzydło drzwi, zawołał:

— Ben!

Brzmienie własnego głosu w pomieszczeniach mówiło mu, że nie ma tam nikogo, ale nie chciał sam przed sobą tego przyznać, włączył światło w salonie, ruszył do pokoju syna, powtarzając możliwie normalnym głosem:

— Ben!

Nie powinien okazywać niepokoju, bo jeśli Ben tam jest, jeśli rzeczywiście się położył, spojrzy pewnie na niego, zaskoczony i poirytowany, i zapyta:

— Co się dzieje?

Nic, oczywiście. Nic nie mogło się dziać. Nie powinno się nigdy okazywać swoich obaw, szczególnie przy chłopcu, który staje się mężczyzną.

— Jesteś tu?

Starał się uśmiechać, jakby syn na niego patrzył.

Ale Bena tam nie było. Pokój był pusty. Łóżko zaścielone.

Może zostawił liścik na stole, jak to już się kiedyś zdarzało?

Nic nie było. Neon kina naprzeciwko był już wyłączony. Drugi seans skończył się ponad pół godziny temu i ostatnie samochody odjechały. Wracając od Musaka Dave Galloway nie spotkał żywej duszy.

 

Tylko dwa razy Ben wrócił do domu po północy, nie informując o tym ojca. Za każdym razem ojciec czekał na niego w fotelu, nie będąc w stanie czytać ani słuchać radia. Dopiero wtedy, gdy usłyszał kroki syna na schodach, szybko złapał jakieś pismo.

— Spóźniłem się. Przepraszam.

Mówił lekkim tonem, żeby sprawa wydawała się jak najmniej poważna. Spodziewał się wyrzutów, scen?

Dave zadowolił się stwierdzeniem:

— Martwiłem się.

— Co mogło mi się stać? Byłem z Chrisem Gillispie i jego samochód się zepsuł.

— Dlaczego nie zadzwoniłeś?

— W pobliżu nie było żadnych domów, musieliśmy sami go naprawić.

Ten raz miał miejsce na początku zimy. Za drugim razem, między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, Ben wchodził po schodach głośniej niż zwykle, a gdy wreszcie znalazł się w pokoju, ewidentnie odwracał wzrok, unikał zbliżania się do ojca.

— ... Przepraszam... Zasiedziałem się u kolegi... Dlaczego ty jeszcze się nie położyłeś?... Czego się boisz?

To nie był jego głos. Po raz pierwszy czuł w nim jakąś zmianę, coś prawie agresywnego. Jego zachowanie, gesty były jak kogoś obcego. Galloway udał jednak, że nic nie zauważył. W niedzielę rano Ben spał do późna, niespokojnym snem, a kiedy wreszcie zjawił się w kuchni, miał ziemistą cerę.

Ojciec dał mu czas na zjedzenie śniadania, starając się zachowywać tak beztrosko, jak tylko mógł, i dopiero na koniec wyszeptał:

— Piłeś, tak?

Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Dave żył dość blisko z synem, by być pewnym, że do tej pory nawet nie tknął alkoholu.

— Nie rób mi wyrzutów, tak.

A po chwili milczenia, przytłumionym głosem, dodał:

— Nie martw się, nie mam ochoty tego powtarzać. Chciałem tylko zrobić to samo co inni. Ale to jest ohydne.

— Na pewno?

Ben uśmiechnął się, powtarzając jego słowa i patrząc mu przy tym w oczy:

— Na pewno.

Od tego czasu, to znaczy od grudnia, ani razu nie przyszedł do domu po jedenastej. Zwykle po powrocie od Musaka Galloway zastawał go przed telewizorem. Oglądał mecze bokserskie, których echa Dave słyszał parę minut wcześniej, w uliczce. Zdarzało im się oglądać je do końca razem.

— Nie jesteś głodny?

Ojciec szedł do kuchni, przygotowywał kanapki, wracał z dwiema szklankami lodowatego mleka...

Otworzył okno, by lepiej słyszeć kroki Bena. Usiadł w tym samym miejscu co za dwoma poprzednimi razami, gdy na niego czekał. Wpadające z zewnątrz powietrze było zimne, ale nie zamknął okna. Przez moment pomyślał, by założyć płaszcz, ale powiedział sobie, że Ben byłby zaszokowany, widząc go w takim stroju w fotelu.

Za pierwszym razem wrócił o północy, za drugim — około pierwszej nad ranem.

Zapalił papierosa, potem następnego, jeszcze jednego. Palił nerwowo, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. W pewnym momencie podszedł do telewizora, przekręcił gałkę, ale na ekranie nie było żadnego obrazu. Wszystkie programy, jakie można było odbierać w Everton, już się skończyły.

Nie chodził w kółko, mimo wewnętrznego napięcia siedział nieruchomo, z oczyma utkwionymi w drzwiach. Było mu zimno. Nie myślał o niczym konkretnym. Minęły ponad trzy kwadranse, kiedy wstał i — pozornie spokojny — ponownie udał się do pokoju syna.

Nie włączył światła, nie myślał o tym, tak więc pokój, oświetlony wyłącznie refleksem światła z sąsiedniego pomieszczenia, wydawał się trochę upiorny. Szczególnie niewyraźna biel łóżka przywodziła na myśl tragiczne obrazy.

Można by pomyśleć, że Galloway wiedział, po co przyszedł, co zamierzał znaleźć. W poprzek dywanika leżała para brudnych kapci. Przez oparcie krzesła przerzucona była koszula.

W ciągu wieczoru Ben musiał przyjść się przebrać. Codzienne ubranie leżało na podłodze w kącie pokoju, obok skarpetki.

Dave powoli otworzył szafę i tym, co od razu go uderzyło, był brak walizki. Jej miejsce było na dole, pod wiszącymi na wieszakach ubraniami. Galloway kupił ją synowi dwa lata wcześniej, przy okazji wspólnej podróży do Cape Cod. Od tego czasu nikt jej nie używał.

Jeszcze rano była na miejscu, był tego pewien, ponieważ to właśnie on codziennie rano porządkował mieszkanie. Sprzątaczka przychodziła dwa razy w tygodniu, we wtorki i w piątki, na grubsze sprzątanie.

Ben wrócił do domu założyć porządne ubranie i wyszedł, zabierając walizkę. Nie zostawił żadnej wiadomości.

Co ciekawe, w oczach Gallowaya nie było zaskoczenia, jakby od dawna, od zawsze, żył w oczekiwaniu jakiegoś nieszczęścia.

Może tylko nigdy nie brał pod uwagę nieszczęścia tego rodzaju. Poruszając się wolniej niż zwykle, jak człowiek, który próbuje opóźnić katastrofę, otworzył drzwi ich wspólnej łazienki i włączył światło.

Na szklanej półeczce leżała tylko jedna maszynka do golenia. Elektryczna golarka, którą kupił Benowi na ostatnie Boże Narodzenie, zniknęła. Nie było również jego grzebienia ani szczoteczki do zębów. Zabrał nawet tubkę pasty do zębów.

Ze względu na wciąż otwarte okienko w łazience w mieszkaniu hulał przeciąg, wydymał zasłony, poruszał stronami leżącej na telewizorze gazety.

Wrócił do salonu zamknąć okno, przez chwilę patrzył na zewnątrz, przyciskając czoło do zimnej szyby.

Czuł się tak wyczerpany jak po wielogodzinnym marszu, był zupełnie pozbawiony sił. Miał ochotę pójść położyć się na brzuchu na łóżku i mówić do samego siebie, mówić do Bena, z głową ukrytą w poduszce. Tylko po co?

Musiał dowiedzieć się jeszcze jednej rzeczy i niedługo się tego dowie. Nie śpieszył się. Nie miał żadnych powodów, by się śpieszyć. Spokojnie założył płaszcz i kaszkiet, bo czuł się przemarznięty.

Wzeszedł księżyc, prawie w pełni, bardzo jasny, a niebo przypominało morze bez dna. Po tej stronie budynku cały parter zajmowały garaże. Podszedł do swojego, wyjął pęk kluczy z kieszeni, włożył jeden z nich do zamka.

Nie musiał nawet go przekręcać. Drzwi od razu się otworzyły. Rysa na drewnie wskazywała na to, że ktoś wyważył je śrubokrętem albo jakimś innym narzędziem.

Po co właściwie upewniać się, czy garaż jest pusty? Na pewno samochodu nie było. Wiedział o tym już wcześniej. Zrozumiał to natychmiast, jeszcze na górze. Nie włączył światła. Nie warto było.

Mimo to drzwi zamknął tak samo starannie jak zawsze. Co on właściwie robił, sam na tym nibypodwórzu na tyłach domu, w którym światło świeciło się tylko w jednym oknie, jego własnym?

Nie miał powodu zostawać na zewnątrz. Nie miał tam nic do roboty.

Ale co będzie odtąd robił w domu?

Wszedł jednak na górę, wolnym krokiem, jakby na każdym stopniu zatrzymywał się, by się zastanowić, zamknął drzwi na klucz, zdjął płaszcz, kaszkiet, odłożył je na miejsce i poszedł usiąść w fotelu.

W apatycznej pozie patrzył w pustkę przed sobą.