Żeglarze nocy i inne opowiadaniaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

Żeglarze nocy i inne opowiadania


Tytuł oryginału

Nightflyers & Other Stories ISBN 978-83-8116-603-4 Copyright © 1985 by George R.R. Martin All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Cover illustration: © Netflix, Inc. 2018. Artwork and logo used with permission from Netflix, Inc Redakcja Robert Cichowlas Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

ŻEGLARZE NOCY

SKRZYNKA OBEJŚCIA

WEEKEND W STREFIE WOJNY

NIE WOLNO ZABIJAĆ CZŁOWIEKA

WSZYSTKIE BARWY PIERŚCIENIA GWIEZDNEGO

PIEŚŃ DLA LYANNY

Nota wydawnicza

Dla Gardnera Dozois, który wygrzebał mnie ze sterty niezamówionych rękopisów i uratował przed pracą w wesołym miasteczku

ŻEGLARZE NOCY


Gdy Jezus z Nazaretu wisiał na krzyżu, umierając, wolkryni minęli jego agonię w odległości mniejszej niż rok świetlny, kierując się na zewnątrz.

W czasie kiedy na Ziemi srożyły się Wojny Płomienne, wolkryni żeglowali w pobliżu Starego Posejdona, na którym morza ciągle były nienazwane i nietknięte rybackimi sieciami. Do czasu, w którym hipernapęd przekształcił Zjednoczone Narody Ziemi w Imperium Federalne, wolkryni dotarli już do skraju przestrzeni zajmowanej przez Hrangan. Hranganie nigdy się o tym nie dowiedzieli. Podobnie jak my, byli dziećmi małych, jasnych światów, krążących wokół rozrzuconych słońc i niezbyt interesowali się rzeczami, które wędrowały w kosmicznej pustce, a jeszcze mniej o nich wiedzieli.

Wojna płonęła przez tysiąc lat i wolkryni przelecieli przez jej środek, nieświadomi i nietknięci, bezpieczni w miejscu, w którym nie mogą rozjarzyć się żadne ognie. Później Imperium legło w gruzach i przeminęło, a Hranganie zniknęli w mrokach Kolapsu, dla wolkrynów jednak ciemności nie zgęstniały.

Gdy Kleronomas wyleciał z Avalonu na swym statku badawczym, wolkryni znaleźli się w odległości dziesięciu lat świetlnych od niego. Kleronomas odkrył wiele rzeczy, jednak nie odkrył wolkrynów. Ani wtedy, ani podczas swego powrotu na Avalon, pokolenie później.

Kiedy byłam trzyletnim dzieckiem, Kleronomas był tylko pyłem, tak odległym i martwym jak Jezus z Nazaretu, a wolkryni przelatywali w pobliżu Daronne. Tego roku wszyscy czuciowcy Kreyów zachowywali się dziwnie — siadywali wpatrzeni w niebo świecącymi, migoczącymi oczyma.

Kiedy dorosłam, wolkryni wypłynęli poza Tarę, stając się niewyczuwalni nawet dla Kreyów i ciągle kierując się na zewnątrz.

Teraz, gdy jestem stara i coraz starsza, wolkryni wkrótce przebiją Welon Grzesznicy, wiszący pomiędzy gwiazdami jak czarna mgła. A my lecimy za nimi, lecimy za nimi. Poprzez wypełnione ciemnością zatoki przestrzeni, w które nikt się nie zapuszcza, przez pustkę, przez ciszę bez końca ścigamy go, mój ŻEGLARZ NOCY i ja.

Schodzili powoli wzdłuż przezroczystej rury, łączącej stację orbitalną z czekającym przed nimi statkiem, przeciągając się ręka za ręką poprzez nieważkość.

Melantha Jhirl — jedyna wśród nich, która tutaj, w miejscu pozbawionym grawitacji, nie wyglądała niezdarnie i zdawała się czuć zupełnie swobodnie — zatrzymała się na chwilę, żeby spojrzeć na wiszącą w dole nakrapianą kulę Avalonu, majestatyczny ogrom w czerni nefrytowej zieleni i bursztynie. Uśmiechnęła się i popłynęła szybko w dół rury, z niewymuszoną gracją wyprzedzając swych towarzyszy. Zdarzało im się już wchodzić na pokład statku, każdemu z nich, ale nigdy w ten sposób. Większość statków dokowała przy ścianach stacji, ten jednak, wyczarterowany przez Karoly d’Branina, był zbyt duży i miał zbyt niezwykły kształt. Wisiał przed nimi: trzy niewielkie umieszczone obok siebie jaja, poniżej i pod kątem prostym dwie większe kule, pomiędzy nimi cylinder, w którym mieścił się napęd, a wszystko połączone odcinkami rur. Cały statek był biały i funkcjonalny.

Melantha Jhirl przeszła przez śluzę powietrzną pierwsza. Inni gramolili się, jedno po drugim, aż wszyscy znaleźli się na pokładzie — pięć kobiet i czterech mężczyzn, każde z nich ze statusem akademickim, choć ich dotychczasowe drogi życiowe były tak różne jak pola ich naukowych zainteresowań. Młody, wątły telepata Thale Lasamer wszedł ostatni. Gdy inni rozmawiali, czekając na zakończenie procedury wejścia, on nerwowo rozglądał się

wokół.

— Jesteśmy obserwowani — powiedział.

Zewnętrzne drzwi zamknęły się za nimi, rura komunikacyjna odpadła. Teraz otworzyły się drzwi wewnętrzne.

— Witajcie na ŻEGLARZU NOCY — dobiegł zza nich miękki głos. Ale nikogo tam nie było.

Melantha Jhirl weszła do korytarza.

— Cześć — powiedziała, rozglądając się wokół z ciekawością. Karoly d’Branin wszedł za nią.

— Cześć — powtórzył głos. Dochodził zza siatki komunikatora poniżej zaciemnionego ekranu. — Mówi Royd Eris, właś-

ciciel ŻEGLARZA NOCY. Cieszę się, Karoly, że znów cię widzę, i cieszę się również, że mogę powitać tu was wszystkich.

— Gdzie pan jest? — spytał ktoś.

— W mojej kwaterze, w pomieszczeniach zajmujących połowę tej, w której jesteśmy, czyli mieszkalnej części statku. — Głos Royda Erisa brzmiał przyjaźnie. — Na drugą połowę składa się mesa, będąca jednocześnie biblioteką i kuchnią, dwa pomieszczenia sanitarne, jedna kabina podwójna i jedna, dość niewielka, pojedyncza. Obawiam się, że ci, którzy się w nich nie zmieszczą, będą musieli rozwiesić sobie hamaki w lukach towarowych. ŻEGLARZ został zaprojektowany jako statek towarowy, nie pasażerski. Otworzyłem jednak wszystkie niezbędne przejścia i połączenia, dlatego wszędzie, również w magazynach, jest powietrze, ogrzewanie i woda. Pomyślałem, że będzie wam wygodniej, jeśli rozmieścicie się w ten sposób. Również wasz ekwipunek i system komputerowy został umieszczony w luku towarowym, ale zapewniam was, że jest tam jeszcze mnóstwo miejsca. Proponuję, żebyście teraz się rozlokowali, a potem spotkamy się w mesie na obiedzie.

— Przyłączy się pan do nas? — spytała Agatha Marij-Black, psipsych, gderliwa kobieta o wąskiej, ostrej twarzy.

— W pewnym sensie — odpowiedział Royd Eris. — W pewnym sensie.

Podczas obiadu pojawił się duch.

Po rozwieszeniu hamaków i rozłożeniu rzeczy osobistych wokół miejsc, w których mieli spać, bez większych trudności odnaleźli mesę. Było to największe pomieszczenie w tej części statku. Jeden jego koniec zajmowała kompletnie wyposażona i dobrze zaopatrzona w zapasy żywności kuchnia. W przeciwległym końcu znaleźli kilka wygodnych foteli, dwa czytniki, holotank i ścianę pełną książek, taśm i kryształowych kości pamięci. Środek mesy był zajęty przez długi stół z przygotowanymi dla dziesięciu osób miejscami.

Czekał już na nich lekki, gorący posiłek. Naukowcy obsłużyli się sami i zajęli miejsca przy stole, śmiejąc się i rozmawiając, bardziej już rozluźnieni niż podczas wchodzenia na statek. Sztuczna grawitacja była włączona, co w ogromnej mierze przyczyniło się do poprawy nastrojów. Własna niezdarność podczas nieważkiego przejścia na statek została szybko zapomniana.

W końcu zajęto wszystkie krzesła, z wyjątkiem stojącego u szczytu stołu.

Duch zmaterializował się właśnie w nim. Wszystkie rozmowy nagle umilkły.

— Cześć — powiedział upiór, świetlisty cień szczupłego, bladookiego młodzieńca o białych włosach. Ubrany był w niemodny już od dwudziestu lat strój — luźną, pastelowobłękitną koszulę z szerokimi, ściągniętymi w nadgarstkach rękawami i obcisłe białe spodnie, stanowiące całość z butami. Mogli na wskroś przez niego widzieć, natomiast jego oczy nie widziały zupełnie nic.

 

— Hologram — powiedziała Alys Northwind, ksenotech, nis-

ka i tęga.

— Royd, Royd, nic z tego nie rozumiem — poskarżył się Karoly d’Branin, rozszerzonymi oczyma wpatrując się w upiorną sylwetkę.

Duch uśmiechnął się nieznacznie i uniósł rękę.

— Moja kwatera znajduje się po drugiej stronie tej ściany — powiedział. — Obawiam się jednak, że między połówkami tej części statku nie ma żadnego połączenia, żadnych drzwi. Większość czasu spędzam w samotności, cenię sobie odosobnienie. Mam nadzieję, że wszyscy odniesiecie się do tego ze zrozumieniem i uszanujecie moją wolę. Będę jednak dobrym, uprzejmym gospodarzem. Tutaj, w mesie, będzie wam towarzyszył mój hologram. Gdzie indziej, jeżeli będziecie czegoś potrzebowali lub chcieli ze mną rozmawiać, użyjcie po prostu komunikatora. A teraz wróćcie, proszę, do posiłku i waszych rozmów. Z przyjemnością będę ich słuchał. Już bardzo dawno nie miałem pasażerów na pokładzie.

Próbowali. Ale widmo u szczytu stołu rzucało długi cień… Obiad został przez nich dokończony pospiesznie i w napięciu.

Od chwili, w której ŻEGLARZ NOCY przeszedł na hiperna- pęd, Royd Eris obserwował naukowców.

Większość z nich w ciągu kilku dni przyzwyczaiła się do bezcielesnego głosu z komunikatorów i holograficznego upiora u szczytu stołu. Ale tylko Melantha Jhirl i Karoly d’Branin wydawali się czuć zupełnie swobodnie w takiej jego obecności. Pozostali byliby pewnie jeszcze bardziej skrępowani, gdyby wiedzieli, że Royd bezustannie przy nich był. Zawsze i wszędzie patrzył. Posiadał oczy i uszy nawet w pomieszczeniach sanitarnych.

Patrzył, jak pracują, jedzą, śpią, kopulują; nieustannie przysłuchiwał się ich rozmowom. W ciągu tygodnia poznał ich, całą dziewiątkę, i zaczął dostrzegać rzeczy, które były ich małymi, wstydliwymi tajemnicami.

Lommie Thorne, cybernetyk, rozmawiała ze swymi komputerami i zdawała się przedkładać ich towarzystwo nad towarzystwo ludzi. Miała bystry umysł, ruchliwą, pełną wyrazu twarz i niewielkie, chłopięce ciało. Większość pozostałych członków grupy uważała ją za atrakcyjną, ale ona nie lubiła być dotykana. Uprawiała seks tylko raz, z Melanthą Jhirl. Nosiła spódnice z miękko tkanego metalu i miała wszczep w przegubie, pozwalający jej na bezpośrednie łączenie się z komputerami.

Ksenobiolog, Rojan Christopheris, był zgorzkniałym, kłótliwym mężczyzną, cynikiem z trudnością kontrolującym swą pogardę dla kolegów. Upijał się do lustra. Był wysoki, przygarbiony i brzydki.

Dwoje lingwistów, Dannel i Lindran, było kochankami na pokaz, w towarzystwie innych nieustannie trzymali się za ręce i przytulali. Gdy byli sami, kłócili się zażarcie. Lindran znajdowała niezdrową przyjemność w ranieniu Dannela tam, gdzie najbardziej bolało, kpiąc z jego zawodowej kompetencji. Oboje często uprawiali seks, choć nigdy ze sobą.

Agatha Marij-Black, psipsych, była hipochondryczką, popadającą w czarne depresje, które nasiliły się jeszcze w zamkniętych, ciasnych pomieszczeniach ŻEGLARZA NOCY.

Alys Northwind, ksenotech, bezustannie jadła i nigdy się nie myła. Jej kwadratowe paznokcie zawsze nosiły obwódki czarnego brudu. Przez pierwsze dwa tygodnie podróży ubrana była w ten sam kombinezon, zdejmując go tylko przy uprawianiu seksu, a i wtedy na krótko.

Telepata, Thale Lasamer, był nerwowy i łatwo ulegał nastrojom. Bał się wszystkich wokół, miał jednak skłonność do ataków arogancji, podczas których prowokował swych towarzyszy strzępami myśli, wyłowionymi z ich umysłów.

Royd Eris obserwował wszystkich, studiował ich, żył z nimi i poprzez nich. Nie zaniedbywał nikogo, nawet tych, których uważał za najbardziej odrażających. Zanim jednak upłynęły dwa tygodnie od zagubienia ŻEGLARZA w mętnym potoku hipernapędu, dwoje z nich zaczęło absorbować większość jego uwagi.

— Ze wszystkich pytań, które można na ich temat zadać, najbardziej chcę wiedzieć dlaczego — powiedział mu Karoly d’Branin pewnej fałszywej nocy, podczas drugiego tygodnia od wylotu z Avalonu.

Świetlisty duch Royda siedział w zaciemnionej mesie obok d’Branina, przyglądając się, jak naukowiec popija słodko-gorzką czekoladę. Pozostali członkowie grupy już spali. Na statku pojęcia dnia i nocy straciły swoje znaczenie, chociaż ŻEGLARZ utrzymywał tradycyjny cykl i większość pasażerów stosowała się do niego. Stary d’Branin, administrator, koordynator i dowódca wyprawy, był wyjątkiem. Trzymał się własnego rozkładu czasu, wolał pracować niż spać, a najbardziej lubił rozmawiać na temat swojej obsesji — rasy wolkrynów, na którą polował.

— Jeżeli jest równie ważne, Karoly — powiedział Royd. — Czy możesz być zupełnie pewny, że ci twoi obcy naprawdę istnieją?

— JA mogę być pewny — odpowiedział d’Branin, puszczając oko. Był szczupłym, niewysokim mężczyzną, jego stalo- woszare włosy były zawsze starannie ułożone, tunika niemal pedantycznie schludna, tylko ta szeroka gestykulacja podczas rozmowy i wybuchy niekontrolowanego entuzjazmu zaprzeczały jego rzeczowemu, trzeźwemu wyglądowi. — To wystarczy — ciągnął. — Gdyby wszyscy inni byli tak pewni, mielibyśmy tutaj, zamiast twego małego ŻEGLARZA, całą flotę statków badawczych. — Wypił łyk czekolady i westchnął z zadowoleniem. — Czy wiesz coś o Nor T’alush, Royd?

Royd nigdy nie zetknął się z tą nazwą, ale uzyskanie informacji z pokładowej biblioteki zajęło mu zaledwie chwilę.

— Rasa obcych, żyjąca po przeciwnej w stosunku do zajętej przez człowieka stronie przestrzeni, poza światami Fyndii i Da- moosh. Najprawdopodobniej legendarna.

D’Branin zachichotał.

— Nie, nie, nie! Twoja biblioteka jest przestarzała, musisz ją uzupełnić podczas następnej wizyty na Avalonie. To żadne legendy, nie. Oni są najzupełniej realni, chociaż tak odlegli. Niewiele posiadamy informacji na temat Nor T’alush, jesteśmy jednak pewni, że istnieją, chociaż ty czy ja najpewniej nigdy żadnego z nich nie spotkamy. Oni byli początkiem tego wszystkiego.

— Opowiedz mi o tym — powiedział Royd. — Interesuje mnie, czym się zajmujesz, Karoly.

— Kiedyś kodowałem dla komputerów Akademii pakiet informacji, który po dwudziestu standardowych latach dotarł z Dam Tullian. Jego część stanowił folklor Nor T’alush. Nie miałem i nadal nie mam pojęcia, jak dużo czasu tym informacjom zajęło dotarcie do Dam Tullian ani jaką drogą tam dotarły, ale to nie miało znaczenia — tak czy inaczej folklor jest ponadczasowy, a to był fascynujący materiał. Wiesz, że zrobiłem magisterium z ksenomitologii?

— Tak? Nie wiedziałem. Mów dalej, proszę.

— Jeden z mitów Nor T’alush zawierał opowieść o wolkry- nach. Zadziwiła mnie ona. Mówiła o rozumnej rasie, wyruszającej z jakiegoś tajemniczego miejsca w centrum galaktyki, żeglującej ku jej granicom i wreszcie, jak przypuszczano, kierującej się w przestrzeń międzygalaktyczną, nie lądującej na planetach i rzadko zbliżającej się bardziej niż na rok świetlny do gwiazd. — Szare oczy d’Branina skrzyły się, ramiona entuzjastycznie rozkładały się na boki, jakby chciały objąć całą galaktykę. — I dokonującej tego wszystkiego bez hipernapędu, Royd, to prawdziwy cud! Dokonującej tego w statkach, które poruszały się z ułamkiem szybkości światła! Ten szczegół mnie zafascynował! Jakże oni muszą być inni, ci moi wolkryni, jakże mądrzy i cierpliwi, długowieczni i dalekowzroczni, niemający w sobie niczego ze straszliwego pośpiechu i namiętności, w których spalają się niższe rasy. Pomyśl, jak one muszą być stare, te statki wolkrynów!

— Bardzo stare — zgodził się Royd. — Karoly, ty powiedziałeś statki. To znaczy więcej niż jeden?

— Och, tak — odpowiedział d’Branin. — Zgodnie z przekazem Nor T’alush pojawiły się na wewnętrznej granicy ich przestrzeni, na początku zaledwie jeden czy dwa, ale wkrótce przybyły następne. Setki, każdy samotny, poruszający się osobno od innych, a wszystkie lecące na zewnątrz, zawsze na zewnątrz. Kierunek ich lotu był nieodmiennie ten sam. Przelatywali przez układy gwiezdne Nor T’alush przez piętnaście tysięcy standardowych lat, a potem zaczęli je opuszczać. Mit mówi, że ostatni statek wolkrynów wyleciał spośród ich gwiazd trzy tysiące standardowych lat

temu.

— Osiemnaście tysięcy lat — powiedział Royd. — Czy Nor T’alush są aż tak starzy?

— Nie jako gwiezdni podróżnicy, nie — odpowiedział d’Bra- nin, uśmiechając się. — Zgodnie z ich własnymi zapisami, Nor T’alush są cywilizowani zaledwie przez połowę tego czasu. W pewnym momencie nieco mnie to martwiło, gdyż wyraźnie zmieniało historię wolkrynów w czystą legendę. Piękną legendę, to prawda, ale nic więcej. Nie mogłem tego tak zostawić. W wolnych chwilach przeprowadzałem badania, porównując różne mitologie, żeby sprawdzić, czy ten szczególny ich fragment pojawia się również u innych ras niż Nor T’alush. Uważałem, że być może uda mi się zrobić z tego pracę doktorską, gdyż ta linia poszukiwań wyglądała obiecująco. Byłem zdumiony tym, co odkryłem. Niczego nie było u Hrangan ani u ras im podległych, ale to zupełnie zrozumiałe. Oni żyli na zewnątrz przestrzeni zajmowanej przez człowieka. Wolkryni nie mogli do nich dotrzeć, nie minąwszy przedtem układów gwiezdnych zamieszkiwanych przez nas samych. Kiedy jednak spojrzałem do wewnątrz, opowieści o wolkrynach były wszędzie. — D’Branin pochylił się, wyraźnie podniecony. — Ach, Royd, te opowieści, te opowieści!

— Słucham uważnie — powiedział Royd.

— Fyndii nazywają ich iy-wivii, co tłumaczy się jako „horda z otchłani” lub „czarna horda”. Wszystkie plemiona Fyndii opowiadają tę samą historię i tylko ci o całkowicie zaślepionych umysłach mogą w nią nie wierzyć. Opowiadają, że statki są ogromne, znacznie większe niż znane z ich dziejów czy z naszych. Okręty wojenne, mówią. Istnieje opowieść o zaginionym plemieniu Fyndii, trzysta statków pod rala-fyn, wszystkie doszczętnie zniszczone podczas spotkania z iy-wivii. To oczywiście zdarzyło się wiele tysięcy lat temu, a szczegóły są dość niejasne. Damoosh mają odmienną opowieść i uważają ją za prawdziwą, słowo po słowie, a jak wiesz, są oni najstarszą rasą, z jaką się dotychczas zetknęliśmy. Nazywają moich wolkrynów ludem z zatoki. Wspaniałe opowieści, Royd, wspaniałe! Statki jak wielkie ciemne miasta, spokojne i ciche, żyjące w tempie wolniejszym niż wszechświat wokół nich. Legendy Damoosh mówią, że wolkryni są uciekinierami z jakiejś niewyobrażalnej wojny głęboko w jądrze galaktyki, toczonej u początków czasu. Opuścili planety i gwiazdy, na których wyrośli, żeby w przestrzeni pomiędzy nimi szukać prawdziwego pokoju, Getsoidy z Aath mają podobny mit, ale w nim ta wojna zniszczyła wszystkie żywe istoty w galaktyce, a wolkryni są swego rodzaju bogami, siejącymi życie na mijanych planetach. Inne rasy widzą ich jako cienie z piekieł lub wysłanników Boga, ostrzegających nas, każących uciekać przed czymś straszliwym, co ma się wkrótce wyłonić z jądra galaktyki.

— Te opowieści, o których mówisz, Karoly, przeczą sobie wzajemnie.

— Tak, tak, oczywiście, ale wszystkie są zgodne w sprawach podstawowych: wolkryni opuszczają galaktykę, mijając na swych starożytnych, powolnych, niezniszczalnych statkach nasze krótkotrwałe imperia. To właśnie naprawdę się liczy! Reszta jest nic nieznaczącą ornamentacją. Wkrótce będziemy wiedzieć, ile kryje się w niej prawdy. Sprawdziłem te nieliczne informacje, jakie mamy na temat ras żyjących ponoć jeszcze bliżej środka galaktyki, nawet poza Nor T’alush, poza cywilizacją i istotami, które same są na wpół legendarne, jak Dan’lai, Ullish i Rohenna’kh. I tam, gdzie mogłem w ogóle cokolwiek znaleźć, znowu znajdowałem historie o wolkrynach.

— Legenda na temat legend — powiedział Royd. Kąciki szerokich ust widma uniosły się w uśmiechu.

— Dokładnie, dokładnie — zgodził się d’Branin. — Zwróciłem się do ekspertów, specjalistów z Instytutu Studiów nad Inteligencjami Pozaludzkimi. Prowadziliśmy badania przez dwa lata. Wszystko tam było, w bibliotekach, w pamięciach i matrycach Akademii. Przedtem nikt jednak nie zadał sobie trudu, żeby spojrzeć na te materiały, żeby je zestawić. Wolkryni wędrowali przez należącą do człowieka przestrzeń w ciągu niemal całej ludzkiej historii, od czasów poprzedzających loty kosmiczne. Podczas gdy my nauczyliśmy się skręcać strukturę przestrzeni, oszukując teorię względności, oni żeglowali swoimi wielkimi statkami przez samo serce naszej tak zwanej cywilizacji, obok naszych najgęściej zaludnionych światów ze stateczną, podświetlną prędkością, kierując się ku Granicy i ciemnościom pomiędzy galaktykami. Cudowne, Royd, cudowne!

— Cudowne — zgodził się Royd.

Karoly d’Branin jednym haustem osuszył filiżankę i wyciągnął rękę, żeby chwycić ramię Royda, jednak jego dłoń przeszła na wylot przez puste światło. Przez chwilę wyglądał na zmieszanego, ale potem sam zaczął się z siebie śmiać.

 

— Ach, moi wolkryni. Chyba wpadam w nadmierny entuzjazm, Royd. Jestem już tak blisko celu. Oni zaprzątali bez reszty moje myśli przez dziesięć lat, a teraz w ciągu miesiąca będę ich miał, będę napawał moje zmęczone oczy ich wspaniałością. A potem, potem, jeśli tylko moi ludzie zdołają dosięgnąć kogoś tak wielkiego i dziwnego jak oni, tak różnego od nas, mam nadzieję, Royd, nadzieję, że poznam odpowiedź przynajmniej na pytanie dlaczego!

Duch Royda uśmiechnął się do niego, patrząc przed siebie spokojnymi, przezroczystymi oczyma.

Pasażerowie na statku, który posługuje się hipernapędem, zwykle szybko ulegają znudzeniu, tym bardziej na statku tak niewielkim i skromnie urządzonym jak ŻEGLARZ NOCY. Pod koniec drugiego tygodnia podróży przypuszczenia i spekulacje zaczęły się na dobre.

— Kim naprawdę jest ten Royd Eris? — spytał pewnej nocy Rojan Christopheris, ksenobiolog. Grali we czwórkę w karty. — Dlaczego do nas nie wychodzi? Jaki ma cel w izolowaniu się od wszystkich?

— Spytaj go — poradził Dannel, lingwista.

— A jeżeli to jakiś kryminalista? — powiedział Christopheris. — Czy my w ogóle cokolwiek o nim wiemy? Nic, zupełnie nic. Wynajął go d’Branin, a on jest, jak wszyscy wiemy, starym, zgrzybiałym głupcem.

— Ty zagrywasz — powiedziała Lommie Thorne. Christopheris z trzaskiem rzucił kartę.

— Blok — zadeklarował. — Będziesz musiała znowu rozdawać. — Wyszczerzył zęby. — A wracając do tego Erisa, jaką możemy mieć gwarancję, że on nie planuje nas wymordować?

— Niewątpliwie dla naszych ogromnych majątków — powiedziała Lindran, lingwistka. Położyła kartę na tej, którą zagrał Christopheris.

— Przebita — stwierdziła miękko. Uśmiechnęła się. Obserwując to wszystko, uśmiechnął się również Royd Eris.

Przyjemnie było patrzeć na Melanthę Jhirl.

Młoda, zdrowa, pełna wigoru, promieniowała intensywnością, jakiej próżno by szukać w którymkolwiek z pozostałych członków grupy. Pod każdym względem była duża — o głowę wyższa od wszystkich na pokładzie, silne ciało, duże piersi, długie nogi. Pod jej czarną jak węgiel skórą płynnie poruszały się silne mięśnie. Apetyt miała równie duży. Jadła dwa razy więcej niż ktokolwiek z jej kolegów i potężnie piła, nigdy jednak się nie upijała. Każdego dnia przez cztery godziny wykonywała ćwiczenia gimnastyczne na sprzęcie, który przywiozła ze sobą i zamontowała w jednym z luków towarowych. Przez pierwsze dwa tygodnie podróży uprawiała seks ze wszystkimi czterema znajdującymi się na pokładzie mężczyznami i z dwiema z kobiet. Nawet w łóżku była zawsze aktywna, wyczerpując kompletnie większość z partnerów. Royd obserwował ją z rosnącą fascynacją.

— Jestem ulepszonym modelem — powiedziała mu pewnego razu, ćwicząc intensywnie na równoległych drążkach. Jej odsłonięta skóra błyszczała od potu. Ciasna siatka spinała długie czarne włosy.

— Ulepszonym? — spytał Royd. Nie mógł wysyłać hologramu do luków towarowych, ale Melantha zaprosiła go do rozmowy za pomocą komunikatora, nie wiedząc, że i tak byłby przy niej.

Przerwała wykonywany układ, siłą mięśni zatrzymując ciało w stójce na rękach.

— Zmienionym, kapitanie — powiedziała. Przyjęła taką formę zwracania się do niego: kapitanie. — Urodziłam się na Prometeuszu, wśród elity, jako dziecko dwojga czarodziejów genetycznych. Zostałam ulepszona, kapitanie. Potrzebuję dwukrotnie więcej energii niż pan, ale w całości ją wykorzystuję. Mam bardziej efektywną przemianę materii, silniejsze i bardziej wytrzymałe ciało, przewidywany czas mego życia jest półtora raza dłuższy od ludzkiego przeciętnego. Moi ziomkowie popełnili kilka straszliwych pomyłek, próbując radykalnie przemodelować ludzkość, ale drobne ulepszenia wychodzą im całkiem niezłe. — Podjęła ćwiczenia, poruszając się szybko i bez widocznego wysiłku. Milczała już do ich końca. Wreszcie, zrobiwszy salto w powietrzu, zeskoczyła na podłogę i przez chwilę stała nieruchomo, ciężko oddychając, a potem splotła ramiona na piersi, podniosła głowę i uśmiechnęła się. — Teraz już znasz historię mego życia, kapitanie — powiedziała. Ściągnęła siatkę z głowy i rozpuściła włosy.

— Z pewnością jest w niej nie tylko to — powiedział głos z komunikatora.

Roześmiała się.

— Z pewnością. Czy chcesz usłyszeć o mojej ucieczce na Avalon, o jej przyczynach i okolicznościach, o wynikłych z niej kłopotach dla mojej rodziny na Prometeuszu? A może jesteś bardziej zainteresowany moimi nadzwyczajnymi osiągnięciami w dziedzinie ksenologii kulturowej? Chcesz posłuchać?

— Może przy jakiejś innej okazji — odpowiedział Royd uprzejmie. — Co to za kryształ? Ten, który nosisz?

Zwykle wisiał pomiędzy jej piersiami. Zdjęła go, rozbierając się do ćwiczeń. Teraz podniosła i zawiesiła go na szyi — niewielki, zielony kamień poznaczony czarnymi żyłkami, na srebrnym łańcuszku. Dotykając go, zamknęła na chwilę oczy. Uśmiechała się, otwierając je z powrotem.

— Jest żywy — powiedziała. — Nigdy takiego nie widziałeś? To szepczący kamień, kapitanie. Kryształ rezonacyjny, psionicz- nie ukształtowana matryca, zatrzymująca w sobie jakieś wspomnienie, odczucie. Dotknięcie kryształu wyzwala je na chwilę.

— Sama zasada jest mi znana, ale nie zetknąłem się jeszcze z jej praktycznym wykorzystaniem. A więc w twoim krysztale ukryte jest jakieś szczególnie drogie ci wspomnienie? Rodzinne może?

Melantha podniosła ręcznik i zaczęła wycierać pot.

— Mój kryształ zawiera wrażenia z wyjątkowo udanego seansu seksualnego, kapitanie. To mnie podnieca. Lub raczej podniecało. Szepczące kamienie tracą z czasem swoją moc i odczucia zgromadzone w moim krysztale nie są już tak intensywne jak kiedyś. Czasami jednak, zwykle po uprawianiu miłości lub po wyczerpujących ćwiczeniach, odżywają z dawną siłą.

— Och — powiedział głos Royda. — A więc jesteś teraz podniecona? Masz zamiar z kimś kopulować?

Melantha uśmiechnęła się.

— Wiem, jakiej części moich wspomnień chciałbyś wysłuchać, kapitanie. Tej, która dotyczy mego burzliwego i pełnego namiętności życia miłosnego. Ale jej nie usłyszysz. Przynajmniej do czasu, aż ja poznam historię twego życia. Wśród moich skromnych przymiotów niepoślednie miejsce zajmuje nienasycona ciekawość. Kim ty jesteś, kapitanie? Tak naprawdę.

— Niewątpliwie ktoś tak ulepszony jak ty — odpowiedział Royd — powinien być w stanie sam to odgadnąć.

Melantha roześmiała się i rzuciła ręcznikiem w siatkę komunikatora.

Lommie Thorne większość czasu spędzała w luku towarowym, przeznaczonym na pomieszczenie dla komputerów, montując system, który miał im służyć do analizy danych o wolkrynach. Bardzo często przychodziła do niej Alys Northwind, oferując jej swoją pomoc. Podczas pracy Lommie miała zwyczaj pogwizdywać, natomiast Alys wykonywała jej polecenia w posępnym milczeniu. Od czasu do czasu rozmawiały.

— Eris nie jest człowiekiem — powiedziała pewnego dnia Lommie Thorne, nadzorując instalację dużego monitora.

— Co? — burknęła Alys. Jej płaska, nieciekawa twarz zmarszczyła się, przez Christopherisa i jego teorie zaczęła nieco nerwowo reagować na wzmianki o Roydzie. Wsunęła na miejsce kolejny komponent i odwróciła się.

— Rozmawia z nami, ale pozostaje niewidoczny — powiedziała Lommie. — Tutaj nie ma żadnej załogi, wszystko, poza nim, wydaje się zautomatyzowane. Dlaczego więc ten statek nie miałby być zautomatyzowany w pełni i do końca? Idę o zakład, że ten Royd Eris jest skomplikowanym systemem komputerowym, być może prawdziwą Sztuczną Inteligencją. Nawet skromny program może prowadzić pseudorozmowę, której niemal nie da się odróżnić od ludzkiej. Taki jak ten, uruchomiony, mógłby cię zupełnie oszukać.

Alys chrząknęła i wróciła do przerwanej pracy.

— Dlaczego więc udaje człowieka?

— Ponieważ większość systemów prawnych nie przyznaje SI żadnych praw obywatelskich. Statek nie może być właścicielem siebie samego, nawet na Avalonie. ŻEGLARZ NOCY obawia się prawdopodobnie, że zostanie uwięziony i wyłączony. — Gwizdnęła. — Śmierć, Alys, koniec poczucia istnienia, koniec świadomych myśli.

— Każdego dnia pracuję z maszynami — powiedziała z uporem Alys. — Włączenie, wyłączenie, bez różnicy. Nie mają nic przeciwko temu. Dlaczego ta maszyna miałaby się tym przejmować?

Lommie uśmiechnęła się.

— Komputery to co innego, Alys. Umysł, myśli, życie, duże systemy wszystko to posiadają. — Jej prawa dłoń zamknęła się na lewym nadgarstku, kciuk zaczął błądzić bez celu po nierównościach wszczepu. — Również odczucia. Wiem to. Nikt nie chce nagle przestać czuć. One nie są wcale tak bardzo różne od ciebie, ode mnie, naprawdę.

Alys obejrzała się i potrząsnęła głową.

— Naprawdę? — powtórzyła bezbarwnym, niedowierzającym głosem.

Royd Eris patrzył i słuchał, bez uśmiechu.

Thale Lasamer był młodą, kruchą istotą, nerwową, pobudliwą, o słabych, słomianych, opadających na ramiona włosach, a oczach błękitnych i wodnistych. Zwykle ubierał się jak paw, szczególnym upodobaniem darząc koronkowe, rozcięte z przodu koszule bez kołnierzyka i saczki na genitalia, ciągle modne wśród niższych klas jego rodzinnego świata. W dniu, w którym odnalazł Karoly d’Branina w jego ciasnej, prywatnej kabinie, ubrany był jednak w skromny, szary kombinezon.