W domu robakaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

W domu robaka


Tytuł oryginału

In the House of the Worm ISBN 978-83-8202-182-0 Copyright © 1976 by George R.R. Martin Originally published in Th e Ides of Tomorrow, ed. Terry Carr All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Marta Stołowska Projekt graficzny okładki Michael Michera Wydanie I w tej edycji Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

W domu robaka

W Domu Robaka od niepamiętnych czasów panował rozkład. Tak właśnie powinno być, albowiem rozJJkład to tylko jedno z imion samego Białego Robaka. Dlatego yaga-la-hai, dzieci robaka, uśmiechali się tylko, nie przerywając swych zwykłych zajęć, choć gobeliny na ścianach ciągnących się bez końca tuneli butwiały, a licz­ba mieszkańców spadała z każdym rokiem, choć coraz trudniej było zdobyć mięso i nawet sam kamień wokół nich obracał się w pył. Pędzili żywot w wysokich tunelach o wąskich oknach, skąpanych w czerwonym półmroku ogromnego, dogasającego węgielka na górze. Pilnowali pochodni i urządzali maskarady, nie zapominając o wy­konaniu znaku robaka, gdy tylko przechodzili obok ciem­nych, pozbawionych okien tuneli, w których ponoć czaiły się mamrotliwe jękole (albowiem opowiadano, że koryta­rze i tunele pod Domem Robaka nie mają końca i schodzą pod ziemię na głębokość równą wysokości czarnego nieba i yaga-la-hai tylko nieliczne z mnóstwa starożytnych kom­nat zwali swym domem).

Dzieci robaka uczono, że Biały Robak na koniec przy­chodzi po wszystkich, lecz pełznie bardzo wolno, a długi rozkład przynosi ze sobą smakowite jadło i jaskrawe, nie­zdrowe kolory zgnilizny. Posłuch owej mądrości wymuszał aktualny człowiek-robak i jego spiżowi rycerze, tak jak od niezliczonych pokoleń robili to jego przodkowie. Dzięki temu Dom Robaka mógł trwać, choćby nawet pod nim skradały się jękole, a na górze dogasało słońce.

Co cztery lata najwspanialsi, najbystrzejsi i najlepiej urodzeni spośród yaga-la-hai zbierali się w Obsydianowej Komnacie, by popatrzeć na słońce i pławić się w jego gasnących promieniach. Było to jedyne miejsce nadające się do urządzenia tak wspaniałej maskarady. Sala była usy­tuowana wysoko i wszystkie wiodące do niej tunele biegły pod górę. Podłogę, sufit i trzy ściany stanowił zastygły obsydian, zimny i lśniący jak lustro, a czarny jak śmierć. Przez cztery lata bez jednego dnia, które upływały między jedną a drugą Maskaradą Słońca, niżej urodzone dzieci ro­baka, zwane pochodniarzami, pracowały w komnacie bez chwili wytchnienia, zajęte polerowaniem i szorowaniem, dzięki czemu, gdy spiżowi rycerze przychodzili rozpalić pochodnie, ich odbicia lśniły w czarnym szkle. Następnie zbierali się goście, tysiąc osób w jaskrawych kostiumach i fantastycznych maskach, a obsydian zniekształcał obrazy ich radosnych twarzy oraz pełnych wdzięku postaci, aż wreszcie przeradzały się one w pstrokaty wir demonów tańczących w wielkiej, czarnej butelce.

A była to tylko część Obsydianowej Komnaty. Znaj­dowało się w niej coś jeszcze: okno. Zajmowało ono całą czwartą ścianę, za wypełnioną piaskiem niszą, w której le­żał zwinięty człowiek-robak. Było przejrzyste jak kryształ, lecz mocniejsze od wszelkiego znanego yaga-la-hai szkła. Nigdzie w Domu Robaka nie było okna o porównywal­nych rozmiarach. Za szkłem, jeśli istotnie było to szkło, rozpościerała się pusta, martwa, bezwietrzna równina. Wszystko było tam ciemnym pustkowiem, choć na do­strzegalnym niekiedy horyzoncie rysowały się rozsypu­jące się kamienne zarysy, które mogły być bądź też nie być ruinami. Trudno było to określić, gdyż światło było bardzo słabe.

Połowę nieba wypełniało słońce. Jego łuk ciągnął się od jednego krańca horyzontu po drugi, sięgając w górę tak wysoko, że dotykał zenitu. Nad nim znajdowało się bez­kresne, czarne niebo, którego mrok mąciła garstka gwiazd. Samo słońce miało kolor łagodniejszej czerni, barwę po­piołu, pomijając kilka punktów, w których jeszcze żyło. Po jego powierzchni płynęły rzeki, kręte wstęgi żarzącej się czerwieni, żyły ognia pokrywające zmęczoną twarz. Dzieci robaka studiowały je ongiś, w odległych czasach, kiedy bawiły się teleskopami. Każdy z płonących kanałów miał niegdyś nazwę, lecz większość z nich już zapomnia­no. W miejscach zlania się rzek można było czasem wy­patrzyć tlące się, pomarańczowe jeziora. Istniały też miej­sca, w których pod ciemną jak popiół skorupą pulsowały czerwono-żółte łuny. Najlepsze jednak były morza — dwa olbrzymie oceany gniewnej czerwieni — które z każdą maskaradą stawały się mniejsze i ciemniejsze. Jedno leżało w pobliżu krawędzi i ciągnęło się dalej na niewidocznej stronie, drugie zaś płonęło blisko miejsca, gdzie słoneczna tarcza była najszersza i jego blask często oświetlał maja­czące na horyzoncie kształty, które mogły być ruinami.

Od południa, gdy zaczynała się Maskarada Słońca (wszystkie pory dzieci robaka ustalały arbitralnie, gdyż światło było dniem i nocą takie samo), aż do północy wszyscy ucztujący, nawet człowiek-robak, musieli nosić maski. Wielkie okno zasłaniano ciężkimi kotarami z czer­wonego aksamitu, by nie było widać słońca. Milczący pochodniarze przynosili przysmaki na czarnych, żelaznych tacach, które ustawiali na długim stole. Były tam sycą­ce grzyby w śmietanowym sosie, delikatnie doprawione purchawki, maleńkie ślimaki owinięte w boczek, wonne, zielone wino, w którym roiły się żywe, próbujące uciekać przyprawowe robaki, smażone pełzacze, pieczone dziuroświnie z królewskiej spiżarni człowieka-robaka, gorący grzybowy chleb i tysiąc innych smakołyków. Jeśli goście mieli szczęście, głównym daniem było tłuste jękolowe dziecko o sześciu kończynach (albo nawet dwoje dzieci), bliskie już osiągnięcia dojrzałości, starannie polane tłusz­czem i podane w całości. Jego mięso było białe i soczyste. Wszyscy jedli tyle, ile tylko mogli w sobie pomieścić, żar­towali i śmiali się przez woalki i domina, potem zaś cały­mi godzinami tańczyli w blasku pochodni, a w ścianach i w podłodze ich ruchy parodiowały obsydianowe duchy. Gdy wreszcie nadchodziła północ, zaczynało się zdejmo­wanie masek. Kiedy wszyscy odsłonili już twarze, spiżowi rycerze nieśli aktualnego człowieka-robaka pod czwartą ścianę, by pociągnął za sznur kotary (jeśli jeszcze miał ręce; w przeciwnym razie robili to sami) i ukazał słońce.

Człowiekiem-robakiem był w tym roku Drugi Vermentor, czternasty w jego dynastii władca, sprawujący rządy nad yaga-la-hai w Wielkiej Komnacie Domu Robaka. Pa­nował dwanaście lat i wkrótce jego czas miał dobiec koń­ca, gdyż kapłani-chirurdzy dokonali już swego świętego dzieła i nie pozostało nic do oczyszczenia oprócz nazbyt ludzkiej głowy sterczącej z wijącego się, krętego tułowia. Wkrótce stanie się jednością z Wielkim Robakiem. Jego syn był już przygotowany, by przejąć obowiązki ojca.

Spiżowy rycerz Groff, wielki i sztywny w swej zbroi, zaniósł Vermentora pod okno i odegrał rolę jego rąk. Ak­samit odsunął się gładko, odsłaniając stare słońce, człowiek-robak zaintonował święte, starożytne słowa i dzieci robaka zebrały się przy szybie, by przez nią wyjrzeć.

Annelyn, otoczony przez przyjaciół i akolitów, był jed­nym z tych, którzy stali najbliżej szkła. Tego właśnie chciał. Zawsze pchał się do przodu. Był przystojnym, smukłym młodzieńcem, rosłym i pełnym wdzięku. Wszyscy wyso­ko urodzeni yaga-la-hai posiadali miękką skórę barwy mokki, lecz jego skóra była najdelikatniejsza. Większość mężczyzn miała włosy blond lub rudoblond, jego czupry­na zaś była koloru najjaskrawszego, żółtego złota. Otaczała mu głowę delikatnymi, rzeźbionymi kędziorami. Wiele dzieci robaka miało niebieskie oczy, lecz żadne z nich nie dorównywały głębokiemu błękitowi oczu Annelyna.

Kiedy odsunięto kotary, to on odezwał się jako pierwszy.

— Czarne obszary są coraz większe — powiedział do tych, którzy stali obok. — Wkrótce nie będziemy już po­trzebowali zasłon. Słońce samo wkłada maskę.

Roześmiał się.

— Umiera — sprzeciwił się Vermyllar, chudy chłopak o zapadniętych policzkach i płowych włosach, który za bardzo się przejmował. — Dziadek mówił mi kiedyś, że były czasy, gdy czarne równiny miały barwę kopcącej czer­wieni, a morza i rzeki składały się z białego ognia i patrze­nie na nie sprawiało ból.

Dziadek Vermyllara był drugim synem człowieka-robaka i w związku z tym wiedział mnóstwo różnych rzeczy, które przekazał wnukowi.

— Być może kiedyś tak było — przyznał Annelyn — ale idę o zakład, że nie za jego czasów czy nawet za czasów jego dziadka.

Annelyn nie był spokrewniony z rodem człowieka-robaka i nie miał dostępu do tajemnych źródeł wiedzy, lecz zawsze był bardzo pewny siebie, a jego przyjaciele — Vermyllar, tęgi Riess i piękna Caralee — uważali go za najmądrzejszego i najdowcipniejszego z ludzi. Kiedyś nawet zabił jękola.

— Nie martwisz się tym, że słońce umiera? — zapytała Caralee. Potrząsnęła swobodnie jasnymi lokami, odwra­cając się ku niemu. Była tak podobna do Annelyna, że mogłaby być jego bliźniaczą siostrą. Może właśnie dlatego tak bardzo jej pragnął. — Że w tunelach zrobi się zimno?

 

Annelyn roześmiał się po raz drugi, a Riess poszedł za jego przykładem. (Grubas zawsze śmiał się razem z nim, choć Annelyn podejrzewał, że rzadko rozumiał, na czym polegał żart).

— Słońce umierało już na długo przed tym, nim zjawi­łem się w Domu Robaka i będzie jeszcze umierało długo po tym, gdy już go opuszczę — oświadczył Annelyn, od­wracając się od okna. Wyglądał dziś wspaniale w swym kostiumie z jasnoniebieskiego jedwabiu i pajęczej szarości, ze znakiem thety przyszytym na piersi. — Jeśli zaś chodzi o zimno — ciągnął, prowadząc troje towarzyszy z powro­tem ku stołowi — to nie wierzę, żeby nasze stare słońce miało cokolwiek wspólnego z ciepłem.

— Ma — zapewnił go Vermyllar, który przyszedł ubra­ny w brązowe łachmany jak grzybowy farmer. Oboje z Caralee dotrzymywali Annelynowi kroku. U ich stóp mknęły obsydianowe odbicia. Riess sapał ciężko za ich plecami, usiłując nadążyć za nimi w fałszywej zbroi spiżowego ry­cerza.

— Dziadek ci to powiedział? — zapytał Annelyn. Gru­bas parsknął śmiechem.

— Nie — odparł Vermyllar, marszcząc brwi. — Ale czy zauważyłeś, jak bardzo słońce przypomina gorący węgie­lek, ukradziony z komory ogniowej?

— Być może — przyznał Annelyn. Zatrzymał się przed czarą z winem i napełnił dwa puchary ze szlifowanego kryształu jaskrawozielonym płynem. Łowił długo w cza­rze, aż wreszcie znalazł dwa robaki zwinięte w wijący się węzeł. Wrzucił je do trunku przeznaczonego dla Caralee. Gdy wręczył jej puchar, uśmiechnęła się na jego propo­zycję. Drugi puchar, z jednym robakiem, wziął dla siebie. Zwrócił się w stronę Vermyllara.

— Jeśli słońce nie jest niczym więcej niż olbrzymim kawałem węgla — ciągnął — to nie musimy się martwić, gdyż mamy pod ręką mnóstwo mniejszych węgielków, a pochodniarze zawsze mogą przynieść z mroków następne.

Riess zachichotał. Położył hełm na stole i jadł z talerza pikantne pająki.

— Może to i prawda — zgodził się Vermyllar. — Ale jeśli przyznajesz, że słońce jest węglem, to z pewnością pomaga w ogrzaniu tuneli.

— Nie — sprzeciwił się Annelyn. — To było tylko przy­puszczenie. Myślę, że słońce jest czymś w rodzaju ozdoby, którą Biały Robak umieścił na niebie, by dać nam światło i powód do urządzania maskarad.

Co zdumiewające, nagle zabrzmiał śmiech, niski i ochrypły. Annelyn natychmiast przestał się uśmiechać. Zmarszczył brwi, bowiem zdał sobie sprawę, że kogoś rozbawił nie jego dowcip, lecz on sam. Wyprostował się i odwrócił poirytowany.

Gdy jednak zobaczył, kto się śmiał, uniósł tylko puchar (i piękne, jasne brwi) w drwiącym pozdrowieniu.

Dostarczyciel Mięsa (tak go nazywano; jeśli posiadał inne, prawdziwsze imię, nie zdradzał go nikomu) przestał się śmiać. Zapadła cisza. Był niskim, szerokim w ramio­nach mężczyzną, o głowę niższym od Annelyna i znacz­nie brzydszym niż wszyscy yaga-la-hai. Miał proste, białe włosy, cętkowaną różowo-brązową skórę i olbrzymi, płaski nos. Jego pomarańczowokarmazynowe odbicie, migoczące w obsydianie w blasku pochodni, było wyższe i przystoj­niejsze od niego.

Przyszedł na Maskaradę Słońca sam i bez kostiumu. Wydawał się tu straszliwie nie na miejscu. Wpuszczono go tylko ze względu na jękolowe dziecko, które przyniósł. Za­miast pięknego przebrania miał na sobie swój zwykły strój uszyty z mlecznobiałej skóry jękoli oraz bezbarwny, krótki płaszcz, utkany z ich włosów. Wszyscy w Domu Robaka znali jego przechwałki, że ubiera się w skóry i włosy jękoli, które zabił osobiście. Był Dostarczycielem Mięsa i w poje­dynkę zapuszczał się w głębokie, pozbawione okien tunele.

Caralee popatrzyła na niego, bardzo zaciekawiona.

— Co cię rozśmieszyło? — zapytała.

— Twój zabawny przyjaciel — odrzekł Dostarczyciel Mięsa. Jego głos był za niski, nazbyt ochrypły. Annelyn czuł się trochę głupio. Obrażał go cętkowany mężczyzna, który mamrotał jak pochodniarz. Na dodatek zaczynali się wokół nich zbierać ciekawscy. Yaga-la-hai zawsze inte­resowali się wszystkim, co dziwne, a Dostarczyciel Mięsa był najdziwniejszym z nich. Poza tym wszyscy znudzili się już oglądaniem słońca.

— Zawsze z przyjemnością spotykam kogoś, kto potrafi docenić błyskotliwość — powiedział Annelyn, starając się obrócić zawoalowaną obelgę w komplement.

— Doceniam błyskotliwość — odparł Dostarczyciel Mięsa. — Chciałbym ją tylko gdzieś znaleźć. Na tej ma­skaradzie jej nie ma.

Annelyn uznał, że jego rozmówcy brak subtelności.

— Zależy z czym ją porównywać — rzucił. — Być może jesteś przyzwyczajony do rozkosznych pogaduszek z jękolami.


Riess zachichotał. Dostarczyciel Mięsa uśmiechnął się do niego ze złością.

— Jękole mają więcej rozumu niż twój głupkowaty przyjaciel i więcej wiedzy od ciebie.

Wokół rozległy się stłumione śmiechy. Annelyn nie był pewien, czy ich powodem była niedorzeczność słów Do­starczyciela Mięsa, czy zawarta w nich obelga.

— A więc poznałeś sekrety jękoli? — zapytał od nie­chcenia.

— Tak, one mają sekrety. I ja je znam. A także inne tajemnice.

— Jękole to zwierzęta — wtrącił Vermyllar.

— Tak samo jak ty — zgodził się Dostarczyciel Mięsa. Vermyllar się zaczerwienił.

— Ubrałem się dzisiaj w łachmany, ale tylko na maska­radę. Mój dziadek był synem człowieka-robaka.

— Lepiej, że twój dziadek niż ty — rzucił Dostarczyciel Mięsa.

Tym razem to Caralee parsknęła śmiechem. Annelyn popatrzył na nią, przerażony, że bawi ją podobne grubiaństwo.

— Drwisz z takiego zaszczytu? — zapytał. — Z wielkiej wiedzy? Z odpowiedzialności?

— To już moja odpowiedzialność jest większa — rzekł spokojnym głosem Dostarczyciel Mięsa. — Podobnie jak odpowiedzialność wszystkich, którzy próbują schodzić na dół po mięso jękoli. Człowiek-robak ma tylko przebrzmia­łe, rytualne obowiązki, których nikt nie pojmuje. A co do jego wielkiej wiedzy, w tym również go przerastam. Yaga-la-hai nie wiedzą o sobie ani o Domu Robaka nic oprócz półprawd i pokrętnych kłamstw. A zaszczyt? — Wskazał w kierunku okna, przy którym Groff, odziany w ozdobnie kutą, ciemną jak rdza zbroję, wciąż stał na baczność z człowiekiem-robakiem w ramionach. Inni spiżowi rycerze zasuwali kotary. Znowu zaczęły się tańce.

— Słucham? — zachęcił go Annelyn bezbarwnym gło­sem.

— Ten zaszczyt to tylko ohydny ból — ciągnął Do­starczyciel Mięsa. Jakby dla podkreślenia tych słów, człowiek-robak uniósł nagle głowę. Jego białe ciało zaczęło się miotać w ramionach Groffa. — Raz za razem musi iść pod nóż, a kiedy się budzi, zostaje w nim coraz mniej z czło­wieka. Na koniec czeka go okaleczenie i śmierć. Zaszczyt?

Zebrani tłumnie gapie wyglądali na zaszokowanych, pomijając garstkę tych, którzy słuchali już kiedyś słów Dostarczyciela Mięsa i znali jego zabawną zuchwałość.

— Człowiek-robak podlega oczyszczeniu — wtrącił Riess. (Bez względu na swe wysiłki, w głębi duszy pozo­stawał ortodoksyjnym tępakiem i wszyscy o tym wiedzie­li). — Staje się jednością z Białym Robakiem!

Annelyn uciszył go. Uważał się za człowieka skłonnego do cynizmu i szokujących wypowiedzi.

— Być może masz rację z tym zaszczytem — przyznał. — Wolnomyśliciele, tacy jak ja, także podważają niekiedy ten zwyczaj. Ale…

Dostarczyciel Mięsa ponownie parsknął śmiechem. Odrzucił głowę do tyłu, rycząc głośno. Annelyn zaczer­wienił się mocno. Wypił jednym haustem całe wino — razem z robakiem — usiłując zachować spokój.

— Wolnomyśliciel! — wydusił wreszcie z siebie Do­starczyciel Mięsa, gdy przestał się śmiać. — Wątpię, żeby w twojej głowie choć raz ulęgła się wolna myśl. Jesteś ni­czym. Czymś mniej nawet niż człowiek-robak.

Przepchnął się obok Annelyna i zaczął napełniać swój puchar winem.

— Zabiłem jękola — powiedział pośpiesznie Annelyn, nie zastanawiając się nad swymi słowami. Pożałował ich, gdy tylko je wypowiedział.

Dostarczyciel Mięsa zwrócił się w jego stronę z uśmie­chem na ustach. Tym razem wszyscy się roześmiali. Ko­mentarz był zbyteczny. Każdy wiedział, że Dostarczyciel Mięsa zabił nie jednego, lecz pewnie ze sto jękoli. Nawet Caralee dołączyła się do śmiejących. Vermyllar i Riess na szczęście zachowali milczenie. Choć Annelyn był wysoki, odniósł nagle wrażenie, że Dostarczyciel Mięsa znacznie go przerasta. Spuścił wzrok i zobaczył spoglądającą na niego z obsydianu własną twarz, głupią i wstrząśniętą.

Dostarczyciel Mięsa popatrzył z uznaniem na Caralee.

— Dziel dziś ze mną łoże — zaproponował nagle bez ogródek, zupełnie jak pochodniarz. Nie wiedział, co to wstyd. Wstrząśnięty Annelyn podniósł wzrok. Caralee była odziana w błękit i pajęczą szarość, tak samo jak on. Było oczywiste, że są razem. Ponadto dał jej puchar z pa­rzącymi się robakami!

Obrzuciła go przelotnym spojrzeniem, po czym z lekceważeniem odgarnęła jasne loki i zwróciła się ku Dostarczycielowi Mięsa.

— Zgoda — powiedziała z dziwnym podnieceniem w głosie. Oboje oddalili się na wielkie, czarne lustro, by wirować, wić się i ślizgać w skomplikowanym, starożyt­nym tańcu yaga-la-hai.

— Upokorzył nas — rzucił rozwścieczony Annelyn do Riessa i Vermyllara, obserwując, jak Dostarczyciel Mięsa nieudolnie parodiuje wdzięczne ruchy Caralee.

— Powinniśmy pójść z tym do człowieka-robaka — zasugerował Vermyllar.

Riess nic nie odpowiedział, zaniepokojony wykrzywił jednak okrągłą twarz, sięgając po następnego pikantnego pająka.

— Nie — odparł Annelyn. Za pełnym przecudnych kolorów morzem wijących się tancerzy Groff zaniósł już człowieka-robaka z powrotem do niszy z piaskiem. Pod ścianami komnaty chodzili przysadziści pochodniarze, ga­sząc dwie żagwie na każde trzy. Wkrótce nad obsydianem zapadła ciemność, a jasne odbicia w szkle przerodziły się w czerwone smugi. W mrocznych kątach kilka śmielszych par przystąpiło już do zdejmowania przebrań z ciał. Inni mieli wkrótce podążyć za ich przykładem. Annelyn za­mierzał zdjąć strój z Caralee. Teraz został sam.

— Dlaczego nie? — pytał Vermyllar. — Słyszałeś go. Nazwał mnie zwierzęciem, a przecież jestem wnukiem człowieka, który mógł zostać człowiekiem-robakiem.

Annelyn uciszył go ruchem ręki.

— Będziesz miał swoją zemstę — zapewnił. — Ale zgodnie z moją wolą. — Wbił spojrzenie intensywnie nie­bieskich oczu w głąb komnaty, gdzie Dostarczyciel Mięsa prowadził już Caralee do kąta. — Według mego planu — powtórzył. — Chodźcie — rzucił nagle i wyprowadził ich z sali.

Nazajutrz spotkali się wczesnym rankiem, wśród ku­rzu i wyblakłych gobelinów rzadko używanego Dolnego Tunelu, który łączył większość głównych korytarzy yaga-la-hai, a potem zakręcał w dół, zaczynając długie zejście w nieskończoność. Pierwszy zjawił się Annelyn. Ubrany był w gładką, lśniącą czerń. Włożył też kaptur tego samego koloru, chcąc ukryć lśniące włosy. Jedynym ustępstwem na rzecz próżności była złota theta, wyszyta na piersi. Do pasa z czarnego sznura przytroczył rapier i sztylet.

Wkrótce przyszedł Riess. Miał na sobie ciasną, podbitą skórą kolczugę i gruby płaszcz z pajęczej szarości. Obaj z Annelynem usiedli na kamiennej podłodze, naprzeciw­ko czarnego otworu, z którego przez zardzewiałą kratę buchało na nich gorące, wilgotne powietrze. Jedyne źró­dło światła stanowiły tu nieliczne pochodnie, osadzone w spiżowych dłoniach umieszczonych na ścianach, a także okna — wąskie szczeliny w suficie, dwadzieścia stóp nad ich głowami, z których sączyła się bladoczerwona poświa­ta. Ulokowano je w odległości dziesięciu stóp od siebie wzdłuż całego Dolnego Tunelu, aż do miejsca, w którym zaczynał opadać w dół. Kiedyś, gdy był jeszcze chłopcem, Annelyn ustawił na środku korytarza wielki stos starych rupieci i wdrapał się na niego, by wyjrzeć na zewnątrz. Nie było tam jednak nic do oglądania. Grubość szkła przerastała wzrost człowieka, podobnie jak w przypadku kamienia murów. To szczęście, że przedostawało się przez nie choć trochę światła.

Vermyllar się spóźniał. Annelyn siedział ze skrzyżo­wanymi nogami, wbijając wzrok w wiszące na ścianie gobeliny. Przedstawione na nich obrazy obróciły się już w pokrytą cętkami szarość. Riess był bardzo podekscyto­wany. Opowiadał o wymyślnych torturach, jakim podda­dzą Dostarczyciela Mięsa.

— Kiedy go złapiemy, powinniśmy przeciągnąć mu sznury przez kostki i powiesić go głową w dół — zasu­gerował tęgi młodzieniec. — Potem możemy kupić od kapłanów-chirurgów garnek krwawych robaków i poprzyczepiać je wszędzie na jego ciele, żeby wyssały go do sucha.

 

Annelyn pozwolił mu gadać. Wreszcie pojawił się Vermyllar, odziany w czarno-szary strój. Trzymał w dłoniach pochodnię i długi sztylet. Obaj zerwali się z podłogi, by go przywitać.

— Nie powinienem był tu przychodzić — stwierdził Vermyllar. Twarz miał wymizerowaną, lecz w obecności przyjaciół nieco poweselał. — Jestem prawnukiem samego człowieka-robaka — ciągnął. Schował sztylet do pochwy, a Riess wziął od niego pochodnię. — Nie powinienem był cię słuchać, Annelynie. Wszystkich nas zjedzą jękole.

— Dostarczyciela Mięsa nie zjadły, a on jest tylko jeden, podczas gdy nas jest trzech — oświadczył Annelyn. Ruszył w głąb Dolnego Tunelu, ku niekończącej się szarości, gdzie kamienia nie pokrywały już pasemka czerwonego światła. Pozostali podążyli za nim.

— Jesteś pewien, że on chodzi właśnie tędy? — zapytał Vermyllar. Minęli drugi kwadratowy, czarny otwór. Ich płaszcze poruszyły się i załopotały w jego ciepłym odde­chu. Vermyllar wskazał na wylot. — Może złazi do lego­wisk jękoli jednym z tych przejść?

— Są bardzo strome i okropnie gorące — odparł Anne­lyn. — Gdyby próbował zejść tamtędy, spadłby albo się po­parzył. Poza tym wielu ludzi widziało, jak Dostarczyciel Mię­sa idzie Dolnym Tunelem. Wypytałem o to pochodniarzy.

Zatrzymali się pod ostatnim oknem. Przed nimi ciąg­nął się schodzący w otchłań Dolny Tunel. W jego suficie nie było już żadnych otworów. Vermyllar zatrzymał się w oświetlonej strefie.

— Jękole — powiedział. — Annelynie, tam są jękole. Daleko od okien.

Oblizał wargi.

— Zabiłem już kiedyś jękola — przypomniał mu Annelyn. — Przecież mówiliśmy już o tym. Mamy pochodnię i każdy z nas zabrał zapałki. W całym tunelu są stare ża­gwie. Wiele z nich można zapalić. Zresztą jękole nigdy nie zapuszczają się tak wysoko. Odkąd żywi sięgają pamięcią, nikt nie widział żadnego z nich w Dolnym Tunelu.

— Każdego miesiąca znikają ludzie — nie ustępował Vermyllar. — Grzybowi farmerzy. Łowcy jękoli. Dzieci.

Annelyn zaczynał się irytować.

— Łowcy jękoli schodzą głęboko, więc oczywiście cza­sem dają się złapać. Co do pozostałych, kto wie? Boisz się ciemności?

Tupnął niecierpliwie.

— Nie — odparł Vermyllar. Podszedł do nich. Dłoń jednak trzymał na rękojeści sztyletu.

Zanim Annelyn ruszył dalej, podszedł do łukowatej ściany, wyciągnął rękę w górę i wyjął pochodnię z wyko­nanej ze spiżu dłoni. Zapalił ją od płomieni tej, którą niósł Riess. Nagle mieli dwukrotnie więcej światła.

— Proszę — powiedział, wręczając pochodnię Vermyllarowi. — Chodź.

Podążyli długim, ciemnym korytarzem, który biegł po łuku, wciąż, niemal niepostrzeżenie, opadając w dół. Mija­li gobeliny, z których pozostały tylko zbutwiałe, zwisające luźno nici, i inne, które przerodziły się w gęstą, skłębioną masę grzybów. Mijali niekończącą się serię pochodni osa­dzonych w zaciśniętych dłoniach. (Co druga z nich była pusta, a tylko jedna żagiew na pięćdziesiąt się paliła). Mi­jali niezliczone obudowane cegłami wyloty tuneli, a także kilka takich, gdzie cegły rozpadły się i obróciły w pył. Mi-

Szli w milczeniu, wiedząc, że ich głosy wywołałyby echo. Mieli nadzieję, że kurz na podłodze stłumi odgłosy kro­ków. Nie zatrzymywali się, dopóki nie stracili z oczu ostat­niego okna, i jeszcze potem przez godzinę. Wreszcie do­tarli do miejsca, w którym Dolny Tunel się kończył. Przed nimi znajdowały się dwa kwadratowe otwory. Zamykające je metalowe drzwi dawno już obróciły się w płatki rdzy. Riess wetknął w jeden z nich pochodnię, lecz dostrzegł tylko kilka grubych kabli, które owijały się wokół siebie, opadając w przepaścisty mrok szybu, który zdawał się nie mieć dna. Odskoczył zdumiony, omal nie wypuszczając z rąk pochodni.

— Ostrożnie — ostrzegł go Annelyn.

— Co to jest? — zapytał Riess.

— Być może pułapka — zasugerował Vermyllar. Wsu­nął własną pochodnię w drugi otwór. Zobaczyli kamienne schody, wiodące stromo w dół. — Widzicie? Kiedyś było tu dwoje drzwi. Wróg albo jękol mógł wybrać niewłaściwe, wpaść do szybu i się zabić. Zapewne był to po prostu szyb wentylacyjny, który wyposażono w drzwi.

Annelyn podszedł do Riessa.

— Nie — rzucił, zaglądając w otchłań. — Są tam sznu­ry i w szybie jest zimno. — Gdy potrząsnął głową, opadł mu kaptur, odsłaniając jasne loki, które zalśniły delikatnie w migotliwym blasku pochodni. — Nieważne — orzekł. — Zaczekamy tutaj. Jeśli zejdziemy jeszcze niżej, napraw­dę spotkamy jękole. Poza tym, wolę nie wiedzieć, dokąd prowadzą te schody. Lepiej zaczekać i pozwolić, żeby Do­starczyciel Mięsa wskazał nam drogę.

— Co? — Vermyllar był wstrząśnięty. — Nie chcesz złapać go tutaj?

Annelyn się uśmiechnął.

— Ha! To byłaby dziecinna zemsta. Nie, pójdziemy za nim, głęboko do krainy jękoli. Poznamy wszystkie jego tajemnice, całą wiedzę, którą tak się przechwala. Prze­konamy się, jak to się dzieje, że za każdym razem wraca z mięsem, podczas gdy inni łowcy jękoli znikają. Dopiero potem go zabijemy.

— Nic o tym nie mówiłeś — sprzeciwił się Riess, roz­dziawiając usta.

— Odeszliśmy za daleko od okien — zauważył Vermyllar i zaczął się cofać.

Annelyn roześmiał się cicho.

— Jesteś dzieckiem — powiedział Riessowi. — Dotar­łem tutaj, kiedy miałem połowę twoich lat. Tu właśnie zabiłem tego jękola. — Wskazał na schody. — Wylazł stamtąd, na czterech nogach. W ogóle nie bał się ognia, a ja miałem tylko pochodnię.

Obaj jego towarzysze wpatrywali się w ciemny otwór drzwi.

— Och — wykrztusił z siebie Riess.

— Naprawdę? — odezwał się nowy głos za ich plecami. Pochodnia wypadła Vermyllarowi z rąk. Złapał za sztylet. Wszyscy trzej odwrócili się błyskawicznie.

Na granicy oświetlonego obszaru stał potężny rudobro­dy mężczyzna odziany w czerń. Patrzył na nich uważnie. Na ramieniu dźwigał topór ze spiżu. Annelynowi trudno było go rozpoznać bez zbroi, nagle jednak sobie przypomniał.

— Groff — powiedział.

Spiżowy rycerz skinął głową.

— Śledziłem was przez cały Dolny Tunel. Robicie bar­dzo dużo hałasu.

Nic mu nie odpowiedzieli. Vermyllar podniósł pochod­nię z podłogi.

— A więc chcecie zabić Dostarczyciela Mięsa? — za­pytał Groff.

— Tak — przyznał Annelyn. — Nie przeszkadzaj nam w tym, Groffie. Wiem, że yaga-la-hai zawdzięczają mu ob­fitość mięsa jękoli, ale kiedy już poznamy jego tajemnice, przejmiemy po nim to zadanie. Człowiek-robak nie ma powodu opowiadać się po jego stronie.

Zacisnął wargi w wyrazie uporu.

Groff zachichotał gardłowo. Ujął w rękę ciężki topór.

— Nie przejmuj się, małe dziecko robaka. Dostaniesz swoje ścierwo. Moim zadaniem również jest zabicie Do­starczyciela Mięsa.

— Co? — zdziwił się Riess.

— Czy to rozkaz człowieka-robaka? — zapytał podeks­cytowany Vermyllar.

— Człowiek-robak nie myśli o niczym poza nadcho­dzącym zjednoczeniem z Białym Robakiem — oznajmił z uśmiechem Groff. — I może też poza bólem; tak, być może myśli i o nim. Nie, to rozkaz jego doradców. Do­starczyciel Mięsa ukrywa zbyt wiele tajemnic. Doradcy uważają, że nie jest naprawdę jednym z yaga-la-hai. Po­nadto jego zachowanie zbyt rzuca się w oczy. Jest brzydki i sieje zamęt, a do tego kłamie. Co więcej, od chwili gdy przed dwoma laty zdaliśmy sobie sprawę z jego istnienia, coraz mniej łowców jękoli wraca z podziemi. Tylko jemu się to udaje. Ja też polowałem kiedyś na jękole, chociaż prawdopodobnie nie zapuszczałem się tak głęboko jak Dostarczyciel Mięsa, który twierdzi, że dotarł do miejsca, gdzie milion lat temu spiżowi rycerze toczyli wojny z tymi stworami. Nie zszedłem aż tak nisko, ale znam korytarze jękoli i nie boję się ciemnych tuneli. — Popatrzył na Annelyna. — Naprawdę spotkałeś tutaj jękola?

Młodzieniec czuł na sobie spokojne spojrzenie osadzo­nych pod gęstymi rudymi brwiami oczu.

— Tak — odparł odrobinę za szybko, bojąc się, że Groff skądś zna prawdę. Kiedy Annelyn go znalazł, jękol leżał u wejścia na schody; mamrotał coś, wstrząsany przed­śmiertnymi dreszczami. Chłopak patrzył przerażony, jak sześć chudych kończyn istoty zadrżało spazmatycznie (i krótko), a zapadnięte, wilgotne plamy pozbawionego skóry ciała, które zastępowały jękolom oczy, poruszały się bezładnie. Gdy ścierwo znieruchomiało, Annelyn przypa­lił je pochodnią, a następnie zawlókł do tuneli yaga-la-hai.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?