Uczta dla wron: Sieć spiskówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Uczta dla wron: Sieć spisków
Uczta dla wron: Sieć spisków
Audiobook
35  25,55 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

— Ci fałszywi królowie modlą się do fałszywych bogów — przypomniała mu. — Tylko król Tommen broni Świętej Wiary.

— A mimo to wszędzie pali się i plądruje septy. Nawet milczące siostry zaznały gwałtów i ich krzyki bólu niosą się pod niebo. Czy Wasza Miłość widziała kości i czaszki naszych męczenników?

— Widziałam — była zmuszona odpowiedzieć. — Pobłogosław Tommena, a on położy kres tym niegodziwościom.

— A w jaki sposób, Wasza Miłość? Czy przydzieli każdemu bratu żebrzącemu rycerza, który będzie wędrował z nim traktami? Czy da nam ludzi, którzy będą strzegli naszych sept przed wilkami i lwami?

Będę udawała, że nie wspomniałeś o lwach.

— W królestwie trwa wojna. Jego Miłość potrzebuje wszystkich swych ludzi. — Cersei nie zamierzała marnować sił Tommena na opiekę nad wróblami ani na strzeżenie pomarszczonych pizd tysiąca skwaszonych sept. — Wasze wróble mają pałki i topory. Niech się bronią same.

— Zabraniają tego prawa wprowadzone przez króla Maegora, o czym Wasza Miłość z pewnością wie. To jego dekret nakazał Wierze odłożyć miecz.

— Królem jest teraz Tommen, nie Maegor. — Co ją obchodziło, jakie dekrety wprowadził Maegor Okrutny przed trzystu laty? Zamiast odbierać wiernym miecze, powinien był wykorzystać ich do własnych celów. Wskazała na posąg Wojownika, ustawiony nad ołtarzem z czerwonego marmuru. — Co on trzyma w ręku?

— Miecz…

— Czy zapomniał, jak się nim posługiwać?

— Prawa Maegora…

— Można znieść.

Pozwoliła, by te słowa zawisły w powietrzu, czekając, aż Wielki Wróbel chwyci przynętę.

Nie rozczarował jej.

— Powrót Wiary Wojującej… to byłaby odpowiedź na trzysta lat modlitw, Wasza Miłość. Wojownik znowu uniósłby swój błyszczący miecz, by oczyścić nasze grzeszne królestwo z wszelkiego zła. Jeśli Jego Miłość pozwoli mi odrodzić starożytne błogosławione zakony Miecza i Gwiazdy, wszyscy pobożni ludzie w Siedmiu Królestwach zrozumieją, że to on jest naszym prawowitym władcą.

Słodko było to słyszeć, ale Cersei nie chciała okazywać zbytniej radości.

— Wasza Wielka Świątobliwość wspominał przedtem o wybaczeniu. Czasy są trudne i król Tommen byłby bardzo wdzięczny, gdybyś zgodził się umorzyć długi korony. Mam wrażenie, że jesteśmy wam winni jakieś dziewięćset tysięcy smoków.

— Dziewięćset tysięcy sześćset siedemdziesiąt cztery. Za to złoto można by nakarmić głodnych i odbudować tysiąc septów.

— A więc to złota pragniesz? — zapytała królowa. — Czy raczej odwołania staroświeckich praw Maegora?

Wielki Septon zastanawiał się przez chwilę.

— Jak sobie życzysz. Zgodzimy się umorzyć dług i pobłogosławić króla Tommena. Zaprowadzą mnie do niego Synowie Wojownika, zbrojni w chwałę swej Wiary, a tymczasem moje wróble pójdą bronić cichych i skromnych, jako odrodzeni Bracia Ubodzy z dawnych lat.

Królowa wstała i wygładziła spódnice.

— Każę przygotować dokumenty, a Jego Miłość podpisze je i zaopatrzy w królewską pieczęć.

Jeśli w królowaniu było coś, co Tommen naprawdę lubił, z pewnością była to zabawa z pieczęcią.

— Niech Siedmiu chroni Jego Miłość. Oby jego panowanie trwało długo. — Wielki Septon złożył dłonie w piramidkę i wzniósł wzrok ku niebu. — A niegodziwcy niechaj drżą!

Słyszysz to, lordzie Stannisie? Cersei nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nawet jej pan ojciec nie sprawiłby się lepiej. Za jednym zamachem uwolniła Królewską Przystań od plagi wróbli, zdobyła błogosławieństwo dla Tommena i zmniejszyła zadłużenie korony o prawie milion smoków. Gdy Wielki Septon odprowadzał ją z powrotem do Komnaty Lamp, serce Cersei silnie biło z zachwytu.

Lady Merryweather uradowała się równie mocno jak królowa, choć nigdy dotąd nie słyszała o Synach Wojownika ani o Braciach Ubogich.

— Te zakony wywodzą się z czasów sprzed podboju Aegona — wyjaśniła jej Cersei. — Synowie Wojownika byli rycerzami, którzy oddali swe ziemie i złoto, a potem poprzysięgli służbę Jego Wielkiej Świątobliwości. Bracia Ubodzy… byli skromniejsi, chociaż nieporównanie liczniejsi. To byli swego rodzaju bracia żebrzący, ale zamiast miseczek nosili topory. Wędrowali traktami, eskortując wędrowców od septu do septu i od miasta do miasta. Ich godłem była siedmioramienna gwiazda, czerwona na białym tle. Dlatego prostaczkowie zwali ich Gwiazdami. Synowie Wojownika nosili tęczowe płaszcze oraz inkrustowane srebrem zbroje nakładane na włosiennice. W gałki mieczy wprawiali kryształy w kształcie gwiazdy. Zwano ich Mieczami. Święci mężowie, asceci, fanatycy, czarnoksiężnicy, smokobójcy, łowcy demonów… krąży o nich wiele opowieści, wszystkie jednak zgadzają się co do tego, że byli nieprzejednani w swej nienawiści do wszelkich wrogów Świętej Wiary.

Lady Merryweather natychmiast zrozumiała, w czym rzecz.

— Takich, jak na przykład lord Stannis i jego czerwona czarodziejka?

— Tak się składa, że masz rację — odparła Cersei, chichocząc jak mała dziewczynka. — Może otworzymy dzbanek hipokrasu i wypijemy po drodze do domu za zapał Synów Wojownika?

— Za zapał Synów Wojownika i geniusz królowej regentki! Za Cersei, Pierwszą Tego Imienia!

Hipokras był słodki i smakowity jak jej triumf. Królowa miała wrażenie, że lektyka unosi się nad ziemią. Jednakże u podstawy Wielkiego Wzgórza Aegona spotkała Margaery Tyrell i jej kuzynki, wracające z przejażdżki. Wszędzie mnie prześladuje — pomyślała poirytowana Cersei, spoglądając na małą królową.

Za Margaery podążał liczny orszak dworzan, strażników i służących. Wielu z nich dźwigało kosze świeżych kwiatów. Każda z jej kuzynek ciągnęła za sobą wielbiciela. Obok Elinor jechał patykowaty giermek Alyn Ambrose, który był z nią zaręczony, nieśmiałej Alli towarzyszył ser Tallad, a pulchnej, roześmianej Megdze jednoręki Mark Mullendore. Dwie kolejne damy dworu Margaery, Meredyth Crane i Jannę Fossoway, eskortowali bliźniacy Redwyne'owie. Wszystkie dziewczęta miały we włosach kwiaty. Jalabhar Xho również przyłączył się do grupy, podobnie jak ser Lambert Turnberry z okiem zasłoniętym przepaską oraz przystojny minstrel znany jako Błękitny Bard.

Oczywiście małej królowej musi towarzyszyć rycerz Gwardii Królewskiej i rzecz jasna jest nim Rycerz Kwiatów. Ser Loras wręcz błyszczał w swej białej, łuskowej zbroi inkrustowanej złotem. Choć nie udawał już, że uczy Tommena władania bronią, król nadal spędzał stanowczo zbyt wiele czasu w jego towarzystwie. Za każdym razem, gdy chłopiec wracał po popołudniu spędzonym ze swą małą żoną, opowiadał nową historię o tym, co powiedział albo co zrobił ser Loras.

Margaery przywitała Cersei, gdy obie kolumny się spotkały, i ruszyła obok lektyki królowej. Policzki miała zarumienione, a brązowe loki opadały jej swobodnie na ramiona, poruszane każdym podmuchem wiatru.

— Zbieraliśmy jesienne kwiaty w królewskim lesie — oznajmiła.

Wiem, gdzie byłaś — pomyślała królowa. Jej informatorzy nadzwyczaj sprawnie informowali ją o wszelkich poczynaniach Margaery. Nasza mała królowa jest bardzo niespokojną dziewczyną. Rzadko się zdarzało, by Margaery wytrzymywała dłużej niż trzy dni bez konnej przejażdżki. Niekiedy ruszała ze swym orszakiem traktem do Rosby, żeby szukać muszelek i spożywać posiłek nad brzegiem morza. Innym razem przeprawiała się z całą świtą na drugi brzeg Czarnego Nurtu, by spędzić popołudnie na polowaniu z sokołami. Mała królowa lubiła też pływać łódkami i często bez dostrzegalnego powodu żeglowała wzdłuż Czarnego Nurtu. A gdy ogarniał ją pobożny nastrój, opuszczała zamek, by pomodlić się w Sepcie Baelora. Korzystała z usług kilkunastu różnych krawcowych, dobrze znali ją miejscy złotnicy i zdarzało się nawet, że odwiedzała targ rybny przy Błotnistej Bramie, by obejrzeć, co dzisiaj złowiono. Dokądkolwiek się udała, prostaczkowie witali ją radośnie, a lady Margaery robiła, co mogła, żeby podsycić ogień ich uczuć. Ciągle dawała jałmużnę żebrakom, kupowała gorące bułki od pchających wózki piekarzy albo ściągała wodze, by porozmawiać z prostymi rzemieślnikami.

Gdyby zależało to od niej, Tommen robiłby to samo. Ciągle zapraszała go, żeby towarzyszył jej i jej kurom w tych wyprawach, a chłopiec wiecznie błagał matkę, by mu na to pozwoliła. Królowa kilka razy wyraziła zgodę, choćby tylko po to, by pozwolić ser Osneyowi spędzić kilka godzin w towarzystwie Margaery. Ale to wszystko nic nie dało. Osney bardzo mnie rozczarował.

— Pamiętasz ten dzień, gdy twoja siostra popłynęła do Dorne? — zapytała syna Cersei. — Może przypominasz sobie, co się wydarzyło, gdy wracaliśmy do zamku? Wyjący tłum, kamienie, przekleństwa?

Ale król był głuchy na głos rozsądku, dzięki swej małej królowej.

— Jeśli będziemy się spotykać z prostaczkami, zdobędziemy ich miłość.

— Tłuszcza kochała grubego Wielkiego Septona tak bardzo, że rozerwała go na strzępy, mimo że był świętym mężem — przypomniała, ale chłopak tylko się na nią obraził. Idę o zakład, że tego właśnie chce Margaery. Próbuje mi go ukraść na wszelkie możliwe sposoby. Joffrey natychmiast przejrzałby ten podstępny uśmiech i pokazałby dziewczynie, gdzie jej miejsce, ale Tommen był bardziej łatwowierny. Wiedziała, że Joff był dla niej za silny — pomyślała Cersei, wspominając złotą monetę znalezioną przez Qyburna. Jeśli ród Tyrellów miał przejąć władzę, trzeba było go usunąć. Przypomniała sobie, że Margaery i jej obrzydliwa babcia uknuły kiedyś spisek mający na celu wydanie Sansy Stark za kalekiego brata małej królowej, Willasa. Lord Tywin ubiegł ich, wydając Sansę za Tyriona, ale pozostawało prawdą, że utrzymywali z nią kontakty. Wszyscy są ze sobą w zmowie — uświadomiła sobie nagle. Tyrellowie przekupili kluczników, by uwolnić Tyriona, a potem przemycili go z miasta różanym traktem, żeby połączył się ze swoją obmierzłą małżonką. Teraz oboje siedzą bezpiecznie w Wysogrodzie, ukryci za ścianą z róż.

 

— Szkoda, że nie pojechałaś z nami, Wasza Miłość — paplała mała intrygantka, gdy kolumna wjeżdżała na Wielkie Wzgórze Aegona. — Mogłybyśmy spędzić razem urocze chwile. Wszystkie drzewa noszą korony, złote, czerwone i pomarańczowe. Wszędzie jest pełno kwiatów. I kasztanów. Upiekliśmy trochę po drodze do domu.

— Nie mam czasu na jeżdżenie po lesie i zbieranie kwiatków — oświadczyła Cersei. — Muszę władać królestwem.

— Tylko jednym, Wasza Miłość? A kto włada pozostałymi sześcioma? — Margaery parsknęła radosnym śmieszkiem. — Mam nadzieję, że wybaczysz mi ten żart. Wiem, iż dźwigasz ciężkie brzemię. Powinnaś pozwolić, bym ci ulżyła. Z pewnością są sprawy, w których mogłabym pomóc. To położyłoby kres gadaniu, że rywalizujemy ze sobą o względy króla.

— Ludzie rzeczywiście tak gadają? — zapytała z uśmiechem Cersei. — Cóż za głupstwo. Nigdy nie uważałam cię za rywalkę, nawet przez chwilę.

— Słyszę to z przyjemnością. — Dziewczyna najwyraźniej nie potrafiła rozpoznać sarkazmu. — Następnym razem ty i Tommen musicie wybrać się z nami. Wiem, że Jego Miłość byłby zachwycony taką wycieczką. Błękitny Bard grał dla nas, a ser Tallad pokazał nam, jak się walczy drągiem na sposób prostaczków. Jesienią w lesie jest pięknie.

— Mój zmarły mąż też kochał las. — We wczesnych latach małżeństwa Robert ciągle ją błagał, żeby pojechała z nim na polo wanie, ale Cersei zawsze się wymawiała. Jego łowieckie wyprawy pozwalały jej spędzać czas w towarzystwie Jaimego. Złote dni i srebrne noce. Trzeba przyznać, że to był niebezpieczny taniec. W Czerwonej Twierdzy pełno było oczu i uszu, a poza tym nigdy nie byli pewni, kiedy wróci Robert. Z jakiegoś powodu niebezpieczeństwo czyniło spędzone razem chwile jeszcze bardziej ekscytującymi. — Ale pod pięknem może się niekiedy ukrywać śmiertelna groźba — ostrzegła małą królową. — Robert stracił życie w lesie.

Margaery uśmiechnęła się do ser Lorasa. To był słodki, siostrzany uśmiech, pełen czułości.

— Wasza Miłość jest łaskawa, że się o mnie boi, ale brat zadba o moje bezpieczeństwo.

Jedź na polowanie — powtarzała dziesiątki razy Robertowi Cersei. Brat zadba o moje bezpieczeństwo. Przypomniała sobie, co usłyszała wcześniej od Taeny, i z jej ust wyrwał się śmiech.

— Wasza Miłość tak ładnie się śmieje. — Lady Margaery uśmiechnęła się do niej pytająco. — Czy mogłabym też usłyszeć ten żart?

— Usłyszysz go — obiecała królowa. — Zapewniam, że usłyszysz.

ŁUPIEŻCA

Bębny wybijały bitewny werbel, a „Żelazne Zwycięstwo" mknęło naprzód, prując taranem wysokie, zielone fale. Mniejszy okręt widoczny z przodu zakręcił nagle, mącąc wiosłami morską wodę. Powiewały nad nim chorągwie z różami: na dziobie i na rufie białymi na tle czerwonej tarczy herbowej, a na maszcie złotą na polu zielonym jak trawa. „Żelazne Zwycięstwo" otarło się o burtę przeciwnika z takim impetem, że połowa oddziału abordażowego zwaliła się z nóg. Rozległ się trzask pękających wioseł, słodka muzyka dla uszu kapitana.

Przeskoczył przez nadburcie, lądując na pokładzie na dole. Złoty płaszcz powiewał za nim. Wszystkie białe róże cofnęły się trwożnie, jak zawsze robili to ludzie, gdy ujrzeli Victariona Greyjoya z bronią w ręku, zakutego w pełną zbroję i z twarzą ukrytą pod hełmem w kształcie krakena. Ściskali w rękach miecze, włócznie i topory, ale tylko co dziesiąty nosił zbroję, a i wtedy były to tylko metalowe łuski naszyte na koszule. To nie są żelaźni ludzie — pomyślał Victarion. Boją się utonąć.

— Bierzcie go! — zawołał któryś. — Jest sam!

— Chodźcie! — ryknął. — Zabijcie mnie, jeśli zdołacie.

Różani wojownicy rzucili się nań ze wszystkich stron. W rękach trzymali szarą stal, ale w ich oczach błyszczało przerażenie, strach tak silny, że Victarion czuł jego smak. Machnął mieczem na obie strony, pierwszemu przeciwnikowi odcinając rękę w łokciu, a drugiemu przerąbując bark. Topór trzeciego ugrzązł w dębowej tarczy Victariona. Greyjoy walnął głupca tarczą w twarz, zwalił go na pokład i zabił, nim tamten zdążył się podnieść. Gdy wyszarpywał topór z klatki piersiowej trupa, w miejsce między łopatkami trafiła go włócznia. To było tak, jakby ktoś klepnął go w plecy. Victarion odwrócił się i uderzył toporem w głowę włócznika. Poczuł lekki wstrząs w ramieniu, gdy ostrze przebiło się przez hełm, włosy i czaszkę. Mężczyzna chwiał się jeszcze na nogach przez pół uderzenia serca, nim żelazny kapitan wyszarpnął topór z taką siłą, że trup zatoczył się po pokładzie, wyglądając raczej na pijanego niż na zabitego.

Tymczasem na pokład rozbitego okrętu zeskoczyli już kolejni żelaźni ludzie. Słyszał, jak Wulfe Jednouchy zawył radośnie, a potem wziął się do roboty, zobaczył Ragnora Pyke'a w zardzewiałej kolczudze, ujrzał, jak Nute Balwierz rzucił toporkiem i trafił jednego z przeciwników w pierś. Victarion zabił następnego człowieka, a potem jeszcze jednego. Zabiłby też trzeciego, ale Ragnor załatwił go przed nim.

— Niezły cios — ryknął do niego Victarion.

Odwrócił się w poszukiwaniu następnej ofiary i zobaczył po drugiej stronie pokładu wrogiego kapitana. Białą opończę mężczyzny zbrukała krew, ale Victarion zdołał rozpoznać herb na jego piersi: białą różę na czerwonej tarczy. Ten sam herb widniał na jego tarczy, umieszczony na białym polu z czerwoną obwódką.

— Hej, ty! — zawołał żelazny kapitan, przekrzykując zgiełk walki. — Ty z różą! Jesteś lordem Południowej Tarczy?

Mężczyzna uniósł zasłonę, ukazując bezbrodą twarz.

— Jego synem i dziedzicem. Jestem ser Talbert Serry. A kim ty jesteś, krakenie?

— Twoją śmiercią.

Victarion runął na niego.

Serry wybiegł mu na spotkanie. Miał miecz z dobrej, wykutej w zamku stali, który śpiewał w jego dłoniach. Pierwsze cięcie młody rycerz wyprowadził dołem i Victarion sparował je toporem. Drugi cios trafił w hełm, nim żelazny kapitan zdążył unieść tarczę. Victarion odpowiedział, uderzając na odlew toporem. Atak powstrzymała tarcza Serry'ego. W powietrze posypały się drzazgi, a biała róża pękła wzdłuż ze słodkim, ostrym trzaskiem. Miecz młodego rycerza trafił go w udo raz, drugi i trzeci, zgrzytając o stal zbroi. Chłopak jest szybki — uświadomił sobie żelazny kapitan. Walnął Serry'ego tarczą w twarz, aż młodzieniec zatoczył się na reling. Victarion uniósł topór, wspierając uderzenie całym ciężarem swego ciała, gotowy rozpruć przeciwnika od szyi aż po pachwinę. Serry zdążył się jednak wywinąć. Topór walnął w reling, sypiąc drzazgami, i ugrzązł w drewnie. Gdy Victarion spróbował go wyszarpnąć, pokład zakołysał się, obalając go na jedno kolano.

Ser Talbert odrzucił strzaskaną tarczę i ciął nisko mieczem. Gdy Victarion stracił równowagę, jego tarcza obróciła się na drugą stroną, chwycił więc miecz Serry'ego w żelazną pięść. Klepsydrowa rękawica zgrzytnęła głośno. Victarion stęknął, czując nagłe ukłucie bólu, ale nie zwolnił uścisku.

— Ja też jestem szybki, chłopcze — rzekł. Wyrwał rycerzowi miecz z ręki i cisnął do morza.

— Mój miecz… — wyjąkał ser Talbert.

Victarion okrwawioną pięścią złapał chłopaka za gardło.

— Idź go poszukać — warknął i zepchnął go za burtę w zabarwione krwią morze.

To dało mu chwilę potrzebną, by wyrwać topór. Białe róże cofały się przed żelazną falą. Niektórzy z obrońców próbowali skryć się pod pokładem, a inni prosili pardonu. Victarion czuł ciepłą krew ściekającą mu po palcach pod skórzaną kurtą, kolczugą i klepsydrową stalą; to jednak nie miało znaczenia. Pod masztem broniła się jeszcze spora grupa przeciwników ustawionych w pierścień ramię przy ramieniu. Ci tam to przynajmniej mężczyźni. Wolą zginąć, niż się poddać. Victarion postanowił spełnić niektórym to życzenie. Uderzył toporem o tarczę i rzucił się do ataku.

Utopiony Bóg nie stworzył Victariona Greyjoya po to, by walczył na słowa podczas królewskiego wiecu albo toczył bój z podstępnymi wrogami na bezkresnych moczarach. To był cel, dla którego się narodził: stawać do walki, zakuty od stóp do głów w stal, i dzierżyć w dłoni ociekający krwią topór, każdym jego ciosem zadając śmierć.

Zasypywali go uderzeniami z przodu i z tyłu, ale ich miecze równie dobrze mogłyby być wierzbowymi witkami. Nie wyrządzały mu żadnej krzywdy. Żadne ostrze nie było w stanie przebić jego ciężkiej płytowej zbroi, nie dawał też przeciwnikom czasu potrzebnego, by znaleźć słabe punkty w stawach, gdzie chroniła go wyłącznie kolczuga i skóra. Mogli go atakować we trzech, czterech czy nawet w pięciu naraz, to nie miało znaczenia. Zabijał ich kolejno, ufając, że stalowy pancerz osłoni go przed ich mieczami. Gdy jeden wróg padał, Victarion obracał swój gniew przeciw następnemu.

Ostatni mężczyzna, z którym się zmierzył, z pewnością był kowalem. Miał bary jak u byka, na jego zbroję składała się wysadzana ćwiekami brygantyna oraz czapka z utwardzanej skóry. Jedyny cios, jaki zdołał zadać, dokończył dzieła zniszczenia tarczy Victariona, ale odpowiedź kapitana rozpłatała mu głowę na dwoje. Gdybym tylko z Wronim Okiem mógł się policzyć równie łatwo. Kiedy Victarion wyrwał topór, czaszka kowala rozprysnęła się na wszystkie strony. Wokół pełno było krwi, kawałków kości i mózgu. Ciało upadło do przodu, na nogi żelaznego kapitana. Już za późno błagać pardonu — pomyślał Victarion, uwalniając się z objęć trupa.

Pokład pod jego stopami zrobił się już śliski. Zewsząd otaczały go sterty zabitych i konających. Odrzucił tarczę i wessał powietrze w płuca.

— Lordzie kapitanie — rozległ się za jego plecami głos Balwierza. — Zwyciężyliśmy.

Na morzu roiło się od okrętów. Niektóre płonęły, inne tonęły, a jeszcze inne rozpadły się na fragmenty. Woda pomiędzy nimi była gęsta jak gulasz, pełna trupów, połamanych wioseł oraz ludzi czepiających się kawałków drewna. W oddali widać było sześć drakkarów południowców, mknących w stronę Manderu. Niech sobie płyną — pomyślał Victarion. Niech opowiedzą, co się tu stało. Ten, kto raz umknął z podkulonym ogonem z bitwy, przestawał być mężczyzną.

Oczy szczypały go od potu, który spływał po czole podczas walki. Dwaj wioślarze pomogli mu zdjąć krakenowy hełm i Victarion wytarł czoło.

— Co z tym rycerzem? — mruknął. — Tym z białą różą? Czy któryś z was go wyciągnął?

Syn lorda z pewnością był wart sporego okupu. Od jego ojca, jeśli lord Serry przeżył dzisiejszy dzień. Od jego seniora w Wysogrodzie, jeśli zginął.

Jednakże żaden z ludzi Victariona nie widział, co się stało z rycerzem po wypadnięciu za burtę. Zapewne utonął.

— Oby ucztował, tak jak walczył, w podwodnych komnatach Utopionego Boga.

Choć ludzie z Tarczowych Wysp zwali się żeglarzami, bali się morskich podróży i stawali do bitwy lekko odziani w obawie przed utonięciem. Młody Serry był inny. To był odważny człowiek — pomyślał Victarion. Mógłby niemal pochodzić z żelaznego rodu.

Oddał zdobyty okręt Ragnorowi Pyke'owi, wybrał dwunastu ludzi do jego załogi i wdrapał się z powrotem na pokład „Żelaznego Zwycięstwa".

— Zabierzcie jeńcom broń i zbroje, a potem opatrzcie im rany — rozkazał Nute'owi Balwierzowi. — Konających wrzućcie do morza. Jeśli będą prosić o łaskę, poderżnijcie im najpierw gardła. — Miał dla takich ludzi jedynie pogardę. Lepiej utonąć w morzu niż we własnej krwi. — Chcę poznać liczbę zdobytych okrętów oraz wziętych do niewoli rycerzy i lordowskich synów. Przynieście mi też ich chorągwie.

Pewnego dnia powiesi je w swej komnacie, by jako słabowity starzec mógł sobie przypomnieć wszystkich wrogów, których zabił, gdy był młody i silny.

— Tak jest. — Nute wyszczerzył zęby w uśmiechu. — To wielkie zwycięstwo.

Zaiste — pomyślał Victarion. Wielkie zwycięstwo dla Wroniego Oka i jego czarodziejów. Gdy wieść o nim dotrze do Dębowej Tarczy, pozostali kapitanowie raz jeszcze wykrzykną imię jego brata. Euron uwiódł ich swą gładką mową i swym uśmiechniętym okiem, związał ich ze swą sprawą za pomocą łupów z pół setki różnych krain: złota i srebra, zdobnych zbroi, zakrzywionych bułatów z pozłacanymi gałkami, sztyletów z valyriańskiej stali, futer pręgowanych tygrysów i skór cętkowanych kotów, nefrytowych mantykor i starożytnych valyriańskich sfinksów, skrzyń gałki muszkatołowej, goździków i szafranu, kłów słoni i rogów jednorożców, zielonych, pomarańczowych i żółtych piór znad Morza Letniego, bel pięknego jedwabiu i połyskliwego brokatu… ale wszystko to było drobiazgiem w porównaniu z tym, co wydarzyło się dzisiaj. Dał im triumf i należą do niego na dobre — pomyślał kapitan, czując na języku smak goryczy. To było moje zwycięstwo, nie jego. Gdzie wtedy był? Siedział na Dębowej Tarczy, leniuchował w zamku. Ukradł mi żonę, potem tron, a teraz kradnie należną mi chwałę.

 

Posłuszeństwo było dla Victariona Greyjoya czymś naturalnym. Urodził się do niego. Dorastał w cieniu braci i wiernie naśladował we wszystkim Balona. Potem, gdy Balon dochował się synów, Victarion pogodził się z myślą, że pewnego dnia klęknie również przed którymś z nich, gdy ten odziedziczy po ojcu Tron z Morskiego Kamienia. Jednakże Utopiony Bóg wezwał Balona i jego synów do swych podmorskich komnat, a gdy Victarion zwał królem Eurona, zawsze czuł w gardle smak żółci.

Wiatr przybierał na sile, a Victarionowi dokuczało palące pragnienie. Po bitwie zawsze łaknął wina. Powierzył dowództwo Nute'owi i zszedł pod pokład. W ciasnej kabinie na rufie czekała nań smagła kobieta, gotowa i wilgotna. Być może bitwa rozgrzała również jej krew. Wziął ją dwa razy, w krótkim odstępie czasu. Kiedy skończyli, miała na piersiach, udach i brzuchu krew, ale to była jego krew, z rany na dłoni. Smagła kobieta przemyła ją gotowanym octem.

— Muszę przyznać, że plan był dobry — mówił Victarion, gdy klęczała obok niego. — Mander znowu jest dla nas otwarty, jak za dawnych czasów.

To była ospała rzeka, szeroka, leniwa, pełna zdradzieckich pniaków i piaszczystych łach. Większość morskich statków nie ważyła się płynąć nią dalej niż do Wysogrodu, ale drakkary dzięki małemu zanurzeniu mogły dotrzeć aż do Gorzkiego Mostu. W dawnych czasach żelaźni ludzie śmiało pływali Manderem i jego dopływami, plądrując brzegi… aż do chwili, gdy królowie od zielonej dłoni uzbroili rybaków z czterech wysepek położonych u ujścia rzeki i nazwali je swymi tarczami.

Minęły już dwa tysiące lat, ale w wieżach strażniczych wzniesionych na skalistych brzegach siwobrodzi staruszkowie nadal pełnili swą odwieczną straż. Gdy tylko ujrzeli drakkary, zapalali ognie i od wzgórza do wzgórza oraz od wyspy do wyspy płynął zew. „Biada! Wróg! Łupieżcy! Łupieżcy!". Kiedy rybacy dostrzegli płonące na wieżach ognie, odkładali na bok sieci i pługi, zamieniając je na miecze i topory. Ich lordowie opuszczali zamki, prowadząc ze sobą rycerzy i zbrojnych. Nad wodami niosło się echo rogów z Zielonej Tarczy, Szarej Tarczy, Dębowej Tarczy i Południowej Tarczy. Z omszałych, kamiennych przystani na brzegach wysp wysuwały się drakkary, by zamknąć ujście Manderu i ścigać łupieżców w górę rzeki, ku ich zgubie.

Euron wysłał w górę Manderu Torwolda Brązowego Zęba i Rudego Wioślarza. Dał im dwanaście szybkich łodzi, by lordowie Tarczowych Wysp ruszyli za nimi w długi pościg. Gdy przybyła jego główna flota, na wyspach pozostała tylko garstka uzbrojonych ludzi. Żelaźni ludzie przybyli z wieczornym przypływem, by blask zachodzącego słońca ukrył ich przed spojrzeniami siwobrodych. Wiatr dął im w plecy, tak jak przez całą drogę ze Starej Wyk. Ludzie szeptali, że mieli z tym wiele wspólnego czarodzieje Eurona, że Wronie Oko przebłagał Boga Sztormów krwawą ofiarą. Jak inaczej mógłby się odważyć pożeglować tak daleko na zachód, zamiast zgodnie z tradycją płynąć wzdłuż linii brzegowej?

Żelaźni ludzie wyciągnęli drakkary na kamieniste plaże i z błyszczącymi mieczami w dłoniach popędzili w fioletowy mrok. Na wzgórzach zapalono już ogniska, ale na wyspach zostało niewielu obrońców. Szara Tarcza, Zielona Tarcza i Południowa Tarcza padły przed wschodem słońca. Dębowa Tarcza broniła się pół dnia dłużej. A gdy ludzie z Czterech Tarcz, zaprzestawszy pościgu za Torwoldem i Rudym Wioślarzem, zawrócili w dół rzeki, zastali w ujściu czekającą na nich Żelazną Flotę.

— Wszystko rozegrało się tak, jak mówił Euron — prawił Victarion smagłej kobiecie, gdy ta wiązała mu na ręce płócienny bandaż. — Na pewno przepowiedzieli to jego czarodzieje.

Quellon Humble wyznał mu szeptem, że na pokładzie „Ciszy" jest ich trzech. To byli straszliwi, niesamowici ludzie, ale Wronie Oko uczynił ich swoimi niewolnikami.

— Nadal mnie potrzebuje — upierał się Victarion. — Czarodzieje mogą być przydatni, ale wojny wygrywa się krwią i stalą. — Od octu rana rozbolała go jeszcze silniej niż przedtem. Odepchnął kobietę na bok i zacisnął pięść ze srogą miną. — Daj mi wina.

Wypił je po ciemku, rozmyślając o bracie. Jeżeli nie zadam ciosu własnoręcznie, czy nadal będę zabójcą krewnych? Victarion nie bał się nikogo z ludzi, ale na myśl o klątwie Utopionego Boga ogarniał go niepokój. Jeżeli kto inny powali go na mój rozkaz, czy jego krew splami moje ręce? Aeron Mokra Czupryna mógłby znać odpowiedź na to pytanie, ale kapłan został na Żelaznych Wyspach. Nadal liczył na to, że uda mu się podburzyć ludzi z żelaznego rodu do buntu przeciw nowemu królowi. Nute Balwierz potrafi ogolić człowieka toporkiem rzuconym z odległości dwudziestu jardów. Żaden z kundli Eurona nie mógłby się mierzyć z Wulfe'em Jednouchym albo z Andrikiem Nieuśmiechniętym. Każdy z nich mógłby tego dokonać. Victarion wiedział jednak, że móc i chcieć to dwie różne sprawy.

— Bluźnierstwa Eurona ściągną na nas wszystkich gniew Utopionego Boga — przepowiedział Aeron, gdy rozmawiali na Starej Wyk. — Musimy go powstrzymać, bracie. Nadal jesteśmy braćmi Balona, czyż nie?

— On również — przypomniał Victarion. — Nie podoba mi się to tak samo jak tobie, ale Euron jest królem. Wybrał go twój królewski wiec. Sam włożyłeś mu na głowę koronę z wyrzuconego przez morze drewna!

— Włożyłem mu ją na głowę — przyznał kapłan, potrząsając pełnymi ociekających wodą wodorostów włosami. — I z chęcią mu ją zerwę, by przekazać tobie. Tylko ty masz dość sił, aby z nim walczyć.

— Utopiony Bóg wyniósł go na tron — poskarżył się Victarion — więc niech on teraz go obali.

Aeron rzucił złowróżbne spojrzenie, od jakiego ponoć woda w studniach kwaśniała, a kobiety stawały się bezpłodne.

— To nie bóg do nas przemówił. Wszyscy wiedzą, że Euron trzyma na swym czerwonym statku czarodziejów i obmierzłych czarnoksiężników. To oni rzucili na nas jakieś zaklęcie, byśmy nie słyszeli głosu morza. Kapitanowie i królowie upili się jego słowami o smokach.

— Upili się jego słowami i przestraszyli się rogu. Słyszałeś jego dźwięk. Ale to już nie ma znaczenia. Euron jest naszym królem.

— Nie moim — oznajmił kapłan. — Utopiony Bóg pomaga śmiałym, nie tym, którzy kryją się pod pokładem, gdy nadciąga sztorm. Jeśli nie zdobędziesz się na to, by strącić Wronie Oko z Tronu z Morskiego Kamienia, będę musiał uczynić to sam.

— Jak? Nie masz okrętów ani mieczy.

— Mam swój głos — odparł kapłan. — I bóg jest ze mną. Stoi za mną potęga morza, z którą moc Wroniego Oka nie może się mierzyć. Fale rozbijają się o górę, ale nie przestają nadchodzić, jedna po drugiej, aż w końcu z góry zostaną jedynie kamyki. A potem nawet je unosi woda i na wieczność znikają w morskiej otchłani.

— Kamyki? — mruknął Victarion. — Musisz być szalony, jeśli sądzisz, że zdołasz obalić Wronie Oko gadaniem o falach i kamykach.

— Ludzie z żelaznego rodu będą falami — wyjaśnił Mokra Czupryna. — Nie wielcy lordowie, lecz prości oracze i rybacy. Kapitanowie i królowie wynieśli Eurona na tron, ale prosty lud go z niego strąci. Popłynę na Wielką Wyk, na Harlaw, na Orkmont i na samą Pyke. Ludzie we wszystkich miasteczkach i wioskach usłyszą moje słowa. Bezbożnik nie może zasiadać na Tronie z Morskiego Kamienia!

Aeron Greyjoy potrząsnął kudłatą głową i oddalił się w noc. Gdy rankiem wzeszło słońce, kapłana nie było już na Starej Wyk. Nawet jego utopieni nie wiedzieli, gdzie się podział. Ludzie powiadali, że Wronie Oko roześmiał się tylko, gdy o tym usłyszał.

Choć kapłan odszedł, Victarion nie zapomniał o jego złowrogich ostrzeżeniach. Pamiętał również słowa, które usłyszał od Baelora Blacktyde'a. Młody lord rzekł wówczas: „Balon był szalony, Aeron jest jeszcze bardziej szalony, a Euron najbardziej szalony z nich wszystkich". Po królewskim wiecu próbował pożeglować do domu, nie chcąc uznać Eurona za swego seniora, lecz Żelazna Flota zamknęła zatokę. Nawyk posłuszeństwa głęboko zakorzenił się w Victarionie Greyjoyu, a Euron nosił na głowie koronę z wyrzuconego przez morze drewna. „Żeglarza Nocy" zatrzymano i lorda Blacktyde'a zaprowadzono w łańcuchach do króla. Niemowy i kundle Eurona porąbali jeńca na siedem części, by nakarmić siedmiu bogów z zielonych krain, których czcił.