Starcie królówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Starcie królów
Starcie królów
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 102,90  82,32 
Starcie królów
Audio
Starcie królów
Audiobook
Czyta Krzysztof Banaszyk
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



George R.R. Martin

Starcie królów


Tytuł oryginału

A Clash of Kings ISBN 978-83-8116-874-8 Copyright © 1999 by George R. R. Martin Foreword copyright © 2019 by Bernard Cornwell Illustrations, unless otherwise noted, copyright © 2019 by George R. R. Martin Maps copyright © 2011 by Jeffrey L. Ward All rights reserved Copyright © 2000, 2019 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Cover design and illustration: David G. Stevenson, based on images © Shutterstock Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Johna i Gail, którzy dzielili się ze mną mięsem i miodem

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Przedmowa

BERNARD CORNWELL

„Splendor tego widowiska: nadrzeczne pole wypełniły namioty, przed wejściem do każdego z nich wisiała tarcza rycerza, długie szeregi jedwabnych proporców powiewały na wietrze, a w stalowych mieczach i pozłacanych ostrogach odbijało się słońce”.

Witajcie w Westeros, wyimaginowanym świecie stworzonym

z niezrównaną biegłością przez George’a R.R. Martina. Wystarczy jedno spojrzenie na pole turniejowe, by się zorientować, że to miejsce nie jest dla nas obce. Przypomina świat arturiańskich romansów, w których

rycerskie ideały osiągnęły swój szczyt, a wielkie zamki, potężne cytadele i królewskie dwory pełne są monarchów, arystokratów i rycerzy oraz ich dam. Gdy odwiedzamy Westeros, o oszołomienie przyprawiają nas wyniosłe wieże Harrenhal, dekadenckie luksusy Qarthu czy potężna morska forteca Żelaznych Ludzi. Mieszkańcy tych romantycznych miejsc dorównują wspaniałością im samym. Kobiety są odziane w gronostajowe futra i piaskowy jedwab, a złowrogich mężczyzn spowijają utwardzone skóry

i stal. Jak Brienne z Tarthu mówi Catelyn „w pieśniach wszyscy rycerze są dzielni, dziewczęta piękne, a słońce nigdy nie przestaje świecić”.

Ale pieśni kłamią. George R.R: Martin stworzył świat pełen romantycznych rycerskich ideałów, ale większość jego mieszkańców uczynił potworami, pełnymi chciwości, ambicji i okrucieństwa.

Jak mówi nam Davos Seaworth „ten świat jest beznadziejnie zwichrowany”. Nie wszystkie postacie są potworami, ale w Pieśni Lodu

i Ognia — cyklu, którego drugim tomem jest Starcie królów — uczciwość rzadko spotyka się z nagrodą. Ci, którzy czytali pierwszą powieść, Grę

o tron, z pewnością pamiętają lorda Eddarda Starka. Był on rycerskim, honorowym człowiekiem, wiernym mężem i lojalnym doradcą króla, ale w chwili, gdy zaczyna się Starcie królów, jego głowę nadziano już na palik na murach Czerwonej Twierdzy w Królewskiej Przystani, by stała się pokarmem dla wron. Tak właśnie wygląda prawda o Westeros. Warstewka rycerskiego honoru jest bardzo cienka, a zdradę wysysa się z mlekiem matki.

Jak powszechnie wiadomo, George R.R: Martin powiedział, że Pieśń Lodu i Ognia jest luźno oparta na wydarzeniach wojny dwóch róż, równie dobrze jednak mógł wybrać na swój model dowolną wojnę stoczoną

w średniowiecznej Europie. Wszystkie te konflikty toczyły się na urokliwym tle, pełnym wspaniałych zamków należących do arystokratów i eterycznego piękna wyniosłych katedr. Tamta epoka również w teorii wyznawała rycerskie ideały. Geoffrey Chaucer opiewa ideał „rycerza szlachetnego i prawego”, ale w roku 1415 syn poety, Thomas, dowodził kontyngentem żołnierzy podczas najazdu Henryka V na Francję, który doprowadził do bitwy pod Azincourt. Ludzie, którzy w niej walczyli, wychowywali się na rycerskich legendach, ci z nich, którzy posiedli umiejętność czytania, znali traktaty o wszelkich moralnych cnotach, a Kościół nakłaniał ich do okazywania miłosierdzia, lecz mimo to, jak określił to sir John Keegan, podczas bitwy zachowywali się „jak rzeźnicy”. Gdy zbliżał się koniec konfliktu, Anglicy trzymali w niewoli setki Francuzów. Wszyscy oni dali parol, ale król Henryk, przekonany, że nieprzyjaciel spróbuje kolejnego ataku, obawiał się, że nieuzbrojeni jeńcy mogą uderzyć na jego siły od tyłu, rozkazał więc wszystkich zamordować. Tak też zrobiono.

Rycerskie ideały spotkały się z rzeczywistością w błocie i krwi pod Azincourt. Czterdzieści sześć lat po tej rzezi, podczas wojny dwóch róż, stoczono bitwę pod Towton w północnej Anglii. Niedawno archeolodzy odkryli tam groby pokonanych. Specjalista od medycyny sądowej przyjrzał się szkieletom i odkrył przerażającą prawdę. Niektórzy z zabitych bali się w chwili śmierci tak bardzo, że zaciskali zęby z siłą wystarczającą do ich połamania. To właśnie jest świat, który opisuje George R.R. Martin, choć upiększa swój opis przepychem średniowiecznego dworu.

— Jeśli chcesz, by twoi ludzie byli ci wierni, muszą bać się ciebie bardziej niż wroga — mówi Cersei i jej okrucieństwo nas fascynuje. Westeros uwodzi nas swą złożonością i choć często również nas przeraża, nie przestajemy czytać, ponieważ Pieśń lodu i ognia jest przede wszystkim opowieścią, a my jesteśmy w rękach mistrza narracji, którego wyobraźnia dorównuje wielkością jego wizji. Dla powieściopisarza stworzenie całego świata nie jest łatwym zadaniem, nawet jeśli ten świat wydaje się nam znajomy. Jeszcze trudniej jest przekonać czytelnika, że ten wymyślony świat jest realny. Niemniej Westeros istnieje naprawdę, w całej swej chwale i grozie, dzięki talentowi George’a R.R. Martina. Serial telewizyjny wspaniale pokazał nam ten świat, ale poczucie realności rodzi się ze szczegółów, a te szczegóły pochodzą z książek. Każdy czytelnik znajdzie w Starciu królów jaką scenę, która zapadnie mu w pamięć. Dla mnie była to głodująca staruszka, która wracała chyłkiem do domu, trzymając za ogon zdechłego kota, mającego się stać jej kolacją. Nie wiemy, kim była ta kobieta, nie pojawia się już nigdy w sadze, ale jej obecność dodaje realności wyimaginowanego światu.

Nic nie jest proste, a prawie nic nie jest prawdą — mówi nam Tyrion. Dla wielu z nas właśnie ten nadzwyczajny, subtelny karzeł stał się najlepszym przewodnikiem po wojnach o Żelazny Tron, niemniej jest on tylko jedną z wielu zapadających w pamięć postaci. Fabuła i szczegóły to za mało, nawet w rękach mistrza, ale Pieśń lodu i ognia ma tyle wyrazistych postaci, że można by nimi obsadzić kilkanaście telewizyjnych seriali. Cersei i Jaime, Daenerys i Jon Snow, Arya i Ogar — ta lista mogłaby zająć całą stronę, a wszyscy oni — dobrzy, źli i zdezorientowani — są wartościowymi elementami gigantycznej sagi stworzonej przez Martina. To fantastyczne postacie i cały cykl należy do gatunku fantasy, lecz choć czasami tej nazwie nadaje się pogardliwy wydźwięk, nie ma do tego żadnego powodu. Utopia była tworem wyobraźni, podobnie jak Las Ardeński Szekspira, Wyspa Liliputów i Śródziemie Tolkiena. Powieści historyczne, jakie ja pisuję, próbują otworzyć przed nami okno prowadzące w przeszłość, natomiast powieści „fantasy” z pewnością są zwierciadłem, w którym odbija się nasza teraźniejszość. Nie ma nic dziwnego w tym, że Pieśń Lodu i Ognia, pełna opisów okrucieństwa, chciwości oraz ambicji, spotkała się z tak przychylnym przyjęciem. Witajcie w naszym świecie.

PROLOG


Ogon komety przecinał blask jutrzenki niczym czerwona szrama krwawiąca ponad turniami Smoczej Skały, rana zadana różowopurpurowemu niebu.

Maester stał na wystawionym na podmuchy wiatru balkonie, z dala od swych komnat. Tu właśnie przybywały po długim locie kruki. Ptaki splamiły swymi odchodami wznoszące się po obu jego stronach kamienne chimery wysokości dwunastu stóp, przedstawiające piekielnego ogara i wiwernę. Dwie z otaczającego starożytną fortecę tysiąca. Gdy przybył na Smoczą Skałę, niepokoił go widok groteskowych, kamiennych posągów, z biegiem lat przyzwyczaił się jednak do nich. Uważał je teraz za starych przyjaciół. Obserwowali we trójkę niebo, pełni złych przeczuć.

Cressen nie wierzył w znaki. Mimo to... choć był już stary, nigdy w życiu nie widział komety, która byłaby choć w połowie tak jasna lub miała taki kolor, straszliwy kolor krwi, płomieni i zmierzchu. Zastanawiał się, czy patrzyły już na taką jego chimery. Były tutaj znacznie dłużej od niego i będą tu nadal stały, gdy jego już od dawna nie będzie. Gdyby kamienne języki umiały mówić...

Cóż za głupota. Stał wsparty o mur, w dole fale uderzały z hukiem o brzeg, a pod palcami czuł szorstki, czarny kamień. Mówiące chimery i wieszcze znaki na niebie. Jestem stojącym nad grobem, do cna zdziecinniałym starcem.

 

Czyżby będąca owocem wieloletnich starań mądrość opuściła go wraz ze zdrowiem i siłą? Był maesterem, uczył się w wielkiej Cytadeli Starego Miasta i tam też otrzymał swój łańcuch. Jak to możliwe, że głowę wypełniały mu przesądy, jakby był ciemnym parobkiem?

A jednak... a jednak... kometę było już widać nawet za dnia, z gorących szczelin Smoczej Góry wznoszącej się za jego plecami buchała jasnoszara para, a wczoraj rankiem biały kruk przyniósł wiadomość z samej Cytadeli. Choć z dawna jej oczekiwano, wzbudziła wielki strach. Lato dobiegło końca. Omeny się mnożyły i nie sposób już było ich ignorować.

Co to wszystko znaczy? — miał ochotę zawołać.

— Maesterze Cressenie, mamy gości. — Pylos mówił cicho, jakby tylko z najwyższą niechęcią przerywał starcowi medytację. Gdyby wiedział, jakie bzdury wypełniają jego myśli, krzyczałby wniebogłosy. — Księżniczka chce zobaczyć białego kruka. — Przestrzegający zawsze form Pylos nazywał ją teraz księżniczką, jako że jej pan ojciec był królem. Królem dymiącej skały otoczonej wielkim, słonym morzem, niemniej jednak królem. — Chce zobaczyć białego kruka. Jest z nią błazen.

Starzec odwrócił twarz od jutrzenki, wspierając się dłonią o wiwernę dla zachowania równowagi.

— Pomóż mi dojść do krzesła, a potem ich wpuść.

Pylos wziął go pod rękę i wprowadził do środka. W młodych latach Cressen był dziarskim piechurem, lecz zbliżał się już osiemdziesiąty dzień jego imienia i nogi miał słabe, a chód niepewny. Przed dwoma laty przewrócił się i złamał sobie biodro, które nie zrosło się prawidłowo. W zeszłym roku, gdy zachorował, ze Starego Miasta przysłano Pylosa, który przybył zaledwie kilka dni przed tym, nim lord Stannis zamknął wyspę... powiedzieli, że ma mu pomagać w pracy, Cressen znał jednak prawdę. Pylos miał go zastąpić, gdy umrze. Nie miał mu tego za złe. Ktoś będzie musiał zająć jego miejsce, i to prędzej, niżby tego pragnął...

Pozwolił, by młodszy mężczyzna posadził go za księgami i papierami.

— Przyprowadź ją. Nie uchodzi kazać damie czekać.

Machnął słabo ręką, nakazując Pylosowi się pośpieszyć, choć sam nie był już do tego zdolny. Skórę miał pomarszczoną i usianą plamkami, tak cienką, że dostrzegał pod nią pajęczyny żył i kształt kości. Dłonie strasznie mu się teraz trzęsły, choć kiedyś były tak pewne i zręczne...

Gdy Pylos wrócił, dziewczyna przyszła z nim, nieśmiała jak zawsze. Za nią zdążał błazen, jak zwykle podskakując dziwacznie bokiem i powłócząc nogami. Na głowie miał hełm wykonany ze starego wiadra, zwieńczonego jelenim porożem, z którego zwisały krowie dzwonki. Kiedy skakał, rozbrzmiewały, każdy innym głosem: klang-a-dang bong dong ring-a-ling klong klong klong.

— Kto odwiedza nas tak wcześnie, Pylosie? — zapytał Cressen.

— To ja i Plama, maesterze — odparła, mrugając powiekami niewinnych, niebieskich oczu. Jej twarz nie należała niestety do urodziwych. Po ojcu odziedziczyła wysuniętą, kwadratową szczękę, po matce fatalne uszy, a do tego szpeciła ją pozostałość po szarej łuszczycy, która omal nie zabrała dziewczynki, kiedy była jeszcze niemowlęciem. Dolną połowę jednego policzka i znaczny fragment szyi pokrywała spękana, łuszcząca się skóra. Mięśnie pod nią były sztywne i martwe, a usiane czarnymi i szarymi plamami ciało twarde jak kamień. — Pylos powiedział, że możemy obejrzeć białego kruka.

— Zaiste, możecie — odparł Cressen. Jakby kiedykolwiek jej czegoś odmówił. Odmówiono jej już zbyt wielu rzeczy. Na imię miała Shireen. W następny dzień swego imienia ukończy dziesięć lat i była najsmutniejszym dzieckiem, jakie widział w życiu. Jej smutek jest dla mnie wstydem — pomyślał starzec. To kolejny dowód mojej porażki.

— Maesterze Pylosie, bądź taki dobry i przynieś go z ptaszarni dla lady Shireen.

— Z przyjemnością. — Pylos był uprzejmym młodzieńcem. Liczył sobie nie więcej niż dwadzieścia pięć lat, lecz zachowywał się z taką powagą, jakby ukończył sześćdziesiąt. Gdyby tylko miał w sobie więcej humoru, więcej życia. Tego właśnie było tu potrzeba. Posępne miejsca wymagały radości, nie powagi, a Smocza Skała z całą pewnością była posępna. Samotną cytadelę otaczało burzliwe morskie pustkowie, a za nią czaił się cień dymiącej góry. Maester musiał się udać tam, dokąd mu kazano, dlatego Cressen przybył tu ze swym panem przed dwunastoma laty. Służył mu dobrze, choć nigdy nie kochał Smoczej Skały i nie czuł się tutaj jak w domu. Ostatnio, gdy budził się z niespokojnych snów, w których zawsze ważną rolę grała kobieta w czerwieni, często nie wiedział, gdzie się znajduje.

Błazen odwrócił wytatuowaną w pstrokaty wzór głowę, patrząc na Pylosa, który wspinał się po stromych, żelaznych schodach wiodących do ptaszarni. Zabrzmiały dzwonki.

— W podmorskiej krainie ptaki mają łuski zamiast piór — rzekł, pobrzękując. — Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Nawet jak na błazna Plama wyglądał żałośnie. Być może kiedyś potrafił jednym ciętym żartem wywoływać huragany śmiechu, lecz morze odebrało mu tę umiejętność, wraz z większością rozumu i wszystkimi wspomnieniami. Był miękki i otyły, dręczyły go drgawki oraz tiki i często gadał od rzeczy. Teraz śmiała się z niego tylko księżniczka i ją jedną obchodziło, czy będzie żył, czy też umrze.

Brzydka dziewczynka, żałosny błazen i do towarzystwa maester... nad taką historią można się tylko rozpłakać.

— Usiądź przy mnie, dziecko. — Cressen przywołał ją skinieniem. — Jeszcze za wcześnie na wizyty. Dopiero przed chwilą wzeszło słońce.

— Miałam złe sny — oznajmiła Shireen. — O smokach. Przyszły mnie pożreć.

Odkąd maester Cressen sięgał pamięcią, dziecko prześladowały koszmary.

— Mówiliśmy już o tym — zaczął łagodnym tonem. — Smoki nie mogą wrócić do życia. Wykuto je z kamienia, dziecinko. W dawnych czasach nasza wyspa stanowiła najdalej wysuniętą na zachód placówkę wielkich Włości Valyriańskich. To Valyrianie wznieśli tę cytadelę. Dysponowali dawno już przez nas zapomnianymi umiejętnościami kształtowania kamienia. Wszędzie, gdzie dwa mury stykają się pod kątem, zamek musi mieć wieże. Wymagają tego względy obronne. Valyrianie ukształtowali baszty na podobieństwo smoków, by twierdza budziła przerażenie swoim wyglądem. Z tego samego powodu ukoronowali mury tysiącem chimer zamiast zwykłego blankowania. — Ujął delikatną różową rączkę dziewczynki w słabą, pokrytą plamami dłoń i uścisnął ją lekko. — Widzisz więc, że nie ma czego się bać.

Shireen nie dała się przekonać.

— A co z tym okropieństwem na niebie? Podsłuchałam, jak Dalla i Matrice rozmawiały przy studni. Dalla mówiła, że słyszała, kiedy kobieta w czerwieni powiedziała mamie, iż to smoczy oddech. Jeśli smoki oddychają, to chyba znaczy, że wracają do życia?

Kobieta w czerwieni — pomyślał skwaszony Cressen. Nie wystarcza jej, że wypełniła swym szaleństwem głowę matki. Musi jeszcze zatruć sny córki. Skarci ostro Dallę, powie jej, żeby nie powtarzała takich bzdur.

— To tylko kometa, dziecinko. Gwiazda z ogonem, która zgubiła drogę na niebie. Niedługo zniknie i za naszego życia już jej więcej nie zobaczymy. Sama się przekonasz.

Skinęła odważnie głową.

— Matka mówiła, że biały kruk oznacza, że już po lecie.

— To prawda, pani. Białe kruki przylatują tylko z Cytadeli. — Palce Cressena powędrowały ku łańcuchowi, który miał na szyi. Każde jego ogniwo wykonano z innego metalu. Symbolizowały różne opanowane przez niego gałęzie wiedzy i razem tworzyły łańcuch maestera, symbol jego zakonu. Gdy był dumny i młody, nosił go bez wysiłku, teraz jednak wydawał mu się ciężki, a dotyk metalu nieprzyjemnie chłodził jego skórę. — Są większe i inteligentniejsze od innych kruków. Hoduje się je po to, by przenosiły najważniejsze wiadomości. Ten przyniósł nam pismo mówiące, że zebrało się Konklawe, które rozważyło meldunki napływające od maesterów z całego królestwa oraz dokonane przez nich pomiary, i ogłosiło, iż wielkie lato dobiegło wreszcie końca. Trwało dziesięć lat, dwa księżyce i szesnaście dni. Nikt z żyjących nie pamięta równie długiego.

— Czy zrobi się teraz zimno?

Shireen była dzieckiem urodzonym w lecie i nigdy nie zaznała prawdziwego chłodu.

— Z czasem — wyjaśnił Cressen. — Jeśli bogowie będą łaskawi, ześlą nam ciepłą jesień i dobre żniwa, żebyśmy mogli się przygotować do nadchodzącej zimy.

Prostaczkowie utrzymywali, że długie lato zapowiada jeszcze dłuższą zimę, maester nie widział jednak powodu, by straszyć dziecko podobnymi opowieściami.

Plama poruszył dzwonkami.

— W podmorskiej krainie zawsze trwa lato — zaintonował. — Syreny noszą we włosach nenymony i tkają suknie ze srebrzystych wodorostów. Wiem to, wiem, tra-la-lem.

Shireen zachichotała.

— Chciałabym mieć suknię ze srebrnych wodorostów.

— W podmorskiej krainie śnieg pada do góry — kontynuował błazen — a deszcz jest suchy jak pieprz. Wiem to, wiem, tra-la-lem.

— Naprawdę spadnie śnieg? — zaciekawiło się dziecko.

— Naprawdę — potwierdził Cressen. Ale modlę się, by zdarzyło się to dopiero za wiele lat i żeby nie utrzymał się długo. — Ach, wrócił Pylos z ptakiem.

Shireen krzyknęła radośnie. Nawet Cressen musiał przyznać, że kruk wygląda imponująco. Był biały jak śnieg i większy od największego jastrzębia, a lśniące, czarne oczy świadczyły, że to nie zwyczajny albinos, lecz prawdziwy biały kruk z Cytadeli.

— Chodź — zawołał. Ptak rozpostarł skrzydła, wzbił się w powietrze z głośnym furkotem i wylądował na stole obok maestera.

— Przyniosę ci śniadanie — zaproponował Pylos. Cressen skinął głową. — To jest lady Shireen — oznajmił krukowi. Ptak uniósł, a potem opuścił jasny łebek, jakby w pokłonie.

— Lady — zakrakał. — Lady.

Dziewczynka rozdziawiła usta z wrażenia.

— Umie mówić!

— Tylko kilka słów. Mówiłem ci, że to mądre ptaki.

— Mądry ptak, mądry człowiek, bardzo mądry błazen — odezwał się Plama przy akompaniamencie dzwonków. — Oj, bardzo, bardzo mądry błazen. — Zaczął śpiewać. — Cienie przyszły tańczyć, panie, tańczyć, panie, tańczyć, panie — nucił, przeskakując z nogi na nogę. — Cienie tu zostaną, panie, zostaną, panie, zostaną, panie.

Przy każdym słowie podrzucał głowę z głośnym brzękiem zdobiących poroże dzwonków. Biały kruk zerwał się z wrzaskiem do lotu i przysiadł na żelaznej poręczy schodów wiodących do ptaszarni. Shireen skurczyła się nagle.

— W kółko to wyśpiewuje. Mówiłam mu, żeby przestał, ale mnie nie słucha. Boję się tej piosenki. Każ mu przestać.

Jak miałbym to zrobić? — zastanowił się starzec. Kiedyś mogłem uciszyć go na zawsze, ale teraz...

Plama trafił do nich jako chłopiec. Wspominany przez wszystkich z miłością lord Steffon odnalazł go w Volantis, za wąskim morzem. Król — dawny król Aerys II Targaryen, który w owych dniach nie był jeszcze tak bardzo szalony — wysłał jego lordowską mość na poszukiwanie żony dla księcia Rhaegara, jako że chłopak nie miał sióstr, które mógłby poślubić.

— Znaleźliśmy nadzwyczajnego błazna — pisał Steffon do Cressena na dwa tygodnie przed powrotem z bezowocnej misji. — To jeszcze chłopiec, ale jest zwinny jak małpka i bystry jak tuzin dworaków. Umie żonglować, opowiadać zagadki, zna sztuczki magiczne i potrafi ładnie śpiewać w czterech językach. Wykupiliśmy go z niewoli i mamy nadzieję przywieźć ze sobą. Robert będzie nim zachwycony, a błazen może z czasem nauczy śmiechu nawet Stannisa.

Cressen ze smutkiem wspominał ów list. Nikt nie nauczył Stannisa śmiechu, a już zwłaszcza młody Plama. Niespodziewanie rozszalał się sztorm i Zatoka Rozbitków dowiodła, że słusznie nosi tę nazwę. Dwumasztowa galera „Władczyni Wichrów” rozpadła się w zasięgu wzroku od zamku. Dwaj najstarsi synowie lorda, stojący na blankach, ujrzeli, jak statek ojca uderza o skały i znika pod wodą. Razem z lordem Steffonem Baratheonem zginęło stu wioślarzy i marynarzy oraz jego pani żona. Przez długie dni każdy kolejny pływ pokrywał plażę pod Końcem Burzy nowym stosem rozdętych topielców.

Chłopca wyrzuciło na trzeci dzień. Maester Cressen zszedł na dół z całą resztą, by pomóc w rozpoznawaniu zwłok. Gdy znaleźli błazna, był nagi. Skórę miał białą, pomarszczoną i oblepioną mokrym piaskiem. Cressen pomyślał, że to kolejny trup, lecz gdy Jommy złapał nieszczęśnika za kostki, by powlec go do wozu, chłopiec wykaszlnął wodę i usiadł. Jommy aż po kres swych dni przysięgał, że skóra Plamy była zimna i mokra.

Nikt nigdy nie wyjaśnił, jak to się stało, że błazen przeżył w morzu całe dwa dni. Rybacy opowiadali, że syrena nauczyła go oddychać wodą w zamian za jego nasienie. Plama nie mówił nic. Bystry, dowcipny chłopak, o którym pisał lord Steffon, nie dotarł do Końca Burzy. Fale wyrzuciły na brzeg kogoś zupełnie innego — młodzieńca o zniszczonym ciele i umyśle, który ledwie był w stanie mówić, nie wspominając już o opowiadaniu dowcipów. Jego wygląd nie pozwalał jednak na wątpliwości. W Wolnym Mieście Volantis panował zwyczaj tatuowania twarzy niewolników i służących, a oblicze chłopaka od szyi aż po włosy pokrywała charakterystyczna dla błaznów czerwono-zielona szachownica.

 

— Ten nieszczęśnik jest obłąkany i cierpi ból. Nie przyniesie pożytku nikomu, a już najmniej sobie — zawyrokował stary ser Harbert, który był wówczas kasztelanem Końca Burzy. — Najlepiej by było podać mu kubek makowego mleka. Bezboleśnie zapadnie w sen i koniec. Pobłogosławiłby was za to, gdyby miał rozum.

Cressen nie chciał się jednak na to zgodzić i jego zdanie przeważyło. Nawet dziś, po tak wielu latach, nie potrafił powiedzieć, czy jego sprzeciw wyszedł Plamie na dobre.

— Cienie przyszły tańczyć, panie, tańczyć, panie, tańczyć, panie — śpiewał błazen, kołysząc głową. Dzwonki dźwięczały. Bong dong, ring-a-ling, bong dong.

— Panie — zaskrzeczał biały kruk. — Panie, panie, panie.

— Błazen śpiewa, co mu się spodoba — powiedział maester zaniepokojonej księżniczce. — Nie powinnaś przejmować się jego słowami. Jutro może sobie przypomnieć inną pieśń i tej już nigdy nie usłyszymy.

Lord Steffon napisał: ładnie śpiewa w czterech językach.

Do komnaty wszedł Pylos.

— Maesterze, wybacz.

— Zapomniałeś o owsiance — zauważył rozbawiony Cressen. To było zupełnie niepodobne do młodzieńca.

— Maesterze, nocą wrócił ser Davos. Mówili o tym w kuchni. Pomyślałem sobie, że zechcesz natychmiast się o tym dowiedzieć.

— Davos... mówisz nocą? Gdzie jest?

— U króla. Spędzili razem większą część nocy.

Były czasy, gdy lord Stannis obudziłby go bez względu na porę, by wysłuchać jego rady.

— Powinien był mnie zawiadomić — poskarżył się Cressen. — Powinien mnie obudzić. — Puścił dłoń Shireen. — Wybacz, pani. Muszę porozmawiać z twym panem ojcem. Pylosie, posłuż mi ramieniem. W tym zamku jest stanowczo zbyt wiele schodów. Mam wrażenie, że co noc dodają kilka nowych, po to tylko, żeby mi zrobić na złość.

Shireen i Plama ruszyli za nimi, lecz dziewczynka szybko się znużyła żółwim tempem starca i pomknęła naprzód. Błazen potruchtał chwiejnym krokiem za nią. Jego krowie dzwonki dźwięczały jak opętane.

Schodząc po spiralnych schodach Wieży Morskiego Smoka, Cressen przypomniał sobie po raz kolejny, że zamek to nie miejsce dla ludzi wątłego zdrowia. Lord Stannis przebywał w Komnacie Malowanego Stołu, na szczycie Kamiennego Bębna, centralnego donżonu Smoczej Skały. Nadano mu tę nazwę dlatego, że podczas burz jego starożytne mury głośno dudniły. Aby tam dotrzeć, musieli minąć galerię, potem środkowy i wewnętrzny mur, których strzegły chimery, oraz czarne, żelazne bramy, a wreszcie wdrapać się na schody tak długie, że Cressen nie chciał nawet o nich myśleć. Młodzieńcy pokonywali jednym krokiem po dwa stopnie, lecz dla starca o chorym biodrze każdy stopień stanowił udrękę. Niemniej lord Stannis z pewnością do niego nie zejdzie, maester pogodził się więc z losem. Cieszył się z tego, że miał chociaż Pylosa do pomocy.

Wlokąc się galerią, minęli szereg wysokich, łukowatych okien, za którymi rozciągał się widok na dziedziniec zamkowy, mur kurtynowy oraz leżącą dalej wioskę rybacką. Stojący na dziedzińcu łucznicy ćwiczyli strzelanie do beczek w rytm okrzyków: nałożyć, naciągnąć, strzał. Strzały furkotały niczym stado zrywających się do lotu ptaków. Po murach chodzili strażnicy, którzy spoglądali pomiędzy chimerami na obozujące na zewnątrz wojska. Poranne powietrze wypełniał dym z ognisk. Trzy tysiące zbrojnych zasiadło do śniadania pod chorągwiami swych lordów. Za rozległym obozem widać było pełne statków kotwicowisko. Żadnej jednostce, która przez ostatnie pół roku zbliżyła się na odległość wzroku do Smoczej Skały, nie pozwolono odpłynąć. Okręt lorda Stannisa, trójpokładowa, trzystuwiosłowa wojenna galera „Furia” wydawała się niemal mała w porównaniu z niektórymi opasłymi karakami i kogami, które kotwiczyły wokół niej.

Pełniący straż pod Kamiennym Bębnem żołnierze znali maesterów z widzenia i pozwolili im wejść.

— Zaczekaj tu — polecił Cressen Pylosowi, gdy już znaleźli się wewnątrz. — Lepiej będzie, jeśli pomówię z nim sam.

— To długa wspinaczka, maesterze.

Cressen uśmiechnął się.

— Myślisz, że o tym zapomniałem? Wspinałem się na te schody tak często, że znam z nazwy każdy stopień.

W połowie drogi pożałował swej decyzji. Zatrzymał się, by odetchnąć i choć na chwilę złagodzić ból biodra. Wtem usłyszał odgłos szurających po kamieniu butów i stanął twarzą w twarz z ser Davosem Seaworthem, który schodził na dół.

Był to niewysoki mężczyzna o plebejskim pochodzeniu wyraźnie wypisanym na pospolitej twarzy. Miał na sobie wyświechtany, zielony płaszcz pokryty plamami z soli i morskiej piany oraz wyblakły od słońca, pod nim zaś brązowy wams i spodnie, harmonizujące kolorem z oczyma i włosami. Z szyi zwisał mu na rzemyku mieszek z wytartej skóry. Krótką brodę upstrzyły liczne plamki siwizny, a na okaleczonej lewej dłoni miał skórzaną rękawicę. Ujrzawszy Cressena, zatrzymał się natychmiast.

— Ser Davosie — odezwał się maester. — Kiedy wróciłeś?

— Przed świtem. To moja ulubiona pora.

Opowiadano, że nikt nie potrafi kierować statkiem po ciemku nawet w połowie tak dobrze, jak Davos Krótkoręki. Nim lord Stannis pasował go na rycerza, był najbardziej osławionym i nieuchwytnym przemytnikiem w całych Siedmiu Królestwach.

— I?

Mężczyzna potrząsnął głową.

— Twe ostrzeżenia okazały się słuszne. Nie powstaną, maesterze. Nie dla niego. Nie darzą go miłością.

Nie — pomyślał Cressen. I nigdy go nie pokochają. Jest silny, utalentowany, sprawiedliwy... zaiste, aż nierozsądnie sprawiedliwy... ale to nie wystarczy. I tak było zawsze.

— Rozmawiałeś ze wszystkimi?

— Ze wszystkimi? Nie. Tylko z tymi, którzy zechcieli mnie przyjąć. Również szlachetnie urodzeni mnie nie miłują. Zawsze pozostanę dla nich cebulowym rycerzem. — Zacisnął w pięść okaleczone palce lewej dłoni. Stannis odrąbał mu niegdyś końcówki wszystkich palców poza kciukiem. — Dzieliłem się chlebem z Gulianem Swannem i starym Penrose’em, a Tarthowie zgodzili się spotkać ze mną w gaju o północy. Pozostali... no cóż, Beric Dondarrion zaginął, niektórzy mówią, że nie żyje, a lord Caron jest z Renlym. Zwie się teraz Bryce’em Pomarańczowym z Tęczowej Gwardii.

— Tęczowej Gwardii?

— Renly powołał własną Gwardię Królewską — wyjaśnił były przemytnik — ale tych siedmiu nie nosi bieli. Każdy ma własny kolor. Ich lordem dowódcą został Loras Tyrell.

To właśnie był pomysł, jaki mógł przyjść do głowy Renly’emu Baratheonowi. Nowy, wspaniały zakon rycerski, noszący nowe, przepyszne szaty. Już jako chłopiec uwielbiał jaskrawe kolory i kosztowne tkaniny, a także zabawy.

— Patrzcie na mnie! — krzyczał, biegnąc ze śmiechem przez korytarze Końca Burzy. — Patrzcie na mnie, jestem smokiem. Patrzcie na mnie, jestem czarodziejem. Patrzcie na mnie, jestem bogiem deszczu.

Łobuziak z rozczochranymi, czarnymi włosami i roześmianymi oczyma był teraz dwudziestojednoletnim mężczyzną, lecz nadal uwielbiał zabawy. Patrzcie na mnie, jestem królem. Cressen westchnął ze smutkiem. Och, Renly, Renly, kochany dzieciaku, czy ty wiesz, co robisz? I czy obeszłoby cię to, gdybyś wiedział? Czy poza mną jest ktoś, komu zależy na Stannisie?

— Jaki powód odmowy podali owi lordowie? — zapytał Davosa.

— No cóż, niektórzy powtarzali gładkie słówka, inni mówili prosto z mostu, jedni oferowali usprawiedliwienia, drudzy obietnice, a byli też tacy, którzy po prostu kłamali. — Wzruszył ramionami. — W ostatecznym rozrachunku słowa to tylko wiatr.

— Nie mogłeś dać mu nadziei?

— Tylko fałszywą, a tego bym nigdy nie uczynił — odparł Davos. — Usłyszał ode mnie prawdę.

Maester Cressen wspomniał dzień, gdy po zakończeniu oblężenia Końca Burzy Davosa pasowano na rycerza. Lord Stannis utrzymał zamek przez niemal rok, choć miał nieliczny garnizon, a przeciw sobie potężne zastępy lordów Tyrella i Redwyne’a. Odcięto nawet drogę morską. Dzień i noc strzegły jej galery Redwyne’a, pływające pod burgundową banderą Arbor. W Końcu Burzy dawno już zjedzono wszystkie konie, zniknęły psy i koty, a obrońcom zostały jedynie rzodkiew i szczury. Wreszcie nadeszła noc, gdy księżyc był w nowiu, a czarne chmury przesłoniły gwiazdy. Pod osłoną ciemności przemytnik Davos przemknął się przez kordon Redwyne’a i ominął skały Zatoki Rozbitków. Jego stateczek miał czarne żagle, czarny kadłub, czarne wiosła oraz ładownię pełną cebuli i solonych ryb. Nie było to wiele, pozwoliło jednak obrońcom dotrwać do chwili, gdy Eddard Stark dotarł do twierdzy i położył kres oblężeniu.