Szalejący dżokerzyTekst

Z serii: Dzikie karty #3
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin

Szalejący Dżokerzy


ISBN: 978-83-7785-831-8

TYTUŁ ORYGINAŁU: Wild Cards III: Jokers Wild



Copyright © 1987 by George R.R. Martin

’Making a Mosaic’ copyright © 2001 George R.R. Martin

All rights reserved

Copyright © 2015 for the Polish translation by Zysk i S-ka

Wydawnictwo s.j., Poznań


Cover Art Copyright © Michael Komarck

REDAKCJA: Robert Cichowlas


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Posłowie


Ten redaktorski hat trick poświęcam redaktorom,

którzy pomogli mi po drodze:

Benowi Bovie, Tedowi White’owi i Adele Leone,

Davidowi G. Hartwellowi, Ellen Datlow i Ann Patty,

Betsy Mitchell, Jimowi Frenkelowi i Ellen Couch,

a także pamięci Larry’ego Herndona i Teksaskiego Trio.

I oczywiście Shawnie oraz Lou,

którzy potrafili rozpoznać wygrywającą rękę.

PROLOG

W Nowym Orleanie mają Mardi Gras, w Rio Carnival, gdzie indziej zaś setki festiwali, fiest czy Dni Założyciela. Irlandczycy obchodzą Dzień Świętego Patryka, Włosi Dzień Kolumba, a cały kraj czwartego lipca. Historia jest pełna parad przebierańców, bali maskowych, orgii, religijnych ceremonii oraz ekstrawaganckich patriotycznych uroczystości.

Dzień Dzikiej Karty jest po trosze tym wszystkim, a także czymś więcej.

15 września roku 1946, zimnym popołudniem, Śmig zginął na niebie nad Manhattanem i takizjański ksenowirus, zwany potocznie dziką kartą, wydostał się na świat.

Nie jest jasne, kiedy zaczęto obchodzić to święto, ale w późnych latach sześćdziesiątych ci, którzy poczuli dotknięcie dzikiej karty i przeżyli, dżokerzy i asowie z Nowego Jorku uznali ten dzień za swój.

15 września stał się Dniem Dzikiej Karty. Dniem świętowania i rozpaczy, żałoby i radości, wspominania zmarłych i cieszenia się z żywymi. Dniem fajerwerków, ulicznych festynów i parad, bali maskowych, politycznych wieców oraz bankietów ku czci zmarłych, dniem picia, uprawiania miłości i bójek w zaułkach. Z każdym mijającym rokiem obchody stawały się większe i bardziej szalone. Ruch w tawernach, restauracjach i szpitalach był wyjątkowy, a media w końcu zaczęły to zauważać. Wreszcie, rzecz jasna, zjawili się turyści.

Raz na rok, bez pozwoleń i regulaminów, Dzień Dzikiej Karty ogarniał Dżokerowo i cały Nowy Jork, a ulicami władał karnawał chaosu.

15 września 1986 roku był czterdziestą rocznicą.

Rozdział 1

6:00

Było tak ciemno i tak cicho, jak to tylko możliwe na Piątej Alei.

Jennifer Maloy zerknęła na światła uliczne i nieustanny ruch. Wydęła wargi w wyrazie irytacji. Nie podobało jej się całe to światło i aktywność, ale nie mogła wiele na to poradzić. To w końcu była Piąta Aleja i Siedemdziesiąta Trzecia Ulica w mieście, które nigdy nie zasypia. Ruch był równie wielki w ciągu kilku poprzednich poranków, gdy sprawdzała tę okolicę, i nie miała powodów sądzić, że sytuacja się poprawi.

Wepchnęła ręce głęboko w kieszenie trencza, minęła czteropiętrową kamienicę i wśliznęła się do zaułka za nią. Panowały tam ciemność i cisza. Gdy tylko znalazła się na odcinku osłoniętym przez pojemnik na śmieci, uśmiechnęła się.

Pomyślała, że nawet po tak wielu razach to nadal pozostaje ekscytujące. Jej puls przyśpieszył, oddychała szybciej z niecierp liwości. Postawiła kaptur niczym maskę zasłaniającą jej twarz o delikatnych rysach. Gęstą masę blond włosów związała w węzeł z tyłu głowy. Zdjęła trencz, złożyła go równo i położyła obok pojemnika. Pod spodem miała tylko skąpe, czarne bikini ze stringami oraz buty do biegania. Jej ciało było smukłe i ładnie umięśnione, piersi małe, biodra szczupłe, a nogi długie. Pochyliła się, rozwiązała sznurowadła i postawiła trampki obok płaszcza.

Niemal czule przesunęła dłonią po tylnej ścianie kamienicy, po czym uśmiechnęła się i przeszła przez ścianę.

To był dźwięk piły mechanicznej przecinającej twarde, wilgotne drewno. Od zgrzytu stalowych zębów Jacka rozbolały jego własne, podczas gdy aż za dobrze mu znany chłopak próbował ukryć się głębiej w gąszczu cyprysów.

— On gdzieś tu jest!

To był jego wujek Jacques. Ludzie z gminy Atelier nazywali go Jakiem Wężem. Za jego plecami.

Chłopak przygryzł wargę, by nie krzyknąć. Ugryzł się mocniej, aż poczuł smak krwi. Próbował powstrzymać zmianę. Czasami to skutkowało. Czasami…

Stalowa piła ponownie wgryzła się w mokry cyprys. Chłopak pochylił się niżej. Brązowa, słonawa woda zalała mu usta i wypełniła nos. Zaczął się dławić, gdy wody Bayou zalały mu twarz.

— Mówiłem ci! Ten cholerny półligator tu jest! Dorwijmy go.

Poparły go inne głosy.

Piła mechaniczna odezwała się raz jeszcze.

Jack Robicheaux poruszył się gwałtownie w ciemności. Jedna ręka ugrzęzła mu w przepoconej narzucie, drugą sięgnął po telefon. Uderzył witrażową lampą o ścianę, z przekleństwem na ustach zdołał ją jakoś złapać za zdobną podstawę pełną płatków i łodyg kwiatów, z powrotem postawił ją na nocnym stoliku i poczuł chłodną gładkość telefonu. Podniósł słuchawkę, gdy zabrzmiał czwarty dzwonek.

Znowu zaczął przeklinać. Kto, do licha, znał ten numer? Trampula, ale ona spała w innym pokoju, tu, w jego domu. Poznał odpowiedź, nim zdążył unieść mikrofon do ust.

— Jack! — zabrzmiał głos na drugim końcu linii. Szum w słuchawce zagłuszył go na krótką chwilę. Kobieta dzwoniła z daleka. — Jack, mówi Elouette. Dzwonię z Luizjany.

Uśmiechnął się.

— Tak też sobie pomyślałem.

Spróbował zapalić światło, ale nic się nie wydarzyło. Na pewno włókno żarówki pękło, kiedy lampa się przewróciła.

— Nigdy jeszcze nie dzwoniłam tak daleko — ciągnęła Elouette. — Zawsze robił to Robert.

Robert był jej mężem.

— Która godzina? — zapytał Jack, szukając zegarka ręką na blacie.

 

— Około piątej rano — odparła jego siostra.

— Co się stało? Czy to mama?

Wreszcie się obudził, uwolnił od strzępków snu.

— Nie, Jack. Z mamą wszystko w porządku. Z nią nigdy się nic nie dzieje. Przeżyje nas oboje.

— W takim razie o co chodzi?

Usłyszał swój ostry ton i spróbował go złagodzić. Kłopot w tym, że Elouette mówiła strasznie powoli, jej myśli pracowały na zwolnionych obrotach.

Cisza, przerywana krótkimi impulsami szumów, ciągnęła się przez długi czas.

— Chodzi o moją córkę — odezwała się wreszcie.

— O Cordelię? Co z nią? Co się stało?

Znowu nastała chwila ciszy.

— Uciekła.

Jack poczuł dziwną reakcję. W końcu on również uciekł, przed wielu laty. I był wtedy znacznie młodszy od Cordelii. Ile miała teraz lat? Piętnaście? Szesnaście?

— Opowiedz mi, co się stało — poprosił uspokajającym tonem.

Elouette spełniła tę prośbę. Cordelia zrobiła to (według niej) niemal bez ostrzeżenia. Wczoraj rano nie zeszła na śniadanie. Zniknęły również kosmetyki, ubrania, pieniądze oraz torba podróżna. Ojciec Cordelii wypytał jej koleżanki. Nie było ich zbyt wiele. Zawiadomił gminnego szeryfa. Patrolom polecono jej szukać. Nikt jej nie widział. Przedstawiciele prawa sugerowali, że wyszła na szosę i złapała okazję.

— Taka ładna dziewczyna. — Szeryf potrząsnął ze smutkiem głową. — No cóż, to powód do niepokoju.

Zrobił, co mógł, ale trwało to dosyć długo. W końcu to ojcu Cordelii udało się odnaleźć ślad. Dziewczynę o tej samej twarzy (— Od miesiąca nie widziałem takiej buzi — oznajmił sprzedawca biletów) i długich błyszczących włosach (— Czarnych jak noc nad Bayou — opowiadał tragarz) widziano, gdy wsiadała do autobusu w Baton Rouge.

— To był Greyhound — dodała Elouette. — Kupiła bilet w jedną stronę do Nowego Jorku. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, policja powiedziała, że próba zatrzymania go w New Jersey nie miałaby większego sensu.

Jej głos drżał lekko, jakby chciała się rozpłakać.

— Wszystko będzie w porządku — zapewnił Jack. — Kiedy ma tu dotrzeć?

— Około siódmej — odpowiedziała jego siostra. — Twojego czasu.

Merde.

Usiadł na łóżku po ciemku.

— Dasz radę tam dojechać, Jack? Znajdziesz ją.

— Jasne — zapewnił. — Ale muszę już ruszać do Port Authority, bo inaczej nie zdążę.

— Dzięki Bogu — ucieszyła się Elouette. — Zadzwonisz do mnie, jak już ją znajdziesz?

— Oczywiście. Potem się zastanowimy, co robić dalej. Muszę już lecieć, dobra?

— W porządku. Będę czekała. Może Robert też wróci. — Jej głos przepajało zaufanie. — Dziękuję, Jack.

Odłożył słuchawkę i powlókł się w stronę wyjścia. Znalazł przycisk na ścianie i pozbawiony okien pokój wypełniło światło. Zrzucone wczoraj po pracy ubranie walało się na ławie przy wejściu. Jack wciągnął znoszone dżinsy i zieloną bawełnianą koszulkę. Uśmiechnął się na widok śmierdzących skarpetek, nie miał jednak innych. Dzisiaj miał wolny dzień i zamierzał wybrać się do samoobsługowej pralni. Pośpiesznie zasznurował buty o stalowych noskach, przeciągając sznurówki przez każdą parę otworów.

Kiedy otworzył drzwi prowadzące do dalszych części domu, w korytarzu czekali już Trampula, dwa wielkie koty, całe stadko kociąt oraz szop o oczach otoczonych czarnymi plamami. Wszyscy gapili się na niego w milczeniu. W słabym blasku lampy napływającym z salonu za nimi Jack dostrzegał blask ciemnobrązowych włosów kobiety oraz jeszcze ciemniejszych oczu, jej wysoko ustawione kości policzkowe, a także jasną cerę.

— Jezus Maria! — zawołał, cofając się o krok. — Nie strasz mnie tak! Wziął głęboki oddech i poczuł, że twarda, szorstka skóra na grzbietach jego dłoni znowu zrobiła się miękka.

— Nie chciałam cię straszyć — zapewniła Trampula. Czarny kot otarł się o nogę mężczyzny i musnął grzbietem jego rzepkę, mrucząc jak zadowolony młynek do kawy. — Usłyszałam telefon. Wszystko w porządku?

— Opowiem ci po drodze do drzwi.

Streścił jej sytuację, zatrzymując się w kuchni, by wlać resztki wczorajszej kawy do piankowego kubka, który będzie mógł zabrać ze sobą.

Trampula dotknęła jego nadgarstka.

— Chcesz, żebyśmy poszli z tobą? W taki dzień jak dziś kilka dodatkowych par oczu może ci się przydać na dworcu autobusowym.

Jack potrząsnął głową.

— Nie powinno być żadnych problemów. Ona ma szesnaście lat i jeszcze nigdy nie była w dużym mieście. Jej mama mówi, że tylko oglądała mnóstwo telewizji. Spotkam ją tuż przy wyjściu z autobusu.

— Wie o tym? — zapytała Trampula.

Jack zatrzymał się, by pośpiesznie podrapać czarnego kocura za uszami. Szylkretka miauknęła i ustawiła się w kolejce.

— Nie. Pewnie miała zamiar do mnie zadzwonić, gdy już dotrze na miejsce. W ten sposób oszczędzimy na czasie.

— Oferta nadal jest otwarta.

— Przywiozę ją na śniadanie, nim zdążysz się zorientować. — Jack przerwał. — A może nie. Na pewno będzie chciała porozmawiać, więc zabiorę ją do Automatu. W gminie Atelier na pewno czegoś takiego nie mają. — Wyprostował się i koty miauknęły z rozczarowaniem — Poza tym masz spotkanie z Rosemary, tak?

Trampula skinęła z powątpiewaniem głową.

— O dziewiątej.

— Nie przejmuj się. Może wszyscy zjemy razem obiad. Zależy od tego, w jak wielkie zoo zmieni się dolna część Manhattanu. Może kupimy coś na wynos w koreańskim barze i zrobimy sobie piknik na promie na Staten Island.

Pochylił się ku kobiecie i pocałował ją krótko w czoło. Nim zdążyła unieść ręce i złapać go za ramiona, by odwzajemnić pocałunek, był już za drzwiami. I za granicami jej postrzegania.

— Niech to szlag — warknęła. Koty spojrzały na nią, zdziwione, lecz pełne współczucia. Szop uścisnął jej kostkę.

Jennifer Maloy przemknęła przez dwie dolne kondygnacje budynku niczym duch, niczego nie dotykając i nikogo nie niepokojąc, niewidziana i niesłyszana. Wiedziała, że mieszkania już od pewnego czasu są tu własnościowe, i chciała się dostać na najwyższe z trzech pięter należących do bogatego biznesmena o niefortunnym nazwisku Kien Phuc. Był on Wietnamczykiem i posiadał sieć restauracji oraz pralni. Tak przynajmniej mówili w „New York Style”. Widziała to dwa tygodnie temu w telewizji PBS. Jennifer bardzo lubiła ten program, oprowadzający widzów po stylowych, pełnych dzieł sztuki domach nowojorskiej klasy wyższej. Wskazywał jej niezliczone szanse i zawierał mnóstwo użytecznych informacji.

Przemknęła przez trzecie piętro, gdzie mieszkała służba Kiena. Nie miała pojęcia, co jest na czwartym, ponieważ telewizyjne kamery je pominęły, ruszyła więc prosto na najwyższe piętro, gdzie znajdowało się prywatne mieszkanie Wietnamczyka. Mieszkał sam w ośmiu pokojach urządzonych z nieprawdopodobnym przepychem i luksusem, bliskim niemal dekadencji. Jennifer nigdy nie podejrzewała, że na chińskich restauracjach i pralniach samoobsługowych można zarobić aż tak wiele.

Na piątym piętrze było ciemno i cicho. Nie weszła do sypialni z jej okrągłym łożem ulokowanym pod lustrzanym sufitem (oglądając telewizję, pomyślała, że to raczej niegustowne) oraz fantastycznymi, ręcznie malowanymi parawanami z jedwabiu. Ominęła pokój dzienny w zachodnim stylu, z mającym dwa tysiące lat Buddą z brązu, spoglądającym dobrotliwie z honorowego miejsca tuż obok luksusowego centrum sprzętu elektronicznego, wyposażonego w wielkoekranowy telewizor, magnetowid oraz odtwarzacz płyt CD, wraz z półkami zastawionymi taśmami audio i wideo, a także płytami. Zmierzała do gabinetu.

Było tam ciemno, jak na całym piętrze. Poderwała się nagle, zobaczywszy niewyraźną postać majaczącą obok wielkiego biurka, z tekowego drewna, dominującego nad tylną ścianą pokoju. W fazie ducha była odporna na fizyczny atak, ale nie na zaskoczenie, a tej postaci nie uchwyciły kamery „New York Style”.

Szybko wtopiła się w pobliską ścianę, ale postać się nie poruszyła ani nie okazała w żaden sposób, by ją zauważyła. Kobieta ostrożnie wsunęła się z powrotem do gabinetu i z ulgą połączoną ze zdumieniem zauważyła, że postać jest w rzeczywistości terakotowym posągiem orientalnego wojownika, wysokim prawie na metr osiemdziesiąt. Wykonanie zapierało dech w piersiach. Rysy twarzy, ubranie, broń, wszystko to przedstawiono z niesłychanie delikatnymi szczegółami. Wyglądało to tak, jakby żywy człowiek obrócił się w glinę, a potem wypalono go nieskazitelnie w piecu i zachowano przez tysiąclecia, aż wreszcie wylądował w gabinecie Kiena. Szacunek Jennifer dla bogactwa i wpływów Wietnamczyka zwiększył się ponownie. Posąg z pewnością był autentyczny — w telewizyjnym wywiadzie Kien jasno oznajmił, że nie toleruje imitacji — a wiedziała, że wykonane dwa tysiące dwieście lat temu terakotowe figury grobowe Pierwszego Cesarza z dynastii Qin, zjednoczyciela Chin, są dla kolekcjonerów absolutnie bezcenne. Zdobycie takiego skarbu z pewnością wymagało wielu kruczków prawnych i wysokich łapówek.

Posąg był niewiarygodnie cenny, wiedziała jednak, że jest za duży, by mogła go stąd zabrać, i zapewne też zbyt unikatowy, by miała szansę go sprzedać.

Poczuła, że jej widmową postać dopadają zawroty głowy i szybko w pełni się zmaterializowała. Nie lubiła tego wrażenia. Zdarzało się, gdy tylko posunęła się za daleko, i było ostrzeżeniem, że pora wrócić do materialnej postaci. Nie wiedziała, co się stanie, jeśli zbyt długo pozostanie widmem, i wolała tego nie sprawdzać.

Znowu dotykalna, rozejrzała się po pokoju. Na ścianach pełno było gablot zawierających należącą do Kiena kolekcję nefrytów, największą, najpiękniejszą i najcenniejszą w całym świecie zachodnim. To właśnie z ich powodu Wietnamczyka pokazano w „New York Style” i po nie tu przyszła. A przynajmniej po niektóre z nich. Zdawała sobie sprawę, że nie zdoła zabrać wszystkich, nawet gdyby wracała do zaułka kilkanaście razy. Jej możliwości dematerializowania zewnętrznej masy były ograniczone. Zdoła zabrać tylko kilka nefrytów za jednym razem. Ale kilka z całą pewnością jej wystarczy.

Zanim jednak weźmie się za nefryty, musiała zrobić coś jeszcze. Czując pod bosymi stopami cudownie gruby dywan, okrążyła wielkie biurko prawie tak cicho, jakby nadal była niematerialna, i zatrzymała się przed ryciną Hokusaia wiszącą na ścianie za meblem.

Kien powiedział w telewizji, że za ryciną jest sejf. Wspomniał o nim dlatego, że według niego włamanie do niego było absolutnie, w stu procentach, niezawodnie niemożliwe. Żaden złodziej nie mógł wiedzieć wystarczająco wiele o mikroobwodach, by poradzić sobie z elektronicznym zamkiem, a sejf był tak mocny, że oprze się każdemu fizycznemu atakowi słabszemu niż bomba tak potężna, że zniszczyłaby cały budynek. Nikt nie mógłby się do niego włamać, w żaden sposób i w żadnej sytuacji. Kien, który mówił to z bardzo zadowoloną miną, sprawiał wrażenie człowieka, który lubi się przechwalać.

Jennifer uśmiechnęła się psotnie, zastanawiając się, jakie to bogactwa Kien mógł ukrywać w swym supertechnologicznym sejfie, a potem włożyła rękę do środka, przenikając przez rycinę i ukryte za nią stalowe drzwi.

Kołysał ją w ramionach, szukając w kieszeni klucza, aż wreszcie zdołał otworzyć drzwi.

— Postaw mnie, ty idioto. Wtedy będziesz mógł je otworzyć.

— Nie ma mowy. Muszę cię przez nie przenieść.

— Nie wzięliśmy ślubu.

— Jeszcze nie — odparł, uśmiechając się szeroko.

Pozycja, w której leżała w ramionach mężczyzny, podkreślała deformację jego szyi i nadawała głowie wygląd piłki bejsbolowej spoczywającej na postumencie. Poza tym szczegółem — dziedzictwem dzikiej karty — był całkiem przystojny. Krótko ostrzyżone brązowe włosy, zaczynające już siwieć na skroniach, wesołe, ciemne oczy i mocno zarysowany podbródek składały się na nieźle wyglądającą twarz.

Przeszedł wreszcie przez drzwi i postawił ją na podłodze.

— Mój zamek. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

Wygląd mieszkania świadczył, że jego właściciel należy do klasy pracującej. Prosta kanapa, szezlong ustawiony przed telewizorem, stos „Reader’s Digestów” na stoliku, wielki i kiepsko namalowany obraz olejny, przedstawiający żaglowiec przedzierający się przez nieprawdopodobnie wzburzone morze. Podobne dzieła można było kupić w hotelach Hiltona od głodujących artystów.

Było jednak starannie posprzątane, a na parapetach stał szereg różnokolorowych fiołków afrykańskich — widok dziwnie kłócący się z potężną posturą właściciela.

 

— Ruletko, nie zdarzyło mi się wrócić rano do domu od czasu balu na zakończenie liceum.

— Założę się, że wtedy nie wróciłeś na noc.

Zaczerwienił się.

— Hej, byłem grzecznym katolickim chłopcem.

— Mama zawsze mnie ostrzegała przed grzecznymi katolickimi chłopcami.

Podszedł bliżej i objął ją w talii muskularnymi ramionami.

— Już nie jestem tak bardzo grzeczny.

— Mam nadzieję, że to nie osłabiło twoich możliwości, Stan.

— Ruletko!

— Nie bądź pruderyjny — zadrwiła.

Pocałował ją w szyję i przygryzł lekko koniec jej ucha. Ruletka po raz kolejny zastanowiła się nad nieprzewidywalną naturą dzikiej karty, która zrobiła z tego prostego „tunelarza” kogoś więcej niż człowiek.

Uniosła ręce i pogłaskała dłońmi jego rozdęte gardło.

— Czy to ci czasami przeszkadza?

— Bycie Wyjcem? Nie, do licha. Dzięki temu jestem kimś niezwykłym. Zawsze tego pragnąłem. To doprowadzało mojego staruszka do szału. Zawsze mi powtarzał, że dla takich jak my wystarczy woda. To miało znaczyć, żebym nie zadzierał nosa. Na pewno teraz by się zdziwił. Hej. — Wyciągnął rękę i otarł jej łzę czubkiem grubego palca. — Czemu płaczesz?

— To nic, ja tylko… to takie smutne.

— Daj spokój. Pokażę ci, jakie mam możliwości.

— Przed śniadaniem? — zapytała, próbując odwlec nieuniknione.

— Pewnie. To nam poprawi apetyt.

Z rezygnacją poszła za nim do sypialni.

Jennifer obmacała wnętrze sejfu i poczuła coś, co przypominało monety schowane w małym woreczku. Spróbowała zdematerializować jedną z nich i zmarszczyła brwi, kiedy moneta pozostała dotykalna.

Pewnie są złote — pomyślała. Krugerrandy albo kanadyjskie maple leafs.

Trudno było zdematerializować gęste substancje, jak metale, a zwłaszcza złoto. Wymagało to głębszego skupienia oraz wydatku większej ilości energii. Postanowiła, że na razie zostawi monety na miejscu i zbada resztę sejfu.

Jej dłoń pogłaskała płaski, prostokątny przedmiot, który zdematerializował się znacznie łatwiej niż monety. Wyciągnęła przez ścianę sejfu trzy małe notesy i, nie widząc po ciemku szczegółów, włączyła małą wyginaną lampę stojącą na biurku. Zauważyła, że dwa notatniki mają czarne, gładkie okładki, a trzeci oprawiono w niebieską tkaninę w bambusowy wzór. Przekartkowała ten, który leżał najwyżej.

W szeregi kieszonek na grubych stronicach książeczki wetknięto różnokolorowe papierki. Znaczki pocztowe. Te w najwyższym szeregu wyglądały na brytyjskie, ale widniały na nich słowa w obcych językach, a data głosiła 1922. Pochyliła się niżej, żeby się przyjrzeć dokładniej, i nagle zamarła, gdy gdzieś spoza stożka blasku oświetlającego fragment blatu zabrzmiał cichutki dźwięk.

Uniosła wzrok, ale nic nie wypatrzyła. Jej oczy zdążyły już przywyknąć do światła, przechyliła więc klosz na bok, kierując blask na drugi koniec blatu.

Zamarła. Serce podeszło jej do gardła.

Na drugim końcu biurka stał pięciogalonowy słój, mniej więcej wielkości dystrybutora wody. Zrobiono go jednak ze szkła, nie z plastiku, i nie był z niczym połączony. Stał na płaskiej podstawce na brzegu biurka i był domem pływającego w nim stworzenia.

Miało ono niewiele ponad trzydzieści centymetrów wzrostu i pokrywała je gładka, zielona skóra z odrobiną brodawek. Unosiło się w wodzie, trzymając głowę nad jej powierzchnią. Dłonie o połączonych błonami palcach przyciskało do szkła, twarz miało zapadniętą, a ludzkie oczy wpatrywały się w Jennifer. Gapili się na siebie przez dłuższą chwilę, aż wreszcie stworzenie otworzyło usta.

— Kiennnnnn! — zawołało piskliwym, zawodzącym głosem. — Złodziejjjjjjka! Złodziejjjjjjka!

W „New York Style” nic nie wspominano o tym, że Kien zatrudnia jako strażnika żabopodobnego dżokera — pomyślała z oszołomieniem, gdy w sąsiednich pokojach zapaliły się światła. Usłyszała odgłosy zamieszania dobiegające z innych części budynku. Zamknięty w szklanym słoju dżoker nie przestawał wzywać Kiena przeraźliwym głosem, który zdawał się wnikać prosto do mózgu Jennifer, omijając jej uszy.

Skup się, powiedziała sobie, skup się albo śmiała złodziejka, która sama przezwała się Zjawą, zostanie schwytana i zdemaskowana jako Jennifer Maloy, bibliotekarka z Nowojorskiej Biblioteki Publicznej. Straci pracę i na pewno trafi do więzienia. Co pomyśli jej matka?

Coś poruszyło się przy drzwiach i ktoś włączył górne światło. Jennifer zobaczyła wysokiego, szczupłego dżokera o gadzim wyglądzie. Dżoker syknął na nią, wysuwając niewiarygodnie długi, rozwidlony język, po czym uniósł pistolet i wystrzelił. Celował dobrze, ale kula odbiła się bez szkody od ściany. Jennifer szybko zapadała się w podłogę, mocno przyciskając do piersi trzy książeczki.

Po wyjściu Jacka Trampula odprawiła swój poranny rytuał, nadal ubrana w szlafrok w tygrysie pasy, który jej dał. Usiadła na jednym z czerwonych wyściełanych krzeseł, zamknęła oczy i połączyła się ze stworzeniami, które dzieliły jej życie. Szylkretka karmiła młode, czarny kocur stał na straży, a szop spał z głową wspartą na kostkach kobiety. Czuł się zmęczony po całonocnym krążeniu po wiktoriańskim mieszkaniu Jacka. Trampula miała nadzieję, że nie uszkodził czegoś ważnego. Umieściła w głowie stworzenia bariery, zakazujące mu zbliżania się do rzeczy Jacka. Ostatnio okazywały się całkiem skuteczne, ale nigdy nie zapomni awantury, jaka wybuchła, gdy stworzenie pozrzucało z półki wszystkie należące do Jacka komiksy o Pogo.

Wyciągnęła rękę, by pogłaskać szopa, i rozszerzyła świadomość, sięgając do miasta. Nie miała już z tym żadnych trudności. Zawsze po przebudzeniu odprawiała ten rytuał, choć gdy nie mieszkała u Jacka, coraz częściej wybierała nocny tryb życia. Od wielu lat podtrzymywała ich niezobowiązującą znajomość, zjawiając się tylko wtedy, gdy pogoda była naprawdę fatalna albo w dni takie jak dziś, gdy jacyś nieznajomi trafili w miejsca, do których zwykle nie mieli śmiałości się zapuszczać. Jeśli Jack był w domu, zostawała u niego. Jeśli go nie było, ruszała do następnej kryjówki. Ostatnio jednak coraz częściej szukała jego towarzystwa, wykorzystując różne preteksty do odwiedzin. Jack i Rosemary stali się dla niej bardzo ważni, choć nie zawsze potrafiła wyjaśnić dlaczego. Minęły lata, nim zaczęła im ufać, ale gdy już to się stało, zastraszająco łatwo nauczyła się na nich polegać. Potrząsnęła gniewnie głową, niezadowolona, że jej uwagę odwracają myśli i sprawy, na które nie miała wpływu, choć powinna skupić się na stworzeniach połączonych z nią więzią.

Fakt, że po przebudzeniu cierpiała razem ze swoimi stworzeniami, wydawał się teraz Trampuli bardziej naturalny. Jej umysł wędrował ze szczurami w tunelach, z kretami, królikami, oposami, wiewiórkami, gołębiami i innymi ptakami. Sporządzała listę ofiar nocy. Zawsze było wiele stworzeń, którym nie udało się przeżyć. Nauczyła się już, że dla ofiar nie ma ucieczki. Wiele ginęło po to, by nakarmić drapieżniki, inne zabijali ludzie. Kiedyś próbowała je ratować, chronić zwierzynę przed drapieżcami, ale to o mało znowu nie wpędziło jej w obłęd. Naturalny cykl życia, śmierci i narodzin był silniejszy od niej. Dlatego Trampula przystosowała się do jego ograniczeń. Zwierzęta ginęły, ale na ich miejsce przychodziły nowe. Tylko ludzka ingerencja mogła zakłócić ten rytm. Nad ludźmi nie nauczyła się jeszcze panować. Na krótki moment dotknęła mieszkańców zoo. Barwę jej wrażeniom nadawała nienawiść do klatek. Pewnego dnia, raz jeszcze obiecała ich więźniom. Pewnego dnia…

Ciepła łapa, dotykając jej policzka, przywołała ją do rzeczywistości. Czarny kocur — pełne dwadzieścia kilogramów wagi — uwalił się na jej piersiach. Kiedy otworzyła oczy, polizał ją po nosie. Uniosła rękę i podrapała go za uchem.

Jego pysk zaznaczyły już pierwsze plamy siwizny, ale w większość dni nadal poruszał się jak młody kot. Wysłała mu ciepłe uczucie, które zwała miłością. Zamruczał i odwdzięczył się jej obrazem kotki niepozwalającej młodym zbliżyć się do wiktoriańskich mebli Jacka. Jeśli ich nie pilnowano, kocięta uwielbiały ostrzyć pazury na nogach mebli ukształtowanych na podobieństwo lwich łap.

No cóż, stary przyjacielu, ostatniej nocy Jack znowu mnie odrzucił. Jak myślisz, w czym tkwi problem? W pierwszej chwili kot odpowiedział na subwokalizowane pytanie jedynie spojrzeniem, ale po chwili wysłał obraz setki stworzeń Trampuli, otaczających ją ze wszystkich stron.

Tak, wiem, że zawsze jesteście przy mnie, ale czasami pragnę drugiego człowieka. Wysłała obraz kocura i kotki razem, jako partnerów. Zwierzę odpowiedziało obrazem Trampuli i kocura ludzkich rozmiarów. Trampula skinęła głową, spoglądając na bawiące się kocięta. Niestety, to nie mój typ.

Zastanawiała się, dlaczego Jack nie chce z nią spać. Jej frustracja i niezrozumienie zaczynały się przeradzać w gniew. To się zaczęło dopiero w zeszłym roku. Gdy tylko bawiła się z kotkami, zawsze zaczynała czuć, że w jej życiu czegoś brakuje.

To wrażenie ją gniewało, lecz nie potrafiła mu zaprzeczyć. Ostatnio zwróciła się po pocieszenie do Jacka, ale on ją odrzucił. Postanowiła, że już więcej tego nie zrobi.

Wiedziała, że uwolniona od warstwy brudu i starych łachów, które chroniły ją w świecie zewnętrznym, nie jest nieatrakcyjna. Chcąc zaoszczędzić wstydu drugiej ze swych przyjaciół, Rosemary, nauczyła się w rzadkich przypadkach wkładać ubranie, które inni mogli zaakceptować. Nigdy jednak nie było jej z tym dobrze. Były chwile, że czuła się jak przebieraniec, i nie znosiła ich. Być może za blisko związała się z Jackiem i Rosemary. Niewykluczone, że nadeszła już pora, by wrócić pod ziemię.

Czarny kocur podążał za tonem jej myśli, nawet jeśli nie potrafił przeniknąć ich abstrakcyjnego znaczenia. Dodał swą aprobatę dla zerwania więzi z ludźmi, wysyłając obrazy ich dawnych legowisk.

Ale nie dzisiaj. Dzisiaj muszę iść zobaczyć się z Rosemary. Trampula wstała z krzesła i podeszła do stosu starych, brudnych i porozciąganych ubrań. Czarny kocur i dwójka kociąt podążyły za nią.

Nie. Wy tu zostaniecie. Jack może chcieć się ze mną skontaktować. Poza tym nawet bez was trudno mi jest się dostać do jej biura. Przeniosła uwagę na ubranie. Niebieski płaszcz czy zielona kurtka wojskowa?

W pokoju było trzynaście czarnych świec. Kiedy się paliły, wosk przybierał kolor krwi i spływał po ich bokach. Teraz w pomieszczeniu zrobiło się szaro, a małe kręgi ich blasku zaczęły się kurczyć.