Rycerz Siedmiu KrólestwTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rycerz Siedmiu Królestw
Rycerz Siedmiu Królestw
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69  55,20 
Rycerz Siedmiu Królestw
Audio
Rycerz Siedmiu Królestw
Audiobook
39  28,47 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


WĘDROWNY RYCERZ


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Po wiosennych deszczach ziemia rozmiękła i Dunk nie miał kłopotów z wykopaniem grobu. Wybrał miejsce na zachodnim stoku niewysokiego wzgórza, jako że staruszek zawsze lubił podziwiać zachody słońca.

— Ano, minął kolejny dzień — mawiał z westchnieniem. — Kto wie, co też przyniesie nam jutro, hę, Dunk?

No cóż, któryś z dni przyniósł deszcze, które przemoczyły ich do kości, następny wilgotne, porywiste wiatry, jeszcze następny zaś chłód. Czwartego dnia stary zrobił się tak słaby, że nie był w stanie dosiąść konia. Kopiąc grób, przygnębiony Dunk myślał, że jeszcze przed kilkoma dniami jego towarzysz nucił po drodze powszechnie znaną piosenkę o podróży do Gulltown na spotkanie z piękną panną, tyle że nazwę Gulltown zastępował Ashford. Do Ashford, by piękną pannę zobaczyć, hej-ho, hej-ho.

Gdy dół był już wystarczająco głęboki, Dunk uniósł w ramionach ciało staruszka i zaniósł je do grobu. Zmarły był niski i szczupły. Kiedy młodzieniec zdjął mu kolczugę, hełm i pas, wydawało się, że waży nie więcej niż torba liści. Dunk był okropnie wysoki jak na swój wiek: niezgrabny, kudłaty, grubokościsty szesnasto- albo siedemnastolatek (nikt nie był tego pewien), o wzroście bliższym siedmiu niż sześciu stóp, dopiero zaczynający nabierać mięśni. Staruszek często chwalił jego siłę. Nigdy nie skąpił Dunkowi pochwał. Nie miał mu nic innego do zaoferowania.

Chłopak złożył ciało na dnie grobu i stał nad nim przez pewien czas. W powietrzu znowu unosiła się woń deszczu i Dunk wiedział, że powinien zasypać dół, nim zacznie lać, ale trudno mu było zdobyć się na to, by sypać ziemię na starą, znużoną twarz. Przydałby się septon, żeby odmówić parę modlitw, ale on ma tylko mnie. Staruszek nauczył Dunka wszystkiego, co wiedział o mieczach, tarczach i kopiach, ale nigdy nie radził sobie z uczeniem go słów.

— Zostawiłbym ci miecz, ale w ziemi pożarłaby go rdza — odezwał się wreszcie młodzieniec przepraszającym tonem. — Bogowie pewnie dadzą ci nowy. Żałuję, że umarłeś, ser. — Przerwał, niepewny, co jeszcze mógłby powiedzieć. Nie znał żadnych modlitw, przynajmniej nie w całości, gdyż staruszek modlił się raczej rzadko. — Byłeś prawdziwym rycerzem i nigdy mnie nie biłeś, jeśli na to nie zasłużyłem — zdołał wreszcie wykrztusić — poza tym jednym razem, w Stawie Dziewic. To chłopak karczmarza zeżarł wdowie ten pasztet, nie ja. Mówiłem ci. Ale teraz to już nieważne. Niech bogowie mają cię w swej opiece, ser.

Wrzucił nogami trochę ziemi do grobu, a potem zaczął go metodycznie wypełniać, nie patrząc na to, co leżało na dnie. Żył bardzo długo — pomyślał. Na pewno był bliższy sześćdziesiątki niż pięćdziesiątki. Jak wielu ludziom to się udaje? Staruszek przynajmniej doczekał kolejnej wiosny.

Gdy Dunk nakarmił konie, słońce chyliło się już ku zachodowi. Miał trzy wierzchowce: swoją łękowatą chabetę, klaczkę starego oraz Groma, rumaka, którego stary dosiadał tylko podczas turniejów i bitew. Wielki, kasztanowaty ogier nie był już taki szybki i silny jak ongiś, lecz oczy nadal mu błyszczały i był pełen werwy. Był najcenniejszą rzeczą, jaką posiadał Dunk. Gdybym sprzedał Groma i starą Kasztankę, razem z siodłami i uzdami, wystarczyłoby mi srebra, żeby… Dunk zmarszczył brwi. Znał tylko życie wędrownego rycerza, które polegało na podróżach od twierdzy do twierdzy, służbie to u tego, to u tamtego lorda, walczeniu w ich bitwach, jadaniu w ich salach, dopóki wojna się nie skończyła, a potem ruszaniu w dalszą drogę. Od czasu do czasu — choć rzadziej — zdarzały się również turnieje. Wiedział też, że niektórzy wędrowni rycerze podczas chudych zim zamieniają się w łupiących na traktach rabusiów, lecz staruszek nigdy tak nie postępował.

Mógłbym znaleźć innego wędrownego rycerza, który potrzebuje giermka, by opiekował się jego zwierzętami i czyścił mu zbroje — pomyślał. Albo udać się do jakiegoś miasta, do Lannisportu, czy do Królewskiej Przystani, i wstąpić do Straży Miejskiej. Albo może…

Zgromadził cały dobytek staruszka pod dębem. W płóciennej sakiewce były trzy srebrne jelenie, dziewiętnaście miedzianych groszy oraz obłupany granat. Co dość typowe dla wędrownych rycerzy, większą część jego majątku stanowiły konie i broń. Dunk został teraz właścicielem kolczugi, którą chyba z tysiąc razy czyścił z rdzy. Żelaznego półhełmu z szerokim nosalem, wgniecionego nieco na lewej skroni. Pasa z popękanej, brązowej skóry oraz miecza w drewniano-skórzanej pochwie. Sztyletu, brzytwy i osełki. Nagolenników oraz naszyjnika zbroi. Kopii bojowej długości ośmiu stóp, wykonanej z jesionu i wyposażonej w ostry, żelazny grot, a także dębowej tarczy o porysowanym, metalowym okuciu, ozdobionej herbem ser Arlana z Pennytree: srebrnym skrzydlatym kielichem na brązowym tle.

Dunk przyjrzał się tarczy, uniósł pas do miecza i ponownie popatrzył na tarczę. Pas był zrobiony na chude biodra staruszka i nie nadawał się dla niego, podobnie jak kolczuga. Chłopak przywiązał pochwę do konopnego sznura, opasał sobie nim talię i wyciągnął miecz. Oręż był prosty i ciężki, zrobiony z dobrej, wykutej w zamku stali, miał drewniany uchwyt obity miękką skórą oraz gałkę z czarnego, polerowanego kamienia. Choć miecz był zwyczajny, Dunk czuł się świetnie, trzymając go w ręku. Wiedział też, że broń jest bardzo ostra, gdyż przez wiele wieczorów ostrzył ją przed położeniem się spać za pomocą osełki i nasączonej olejem szmatki. Pasuje mi do ręki równie dobrze jak jemu — pomyślał. A na Łąkach Ashford ma być turniej.

Słodyczka trzęsła podczas jazdy mniej niż stara Kasztanka, lecz Dunk i tak był obolały i zmordowany, gdy wreszcie ujrzał gospodę, wysoki wiklinowo-drewniany budynek usytuowany nad strumieniem. Ciepłe, żółte światło bijące z jego okien robiło tak zachęcające wrażenie, że Dunk nie był w stanie go minąć. Mam trzy srebrniki — powiedział sobie — to wystarczy na dobrą kolację i tyle ale, ile tylko zdołam wypić.

Gdy zsiadł z konia, ze strumyka wyłonił się nagi chłopak, który zaczął się wycierać w brązowy płaszcz z samodziału.

— Jesteś chłopcem stajennym? — zapytał go Dunk. Dzieciak wyglądał na osiem, najwyżej dziewięć lat i był chudzielcem o ziemistej cerze, a bose stopy aż po kostki oblepiało mu błoto. Najdziwniejsze jednak były jego włosy. W ogóle ich nie miał. — Chcę, żebyś wyszczotkował klaczkę. I dał wszystkim koniom owsa. Dasz radę to zrobić?

Chłopiec spojrzał na niego buńczucznie.

— Dałbym, gdybym zechciał.

Dunk zmarszczył brwi.

— Nie pyskuj. Powinieneś wiedzieć, że jestem rycerzem.

— Nie wyglądasz na rycerza.

— A czy wszyscy rycerze wyglądają tak samo?

— Nie, ale żaden z nich nie przypomina ciebie. Zamiast pasa do miecza masz sznurek.

— Dopóki pochwa nie zlatuje, jest w sam raz. A teraz zajmij się końmi. Jeśli dobrze się sprawisz, dostaniesz miedziaka, a jeśli źle, oberwiesz w ucho.

Dunk nie czekał, by sprawdzić, jak chłopiec stajenny przyjmie te słowa. Odwrócił się i wszedł do gospody.

Spodziewał się, że o tej porze zastanie tu tłok, ale okazało się, że w środku jest prawie zupełnie pusto. Przy jednym ze stolików pochrapywał cicho młody paniczyk w pięknej, adamaszkowej opończy. Twarz miał wtuloną w kałużę rozlanego wina. Poza nim nie było tu nikogo. Dunk rozejrzał się wokół niepewnie. Z kuchni wypadła tęga, niewysoka kobieta o bladej cerze.

— Siadaj, gdzie chcesz — zawołała. — Ale czy kolację?

— Jedno i drugie.

Dunk zajął krzesło pod oknem, daleko od śpiącego mężczyzny.

— Jest dobre jagnię, pieczone w ziołach, i parę kaczek, które ustrzelił mój syn. Co wolisz?

Nie jadł w gospodzie od pół roku albo i dłużej.

— Jedno i drugie.

— Wyglądasz na takiego, który da radę to zmieścić — stwierdziła ze śmiechem kobieta. Wypełniła kufel ale i postawiła go przed nim. — Chcesz też pokój na noc?

— Nie. — Dunk z ochotą przespałby się pod dachem, na miękkim, słomianym materacu, nie chciał jednak zbytnio szastać pieniędzmi. — Najem się i napiję, a potem ruszam do Ashford. Czy to daleko?

— Dzień jazdy. Na rozstajach przy spalonym młynie musisz skręcić na północ. Czy mój chłopak zajął się twoimi końmi, czy znowu uciekł?

— Nie, jest na miejscu — uspokoił ją Dunk. — Chyba nie masz dziś za dużo gości.

— Połowa miasteczka wybrała się obejrzeć turniej. Moje dzieciaki też by tam były, gdybym im pozwoliła. Kiedy mnie nie stanie, odziedziczą tę gospodę, ale chłopak woli wałęsać się z żołnierzami, a dziewczyna wzdycha i chichocze, gdy tylko przejeżdża tędy rycerz. Przysięgam, że nie mam pojęcia dlaczego. Rycerze są zbudowani tak samo jak inni mężczyźni. Turnieje zaczynają się i kończą, a jajka od tego nie tanieją. — Popatrzyła z ciekawością na Dunka. Miecz i tarcza sugerowały jedno, a sznurek zamiast pasa i bluza z samodziału coś całkiem innego. — Ty też wybierasz się na turniej?

Zanim jej odpowiedział, pociągnął łyk ale. Było gęste i miało orzechową barwę, takie lubił najbardziej.

— Tak — potwierdził. — Zamierzam w nim zwyciężyć.

— Naprawdę? — zapytała uprzejmie oberżystka.

Siedzący na drugim końcu izby paniczyk uniósł nagle głowę z kałuży wina. Miał żółtą, niezdrową cerę i skołtunione, rudobrązowe włosy, a jego podbródek porastała jasna szczecina. Mężczyzna otarł usta dłonią i spojrzał, mrugając, na Dunka.

 

— Śniłeś mi się — stwierdził, wskazując nań drżącym palcem. — Nie zbliżaj się do mnie, słyszysz? Ani mi się waż zbliżać.

Dunk spojrzał na niego niepewnie.

— Panie?

Oberżystka pochyliła się nad nim.

— Nie zwracaj na niego uwagi, ser. Ciągle tylko żłopie i ględzi o swoich snach. Pójdę po kolację.

Oddaliła się pośpiesznie.

— Kolację? — W ustach paniczyka zabrzmiało to jak nieprzyzwoite słowo. Mężczyzna podniósł się chwiejnie, trzymając się jedną ręką stołu, żeby się nie przewrócić. — Będę rzygał — oznajmił. Z przodu bluzy miał mnóstwo starych, czerwonych plam od wina. — Chciałem kurwę, ale żadna tu nie została. Wszystkie są na Łąkach Ashford. Dobrzy bogowie, dajcie mi wina.

Mężczyzna opuścił, zataczając się, wspólną salę. Dunk słyszał, jak włazi na górę, podśpiewując pod nosem.

Cóż za żałosna kreatura — pomyślał młodzieniec. Ale dlaczego uważał, że mnie zna? Zastanawiał się przez chwilę nad tym problemem, wpatrując się w ale.

Nigdy w życiu nie skosztował lepszego jagnięcia, a kaczka była jeszcze pyszniejsza, upieczona z wiśniami i cytrynami, a do tego wyjątkowo mało tłusta. Oberżystka przyniosła też groch z masłem oraz gorący, owsiany chleb, prosto z pieca. To właśnie znaczy być rycerzem — pomyślał Dunk, ogryzając do kości ostatni kawałek mięsa. Dobre jedzenie i ale, gdy tylko mam na nie ochotę, i nikt nie bije mnie po głowie. Wysączył do kolacji drugi kufel, a potem popił ją trzecim i czwartym, ponieważ nie było nikogo, kto mógłby mu tego zabronić. Na koniec zapłacił kobiecie srebrnym jeleniem i otrzymał garść miedziaków reszty.

Gdy Dunk opuścił gospodę, było już zupełnie ciemno. Żołądek miał pełny, a sakiewkę nieco lżejszą. Idąc ku stajniom, czuł się znakomicie. Nagle usłyszał przed sobą rżenie.

— Spokojnie, koniku — odezwał się dziecięcy głos.

Dunk przyśpieszył kroku, marszcząc brwi.

Chłopiec stajenny dosiadł Groma, odziany w zbroję starego. Kolczuga była dłuższa niż cały chłopak, a hełm musiał odchylić sobie do tyłu na łysej głowie, żeby nie zasłaniał mu oczu. Był straszliwie przejęty i wyglądał okropnie niedorzecznie. Dunk zatrzymał się w drzwiach stajni i wybuchnął śmiechem.

Chłopak spojrzał na niego, zaczerwienił się i zeskoczył na ziemię.

— Panie, nie chciałem…

— Ty złodzieju — zaczął Dunk, starając się, by jego głos zabrzmiał srogo. — Ściągaj zbroję i ciesz się, że Grom nie kopnął cię w ten głupi łeb. To bojowy rumak, nie kucyk dla dzieci.

Chłopiec zdjął hełm i cisnął go na trawę.

— Mógłbym na nim jeździć nie gorzej od ciebie — odciął się. Z pewnością nie brakowało mu śmiałości.

— Zamknij gębę. Mam już dość twojej bezczelności. Kolczugę też ściągaj. Co ci właściwie przyszło do głowy?

— Jak mogę ci to powiedzieć z zamkniętą gębą?

Chłopak wysunął się z kolczugi, która spadła na klepisko.

— Możesz ją otworzyć, żeby mi odpowiedzieć — zgodził się Dunk. — A teraz podnieś kolczugę, wytrząśnij z niej piasek i połóż ją z powrotem tam, skąd wziąłeś. Czy nakarmiłeś konie, tak jak ci kazałem? I wyszczotkowałeś Słodyczkę?

— Wyszczotkowałem — zapewnił chłopak, wytrząsając z kolczugi źdźbła słomy. — Wybierasz się do Ashford, prawda? Zabierz mnie ze sobą, ser.

Oberżystka ostrzegała go przed tym.

— A co powiedziałaby na to twoja matka?

— Moja matka? — Chłopiec zmarszczył czoło. — Ona nie żyje, więc nic by nie powiedziała.

Dunk był zaskoczony. Czy chłopak nie był synem oberżystki? Być może tylko przyjęła go jako ucznia. Trochę kręciło mu się w głowie od ale.

— Jesteś sierotą? — zapytał niepewnie.

— A ty? — odciął się dzieciak.

— Kiedyś byłem.

Dopóki nie przyjął mnie stary.

— Gdybyś zgodził się mnie zabrać, mógłbym zostać twoim giermkiem.

— Nie potrzebuję giermka — odparł Dunk.

— Każdy rycerz go potrzebuje — sprzeciwił się chłopak. — A ty chyba bardziej niż inni.

Dunk uniósł rękę w geście groźby.

— A mnie się wydaje, że ty chcesz oberwać w ucho. Nasyp mi owsa do worków. Jadę do Ashford… sam.

Jeśli nawet chłopak się przestraszył, dobrze to ukrył. Przez chwilę stał jeszcze w wyzywającej pozie, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Gdy jednak Dunk ruszył w jego stronę, dzieciak odwrócił się i poszedł po owies.

Dunk poczuł ulgę. Szkoda, że nie mogę… ale tu, w gospodzie, na pewno żyje mu się nieźle. Lepsze to, niż być giermkiem wędrownego rycerza. Gdybym go stąd zabrał, wyrządziłbym mu tylko krzywdę.

Czuł jednak rozczarowanie chłopaka. Gdy dosiadł Słodyczki i złapał za wodze Groma, doszedł do wniosku, że miedziak poprawi malcowi humor.

— Hej, chłopcze, to za twoją pomoc.

Rzucił mu z uśmiechem monetę, lecz chłopiec stajenny nawet się po nią nie schylił. Leżała sobie na ziemi, między jego bosymi stopami.

Podniesie ją, gdy tylko odjadę — powiedział sobie Dunk. Zawrócił klaczkę i odjechał z gospody, prowadząc za sobą dwa pozostałe konie. Drzewa lśniły w blasku księżyca, a niebo było bezchmurne i usiane gwiazdami. Gdy jednak ruszył traktem przed siebie, czuł na plecach spojrzenie milczącego, naburmuszonego chłopca stajennego.

Było popołudnie i cienie wydłużały się już, gdy Dunk ściągnął wreszcie wodze na skraju rozległych Łąk Ashford. Na trawiastych polach rozbito około sześćdziesięciu namiotów. Niektóre z nich były małe, inne duże; jedne kwadratowe, drugie okrągłe; jedne uszyte z płótna żaglowego, inne ze zwykłego, a jeszcze inne z jedwabiu; wszystkie jednak miały piękne kolory. Z ich centralnych tyczek zwisały długie chorągwie, jaskrawsze niż pole kwiatów — w barwie intensywnej czerwieni i słonecznej żółci, w niezliczonych odcieniach zieleni i błękitu, głęboko czarne, szare i fioletowe.

Stary walczył u boku niektórych z tych rycerzy, innych Dunk znał z opowieści powtarzanych w gospodach i przy ogniskach. Choć nie miał okazji nauczyć się czytać i pisać, ser Arlan był nieubłagany, gdy chodziło o naukę heraldyki. Często wbijał mu ją do głowy podczas drogi. Słowiki należały do lorda Carona z Pogranicza, który władał stojącą harfą równie zręcznie jak kopią. Jeleń w koronie to był ser Lyonel Baratheon, Roześmiana Burza. Dunk wypatrzył myśliwego Tarlych, fioletową błyskawicę rodu Dondarrionów, czerwone jabłko Fossowayów. Tam ryczał lew Lannisterów, złoty na karmazynowym tle, a tam ciemnozielony żółw morski Estermontów płynął przez jasnozielone pole. Brązowy namiot ozdobiony chorągwią z czerwonym ogierem mógł należeć tylko do ser Otha Brackena, zwanego Bestią Brackenem po tym, jak przed trzema laty zabił lorda Quentyna Blackwooda podczas turnieju w Królewskiej Przystani. Dunk słyszał, że ser Otho tak mocno uderzył stępionym toporem, iż wgniótł zasłonę hełmu lorda Blackwooda, miażdżąc okrytą nią twarz. Dunk zauważył też kilka chorągwi Blackwoodów, na zachodnim skraju łąki, tak daleko od ser Otha, jak to tylko możliwe. Marbrand, Mallister, Cargyll, Westerling, Swann, Mullendore, Hightower, Florent, Frey, Penrose, Stokeworth, Darry, Parren, Wylde — wydawało się, że każdy lordowski ród zachodu i południa przysłał po rycerzu albo nawet po trzech do Ashford, by zobaczyli piękną pannę i stanęli dla niej w szranki.

Choć namioty były piękne, Dunk wiedział, że nie ma w nich miejsca dla niego. Osłonę przed nocnym chłodem zapewni mu wytarty, wełniany płaszcz. Lordowie i wielcy rycerze będą się raczyli pieczonymi kapłonami oraz prosiętami, on zaś zje na kolację twardy, żylasty kawałek solonej wołowiny. Doskonale wiedział, że jeśli rozbije obóz na tym przepysznym polu, będzie musiał znosić zarówno milczącą wzgardę, jak i otwarte drwiny. Być może znajdzie się kilku takich, którzy potraktują go uprzejmie, lecz czasem bywa to gorsze od otwartych kpin.

Wędrowny rycerz musi mocno się trzymać swej dumy. Bez niej będzie tylko zwykłym najemnikiem. Muszę sobie zasłużyć na miejsce w tym towarzystwie. Jeśli dobrze się sprawię w walce, jakiś lord może mnie przyjąć w poczet swych domowników. Będę wtedy służył w szlachetnej kompanii, co wieczór jadał mięso w zamkowej komnacie i rozbijał własny namiot na turniejach. Ale najpierw muszę dobrze się zaprezentować w walce. Odwrócił się z żalem od turniejowych namiotów i poprowadził konie między drzewa.

Na skraju wielkiej łąki, dobre pół mili od miasteczka i zamku, Dunk znalazł miejsce, w którym zakole strumienia tworzyło głęboki staw. Jego brzegi porastała gęsta trzcina, a na jeziorko cień rzucał potężny, wspaniale ulistniony wiąz. To było ładne miejsce i nikt jeszcze nie zgłosił do niego pretensji. To będzie mój namiot — pomyślał Dunk. Namiot o dachu z listowia, zieleńszy niż chorągwie Tyrellów i Estermontów.

Najpierw zajął się końmi. Gdy już je oporządził, rozebrał się i wszedł do stawu, by spłukać z siebie pył wędrówki.

— Prawdziwy rycerz jest czysty i pobożny — powtarzał staruszek, nalegając, by myli się od stóp do głów raz na cykl księżyca, bez względu na to, czy cuchnęli kwaśno, czy nie. Teraz, gdy Dunk został rycerzem, poprzysiągł, że będzie postępował tak samo.

Potem usiadł nago pod wiązem, żeby wyschnąć, radując się dotykiem ciepłego, wiosennego powietrza na skórze oraz widokiem ważki, która latała leniwie między trzcinami. Dlaczego nazwano ją smoczą muchą? — zastanawiał się. W ogóle nie przypomina smoka. Co prawda, Dunk nigdy w życiu nie widział smoka. Ale stary widział. Młodzieniec chyba z pięćdziesiąt razy słuchał historii o tym, jak ser Arlan — gdy był jeszcze małym chłopcem — wybrał się z dziadkiem do Królewskiej Przystani i zobaczył tam ostatniego smoka, na rok przed jego śmiercią. To była zielona samica, mała i skarłowaciała, o nierozwiniętych skrzydłach. Z jej jaj nigdy nic się nie wykluło.

— Niektórzy powiadali, że król Aegon ją otruł — opowiadał staruszek. — To był trzeci Aegon, nie ojciec króla Daerona, ten, którego zwali Zgubą Smoków albo Aegonem Pechowym. Bał się smoków, bo widział, jak jedna z bestii należących do jego stryja pożarła jego własną matkę. Od śmierci ostatniego smoka lata stały się krótsze, a zimy dłuższe i bardziej srogie.

Gdy słońce skryło się za wierzchołkami drzew, zrobiło się chłodniej. Dunk poczuł, że ramiona pokrywa mu gęsia skórka, uderzył więc bluzą i spodniami o pień drzewa, by wytrzepać z nich choć część piasku, a potem ubrał się znowu. Rankiem odnajdzie mistrza gier, by zapisał jego imię, dziś w nocy powinien jednak załatwić parę innych spraw, jeśli ma rzucić komuś wyzwanie.

Nie musiał przyglądać się swemu odbiciu w wodzie, by wiedzieć, że nie przypomina zbytnio rycerza, dlatego zarzucił sobie na plecy tarczę ser Arlana, tak żeby było widać herb. Następnie spętał konie i zostawił je, żeby pasły się na gęstej, zielonej trawie pod wiązem, i ruszył na piechotę ku gruntom turniejowym.

Na co dzień łąka służyła jako błonia mieszkańcom położonego na drugim brzegu rzeki miasteczka Ashford, teraz jednak przeobraziła się zupełnie. W jedną noc wyrosło na niej drugie miasteczko, z jedwabiu, nie z kamienia, większe i piękniejsze od swej starszej siostry. Na skraju pola stragany rozbiły dziesiątki kupców, którzy sprzedawali klejnoty i korzenie, pasy i pióra, skóry i sokoły, naczynia ceramiczne i cynowe, filce, owoce, buty i najrozmaitsze inne towary. Pośród tłumu krążyli żonglerzy, lalkarze i sztukmistrze… a także kurwy i rzezimieszki. Dunk z uwagą trzymał dłoń na sakiewce.

Gdy poczuł woń kiełbasek piekących się na dymiącym ogniu, do ust podeszła mu ślinka. Wyjął z sakiewki miedziaka i kupił sobie jedną oraz róg ale do popicia. Jedząc, przyglądał się, jak malowany drewniany rycerz walczy z malowanym drewnianym smokiem. Lalkarka od smoka również przyciągała spojrzenie: była wysoka i miała oliwkową cerę oraz czarne włosy Dornijki. Była smukła jak kopia i prawie w ogóle nie miała piersi, ale Dunkowi podobała się jej twarz i to, jak smok wił się i kłapał paszczą, gdy poruszała zręcznie sznurkami. Rzuciłby dziewczynie miedziaka, gdyby mógł sobie na to pozwolić, w tej chwili jednak potrzebował każdej monety.

Tak jak na to liczył, wśród kupców byli też płatnerze. Tyroshijczyk z rozwidloną, farbowaną na niebiesko brodą miał na sprzedaż zdobne hełmy, piękne i fantastyczne, ukształtowane na podobieństwo ptaków i zwierząt, inkrustowane złotem i srebrem. W innym miejscu Dunk znalazł rzemieślnika sprzedającego tanie, stalowe miecze, a potem drugiego, którego robota była znacznie lepsza. To nie miecza jednak potrzebował.

 

Człowieka, którego szukał, znalazł na końcu alejki. Na stole przed nim leżała piękna kolczuga oraz para stalowych rękawic. Dunk przyjrzał się im uważnie.

— Dobra robota — stwierdził.

— Nie znajdziesz lepszej — zapewnił rzemieślnik, klocowaty mężczyzna, wysoki na nie więcej niż pięć stóp, lecz w barach i w piersi szeroki jak Dunk. Miał czarną brodę i wielkie dłonie, a w jego zachowaniu nie było śladu pokory.

— Potrzebuję zbroi na turniej — poinformował go Dunk. — Z porządną kolczugą, naszyjnikiem, nagolennikami i pełnym hełmem.

Mógł wcisnąć na głowę półhełm starego, ale wolałby lepszą osłonę twarzy niż tylko sam nosal.

Płatnerz omiótł go spojrzeniem od stóp do głów.

— Wielki z ciebie chłop, ale robiłem już zbroje dla większych. — Wyszedł zza stołu. — Klęknij, muszę ci zmierzyć te bary. Ehe, i tę grubą szyję też. — Dunk wykonał polecenie i płatnerz przyłożył mu do pleców kawałek zawiązanego w supły rzemienia. Chrząknął, sprawdził jeszcze obwód szyi i znowu chrząknął. — Unieś rękę. Nie tę, prawą. — Chrząknął po raz trzeci. — Możesz wstać. — Wewnętrzna strona nogi, grubość łydki oraz obwód w pasie wywołały kolejne chrząknięcia. — Mam w wozie parę kawałków, które mogą się dla ciebie nadać — stwierdził wreszcie mężczyzna. — Ale to nie będzie nic zdobionego złotem czy srebrem. Tylko porządna stal, mocna i pozbawiona ozdób. Robię hełmy, które wyglądają jak hełmy, nie jak skrzydlate świnie albo dziwaczne owoce z dalekich stron. Ale jeśli oberwiesz kopią w gębę, mój hełm przysłuży ci się lepiej.

— To wszystko, czego potrzebuję — zgodził się Dunk. — Ile?

— Osiemset jeleni, bo jestem dziś w łaskawym nastroju.

— Osiemset? — To było więcej, niż oczekiwał. — Mógłbym… mógłbym ci dać w zamian starą zbroję, zrobioną dla mniejszego mężczyzny… półhełm, kolczugę…

— Stalowy Pate sprzedaje tylko własną robotę — oznajmił płatnerz — ale metal może mi się przydać. Jeśli nie przeżarła ich rdza, przyjmę je i będziesz mi winien sześćset.

Dunk mógłby błagać Pate'a, by sprzedał mu zbroję na kredyt, wiedział jednak, jaką odpowiedź zapewne usłyszy. Podróżował ze starym wystarczająco długo, by nauczyć się, że kupcy z zasady nie ufają wędrownym rycerzom, uważając, iż niektórzy z nich to zwykli rabusie.

— Dam ci teraz dwa srebrniki, a jutro zbroję i resztę sumy.

Płatnerz przypatrywał mu się przez chwilę.

— Za dwa srebrniki kupisz dzień. Potem sprzedam zbroję następnemu chętnemu.

Dunk wyjął jelenie z sakiewki i wsunął je w stwardniałą dłoń płatnerza.

— Dostaniesz wszystko. Zamierzam zwyciężyć w tym turnieju.

— Naprawdę? — Pate ugryzł jedną z monet. — A cała reszta pewnie przyjechała tu cię oklaskiwać?

*

Gdy Dunk wrócił pod wiąz, księżyc stał już wysoko na niebie. Za jego plecami Łąki Ashford gorzały blaskiem pochodni. Słychać było dobiegające stamtąd śpiewy oraz śmiechy, lecz młodzieniec był w ponurym nastroju. Przychodził mu do głowy tylko jeden sposób zdobycia pieniędzy na zbroję. A jeśli przegra…

— Wystarczy mi jedno zwycięstwo — mruknął pod nosem. — Na tyle chyba mogę liczyć.

Stary jednak z pewnością nie ulegałby podobnym złudzeniom. Ser Arlan nie stawał w szranki już od wielu lat, od dnia, gdy na turnieju w Końcu Burzy wysadził go z siodła książę Smoczej Skały.

— Nie każdy może się pochwalić, że skruszył siedem kopii w walce z najwspanialszym rycerzem Siedmiu Królestw — powtarzał. — Wiem, że nigdy już nie sprawię się lepiej, po cóż więc miałbym próbować?

Dunk podejrzewał, że powodem był raczej wiek ser Arlana niż książę Smoczej Skały, lecz nigdy nie ośmielił się powiedzieć tego głośno. Zawsze mi mówił, że jestem szybki i silny. Co było prawdą dla niego, nie musi być prawdą dla mnie — przekonywał sam siebie z uporem.

Gdy przedzierał się przez gęste zielsko, cały czas rozważając swe szanse, w chaszczach ujrzał nagle błysk ognia. Co to? Dunk nie tracił czasu na rozmyślania. Pomknął w tamtą stronę, ściskając w ręku miecz.

Wypadł z gęstwy, wykrzykując głośne przekleństwa, i stanął jak wryty na widok siedzącego przy ognisku chłopca.

— To ty! — Opuścił miecz. — Co tu robisz?

— Piekę rybę — wyjaśnił łysy chłopak. — Chcesz trochę?

— Chciałem zapytać, jak tu trafiłeś? Ukradłeś konia?

— Przyjechałem z tyłu wozu, razem z człowiekiem, który wiózł na zamek jagnięta na stół jego lordowskiej mości z Ashford.

— To lepiej sprawdź, czy już odjechał, albo poszukaj sobie drugiego. Nie pozwolę ci tu zostać.

— Nie możesz mnie wygonić — odparł buńczucznie chłopak. — Mam już po dziurki w nosie tej gospody.

— A ja mam po dziurki w nosie twojego pyskowania — ostrzegł go Dunk. — Powinienem przerzucić cię przez siodło i odwieźć do domu.

— To musiałbyś jechać aż do Królewskiej Przystani — odciął się chłopak. — Ominąłby cię turniej.

Królewska Przystań. Dunk zastanawiał się przez chwilę, czy chłopak z niego drwi. Nie mógł jednak wiedzieć, że on również pochodzi z tego miasta. To pewnie kolejny nędzarz z Zapchlonego Tyłka. Trudno się dziwić, że chciał stamtąd uciec.

Czuł się głupio, stojąc tak z mieczem w ręku nad ośmioletnim sierotą. Schował oręż i łypnął spode łba na chłopaka, by mu zademonstrować, że nie pozwoli na żadne wygłupy. Powinienem mu przynajmniej zdrowo złoić skórę — pomyślał, ale dzieciak wyglądał tak żałośnie, że Dunk nie mógł się zdobyć na to, by go uderzyć. Rozejrzał się po swym obozie. Ognisko buzowało wesoło, otoczone równym kręgiem kamieni. Konie wyszczotkowano, a ubranie wisiało na gałęzi wiązu, susząc się nad ogniem.

— Co tam robią te łachy?

— Wyprałem je — wyjaśnił chłopak. — Oporządziłem też konie, rozpaliłem ognisko i złapałem rybę. Rozbiłbym także twój namiot, ale nigdzie go nie znalazłem.

— To jest mój namiot.

Dunk uniósł rękę i zatoczył nią krąg, wskazując na majaczący nad nimi wysoki wiąz.

— To drzewo — odparł chłopak obojętnym tonem.

— Prawdziwy rycerz nie potrzebuje lepszej osłony. Wolę spać pod gwiazdami niż w jakimś zadymionym namiocie.

— A jeśli będzie lało?

— Drzewo mnie osłoni.

— Drzewa przeciekają.

Dunk parsknął śmiechem.

— Prawdę mówiąc, nie stać mnie na namiot. Lepiej odwróć tę rybę, bo inaczej od spodu będzie przypalona, a od góry surowa. Nie nadajesz się na kuchcika.

— Nadałbym się, gdybym zechciał — burknął chłopak, odwrócił jednak rybę.

— Co się stało z twoimi włosami? — zainteresował się Dunk.

— Maesterzy mi je zgolili.

Malec, nagle zawstydzony, postawił kaptur ciemnobrązowego płaszcza, zakrywając głowę.

Dunk słyszał, że czasami tak się robi, gdy ktoś ma wszy, liszaj albo zarazi się pewnymi chorobami.

— Jesteś chory?

— Nie — zaprzeczył chłopak. — Jak masz na imię?

— Dunk.

Rozpaskudzony dzieciak roześmiał się w głos, jakby nigdy w życiu nie słyszał nic zabawniejszego.

— Dunk? — powtórzył. — Ser Dunk? To nie imię dla rycerza. Czy to zdrobnienie od Duncan?

Czy tak było? Stary mówił na niego „Dunk”, odkąd sięgał pamięcią, a ze swego poprzedniego życia młodzieniec nie przypominał sobie zbyt wiele.

— Tak, Duncan — potwierdził. — Ser Duncan z…

Dunk nie miał żadnego nazwiska ani rodu. Gdy znalazł go ser Arlan, był dzikim dzieckiem, pałętającym się po zamtuzach i zaułkach Zapchlonego Tyłka. Nie pamiętał ojca ani matki. Co miał powiedzieć? „Ser Duncan z Zapchlonego Tyłka” raczej nie brzmiało po rycersku. Mógł oznajmić, że pochodzi z Pennytree, ale co będzie, jeśli go zapytają, gdzie ono leży? Dunk nigdy tam nie był, a stary nie opowiadał zbyt wiele o swych rodzinnych stronach. Zamyślił się na chwilę, marszcząc brwi.

— Ser Duncan Wysoki — palnął wreszcie. Z pewnością był wysoki, nikt nie mógł temu zaprzeczyć, a imię brzmiało naprawdę dumnie.

Mały łobuziak był jednak innego zdania.

— Nigdy nie słyszałem o ser Duncanie Wysokim — oznajmił.

— A czy słyszałeś o wszystkich rycerzach w Siedmiu Królestwach?

Chłopak obrzucił go śmiałym spojrzeniem.

— O wszystkich dobrych.

— Ja też jestem dobry. Po turnieju wszyscy się o tym przekonają. A jak ty masz na imię, złodziejaszku?

— Jajo — odpowiedział malec po chwili wahania.

Dunk powstrzymał śmiech. Jego głowa rzeczywiście wygląda jak jajo. Mali chłopcy potrafią być okrutni, i dorośli ludzie również.

— Jajo — zaczął — powinienem cię stłuc na kwaśne jabłko i przepędzić na cztery wiatry, ale prawda wygląda tak, że nie mam namiotu ani giermka. Jeśli przysięgniesz, że będziesz robił wszystko, co ci każę, pozwolę, żebyś mi służył na czas turnieju. Później, hmm, zobaczymy. Jeśli dojdę do wniosku, że zapracowałeś na swoje utrzymanie, będziesz miał w co się ubrać i co jeść. Ubranie może być z samodziału, a posiłki będą się składały z solonej wołowiny i solonych ryb, i może od czasu do czasu dziczyzny, gdy w pobliżu nie będzie strażników leśnych, ale nie będziesz głodował. Obiecuję też, że nie będę cię bił, chyba że na to zasłużysz.