Uczta dla wron: Sieć spiskówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
Audiobook
35  25,55 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W nagrodę za wierną służbę nowo ukoronowany król dał Victarionowi smagłą kobietę, zabraną z jakiegoś niewolniczego statku płynącego do Lys.

— Nie chcę resztek po tobie — oznajmił ze wzgardą Victarion, ale gdy Wronie Oko zagroził, że zabije kobietę, jeśli nie zgodzi się jej przyjąć, żelazny kapitan zmiękł. Wyrwano jej język, ale poza tym nie brakowało jej niczego. Była też piękna, skórę miała brązową jak lśniące od oliwy, tekowe drewno. Gdy jednak Victarion na nią patrzył, czasami przypominał sobie pierwszą kobietę, którą dał mu brat, by uczynić z niego mężczyznę.

Miał ochotę jeszcze raz zrobić użytek ze smagłej kobiety, ale nie był już w stanie.

— Przynieś jeszcze jeden bukłak wina — rozkazał. — A potem zostaw mnie.

Gdy wróciła z bukłakiem kwaśnego, czerwonego trunku, kapitan zabrał go ze sobą na pokład, gdzie mógł oddychać czystym morskim powietrzem. Wypił połowę bukłaka, a resztę wina wylał do morza, za wszystkich, którzy dziś polegli.

„Żelazne Zwycięstwo" czekało u ujścia rzeki jeszcze przez wiele godzin. Większa część Żelaznej Floty popłynęła na Dębową Tarczę, ale Victarion zatrzymał również „Żałobę", „Lorda Dagona", „Żelazny Wicher" i „Zgubę Dziewicy" jako tylną straż. Wyławiali z morza ocalałych i przyglądali się, jak „Twarda Ręka" tonie powoli, wciągana pod wodę przez wrak okrętu, który staranowała. Gdy zniknęła w odmętach, Victarionowi wreszcie podano liczby, o które prosił. Stracił sześć okrętów, a zdobył trzydzieści osiem.

— Całkiem nieźle — powiedział Nute'owi. — A teraz do wioseł. Wracamy do Miasta Lorda Hewetta.

Jego wioślarze wzięli się do roboty, zmierzając ku Dębowej Tarczy, a żelazny kapitan wrócił pod pokład.

— Mógłbym go zabić — oznajmił smagłej kobiecie. — Chociaż to wielki grzech pozbawić życia króla, a jeszcze większy zamordować brata. — Zmarszczył brwi. — Asha powinna była mnie poprzeć.

Jak mogła liczyć na to, że zdobędzie poparcie kapitanów i królów dzięki swym szyszkom i rzepom? W jej żyłach płynie krew Balona, ale nadal pozostaje kobietą. Po królewskim wiecu Asha uciekła. Zniknęła bez śladu razem ze swoją załogą tej samej nocy, gdy Euronowi włożono na głowę koronę z wyrzuconego przez morze drewna. Jakąś drobną częścią jaźni Victarion cieszył się z tego. Jeśli dziewczyna będzie rozsądna, wyjdzie za jakiegoś północnego lorda i zamieszka w jego zamku, z dala od morza i Eurona Wroniego Oka.

— Miasto Lorda Hewetta, lordzie kapitanie! — zawołał jeden z jego ludzi.

Victarion wstał. Wino złagodziło pulsujący ból w jego dłoni. Być może każe maesterowi Hewetta obejrzeć ranę, jeśli go nie zabito. Gdy wyszedł na pokład, mijali właśnie przylądek. Widok górującego nad portem zamku przypominał mu Lordsport, choć to miasto było dwukrotnie większe. Po wodach przed wejściem do portu krążyło około dwudziestu drakkarów ze złotymi krakenami na żaglach. Setki kolejnych wyciągnięto na plażę albo na nabrzeża portu. Przy kamiennym molu cumowały trzy wielkie kogi i kilkanaście mniejszych statków, na które ładowano łupy i zapasy. Victarion rozkazał rzucić kotwicę.

— Przygotujcie szalupę.

Gdy podpływali do brzegu, w mieście panował dziwny spokój. Większość sklepów i domów splądrowano, o czym świadczyły porozbijane drzwi oraz okiennice, ale tylko sept puszczono z dymem. Na ulicach walały się trupy, a przy każdym z nich zebrało się już stadko padlinożernych wron. Po ulicach łaziła grupa przygnębionych niedobitków, którzy przeganiali czarne ptaszyska i rzucali zabitych na wóz, żeby ich pochować. Ta myśl wypełniała Victariona niesmakiem. Żaden prawdziwy syn morza nie chciałby gnić pod ziemią. Jak mógłby wtedy odnaleźć podwodne komnaty Utopionego Boga, by pić w nich i ucztować przez całą wieczność?

Jednym z okrętów, które minęli po drodze, była „Cisza". Spojrzenie Victariona przyciągnęła żelazna figura dziobowa, pozbawiona ust panna o targanych wiatrem włosach, wyciągająca przed siebie jedną rękę. Miał wrażenie, że śledzi go spojrzeniem oczu z macicy perłowej. Miała kiedyś usta, tak jak każda kobieta, ale Wronie Oko je zaszył.

Gdy zbliżyli się do brzegu, zauważył szereg kobiet i dzieci wprowadzanych na pokład jednej z wielkich kog. Niektórym z nich związano z tyłu ręce, a wszyscy mieli na szyjach konopne pętle.

— Kim oni są? — zapytał ludzi mocujących cumy jego szalupy.

— To wdowy i sieroty. Mamy ich sprzedać jako niewolników.

— Sprzedać? — Na Żelaznych Wyspach nie było niewolników, tylko poddani. Poddany musiał służyć, ale nie był własnością. Jego dzieci rodziły się wolne, pod warunkiem że przyjęły Utopionego Boga. Co więcej, poddanych nigdy nie kupowano ani nie sprzedawano za złoto. Człowiek płacił za poddanych żelazem albo ich nie miał.

— Powinni zostać poddanymi albo morskimi żonami — poskarżył się Victarion.

— To rozkaz króla — odparł mężczyzna.

— Silni zawsze brali od słabych, co tylko chcieli — stwierdził Nute Balwierz. — Poddani czy niewolnicy, co za różnica? Mężczyźni nie potrafili ich obronić, więc teraz należą do nas i możemy z nimi zrobić, co chcemy.

To sprzeczne z dawnymi zwyczajami — mógłby powiedzieć Victarion, ale nie było już na to czasu. Wieści o zwycięstwie dotarły tu przed nim i natychmiast otoczyli go ludzie pragnący mu pogratulować. Victarion pozwolił obsypywać się komplementami, dopóki któryś z nich nie zaczął wychwalać śmiałości Eurona.

— Pożeglować z dala od lądu, żeby nikt nie mógł ostrzec przed nami tych wyspiarzy, to przejaw śmiałości — warknął — ale wyprawić się na drugi koniec świata w pogoni za smokami to coś zupełnie innego.

Nie czekał na odpowiedź. Przepchnął się przez tłum i ruszył w stronę zamku.

Zamek lorda Hewetta był mały, ale trudny do zdobycia. Miał grube mury i dębową, nabijaną żelaznymi ćwiekami bramę, która przywodziła na myśl starożytny herb jego rodu: dębową tarczę nabijaną żelazem na tle niebiesko-białych fal. Nad wieżami o zielonych dachach powiewał teraz jednak kraken rodu Greyjoyów, a wielka brama była spalona i roztrzaskana. Po murach chodzili żelaźni ludzie z włóczniami i toporami, a także grupka kundli Eurona.

Na dziedzińcu Victarion spotkał Gorolda Goodbrothera i starego Drumma, którzy rozmawiali cicho z Rodrikiem Harlawem. Nute Balwierz wrzasnął radośnie na ich widok.

— Czytaczu, czemu masz taką skwaszoną gębę? — zawołał. — Twoje obawy się nie sprawdziły. Zwyciężyliśmy i wyspy należą do nas!

Lord Rodrik skrzywił usta.

— Masz na myśli te cztery skały? Wszystkie razem nie złożyłyby się na jedną Harlaw. Zdobyliśmy trochę kamieni, drzew i błyskotek, a na dodatek wrogość rodu Tyrellów.

— Róż? — Nute ryknął śmiechem. — A któraż to róża może skrzywdzić krakena z morskich głębin? Zabraliśmy im ich tarcze i roztrzaskaliśmy je na kawałki. Kto ich będzie teraz bronił?

— Wysogród — odpowiedział Czytacz. — Wkrótce stanie przeciwko nam cała potęga Reach, Balwierzu. Wtedy możesz się przekonać, że niektóre róże mają stalowe kolce.

Drumm pokiwał głową, trzymając jedną rękę na rękojeści Czerwonego Deszczu.

— Lord Tarly ma wielki miecz Jad Serca, wykuty z valyriańskiej stali. Zawsze jeździ w przedniej straży lorda Tyrella.

W Victarionie zapłonął gniew.

— Niech tu przybędzie. Wezmę sobie jego miecz, tak jak twój przodek wziął Czerwony Deszcz. Niech przybędą tu wszyscy i niech przyprowadzą ze sobą Lannisterów. Na lądzie lew może być groźną bestią, ale na morzu kraken włada niepodzielnie.

Oddałby połowę zębów za szansę wypróbowania swego topora w walce z Królobójcą albo Rycerzem Kwiatów. Taką walkę rozumiał. Zabójca krewnych był przeklęty w oczach bogów i ludzi, ale wojownika otaczał podziw i szacunek.

— Nie obawiaj się, lordzie kapitanie, przybędą — zapewnił Czytacz. — Tego właśnie pragnie Jego Miłość. W przeciwnym razie czemu miałby nam rozkazać, żebyśmy pozwolili krukom Hewetta odlecieć?

— Za dużo czytasz, a za mało walczysz — stwierdził Nute. — Masz mleko zamiast krwi.

Czytacz udał jednak, że tego nie słyszał.

Gdy Victarion wszedł do komnaty, trwała w niej hałaśliwa uczta. Przy stołach rozsiedli się ludzie z żelaznego rodu, pijący, wrzeszczący i rozpychający się łokciami. Wszyscy przechwalali się liczbą zabitych wrogów, dokonanymi czynami i bogactwem zdobytych łupów. Niektórzy z nich nawet się w nie ubrali. Leworęczny Lucas Codd i Quellon Humble zerwali ze ścian arrasy i zrobili sobie z nich płaszcze. Germund Botley nosił sznur pereł i granatów na pozłacanym lannisterskim napierśniku. Andrik Nieuśmiechnięty wszedł do komnaty chwiejnym krokiem. Pod obiema pachami niósł kobiety. Choć nadal się nie uśmiechał, na każdym palcu miał pierścień. Zamiast z wydrążonych bochnów czerstwego chleba kapitanowie jedli z talerzy ze szczerego srebra.

Twarz Nute'a Balwierza pociemniała z gniewu na ten widok.

— Wronie Oko wysłał nas na bój z nieprzyjacielskimi drakkarami, a jego ludzie tymczasem zajęli zamki i wioski, zagarniając wszystkie łupy i kobiety. Co zostało dla nas?

— Zdobyliśmy chwałę.

— Chwała jest dobra — zgodził się Nute. — Ale złoto jest lepsze.

Victarion wzruszył ramionami.

— Wronie Oko zapewnia, że będziemy mieli całe Westeros. Arbor, Stare Miasto, Wysogród… tam znajdziesz swoje złoto. Ale dość już gadania. Jestem głodny.

Płynąca w jego żyłach krew dawała Victarionowi prawo do miejsca na podwyższeniu, lecz on nie chciał jeść w towarzystwie Eurona i jego sługusów. Usiadł obok Ralfa Chromego, kapitana „Lorda Quellona".

— To wielkie zwycięstwo, lordzie kapitanie — stwierdził Ralf. — Zwycięstwo godne lordowskiego tytułu. Powinieneś dostać w nagrodę wyspę.

Lord Victarion. Czemu by nie? Może to i nie Tron z Morskiego Kamienia, ale zawsze coś.

Po drugiej stronie stołu siedział Hotho Harlaw, zajęty ogryzaniem kości. Nagle odrzucił ją na bok i pochylił się nad blatem.

 

— Rycerz ma dostać Szarą Tarczę. Mój kuzyn. Słyszałeś o tym?

— Nie. — Victarion spojrzał na drugi koniec komnaty, gdzie siedział ser Harras Harlaw, popijając wino ze złotego pucharu. Był wysokim, poważnym mężczyzną o pociągłej twarzy. — Dlaczego Euron miałby dać mu wyspę?

Hotho uniósł pusty puchar i blada, młoda kobieta w sukni z niebieskiego aksamitu i pozłacanych koronek nalała mu wina.

— Rycerz w pojedynkę zdobył Grimston. Wbił swój sztandar w ziemię pod zamkiem i wezwał Grimmów, żeby wyszli i stawili mu czoło. Jeden to zrobił, a potem drugi i trzeci. Zabił wszystkich… no, prawie wszystkich, dwóch się poddało. Kiedy siódmy reprezentant padł, septon lorda Grimma doszedł do wniosku, że bogowie przemówili, i poddał zamek. — Hotho ryknął śmiechem. — Rycerz będzie lordem Szarej Tarczy i niech mu to wyjdzie na zdrowie. Pod jego nieobecność ja zostanę dziedzicem Czytacza. — Stuknął się pucharem w pierś. — Hotho Garbus, lord Harlaw.

— Mówisz siedmiu.

Victarion zastanawiał się, jak Zmierzch spisałby się w starciu z jego toporem. Nigdy nie walczył z człowiekiem uzbrojonym w miecz z valyriańskiej stali, ale gdy byli młodzi, nieraz złoił skórę Harrasowi Harlawowi. Harlaw był bliskim przyjacielem najstarszego syna Balona, Rodrika, który zginął pod murami Seagardu.

Uczta się udała. Wino było w najlepszym gatunku. Podano też pieczonego, krwistego wołu, nadziewane kaczki oraz całe wiadra świeżych krabów. Uwagi lorda kapitana nie umknął fakt, że usługujące im dziewki mają na sobie piękne ubrania z wełny i aksamitu. Brał je za służki przebrane w suknie lady Hewett i jej dam, dopóki Hotho nie powiedział mu, że to są lady Hewett i jej damy. Wronie Oko rozbawił pomysł zmuszenia ich do usługiwania przy stole. Kobiet było osiem: sama lady Hewett, nadal urodziwa, choć już dość tęga, oraz siedem młodszych kobiet w wieku od dwudziestu pięciu do dziesięciu lat — jej córki i dobre córki.

Sam lord Hewett siedział na swym zwyczajowym miejscu na podwyższeniu, w pięknym, herbowym stroju. Ręce i nogi przywiązano mu do krzesła, a do ust wepchnięto wielką, białą rzodkiew, nie mógł więc nic powiedzieć… choć wszystko widział i słyszał. Wronie Oko zajął honorowe miejsce po prawej stronie jego lordowskiej mości. Na jego kolanach siedziała ładna siedemnasto-, osiemnastoletnia dziewczyna o obfitych kształtach. Była bosa, rozchełstana i obejmowała Eurona za szyję.

— Kto to jest? — zapytał Victarion.

— Bękarcia córka jego lordowskiej mości — wyjaśnił ze śmiechem Hotho. — Zanim Euron zdobył zamek, musiała usługiwać jego innym córkom przy stole i jadać posiłki ze służbą.

Euron przycisnął sine wargi do jej szyi. Dziewczyna zachichotała i wyszeptała mu coś do ucha. Uśmiechnął się i znowu pocałował ją w szyję. Białą skórę młódki pokrywały czerwone ślady jego ust, otaczające naszyjnikiem szyję i ramiona. Kolejny szept do ucha — tym razem Wronie Oko ryknął głośnym śmiechem i walnął pucharem w stół, nakazując wszystkim się uciszyć.

— Miłe panie — zawołał do szlachetnie urodzonych posługaczek. — Falia boi się o wasze piękne suknie. Nie chciałaby, żeby splamiły je tłuszcz, wino i brudne paluchy obmacujących was ludzi, bo obiecałem jej, że po uczcie będzie mogła wybrać sobie z waszej garderoby, co tylko zechce. Dlatego lepiej się rozbierzcie.

Wielką komnatę wypełnił gromki rechot. Twarz lorda Hewetta poczerwieniała tak gwałtownie, że Victarion obawiał się, iż głowa zaraz mu pęknie. Kobiety nie miały innego wyboru, jak go posłuchać. Najmłodsza z nich trochę płakała, ale matka pocieszyła ją i pomogła rozwiązać sznurówki na plecach. Potem wszystkie usługiwały przy stole tak samo jak poprzednio, chodząc między stołami z dzbanami wina, tyle że nago.

Zawstydza Hewetta, tak jak kiedyś zawstydził mnie — pomyślał kapitan. Przypomniał sobie, jak jego żona płakała, kiedy ją bił. Wiedział, że ludzie z Czterech Tarcz często żenią się między sobą, tak jak ludzie z żelaznego rodu. Jedna z tych nagich dziewek służebnych mogła być żoną ser Talberta Serry'ego. Co innego zabić wroga, a co innego go zhańbić. Zacisnął dłoń w pięść. Zbrukała ją przesączająca się przez płócienny bandaż krew.

Euron odtrącił na bok swojego kocmołucha i wszedł na stół. Kapitanowie zaczęli walić kielichami w stół i tupać w podłogę.

— Euron! — wrzeszczeli. — Euron! Euron! Euron!

To było tak, jakby wrócił królewski wiec.

— Przysiągłem, że dam wam Westeros — zaczął Wronie Oko, gdy tumult ucichł. — I teraz zacząłem spełniać obietnicę. To tylko drobny kąsek, nic więcej… ale nim zapadnie noc, będziemy ucztować! — Pochodnie na ścianach gorzały jasno i on również zdawał się płonąć; jego sine wargi, niebieskie oko oraz cała reszta. — Co kraken złapie, tego już nie wypuści. Te wyspy należały kiedyś do nas i teraz znowu są nasze… ale potrzebujemy silnych ludzi, by ich bronili. Wstań, ser Harrasie Harlaw, lordzie Szarej Tarczy.

Rycerz wstał. Jedną dłoń trzymał na księżycowym kamieniu wprawionym w gałkę Zmierzchu.

— Wstań, Andriku Nieuśmiechnięty, lordzie Południowej Tarczy.

Andrik odepchnął swoje kobiety i podniósł się ciężko niczym góra wynurzająca się z morza.

— Wstań, Maronie Volmark, lordzie Zielonej Tarczy.

Volmark, bezbrody, szesnastoletni chłopak dźwignął się niepewnie. Wyglądał jak lord królików.

— I wstań, Nute Balwierzu, lordzie Dębowej Tarczy.

W oczach Nute'a pojawił się wyraz nieufności, jakby bał się, że padł ofiarą jakiegoś okrutnego żartu.

— Lordzie? — wychrypiał.

Victarion spodziewał się, że Wronie Oko przyzna lordowskie tytuły swym fagasom, Kamiennej Ręce, Rudemu Wioślarzowi i Leworęcznemu Lucasowi Coddowi. Król musi być hojny — próbował przekonać sam siebie, ale inny głos w jego czaszce wyszeptał: Dary Eurona są zatrute. Po chwili zastanowienia wszystko zrozumiał. Rycerz był dziedzicem wybranym przez Czytacza, a Andrik Nieuśmiechnięty silnym prawym ramieniem Dunstana Drumma. Volmark to tylko niedorostek, ale po matce w jego żyłach płynie krew Harrena Czarnego. A Balwierz…

Victarion złapał go za przedramię

— Odmów mu!

Nute popatrzył na niego, jakby oszalał.

— Mam odmówić? Nie przyjąć ziem i lordowskiego tytułu? A czy ty uczynisz mnie lordem?

Wyrwał rękę i wstał, napawając się brawami.

A teraz kradnie moich ludzi — pomyślał Victarion. Król Euron zawołał lady Hewett, domagając się napełnienia kielicha, po czym wzniósł go wysoko nad głowę.

— Kapitanowie i królowie, wznieście kielichy za lordów Czterech Tarcz!

Victarion wypił razem z całą resztą. „Żadne wino nie jest słodsze od zabranego wrogowi". Ktoś mu to kiedyś powiedział. Ojciec albo brat, Balon. Pewnego dnia wypiję twoje wino, Wronie Oko, i odbiorę ci wszystko, co dla ciebie drogie. Ale czy dla Eurona cokolwiek było drogie?

— Jutro przygotujemy się do dalszej żeglugi — mówił król. — Napełnijcie beczki źródlaną wodą, zabierzcie wszystkie worki zboża i beczki wołowiny, a także tyle owiec i kóz, ile zdołamy załadować. Ranni, którzy są w stanie wiosłować, będą to robić. Pozostali zostaną tutaj, żeby pomóc nowym lordom tych wysp w ich obronie. Wkrótce wrócą Torwold i Rudy Wioślarz z dodatkowymi zapasami. Podczas rejsu na wschód nasze pokłady będą śmierdziały świniami i kurami, ale kiedy wrócimy, przyprowadzimy ze sobą smoki.

— Kiedy? — To był głos lorda Rodrika — Kiedy wrócimy, Wasza Miłośc? Za rok? Za trzy lata? Za piec? Twoje smoki są na drugim końcu świata, a już zaczęła się jesień. — Czytacz mówił dalej, wyliczając wszystkie niebezpieczeństwa. — Cieśnin Redwayne'ów strzegą galery. Dornijskie wybrzeża są suche i niegościnne, to tysiąc dwieście mil wirów, urwisk i ukrytych zatoczek. Prawie nigdzie nie znajdziemy tam bezpiecznej przystani. Dalej czekają Stopnie ze swymi sztormami oraz gniazdami lyseńskich i myrijskich piratów. Jeśli tysiąc okrętów wyruszy w tę podróż, być może trzysta dotrze na drugą stronę wąskiego morza... i co dalej? W Lys nie przywitają nas miło i w Volantis też nie. Gdzie chcesz znaleźć świeżą wodę, prowiant? Pierwszy sztorm rozproszy nas na pół świata.

Na sinych wargach Eurona pojawił się drwiący uśmieszek.

— Ja jestem sztormem, lordzie Rodriku. Pierwszym i ostatnim. Wyprawiłem się "Ciszą" w dłuższe rejsy i znacznie niebezpieczniejsze. Zapomniałeś o tym? Żeglowałem po Dymiącym Morzu i widziałem Valyrię.

Każdy z obecnych wiedział, że Zagłada nadal trzyma Valyrię w swych szponach. Nawet morze wokół niej wrzało i buchało dymem, a na lądzie było pełno demonów. Powiadano, że każdy marynarz, który choć na chwilę ujrzy ogniste góry Valyrii wynurzające się z fal, wkrótce zginie straszliwą śmiercią... ale Wronie Oko wrócił cały i zdrowy.

— Naprawdę? — zapytał cichutko Czytacz.

Z sinych ust Eurona zniknął uśmiech.

— Czytaczu — odparł jeszcze ciszej — lepiej byś zrobił, gdybyś trzymał nos w księgach.

Victarion czuł wypełniający komnatę niepokój. Wstał z krzesła.

— Bracie — zagrzmiał. — Nie odpowiedziałeś na pytania Harlawa.

Euron wzruszył ramionami.

— Cena niewolników rośnie. Sprzedamy naszych w Lys i w Volantis. Suma, jaką za nich dostaniemy, a także zdobyte tu łupy, wystarczą, żeby kupić zapasy.

— A więc zostaliśmy teraz handlarzami niewolników? — zapytał Czytacz. — W imię czego? Smoków, których nikt z nas nie widział na oczy? Czy mamy płynąć aż na kres ziemi w pogoni za jakąś opowiastką pijanego marynarza?

Jego słowa wywołały w komnacie pomruki zgody.

— Zatoka Niewolnicza jest za daleko stąd — zawołał Ralf Chromy.

— I za blisko Valyrii — dodał Quellon Humble.

— Wysogród jest bliżej — odezwał się Fralegg Silny. — Mówię wam, tam poszukajmy smoków. Tych złotych!

— Po co płynąć na koniec świata, kiedy Mander leży przed nami otwarty? — poparł go Alvyn Sharp.

Rudy Ralf Stonehouse zerwał się z krzesła.

— Stare Miasto jest bogatsze, a Arbor jeszcze bogatsze od niego. Flota Redwyne'ów jest daleko. Wystarczy, byśmy wyciągnęli rękę, a zerwiemy najsłodszy owoc w Westeros.

— Owoc? — Oko króla wydawało się raczej czarne niż niebieskie. — Tylko tchórz zrywa owoc, gdy może sobie wziąć cały sad.

— Chcemy do Arbor — zawołał Rudy Ralf, a inni mężczyźni podchwycili jego okrzyk. Wronie Oko pozwolił, by ich krzyki wypełniły salę. Potem zeskoczył ze stołu, złapał kocmołucha za ramię i wyciągnął za sobą z komnaty.

Uciekł jak pies. Władza Eurona nagle przestała wydawać się tak pewna, jak jeszcze przed chwilą. Nie popłyną za nim do Zatoki Niewolniczej. Być może wcale nie są tak wielkimi głupcami i psami, jak się oba wiałem. To była myśl tak radosna, że Victarion musiał popić ją winem. Wypił z Balwierzem kielich, a potem drugi, by pokazać, że nie ma mu za złe przyjęcia lordowskiego tytułu, nawet jeśli otrzymał go z rąk Eurona.

Tymczasem słońce już zaszło. Na dworze zapadła ciemność, ale w komnacie paliły się pochodnie, wypełniające ją czerwonawopomarańczowym blaskiem, a pod krokwiami komnaty skupiały się gęste chmury dymu. Pijani mężczyźni zaczęli tańczyć taniec palców. W pewnej chwili Leworęczny Lucas Codd zdecydował, że ma ochotę na jedną z córek lorda Hewetta. Wziął ją na stole, przy akompaniamencie krzyków i łkania jej sióstr.

Victarion poczuł, że ktoś klepnął go w bark. Stał za nim jeden ze skundlonych synów Eurona, ponury dziesięcioletni chłopak o wełnistych włosach i skórze koloru błota.

— Ojciec chce z tobą mówić.

Victarion podniósł się chwiejnie. Był potężnie zbudowanym mężczyzną i mógł w sobie pomieścić mnóstwo wina, ale dziś wypił za dużo. Zatłukłem ją własnymi rękami — myślał. Ale to Wronie Oko ją zabił, kiedy jej go wepchnął. Nie miałem wyboru. Wyszedł za małym bękartem z komnaty i wstąpił na kręte, kamienne schody. W miarę jak wchodził na górę, dźwięki gwałtów i zabawy stawały się coraz cichsze, aż wreszcie słyszał tylko drapanie butów po kamieniu.

Wronie Oko wziął sobie sypialnię lorda Hewetta razem z jego bękarcią córką. Gdy Victarion wszedł do środka, dziewczyna leżała naga na łożu i pochrapywała cicho. Euron stał przy oknie, pijąc ze srebrnego pucharu. Miał na sobie sobolowe futro, które zabrał Blacktyde'owi, czerwoną przepaskę na oku i nic więcej.

— Gdy byłem małym chłopcem, śniło mi się, że umiem latać — zaczął. — Kiedy się obudziłem, okazało się, że tego nie potrafię… tak przynajmniej powiedział maester. Ale co, jeśli kłamał?

Victarion czuł zapach morza wpadający przez otwarte okno, choć w pokoju śmierdziało winem, krwią i seksem. Zimne, słone powietrze rozjaśniło mu w głowie.

 

— O co ci chodzi?

Euron zwrócił się ku niemu, wykrzywiając sine wargi w słabym uśmieszku.

— Być może umiemy latać. Wszyscy. Jak mamy się o tym dowiedzieć, jeśli nie skoczymy z jakiejś wysokiej wieży? — Wpadający przez okno wiatr poruszył czarnym płaszczem. Nagość Eurona miała w sobie coś obscenicznego i niepokojącego. — Żaden człowiek nie dowie się, na co go stać, dopóki nie odważy się skoczyć.

— Tu masz okno. Skacz. — Victarion nie cierpiał takiego gadania. Bolała go zraniona ręka. — Czego chcesz?

— Świata. — W oku Eurona odbijał się blask ognia. W jego uśmiechniętym oku. — Wypijesz kielich wina lorda Hewetta? Żadne wino nie jest słodsze od zabranego pokonanemu wrogowi.

— Nie. — Victarion odwrócił się. — Okryj się.

Euron usiadł i poprawił płaszcz, zakrywając intymne części.

— Zapomniałem już, jak mali i hałaśliwi są ludzie z żelaznego rodu. Chcę im dać smoki, a oni domagają się winogron.

— Winogrona są rzeczywiste. Można się nimi najeść do syta. Ich sok jest słodki i robi się z nich wino. A co dają ludziom smoki?

— Niedolę. — Wronie Oko pociągnął łyk ze srebrnego pucharu. — Trzymałem kiedyś w dłoni smocze jajo, bracie. Pewien myrijski czarodziej przysięgał, że potrafi je wykluć, jeśli dam mu rok i tyle złota, ile tylko zażąda. Gdy już znudziłem się jego usprawiedliwieniami, zabiłem go. Kiedy patrzył, jak wnętrzności wyślizgują mu się między palcami, powiedział: „Przecież rok jeszcze nie minął". — Euron ryknął śmiechem. — Wiesz, że Cragorn umarł?

— Kto?

— Człowiek, który zadął w mój smoczy róg. Kiedy maester go otworzył, okazało się, że jego płuca są zwęglone i czarne jak sadza.

Victarion zadrżał.

— Pokaż mi to smocze jajo.

— Wyrzuciłem je do morza, kiedy znowu dopadła mnie chandra. — Euron wzruszył ramionami. — Tak sobie myślę, że Czytacz miał rację. Zbyt wielka flota musiałaby się rozproszyć podczas tak długiej podróży. Odległość jest za duża i czyha na nas zbyt wiele niebezpieczeństw. Tylko najlepsze okręty z najlepszymi załogami mogą dopłynąć do Zatoki Niewolniczej i wrócić. Żelazna Flota.

Żelazna Flota należy do mnie — pomyślał Victarion. Nie powiedział jednak nic.

Wronie Oko wypełnił dwa puchary niezwykłym, czarnym winem, które było gęste jak miód.

— Wypij ze mną, bracie. Spróbuj tego trunku.

Podał jeden z kielichów Victarionowi.

Kapitan wziął w rękę ten drugi puchar i podejrzliwie powąchał jego zawartość. Widziany z bliska płyn wydawał się raczej granatowy niż czarny. Był gęsty, oleisty i cuchnął zepsutym mięsem. Victarion spróbował mały łyczek i natychmiast go wypluł.

— Cóż to za świństwo? Chcesz mnie otruć?

— Chcę ci otworzyć oczy. — Euron pociągnął długi łyk ze swego kielicha i uśmiechnął się. — To cień wieczoru, wino czarnoksiężników. Znalazłem jego beczułkę na zdobytej galeasie z Qarthu. Było tam też trochę goździków i gałki muszkatołowej, czterdzieści bel zielonego jedwabiu oraz czterech czarnoksiężników, którzy opowiedzieli mi niezwykłą historię. Jeden z nich śmiał mi grozić, więc go zabiłem i nakarmiłem jego ciałem pozostałych. Z początku nie chcieli jeść przyjaciela, ale kiedy przycisnął ich głód, zmienili zdanie. Ludzie to tylko mięso.

Balon był szalony, Aeron jest jeszcze bardziej szalony, a Euron najbardziej szalony z nich wszystkich. Victarion odwrócił się ku wyjściu, lecz powstrzymał go głos brata.

— Król musi mieć żonę, która da mu dziedziców. Bracie, jesteś mi potrzebny. Czy popłyniesz do Zatoki Niewolniczej, by przywieźć mi moją ukochaną?

Ja też kiedyś miałem ukochaną. Victarion zacisnął pięści. Na podłogę skapnęła kropelka krwi. Mógłbym cię zatłuc i rzucić krabom, tak samo jak zrobiłem z nią.

— Masz już synów — odpowiedział bratu.

— To nieprawo urodzone kundle, pomiot kurew i płaczek.

— Zrodzili się z twojego ciała.

— Podobnie jak zawartość mojego nocnika. Żaden z nich nie zasługuje na to, by zasiąść na Tronie z Morskiego Kamienia, nie wspominając już o Żelaznym Tronie. Nie, żeby spłodzić dziedzica, który będzie tego godny, potrzebuję innej kobiety. Gdy kraken poślubi smoczycę, bracie, na cały świat padnie trwoga.

— Jaką smoczycę? — zapytał Victarion, marszcząc brwi.

— Ostatnią ze swego rodu. Powiadają, że jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Włosy ma srebrnozłote, a oczy barwy ametystów… ale nie musisz mi wierzyć na słowo, bracie. Popłyń do Zatoki Niewolniczej, ujrzyj na własne oczy urodę tej, o której mówię, i przywieź ją do mnie.

— A dlaczego miałbym to zrobić? — zapytał Victarion.

— Z miłości. Z poczucia obowiązku. Dlatego, że twój król ci kazał. — Euron zachichotał. — I dla Tronu z Morskiego Kamienia. Oddam ci go, gdy już zdobędę Żelazny Tron. Możesz mi służyć, tak jak służyłeś Balonowi… i jak twoi prawowici synowie będą któregoś dnia służyli tobie.

Moi synowie. Ale żeby spłodzić prawowitego syna, trzeba najpierw mieć żonę, a Victarion nie miał szczęścia do żon. Dary Eurona są zatrute — pomyślał. Ale z drugiej strony…

— Wybór należy do ciebie, bracie. Możesz żyć jako poddany albo umrzeć jako król. Czy masz odwagę latać? Jeżeli nie skoczysz, nigdy się tego nie dowiesz.

W uśmiechniętym oku Eurona pojawił się drwiący błysk.

— A może żądam od ciebie zbyt wiele? Strasznie jest żeglować wokół Valyrii.

— Jeśli będzie trzeba, mogę popłynąć z Żelazną Flotą choćby do piekła. — Victarion otworzył pięść. Wewnętrzna powierzchnia jego dłoni była czerwona od krwi. — Zgoda, popłynę do Zatoki Niewolniczej. Znajdę tę smoczą kobietę i przywiozę ją tutaj.

Ale nie dla ciebie. Ukradłeś mi żonę i splugawiłeś ją, więc teraz ja ukradnę twoją. Najpiękniejsza kobieta na świecie będzie należała do mnie.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?