Nawałnica mieczy: Stal i śniegTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Nawałnica mieczy: Stal i śnieg
Nawałnica mieczy: Stal i śnieg
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70  56 
Nawałnica mieczy: Stal i śnieg
Audio
Nawałnica mieczy: Stal i śnieg
Audiobook
35  25,55 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa

George R.R. Martin

NAWAŁNICA

MIECZY

STAL I ŚNIEG

Tłumaczył

Michał Jakuszewski

Zysk i S-ka

Wydawnictwo

Dedykacja

Dla Phyllis,

która namówiła mnie na wprowadzenie smoków

NOTATKA NA TEMAT CHRONOLOGII

Pieśń Lodu i Ognia jest opowiadana z punktu widzenia postaci, które dzielą od siebie setki, a niekiedy nawet tysiące mil. Wydarzenia opisywane w pewnych rozdziałach trwają dzień bądź tylko godzinę, te zaś, o których mowa w innych, dwa tygodnie, miesiąc czy pół roku. Przy takiej kompozycji narracja nie może być ściśle chronologiczna. Niekiedy ważne rzeczy dzieją się jednocześnie tysiące mil od siebie.

W przypadku obecnego tomu czytelnik powinien wiedzieć, że pierwsze rozdziały Nawałnicy mieczy rozgrywają się nie po ostatnich rozdziałach Starcia królów, lecz raczej jednocześnie z nimi. Zaczynam książkę od przedstawienia wydarzeń, do których doszło na Pięści Pierwszych Ludzi, w Riverrun, Harrenhal i na Tridencie podczas stoczonej pod Królewską Przystanią bitwy nad Czarnym Nurtem, oraz wypadków, które nastąpiły po niej...

George R.R. Martin

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PROLOG

Dzień był szary i potwornie zimny, a psy nie chciały iść śladem. Wielka, czarna suka raz tylko obwąchała trop niedźwiedzia, po czym porzuciła go i wróciła do sfory z podkulonym ogonem. Przy nagłym powiewie zmarkotniałe psy zbiły się w ciasną grupkę na brzegu rzeki. Chett również poczuł przebijający się przez warstwy czarnej wełny i utwardzanej skóry podmuch. Zapuścili się w okolice zbyt zimne dla ludzi i zwierząt. Wykrzywił usta w grymasie, niemal czując, że czyraki na jego policzkach i szyi nabierają barwy wściekłej czerwieni. Mogłem siedzieć bezpiecznie na Murze, opiekując się tymi cholernymi krukami i paląc na kominku dla maestera Aemona. To bękart Jon Snow odebrał mu tę pozycję, on i jego spasiony koleżka Sam Tarly. Przez nich odmrażał sobie jaja w głębi nawiedzanego lasu, mając za towarzystwo sforę psów.

— Do siedmiu piekieł. — Szarpnął mocno za smycze, by przyciągnąć uwagę psów. — Szukać, skurwysyny. To trop niedźwiedzia. Chcecie żreć mięso czy nie? Szukać! — Psy jednak zbiły się tylko jeszcze ciaśniej, skowycząc cicho. Chett strzelił im nad głowami z krótkiego bicza i czarna suka warknęła na niego. — Psie mięso jest równie dobre jak niedźwiedzie — ostrzegł ją. Jego oddech zamarzał przy każdym słowie.

Lark Siostrzanin stał obok niego z rękami skrzyżowanymi na piersi i dłońmi wetkniętymi pod pachy. Choć nosił czarne, wełniane rękawice, wiecznie się skarżył, że odmraża sobie palce.

— Przy takiej cholernej zimnicy nie da się polować — stwierdził.

— W dupę z tym niedźwiedziem. Nie warto dla niego zamarzać.

— Nie możemy wrócić z pustymi rękami, Lark — mruknął Mały Paul. Większą część jego twarzy pokrywały brązowe kudły. — Lordowi dowódcy by się to nie spodobało.

Poniżej spłaszczonego nosa mężczyzny widać było zamarznięte smarki. Wielka dłoń w grubej skórzanej rękawicy zaciskała się mocno na drzewcu włóczni.

— Z nim też w dupę — rzucił Siostrzanin, chudy mężczyzna o ostrych rysach i niespokojnym spojrzeniu. — Mormont zginie, nim wzejdzie słońce, pamiętasz? Co nas obchodzi, czy mu się spodoba, czy nie?

Mały Paul zamrugał powiekami czarnych oczek. Chett pomyślał, że może rzeczywiście o tym zapomniał. Był taki głupi, że nie pamiętał prawie o niczym.

— Dlaczego musimy zabijać Starego Niedźwiedzia? Nie możemy po prostu uciec i pozwolić mu żyć?

— A myślisz, że on pozwoli nam żyć? — warknął Lark. — Urządzi na nas polowanie. Chcesz, żeby nas dopadł, ty przerośnięty przygłupie?

— Nie — odpowiedział Mały Paul. — Tego nie chcę. Za nic.

— Czyli że go zabijesz? — zapytał Lark.

— Tak. — Potężny mężczyzna walnął tępym końcem włóczni w zamarznięty brzeg rzeki. — Zabiję. Nie powinien na nas polować.

Siostrzanin wysunął ręce spod pach i zwrócił się w stronę Chetta.

— Uważam, że powinniśmy wykończyć wszystkich oficerów. Chett miał już serdecznie dość tego gadania.

— Przecież o tym mówiliśmy. Zginie Stary Niedźwiedź i Blane z Wieży Cieni. Grubbs i Aethan też. Mieli pecha, że wylosowali akurat tę wartę. Dywen i Bannen, bo są tropicielami, i ser Świnka, przez kruki. I na tym koniec. Załatwimy ich po cichu, podczas snu. Jeden krzyk i wszyscy będziemy żarciem dla robaków. — Jego czyraki zrobiły się czerwone ze złości. — Wykonaj swoją część i przypilnuj, żeby twoi kuzyni zrobili, co do nich należy. Paul, zapamiętaj, że to ma być trzecia warta, nie druga.

— Trzecia warta — powtórzył wielki mężczyzna, rozchylając ukryte pod szczeciną i zamarzniętymi smarkami usta. — Ja i Cicha Stopa. Będę pamiętał, Chett.

Dzisiejszej nocy był nów i zaplanowali służby w ten sposób, że ośmiu spiskowców pełniło straż, a jeszcze dwóch pilnowało koni.

Lepsza okazja już się nie nadarzy. Poza tym lada dzień mogli ich zaatakować dzicy i Chett miał zamiar być w tym momencie daleko stąd. Chciał żyć.

Na północ wyruszyło trzystu zaprzysiężonych braci z Nocnej Straży, dwustu z Czarnego Zamku i stu z Wieży Cieni. To była największa wyprawa, odkąd żywi sięgali pamięcią, prawie jedna trzecia wszystkich sił Straży. Mieli zamiar odszukać Bena Starka, ser Waymara Royce’a i innych zaginionych zwiadowców, a także dowiedzieć się, dlaczego dzicy porzucają wioski. Od Starka i Royce’a byli teraz równie daleko, jak w chwili opuszczenia Muru, zdołali się jednak dowiedzieć, dokąd odeszli dzicy. W wysokie i zimne, zapomniane przez bogów Mroźne Kły. Mogli tam sobie siedzieć aż po kres czasu i nie podrażniłoby to czyraków Chetta.

Oni jednak złazili na dół. Wzdłuż Mlecznej Wody.

Uniósł wzrok i ujrzał przed sobą rzekę. Jej kamieniste brzegi pokryła warstewka lodu, a mlecznobiałe wody spływały nieustannie z Mroźnych Kłów. A teraz tą samą drogą schodził Mance Rayder i jego dzicy. Przed trzema dniami powrócił wściekły Thoren Smallwood. Kiedy opowiadał Staremu Niedźwiedziowi, co zobaczył, jego człowiek, Kedge Białe Oko, przekazał wszystko pozostałym braciom.

— Są jeszcze wysoko, ale schodzą w dół — mówił, grzejąc dłonie nad ogniem. — Przednią strażą dowodzi ta francowata suka Harma Psi Łeb. Goady zakradł się do jej obozu i widział ją wyraźnie przy ognisku. Ten dureń Tumberjon chciał ją załatwić strzałą, ale Smallwood miał na to zbyt wiele rozsądku.

Chett splunął.

— Wiesz, ilu ich było?

— Od groma. Dwadzieścia, trzydzieści tysięcy. Nie mieliśmy czasu ich liczyć. Harma miała w przedniej straży pięciuset, samą konnicę.

Otaczający kręgiem ognisko mężczyźni wymienili niespokojne spojrzenia. Nawet tuzin dosiadających koni dzikich stanowił rzadki widok. Pięciuset...

— Smallwood kazał Bannenowi i mnie okrążyć straż przednią, by zerknąć na główne siły — kontynuował Kedge. — Ciągnęły się bez końca. Poruszali się jak zamarznięta rzeka, cztery, pięć mil dziennie, ale nie wyglądało na to, żeby mieli zamiar wracać do swoich wiosek. Ponad połowa to były kobiety i dzieci. Gnali przed sobą zwierzęta, kozy, owce, a nawet tury ciągnące sanie. Wieźli bele futer i półtusze, klatki z kurami, maselnice, kołowrotki i całą resztę ich cholernego dobytku. Muły i konie były tak obładowane, że grzbiety im pękały. Tak samo kobiety.

— I idą wzdłuż Mlecznej Wody? — dopytywał się Lark Siostrzanin.

— Przecież wam mówiłem.

Rzeka zaprowadzi ich prosto pod Pięść Pierwszych Ludzi, starożytny fort pierścieniowy, w którym Nocna Straż zorganizowała swój obóz. Każdy z odrobiną rozsądku zrozumiałby, że pora się stąd zwijać i zacząć odwrót w stronę Muru. Stary Niedźwiedź wzmocnił Pięść kolcami, wilczymi dołami i kruczymi stopami, lecz przeciw tak licznej armii nic mu to nie pomoże. Jeśli tu zostaną, wróg ich zaleje.

A Thoren Smallwood zamierzał atakować. Słodki Donnel Hill był giermkiem ser Malladora Locke’a, a poprzedniej nocy Smallwood odwiedził Locke’a w jego namiocie. Ser Mallador, podobnie jak stary ser Ottyn Wythers, chciał się wycofać na Mur, Smallwood postanowił jednak nakłonić go do zmiany zdania.

— Ten król za Murem nie będzie się nas spodziewał tak daleko na północy — mówił według słów Słodkiego Donnela. — A ta cała jego wielka armia to tylko horda obdartusów, bezużytecznych gąb do wyżywienia, ludzi niemających pojęcia, za który koniec trzymać miecz. Wystarczy jeden cios, a odechce im się walki, uciekną z wrzaskiem i na jakieś pięćdziesiąt lat ukryją się w swoich chatach.

Trzystu przeciw trzydziestu tysiącom. Chett uważał to za czysty obłęd. Co gorsza, ser Mallador po tej rozmowie zmienił zdanie i obaj byli bliscy przekonania również Starego Niedźwiedzia.

— Jeśli będziemy zwlekać zbyt długo, taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć — powtarzał Smallwood każdemu, kto chciał go słuchać.

— Jesteśmy tarczą, która osłania krainę człowieka — odpowiedział mu ser Ottyn Wythers. — Tarczy nie wyrzuca się lekkomyślnie.

— Podczas walki najlepszą obroną jest szybkie uderzenie miecza, które zabije przeciwnika, a nie chowanie się za tarczą — skontrował Thoren Smallwood.

Nocną Strażą nie dowodził jednak Smallwood ani Wythers, lecz lord Mormont, który czekał na powrót pozostałych zwiadowców. Jarmana Buckwella i ludzi, którzy wspięli się na Schody Olbrzyma, a także Qhorina Półrękiego i Jona Snow, którzy wyruszyli do Wąwozu Pisków. Buckwell i Półręki spóźniali się jednak.

 

Pewnie nie żyją. Chett wyobraził sobie Jona Snow, który leżał siny i zamarznięty na szczycie jakiejś posępnej turni, a z jego bękarciego dupska sterczała włócznia dzikiego. Uśmiechnął się na tę myśl. Mam nadzieję, że wykończyli też jego cholernego wilka.

— Nie ma tu żadnego niedźwiedzia — skonkludował nagle. — To tylko stare tropy. Wracamy na Pięść.

Psy omal go nie przewróciły. Chciały wracać równie gorąco jak on. Może zdawało im się, że dostaną jeść. Chett nie potrafił się powstrzymać od śmiechu. Nie karmił ich od trzech dni, żeby były głodne i złe. Nocą, nim wymknie się w mrok, wypuści je między liny do przywiązywania koni, chwilę po tym, jak Słodki Donnel Hill i Karl Szpotawa Stopa przetną postronki. W całej Pięści pełno będzie ujadających psów i spanikowanych koni. Będą zadeptywać ogniska, przeskakiwać mur i przewracać namioty. Przy takim zamieszaniu mogą minąć godziny, nim ktokolwiek się zorientuje, że zniknęło czternastu braci.

Lark chciał zwerbować dwukrotnie więcej ludzi, czego jednak można się było spodziewać po głupim, cuchnącym rybą Siostrzaninie? Wystarczy szepnąć słówko do niewłaściwego ucha i w jednej chwili skrócą człowieka o głowę. Nie, czternastu to odpowiednia liczba. Wystarczy, by zrobić to, co trzeba, i nie nazbyt wielu, żeby dochować tajemnicy. Większość z nich Chett zwerbował osobiście. Jednym z jego ludzi był Mały Paul, najsilniejszy człowiek na Murze, chociaż tępy aż strach. Kiedyś złamał dzikiemu kręgosłup, próbując go uściskać. Mieli też Dirka, którego ulubioną bronią był sztylet, oraz niskiego, posiwiałego człowieczka, zwanego przez braci Cichą Stopą. W młodości zgwałcił on setkę kobiet i lubił się chełpić, że żadna z nich go nie usłyszała, dopóki nie wsadził jej tego, co trzeba.

Autorem planu był Chett. To on był z nich najsprytniejszy. Całe cztery lata służył maesterowi Aemonowi jako zarządca, zanim bękart Jon Snow nie wykopał go z roboty, żeby przekazać ją tej tłustej świni, swemu koleżce. Kiedy będzie zabijał dziś w nocy Sama Tarly’ego, wyszepcze mu do ucha: „Pozdrów ode mnie Jona Snow”. Potem poderżnie ser Śwince gardło i będzie patrzył, jak krew wypływa spod grubej warstwy sadła. Chett znał się na krukach, z nimi więc nie będzie kłopotu. Nie więcej niż z Tarlym. Wystarczy jedno dotknięcie noża, a ten tchórz zleje się w portki i zacznie błagać o darowanie życia. Niech sobie błaga. Nic mu to nie pomoże. Gdy już poderżnie temu spaślakowi gardło, otworzy klatki i wypłoszy ptaki, żeby nikt nie mógł wysłać wiadomości na Mur. Cicha Stopa i Mały Paul wykończą Starego Niedźwiedzia, Dirk załatwi Blane’a, a Lark i jego kuzyni uciszą Bannena i starego Dywena, którzy mogliby wywęszyć ich trop. Już od dwóch tygodni gromadzili żywność, a Słodki Donnel i Karl Szpotawa Stopa przygotują dla nich konie. Po śmierci Mormonta dowództwo przejdzie na ser Ottyna Wythersa, starego, zmęczonego człowieka, którego opuszczały już siły. Nim zajdzie słońce, będzie już zmiatał w stronę Muru. Na pewno nie zechce marnować ludzi na pościg za nami.

Psy ciągnęły go z całej siły przez las. Chett widział już wystającą nad zielone korony drzew Pięść. Dzień był tak ciemny, że Stary Niedźwiedź kazał zapalić pochodnie. Wielki krąg żagwi płonął na murze pierścieniowym, który otaczał szczyt stromego, skalistego wzgórza. Trzej spiskowcy przeszli strumień w bród. Woda była przeraźliwie zimna i gdzieniegdzie pokrywały ją już plamy lodu.

— Ja ruszę z kuzynami w stronę wybrzeża — wyznał Lark Siostrzanin. — Zbudujemy sobie łódź i pożeglujemy do domu, na Siostry.

A tam natychmiast się zorientują, że jesteście dezerterami, i pościnają wam te głupie łby — pomyślał Chett. Ten, kto raz wypowiedział słowa przysięgi, nigdy już nie mógł opuścić Nocnej Straży. W całych Siedmiu Królestwach czekał go wyrok śmierci.

Ollo Obcięta Ręka planował wrócić do Tyrosh, gdzie według jego słów ludzie nie tracili rąk za zajmowanie się uczciwym złodziejstwem ani nie wysyłano ich na całe życie na mroźne pustkowie za to, że dali się przyłapać w łóżku z żoną jakiegoś rycerza. Chett zastanawiał się, czy z nim pojechać, nie mówił jednak w ich zaślinionym, dziewczyńskim języku. Co zresztą mógłby robić w Tyrosh? Wychowywał się na Bagnie Jędzy i nie miał żadnego zawodu. Jego ojciec całe życie orał cudze pola albo zbierał pijawki. Rozbierał się do grubej skórzanej opaski i brodził w mętnej wodzie. Czasami kazał pomagać sobie przy zrywaniu pijawek. Kiedyś jedna przyssała się chłopakowi do dłoni i Chett zgniótł ją z obrzydzeniem o ścianę. Ojciec zbił go za to do krwi. Maesterzy za tuzin sztuk płacili miedziaka.

Lark mógł sobie wracać do domu, i ten cholerny Tyroshijczyk też, ale nie Chett. Jeśli minie wieczność, nim znowu ujrzy Bagno Jędzy, to i tak będzie za wcześnie. Przypadła mu do gustu Twierdza Crastera. Dziki żył tu sobie jak lord. Czemu Chett nie miałby podążyć za jego przykładem? To by dopiero było. Chett, syn pijawkarza, lordem z własną twierdzą. Na chorągwi mógłby mieć tuzin pijawek na różowym polu. Dlaczego zresztą miałby poprzestać na lordzie? Może powinien zostać królem. Mance Rayder zaczynał jako wrona. Mógłbym zostać królem tak samo jak on i wziąć sobie trochę żon. Craster miał ich dziewiętnaście, nie licząc najmłodszych córek, których nie wziął jeszcze do łoża. Połowa z tej liczby była tak samo stara i brzydka jak on, ale to nie przeszkadzało Chettowi. Staruchy będzie mógł zagonić do prania i gotowania, sadzenia marchewki oraz karmienia świń, podczas gdy młode będą mu grzały łoże i rodziły dzieci. Craster nie będzie się sprzeciwiał, nie po tym, jak uściska go Mały Paul.

Jedynymi kobietami, jakie znał w życiu Chett, były dziwki, które kupował sobie w Mole’s Town. Kiedy był chłopcem, wiejskie dziewczyny odwracały się z obrzydzeniem na widok czyraków i kaszaka na jego twarzy. Najgorsza była ta flądra Bessa. Jeśli rozkładała nogi dla każdego chłopaka na Bagnie Jędzy, to dlaczego nie miałaby tego zrobić dla niego? Wiedział, że lubi polne kwiaty, zbierał je więc dla niej przez cały ranek, ale ona roześmiała mu się tylko w twarz i powiedziała, że wolałaby pójść do łóżka z pijawkami jego ojca niż z nim. Przestała się śmiać dopiero wtedy, gdy wraził w nią nóż. Widok jej twarzy był taki słodki, że Chett wyciągnął nóż i wbił go raz jeszcze. Kiedy złapali go nieopodal Siedmiu Strumieni, stary lord Walder Frey nie pofatygował się nawet osądzić go osobiście. Przysłał jednego ze swych bękartów, tego Waldera Riversa. Nim Chett zdążył się zorientować, maszerował już na Mur z tym cuchnącym, czarnym diabłem Yorenem. Za jedną słodką chwilę zabrali mu całe życie.

Teraz jednak zamierzał je odzyskać. Przy okazji weźmie też sobie kobiety Crastera. Ten stary, zboczony dziki ma rację. Jeśli ktoś chce pojąć kobietę za żonę, powinien ją sobie wziąć, a nie dawać jej kwiaty w nadziei na to, że nie zauważy jego cholernych czyraków. Chett nie popełni drugi raz tego samego błędu.

Uda się — powtarzał sobie po raz setny. Pod warunkiem, że zdołamy się wymknąć. Ser Ottyn ruszy prosto na południe, ku Wieży Cieni. To była najkrótsza droga prowadząca na Mur. Nie będzie sobie nami zawracał głowy. Nie Wythers. Będzie chciał tylko ratować skórę. Thoren Smallwood mimo wszystko zdecydowałby się na atak, ale ser Ottyn był zbyt ostrożny, a to on był starszy stopniem. Zresztą, to i tak wszystko jedno. Po naszej ucieczce Smallwood może sobie atakować, kogo tylko zechce. Co nas to obchodzi? Jeśli żaden z nich nie wróci na Mur, to nikt nie będzie nas szukał. Pomyślą, że zginęliśmy razem z resztą. To była nowa myśl i przez chwilę wydawała mu się kusząca. Żeby Smallwood objął dowództwo, musieliby zabić również ser Ottyna i ser Malladora Locke’a, a obaj byli pilnie strzeżeni dzień i noc... nie, ryzyko było zbyt wielkie.

— Chett — odezwał się Mały Paul, kiedy szli między drzewami strażniczymi i żołnierskimi sosnami — a co z ptakiem?

— Jakim znowu ptakiem, do cholery?

Akurat teraz najbardziej potrzebne mu było wysłuchiwanie przygłupa bredzącego o jakimś ptaku.

— Krukiem Starego Niedźwiedzia — wyjaśnił Mały Paul. — Jeśli go zabijemy, kto będzie karmił ptaka?

— A kogo to, do cholery, obchodzi? Jeśli chcesz, to jego też zabij.

— Za nic nie skrzywdziłbym ptaka — sprzeciwił się Mały Paul.

— Ale on umie mówić. Co będzie, jeśli powie, co zrobiliśmy?

Lark Siostrzanin parsknął śmiechem.

— Tu mamy Małego Paula, co jest głupi jak fasola — zadrwił.

— Lepiej się zamknij — mruknął z groźbą w głosie Mały Paul.

— Paul — wtrącił Chett, nim rosły mężczyzna zdążył się rozgniewać — kiedy znajdą starego leżącego z poderżniętym gardłem w kałuży krwi, nie będą potrzebowali ptaka, żeby im powiedział, że ktoś go zabił.

Mały Paul zastanawiał się chwilę nad tymi słowami.

— To prawda — przyznał. — To mogę sobie zatrzymać tego ptaka? Lubię go.

— Proszę bardzo — rzucił Chett, chcąc, żeby przygłup wreszcie się zamknął.

— Jeśli zgłodniejemy, będziemy mogli go zeżreć — zauważył Lark.

Mały Paul znowu się zachmurzył.

— Lepiej nie próbuj zeżreć mojego ptaka, Lark. Lepiej nie próbuj.

Chett słyszał już dobiegające zza drzew głosy.

— Zamknijcie te cholerne gęby. Pięść jest już blisko.

Wyszli z lasu niedaleko zachodniego stoku wzgórza i skierowali się w stronę południowego zbocza, które było łagodniejsze. Nieopodal skraju lasu dwunastu mężczyzn ćwiczyło strzelanie z łuku. Wycięli na pniach drzew zarysy postaci i teraz próbowali w nie trafić.

— Patrzcie — rzucił Lark. — Świnia z łukiem.

Rzeczywiście, najbliższym łucznikiem był sam ser Świnka, gruby chłopak, który ukradł Chettowi miejsce u boku maestera Aemona. Na widok Samwella Tarly’ego natychmiast zalał go gniew. Pozycja zarządcy maestera Aemona była najlepszą rzeczą, jaka go w życiu spotkała. Stary ślepiec nie był wymagający, a większość jego potrzeb i tak spełniał Clydas. Dla Chetta zostawały tylko łatwe obowiązki: czyszczenie ptaszarni, czasem rozpalenie w kominku albo przyniesienie posiłku... a do tego Aemon nigdy go nie uderzył. Wydaje mu się, że może tak po prostu mnie wykopać, tylko dlatego, że jest szlachetnie urodzony i umie czytać. Może powiem mu, żeby przeczytał mój nóż, zanim poderżnę mu gardło.

— Idźcie dalej — rozkazał towarzyszom. — Ja chcę na to popatrzeć.

Psy ciągnęły mocno smycze, przekonane, że na szczycie czeka je posiłek. Kiedy Chett kopnął sukę szpicem buta, uspokoiły się trochę.

Przyglądał się spomiędzy drzew, jak gruby chłopak zmaga się z dorównującym mu wysokością łukiem. Wykrzywił w skupieniu czerwoną pyzatą twarz. W ziemię przed nim wbito trzy strzały. Tarly nasadził jedną z nich na cięciwę, naciągnął łuk i utrzymywał go w tej pozycji przez dłuższą chwilę, próbując wycelować. Kiedy wystrzelił, strzała zniknęła w krzakach. Chett parsknął głośnym śmiechem, pełnym radosnej pogardy.

— Nigdy jej nie znajdziemy i znowu będzie na mnie — oznajmił Edd Tollett, ponury, siwowłosy giermek, którego powszechnie zwano Eddem Cierpiętnikiem. — Jeśli coś zginie, wszyscy zawsze spoglądają na mnie, od czasu, kiedy zgubiłem tego konia. Jakbym mógł coś na to poradzić. Koń był biały i padał śnieg, no to czego się spodziewali?

— Zniósł ją wiatr — zawyrokował Grenn, kolejny kumpel Jona Snow. — Spróbuj trzymać łuk prosto, Sam.

— Jest ciężki — poskarżył się grubas, nałożył jednak drugą strzałę. Ta poleciała wysoko, przemykając między gałęziami dziesięć stóp nad celem.

— Chyba strąciłeś liść z tego drzewa — zauważył Edd Cierpiętnik. — I tak już nadciąga jesień. Nie ma potrzeby jej wyręczać. — Westchnął. — A wszyscy wiemy, co przychodzi po jesieni. Bogowie, ale mi zimno. Bierz tę ostatnią strzałę, Samwell, bo język mi przymarznie do podniebienia.

Ser Świnka opuścił łuk. Chett pomyślał, że grubas zaraz się rozbeczy.

— Jest za ciężki.

— Nałóż, naciągnij i wypuść — ponaglił go Grenn. — No już. Chłopak posłusznie podniósł ostatnią strzałę z ziemi, nasadził ją na cięciwę, napiął łuk i wystrzelił. Zrobił to szybko, nie celując uważnie, jak za pierwszymi dwoma razami. Strzała wbiła się z drżeniem w dolną część piersi narysowanej węglem drzewnym postaci.

— Trafiłem go. — Ser Świnka był wyraźnie wstrząśnięty. — Widziałeś, Grenn? Edd, popatrz, trafiłem go!

— Prosto między żebra — pochwalił chłopaka Grenn.

— Czy go zabiłem? — dopytywał się grubas. Tollett wzruszył ramionami.

 

— Mógłbyś przebić mu płuco, gdyby je miał, ale na ogół drzewa ich nie miewają. — Wyjął łuk z rąk Sama. — Widziałem już jednak gorsze strzały. Także we własnym wykonaniu.

Ser Świnka promieniał. Patrząc na niego, można by pomyśleć, że naprawdę czegoś dokonał. Gdy jednak zauważył Chetta i jego psy, uśmiech zniknął i twarz mu stężała.

— Trafiłeś w drzewo — zaczął Chett. — Zobaczymy, jak sobie poradzisz z chłopakami Mance’a Raydera. Oni nie będą stali spokojnie, wyciągając ręce i szeleszcząc liśćmi. Będą gnali prosto na ciebie, drąc się jak opętani. Założę się, że zlejesz się w portki. Jeden z nich wbije ci topór prosto między te świńskie oczka. Ostatnim, co usłyszysz, będzie łoskot, z jakim rozwali ci czaszkę.

Grubas dygotał. Edd Cierpiętnik położył mu dłoń na ramieniu.

— Bracie — rzekł z powagą — to, że tak było z tobą, jeszcze nie znaczy, że Sama również czeka taki los.

— O czym ty gadasz, Tollett?

— O toporze, który rozszczepił ci czaszkę. Czy to prawda, że połowa rozumu wyciekła ci na ziemię i zeżarły ją twoje psy?

Ten wielki prostak Grenn parsknął śmiechem. Nawet Samwell Tarly zdobył się na słaby uśmieszek. Chett kopnął najbliższego psa, szarpnął za smycze i ruszył w górę zbocza. Uśmiechaj się do woli, ser Świnko. Zobaczymy, kto będzie się śmiał dziś w nocy. Żałował, że nie będzie miał czasu, żeby zabić też Tolletta. Cholerny, ponury przygłup z końską gębą.

Stok był stromy, nawet z tej strony wzgórza. W połowie drogi psy rozszczekały się, szarpiąc mocno smycze. Wydawało im się, że zaraz dostaną jeść. Zamiast żarcia otrzymały kopniaka, a ten wielki brzydal, który próbował ugryźć Chetta, posmakował też jego bicza. Kiedy już przywiązał zwierzęta, poszedł złożyć meldunek.

— Były tam ślady, tak jak mówił Gigant, ale psy nie chciały podjąć tropu — oznajmił Mormontowi przed jego wielkim, czarnym namiotem. — To było tuż nad rzeką i ślady mogły być stare.

— Szkoda. — Lord dowódca Mormont miał łysą głowę i długą, potarganą, siwą brodę. Jego głos wyrażał tyle samo zmęczenia, co jego wygląd. — Przydałoby się nam świeże mięso.

Siedzący na jego ramieniu kruk pokiwał łbem.

— Mięso. Mięso. Mięso — powtórzył.

Moglibyśmy ugotować te cholerne psy — pomyślał Chett, trzymał jednak gębę zamkniętą, dopóki Stary Niedźwiedź nie kazał mu odejść. Po raz ostatni musiałem chylić przed nim czoło — pomyślał z satysfakcją. Miał wrażenie, że robi się coraz zimniej, choć byłby gotów przysiąc, że to niemożliwe. Psy zbiły się w gromadę na twardym, zmarzniętym błocie. Chett miał niemal ochotę wczołgać się między nie. Zamiast tego owinął sobie dolną część twarzy czarnym, wełnianym szalikiem, zostawiając wąską szparę na usta. Wiedział już, że jest mu cieplej, jeśli pozostaje w ruchu, zaczął więc chodzić wokół obozu ze zwitkiem kwaśnego liścia, częstując nim pełniących służbę czarnych braci. Chciał posłuchać, co mają do powiedzenia. Nikt z ludzi pełniących dzienną wartę nie należał do jego spisku, doszedł jednak do wniosku, że warto się dowiedzieć, co myślą.

Przede wszystkim było im cholernie zimno.

Cienie nabierały długości, a coraz silniejszy wiatr przedzierał się ze słabym świstem przez szczeliny w murze pierścieniowym.

— Nie znoszę tego dźwięku — poskarżył się mały Gigant. — Brzmi zupełnie jak porzucone w sitowiu niemowlę, które domaga się mleka.

Gdy Chett skończył obchód i wrócił do psów, czekał na niego Lark.

— Oficerowie znowu siedzą w namiocie Starego Niedźwiedzia. Gadają jak najęci.

— Oni tak zawsze — skomentował Chett. — Wszyscy oprócz Blane’a są szlachetnie urodzeni i upijają się słowami zamiast wina.

Lark przysunął się bliżej.

— Serwatkowy łeb wciąż gada o tym ptaszysku — ostrzegł Chetta, jednocześnie upewniając się, czy nikt ich nie słyszy. — Chce się dowiedzieć, czy schowaliśmy dla cholernika trochę ziarna.

— To kruk — stwierdził Chett. — Żywi się trupami.

— Na przykład jego trupem? — zapytał z uśmiechem Siostrzanin.

Albo twoim. Chett był zdania, że przygłup jest mu bardziej potrzebny niż Lark.

— Nie przejmuj się Małym Paulem. Zrób swoją część, a on zrobi swoją.

Gdy Chett pozbył się wreszcie Siostrzanina i wziął się do ostrzenia miecza, w lesie zapadał już zmierzch. W rękawicach robota szła mu cholernie ciężko, nie zamierzał ich jednak zdejmować. Przy takim zimnisku każdemu durniowi, który dotknąłby stali gołą ręką, natychmiast zeszłaby skóra.

Kiedy słońce zaszło, psy zaczęły skomleć. W zamian otrzymały od Chetta trochę wody i przekleństwa.

— Jeszcze pół nocy i same znajdziecie sobie żarcie. Czuł już zapach kolacji.

Dostał od kucharza Hake’a piętkę twardego chleba i miskę zupy fasolowej z boczkiem. Cały czas musiał przy tym słuchać przynudzającego przy ognisku Dywena.

— W borze jest za cicho — ględził stary drwal. — Nad rzeką nie słychać ptaków, a w nocy sów. Nigdy nie spotkałem się z taką martwą ciszą.

— Martwą jak twoje szczęki — zauważył Hake. Dywen kłapnął drewnianymi zębami.

— Wilków też nie ma. Przedtem były, a teraz ich nie ma. Jak myślicie, gdzie sobie poszły?

— Tam, gdzie jest cieplej — stwierdził Chett.

Z około tuzina zgromadzonych wokół ogniska braci czterech należało do spisku. Podczas posiłku przyjrzał się uważnie każdemu z nich, zastanawiając się, czy któryś może się załamać. Dirk wyglądał na spokojnego. Jak co noc ostrzył bez słowa sztylet. Słodki Donnel Hill swobodnie rzucał żartami. Miał białe zęby, pulchne, czerwone wargi i złote włosy, które opadały mu zręcznie zaczesaną falą na ramiona. Twierdził, że jest bękartem jakiegoś Lannistera. Może rzeczywiście tak było. Chett nie lubił ładnych chłopców ani bękartów, ale Słodki Donnel sprawiał wrażenie człowieka, który potrafi sobie radzić w życiu.

Mniej pewny był drwala, którego bracia zwali Pilarzem, raczej ze względu na jego chrapanie niż na coś, co robił z drzewami. W tej chwili wyglądał na tak wystraszonego, że wydawało się, iż nigdy już nie będzie chrapał. A z Maslynem było jeszcze gorzej. Chett zauważył, że mimo lodowatego wiatru po jego twarzy ścieka pot. Kropelki płynu lśniły w blasku ogniska niczym maleńkie, wilgotne klejnoty. Do tego Maslyn nic nie jadł. Gapił się tylko na zupę, jakby robiło mu się niedobrze od jej zapachu. Będę musiał mieć na niego oko — pomyślał Chett.

— Zbiórka! — Krzyk wyrwał się nagle z tuzina gardeł i szybko dotarł do każdego zakamarka obozu. — Ludzie z Nocnej Straży! Zbiórka przy centralnym ognisku!

Zasępiony Chett dokończył zupę i podążył za pozostałymi. Stary Niedźwiedź stał przed ogniskiem, a Smallwood, Locke, Wythers i Blane ustawili się za nim w szeregu. Mormont miał na sobie grube, czarne futro, a na jego ramieniu przysiadł czyszczący pióra kruk. To nie może znaczyć nic dobrego. Chett przepchnął się między Brązowym Bernarrem a jakimiś ludźmi z Wieży Cieni. Gdy już zebrali się wszyscy oprócz wysłanych do lasu obserwatorów i pilnujących muru wartowników, Mormont odchrząknął i splunął. Plwocina zamarzła, nim zdążyła spaść na ziemię.

— Bracia — zaczął. — Ludzie z Nocnej Straży.

— Ludzie! — wrzasnęło ptaszysko. — Ludzie! Ludzie!

— Dzicy maszerują na nas. Schodzą z gór brzegami Mlecznej Wody. Thoren uważa, że ich przednia straż dotrze do nas za dziesięć dni. Dowodzi nią Harma Psi Łeb i z pewnością towarzyszy jej część ich najbardziej doświadczonych wojowników. Reszta zapewne będzie tworzyła tylną straż albo skupi się wokół Mance’a Raydera. W pozostałych częściach kolumny zdolni do walki ludzie będą bardzo rozciągnięci. Prowadzą woły, muły, konie... ale tych jest mało. Większość to piechota, źle uzbrojona i niewyszkolona. Ich broń częściej będzie zrobiona z kamienia i kości niż ze stali. Wloką ze sobą kobiety, dzieci, stada owiec i kóz oraz cały swój ziemski dobytek. Krótko mówiąc, chociaż jest ich wielu, są podatni na atak... i nie wiedzą, że tu jesteśmy. A przynajmniej musimy się o to modlić.

Wiedzą — pomyślał Chett. Ty cholerna, stara kupo smrodu, są tego tak samo pewni jak tego, że jutro wzejdzie słońce. Qhorin Półręki nie wrócił, prawda? Jarman Buckwell również. Jeśli dzicy któregoś z nich capnęli, to wiesz doskonale, że wydusili już z niego parę piosenek.