Rok 1984

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Rok 1984
Rok 1984
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 40,98  32,78 
Rok 1984
Rok 1984
Audiobook
Czyta Andrzej Wasilewski
18,99  13,68 
Szczegóły
Rok 1984
Audiobook
Czyta Jerzy Radziwiłowicz
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

GEORGE ORWELL

Rok 1984

Przełożył z języka angielskiego

Adam Zabokrzycki


Tytuł oryginału:

Nineteen Eighty-Four

Okładka:

Artur Piątek

Redakcja:

Agata Wójcicka-Kołodziej

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-88-9

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel

Wrocław 2021

Spis treści

Część pierwsza

Część druga

Część trzecia

Aneks. Zasady nowomowy

Część pierwsza

I

Był jasny, acz chłodny dzień kwietniowy, a zegary biły właśnie trzynastą. Winston Smith, z głową wtuloną w ramiona dla osłony przed zacinającym wiatrem, wśliznął się do środka przez szklane drzwi Bloku Zwycięstwa, jednak nie na tyle szybko, by tuman ziarnistego pyłu nie zdążył wtargnąć za nim.

W holu unosił się odór gotowanej kapusty i butwiejących szmacianych mat. Na jednym jego końcu wisiał przyczepiony do ściany kolorowy plakat, zbyt wielki, by eksponować go właśnie w tym miejscu. Przedstawiał on tylko olbrzymią, szeroką na ponad metr twarz mężczyzny w wieku około 45 lat. Twarz o surowych, lecz przystojnych rysach zdobiły bujne, czarne wąsy. Winston skierował się ku schodom. Nie było sensu próbować windy. Nawet w najlepszych czasach rzadko kiedy działała sprawnie, a obecnie prąd wyłączany był za dnia w ramach oszczędności przed Tygodniem Nienawiści. Jego mieszkanie było na czwartym piętrze, a Winston, który zbliżał się do czterdziestki i miał owrzodzenie żylakowe nad prawą kostką, szedł wolno, robiąc częste odpoczynki. Na każdym półpiętrze vis à vis windy spoglądał na niego ze ściany plakat z ogromną twarzą. Była to jedna z tych podobizn, które tak pomyślano, by oczy sportretowanego zdawały się śledzić twój każdy ruch. WIELKI BRAT PATRZY – głosił napis pod portretem.

W samym mieszkaniu natarczywy głos czytał kolumny liczb rejestrujących ilość wytopionej surówki. Głos dochodził z podłużnej, metalowej płyty przypominającej zmatowiałe lustro, która stanowiła część powierzchni ściany po prawej. Winston przekręcił gałkę i choć głos stał się nieco mniej natrętny, to i tak każde słowo słyszał nadal wyraźnie. Urządzenie to, zwane teleekranem, dało się wprawdzie ściszyć, ale nigdy wyłączyć ostatecznie. Winston przesunął się w kierunku okna, drobna niepozorna postać, której chudość akcentował dodatkowo granatowy kombinezon – standardowy przyodziewek członka Partii. Mężczyzna miał bardzo jasne włosy i naturalnie rumianą cerę, skórę zaś stwardniałą i szorstką od chropawego mydła, tępych żyletek i chłodu zimy, która właśnie dobiegła końca.

Świat na zewnątrz, nawet widziany przez zamkniętą szybę, wionął chłodem. W dole, na ulicy, porywy wiatru wprawiały w wir kurz i skrawki papieru. Mimo iż słońce świeciło, niebo miało barwę ołowiu i wszystko zdawało się pozbawione koloru z wyjątkiem wszędobylskich plakatów Wielkiego Brata. Olbrzymia twarz z czarnym wąsem patrzyła z każdego wyniosłego miejsca. Jeden plakat umieszczono na fasadzie domu na wprost. WIELKI BRAT PATRZY – głosił znajdujący się pod portretem napis, a ciemne oczy z portretu świdrowały wzrok Winstona. Niżej, równo z poziomem ulicy, inny plakat z naderwanym rogiem trzepotał bezładnie na wietrze, na przemian zakrywając i odsłaniając pojedyncze słowo ANGLOSOC. W oddali helikopter zanurkował pomiędzy dachy domów, zatrzymał się w powietrzu niczym błękitny owad, by po chwili poderwać się energicznie i odlecieć, kreśląc w powietrzu pokaźny łuk. Był to policyjny patrol szpiegujący okolicznych mieszkańców. Patrol jednak to drobiazg. Tak naprawdę liczyła się jedynie Policja Myśli.

Za plecami Winstona rozentuzjazmowany głos z teleekranu rozpływał się nad wytopem surówki i przekroczeniem Dziewiątego Planu Trzyletniego. Teleekran służył równocześnie za odbiornik i nadajnik. Urządzenie to było na tyle czułe, że rejestrowało każdy dźwięk w mieszkaniu głośniejszy niż najcichszy szept, a do tego, jeżeli pozostawał w polu widzenia metalowego panelu, Winston był nie tylko podsłuchiwany, ale i dało się go podglądać. Nigdy, rzecz jasna, nie miał pewności, czy jakieś oko mu się akurat przygląda, czy nie. Pozostawało jedynie w sferze domysłów, jak często i na jakiej zasadzie Policja Myśli prowadzi inwigilację. Nie można było wykluczyć, iż obserwuje każdego przez cały czas. Tak czy inaczej, mogła podłączyć się do dowolnego kanału, kiedy tylko przyszła jej na to ochota. Człowiek musiał żyć – i faktycznie żył, bo przyzwyczajenie stawało się drugą naturą – w przeświadczeniu, że każdy dźwięk, jaki był jego udziałem, zostanie usłyszany, a każdy ruch – poza absolutnymi ciemnościami – pilnie śledzony.

Winston jak zwykle stał plecami do teleekranu. Tak było bezpieczniej, choć dobrze wiedział, że z pleców też niejedno da się wyczytać. Kilometr dalej nad ponurym krajobrazem górował masywny, rozległy gmach Ministerstwa Prawdy – jego miejsce pracy. To – pomyślał z ledwie uświadamianą odrazą – to jest Londyn, główne miasto Pasa Startowego Jeden, trzeciej pod względem liczby ludności prowincji Oceanii. Usiłował przywołać w pamięci jakieś wspomnienia z dzieciństwa, żeby porównać, czy Londyn wówczas też tak wyglądał jak teraz. Czy zawsze stały tu szeregi sypiących się dziewiętnastowiecznych kamienic czynszowych o ścianach wzmacnianych drewnianymi stemplami, z oknami zatykanymi tekturą, dachami łatanymi płatami falistej blachy i rachitycznymi, kłaniającymi się na wszystkie strony murkami odgradzającymi poszczególne ogrody? A co z wyrwami po bombach, gdzie nadal unoszą się tumany sproszkowanego gipsu, gdzie wierzbówka kiprzyca porasta sterty nieuprzątniętego gruzu, a co z terenami zrównanymi z ziemią wybuchami bomb, gdzie z czasem wyrosły kolonie nędznych, drewnianych chat, istnych kurników? Na nic się zdały wysiłki Winstona. Nic nie mógł sobie przypomnieć. Zero wspomnień z dzieciństwa, jedynie migawki scen z przeszłości w jasnej poświacie, bez tła, pozbawione czytelnego sensu.

Gmach Ministerstwa Prawdy – Miniprawd w nowomowie* – stanowił uderzający kontrast ze wszystkim, co widać było wokoło. Stanowiła go olbrzymia piramida z lśniącego betonu, strzelająca, taras po tarasie, trzysta metrów w niebo. Z miejsca, w którym stał Winston, widać było wyraźnie, starannie wyryte w kamieniu na białej fasadzie trzy hasła Partii:

WOJNA JEST POKOJEM

WOLNOŚĆ JEST NIEWOLĄ

NIEWIEDZA JEST SIŁĄ

Mówiło się, że w Ministerstwie Prawdy jest trzy tysiące pomieszczeń nad powierzchnią i tyleż samo pod ziemią. W innych częściach Londynu wznosiły się jeszcze trzy budowle o zbliżonej kubaturze i podobnym wyglądzie. Do tego stopnia górowały one nad całą architekturą miasta, że z dachu Bloku Zwycięstwa widać było wszystkie cztery równocześnie. Mieściły cztery ministerstwa, między które rozdzielony był cały aparat rządowy. Ministerstwo Prawdy, któremu podlegały media, rozrywka, oświata i sztuka; Ministerstwo Pokoju, w gestii którego leżało prowadzenie wojen; Ministerstwo Miłości odpowiedzialne za utrzymywanie ładu i porządku i czwarte Ministerstwo Obfitości zajmujące się gospodarką. Ich nazwy w nowomowie brzmiały odpowiednio: Minipraw, Minipok, Minimiło oraz Miniobfi.

Najwięcej grozy budziło Ministerstwo Miłości. W gmachu tym nie było w ogóle okien. Winstonowi nigdy nie zdarzyło się być wewnątrz samego budynku ani też bliżej niż pół kilometra od jego murów. Do miejsca tego nie sposób było się dostać, chyba że w sprawach służbowych, a i wówczas jedynie po przedarciu się przez labirynt zasieków z drutu kolczastego, stalowe bramy i ukryte gniazda karabinów maszynowych. Wszystkie ulice prowadzące do gmachu patrolowane były przez strażników o twarzach goryli w czarnych uniformach, uzbrojonych w teleskopowe pałki.

Winston obrócił się gwałtownie. Jego twarz przybrała wyraz pogodnego optymizmu, który był najbezpieczniejszą miną, gdy stało się przodem do teleekranu. Teraz przemierzył pokój, kierując się do maleńkiej kuchni. Opuszczając ministerstwo o tej godzinie, świadomie rezygnował z lunchu w kantynie, choć wiedział, że w domu nie ma nic do jedzenia poza kawałkiem czarnego chleba, który musi zachować na jutrzejsze śniadanie. Zdjął z półki butelkę bezbarwnego płynu opatrzoną niewyszukaną etykietką ze zwykłego papieru, na której widniał napis „Gin Zwycięstwa”. W nozdrza uderzył go mdły, oleisty odór, niczym chińskiego spirytusu z ryżu. Winston nalał sobie niemal pełną filiżankę i przezwyciężając wstręt, opróżnił ją jednym haustem, jakby chodziło o lekarstwo.

Natychmiast twarz jego nabrała koloru purpury, a z oczu pociekły łzy. Specyfik smakował jak kwas azotowy, a co więcej przełykający miał wrażenie, jakby właśnie ktoś zdzielił go w potylicę gumową pałką. Już po chwili jednak palenie w żołądku ustało i świat teraz wydał się Winstonowi nieco weselszy. Z pomiętej paczki z napisem „Papierosy Zwycięstwa” wyciągnął jednego. Nieopatrznie uniósł papierosa ustnikiem do góry i cały tytoń wysypał się na podłogę. Z następnym udało się lepiej. Wrócił do pokoju i usiadł przy małym stoliku stojącym na lewo od teleekranu. Z szuflady pod blatem wydobył obsadkę, kałamarz z atramentem i gruby czysty zeszyt w marmurkowej okładce z czerwonym grzbietem.

 

Z niezrozumiałych powodów teleekran znajdował się w tak dziwnym miejscu. Zamiast, jak gdzie indziej, tkwić na przeciwległej ścianie, skąd roztaczał się widok na całe pomieszczenie, zamontowany był na dłuższej ścianie, naprzeciwko okna. Po jednej jego stronie znajdowała się płytka wnęka, w której Winston teraz siedział i która – gdy mieszkania były budowane – miała najprawdopodobniej mieścić regały na książki. Siedząc we wnęce, cofnięty jak najgłębiej, Winston znajdował się poza zasięgiem teleekranu nawet w czasie trwania obserwacji. Można było go oczywiście podsłuchiwać, ale dopóki zajmował obecną pozycję, pozostawał dla oka kamery niewidoczny. W niemałej mierze, ten właśnie niezwykły układ pokoju nasunął mu pomysł, do realizacji którego aktualnie się przymierzał.

Ale stało się to także za sprawą zeszytu, który właśnie wyciągnął z szuflady. Był to niezwykle piękny zeszyt. Jego gładki kremowy papier, nieco pożółkły ze starości, nie był już produkowany od dobrych czterdziestu lat. Nietrudno było się jednak domyślić, że zeszyt był znacznie starszy. Winston zobaczył go na wystawie zapyziałego sklepiku ze starzyzną w ubogiej dzielnicy miasta (a teraz nie pamiętał już nawet której) i natychmiast ogarnęło go przemożne pragnienie, by mieć ten zeszyt na własność. Członkom partii nie wolno było dokonywać zakupów w normalnych sklepach (określano to mianem „robienia interesów na wolnym rynku”), ale zakaz ten egzekwowany był niezwykle luźno, bowiem istniał szereg artykułów, na przykład sznurowadła czy żyletki, których nie dało się zdobyć w żaden inny sposób. Rozejrzał się błyskawicznie wzdłuż ulicy, po czym wśliznął do sklepu i kupił zeszyt za dwa dolary i pięćdziesiąt centów. W tamtej chwili nawet nie był w stanie sobie uświadomić, w jakim celu dokonał tego sprawunku. Potem niosąc go do domu, nie mógł pozbyć się poczucia winy. Samo już posiadanie choćby zupełnie czystego zeszytu stanowiło bowiem okoliczność silnie obciążającą.

A przecież on miał za chwilę rozpocząć pisanie pamiętnika. Nie było to działanie wbrew prawu (nic nie było obecnie bezprawne, bowiem wszelkie prawa zostały już ostatecznie zniesione), ale w przypadku, gdyby go zdemaskowano, to najpewniej zostałby skazany na śmierć lub – w najlepszym razie – na dwadzieścia pięć lat ciężkich robót. Teraz Winston wsadził stalówkę do obsadki i possał ją przez moment, by usunąć z niej zanieczyszczenia. Pióro było już przyrządem archaicznym, rzadko używanym nawet do składania podpisów, a on zdobył je potajemnie i nie bez trudności, gdyż uznał, że tak piękny kremowy papier zasługuje, by pisać na nim prawdziwą stalówką, a nie skrobać kopiowym ołówkiem. Gwoli ścisłości, Winston nie był przyzwyczajony do ręcznego pisania. Poza bardzo krótkimi notatkami wszystko dyktowało się do mowopisu, który z oczywistych względów nie mógł być użyty do obecnego celu. Zanurzył stalówkę w atramencie i zawahał się przez moment. Poczuł chwilowy skurcz żołądka. Winston czuł, że dobry początek to połowa sukcesu. Małymi, niewprawnymi literami napisał:

4 kwietnia 1984.

Teraz oparł się plecami o poręcz krzesła. Nagle ogarnęła go całkowita bezradność. Po pierwsze, to tak na pewno nie widział, czy rzeczywiście był akurat rok 1984. Choć musiało być gdzieś w pobliżu tej daty, gdyż Winston był niemal pewien, że ma trzydzieści dziewięć lat, a jego data urodzenia to rok 1944 lub 1945, wszelako obecnie nigdy nie dało się ustalić żadnej daty dokładniej niż w przybliżeniu do roku lub dwóch.

No, ale – nagle zaświtało mu w głowie – dla kogo będzie on pisać ten pamiętnik? Dla przyszłości, dla jeszcze nienarodzonych? Jego myśli krążyły przez chwilę wokół problematycznej daty u góry strony, aż naraz przybrały one kształt jednego z ulubionych pojęć nowomowy: dwójmyślenia. Dopiero teraz uświadomił sobie ogrom swego przedsięwzięcia. Jak w ogóle można komunikować się z przyszłością? Przecież to z samej swej natury jest niemożliwe! Albo przyszłość będzie przypominała teraźniejszość, w którym to przypadku nie będzie go zupełnie słuchać, albo będzie zupełnie inna i wówczas jego problemy będą dla niej całkowicie niezrozumiałe.

Przez jakąś chwilę siedział, gapiąc się bezmyślnie w leżący przed nim zeszyt. Z teleekranu bombardowała go teraz jakaś natarczywa melodia wojskowa. Co dziwniejsze Winston zdawał się nie tylko utracić zdolność formułowania myśli, ale do tego najwyraźniej zapomniał, co w ogóle zamierzał napisać. Przez ostatnie tygodnie szykował się na tę chwilę i nigdy nie przyszło mu nawet do głowy, że będzie mu potrzebne jeszcze coś innego oprócz odwagi. Sądził, iż samo pisanie okaże się dziecinną igraszką. Miał jedynie przelać na papier niekończący się i niespokojny monolog, który dźwięczał mu w głowie od wielu lat. W tamtej chwili jednakże, nawet monolog gdzieś się ulotnił. A na dokładkę jego wrzód żylakowy zaczął go niemiłosiernie swędzieć. Bał się podrapać, bo to zawsze kończyło się zakażeniem. Mijały kolejne sekundy. Jego świadomość nie rejestrowała nic poza pustą kartką, którą miał przed sobą, swędzeniem skóry tuż nad kostką, głośną muzyką i lekkim odurzeniem wywołanym przez gin.

Nagle, ogarnięty panicznym strachem, rzucił się do pisania nie za bardzo świadom tego, co właściwie notuje. Jego drobne, dziecinne pismo nierówno wypełniało stronę, ignorując początkowo duże litery, a później także i kropki na końcu zdania.

4 kwietnia 1984. Wczoraj wieczorem byłem w kinie. Same kroniki wojenne. Jedna znakomita pokazująca statek pełen uchodźców zbombardowany gdzieś na Morzu Śródziemnym. Widzów najbardziej ubawiły sceny przedstawiające olbrzymiego tłuściocha jak usiłuje uciec wpław przed nadlatującym helikopterem. najpierw pokazany jest, gdy, niczym morświn, tapla się w wodzie, a potem widać go przez przyrządy celownicze działka pokładowego helikoptera, w następnym ujęciu mamy go podziurawionego jak sito, a woda wokół tłustego cielska robi się różowa i grubas tonie tak szybko jakby przez te dziury natychmiast nabrał wody. publiczność zarykuje się ze śmiechu, gdy grubas tonie. zaraz potem mamy łódź ratunkową pełną dzieci z helikopterem szybującym nad nimi. w łodzi była kobieta w średnim wieku, niewykluczone, że żydówka, siedząca na dziobie z małym, może trzyletnim chłopczykiem w ramionach. chłopczyk dosłownie wył z przerażenia i chował głowę między jej piersi, jak gdyby usiłował się w niej zakopać, a kobieta obejmowała go ramionami starając się go pocieszać, choć sama była sina ze strachu, przez cały czas osłaniając go jak tylko było to możliwe, jak gdyby myślała, że jej ramiona mogą stanowić ochronę prze kulami z helikoptera. zaraz potem helikopter zrzuci 20-kilową bombę – piekielny błysk i łódź rozlatuje się w drzazgi. następnie mamy cudowne ujęcie urwanej rączki dziecka lecącej hen coraz wyżej i wyżej helikopter z kamerą na dziobie na pewno musiał to filmować i z miejsc dla członków Partii posypały się rzęsiste oklaski ale z rzędów dla proli jakaś kobieta nagle zaczęła się awanturować że kto to widział i że nie powinni takich rzeczy pokazywać nie gdy są dzieci że nie mają prawa nie mają aż policja ją stamtąd wyrzuciła choć nie sądzę by jej coś zrobili bo nikogo nie obchodzi co tam prole sobie mówią typowa reakcja prolki tacy to nigdy…

Winston przestał pisać po części dlatego, że złapał go skurcz prawej dłoni. Zupełnie nie mógł zrozumieć, co skłoniło go do przelewania na papier podobnych bzdur. Ale stało się coś nieoczekiwanego, gdy to pisał. Zupełnie inne wspomnienie ożyło nagle w jego pamięci i to z taką wyrazistością, że w zasadzie poczuł się na siłach, by je zapisać. To właśnie, co teraz sobie uświadomił, z powodu tego drugiego zdarzenia postanowił nagle wrócić do domu i rozpocząć pisanie pamiętnika właśnie dziś.

Do wydarzenia tego doszło tego ranka w Ministerstwie – o ile w przypadku czegoś tak mglistego godzi się w ogóle mówić o wydarzeniu.

Dochodziła punkt jedenasta i w Departamencie Archiwów, gdzie pracował Winston, wyciągano już krzesła z boksów i grupowano je na środku sali naprzeciwko wielkiego teleekranu w ramach przygotowań do Dwóch Minut Nienawiści. Winston zajmował właśnie swoje miejsce w jednym ze środkowych rzędów, gdy do sali weszły dwie osoby, które znał z widzenia, ale nie zamienił z nimi choćby słowa. Jedną z nich była dziewczyna, którą często mijał na korytarzu. Nie miał pojęcia, jak się nazywa, ale wiedział, że pracuje w Departamencie Literatury. Doszedł do wniosku, jako że nieraz widział ją z rękami uwalanymi smarem niosącą klucz nastawny, iż zatrudniona jest jako mechanik przy jednej z maszyn piszących powieści. Mogła mieć ze dwadzieścia siedem lat. Wyglądała dość zawadiacko z czarnymi włosami, piegowatą buzią i szybkimi ruchami sportsmenki. Wąska szkarłatna szarfa – emblemat Młodzieżowej Ligi Antyseksualnej – owinięta była kilkukrotnie wokół jej talii, podkreślając kształt bioder zakrytych roboczym kombinezonem. Winston nabrał do niej antypatii niejako od pierwszego wejrzenia. I powód do tego był jasny. Kojarzył ją z atmosferą hokeja na trawie, zimnych pryszniców, zbiorowych pieszych wycieczek i czystością myśli, która zdawała się z niej emanować. Winston nie cierpiał prawie wszystkich kobiet, a w szczególności młodych i ładnych. Tak się składało, że to zawsze kobiety, a zwłaszcza młode, były najbardziej fanatycznymi zwolenniczkami Partii. To one wierzyły ślepo w każdy niedorzeczny slogan, zostawały szpiegami amatorami i wszędzie wietrzyły nieprawomyślność. Ale ta właśnie dziewczyna, była – w jego mniemaniu – bardziej niebezpieczna od innych. Kiedyś, gdy mijali się w korytarzu, obrzuciła go szybkim ukradkowym spojrzeniem, które zdawało się przeszywać go na wskroś i sprawiło, że przez moment padł na niego blady strach. Przemknęło mu nawet przez myśl, że dziewczyna może być agentem Policji Myśli. Jednak szanse, żeby coś takiego miało być prawdą, były zgoła niewielkie. Mimo wszystko nadal odczuwał jednak poważny dyskomfort, w którym strach mieszał się z otwartą wrogością, ilekroć znalazł się w pobliżu tej dziewczyny.

Drugą osobą był mężczyzna o nazwisku O’Brien, członek Partii Wewnętrznej, piastujący funkcję tak ważną i tak wysoką, że Winston miał jedynie mgliste wyobrażenie, na czym ona polega. Wśród zgromadzonych zaległa natychmiastowa cisza na widok zbliżającego się czarnego kombinezonu członka Partii Wewnętrznej. O’Brien był postawnym, tęgim mężczyzną o byczym karku, z gruba ciosaną twarzą, na której brutalność wygrywała z poczuciem humoru. Mimo onieśmielającego wyglądu O’Brien posiadał jednak pewien swoisty urok. Sposób, w jaki poprawiał na nosie okulary, był sam w sobie zarówno rozbrajający, jak i świadczył o pewnej kulturze osobistej. Był to gest, który nasuwał na myśl – jeżeli był ktoś jeszcze, kto rozumował w podobnych kategoriach – osiemnastowiecznego szlachcica częstującego gości tabaką. Winston widział O’Briena pewnie ze dwanaście razy w ciągu tyluż lat. Odczuwał z nim jakąś głęboką więź i to nie tylko z powodu intrygującego kontrastu pomiędzy jego wytwornymi manierami a aparycją zawodowego boksera. Raczej było tak z powodu potajemnie żywionego przekonania, a może nawet nie przekonania tylko nadziei, że ta polityczna prawomyślność O’Briena nie była do końca szczera. Coś w jego twarzy sugerowało to nieodparcie. Żeby nie było niedomówień, być może to, co rysowało się na obliczu O’Briena, to nie musiała być nieprawomyślność, ale po prostu inteligencja. W każdym razie sprawiał wrażenie człowieka, z którym można by porozmawiać, gdyby w jakiś sposób dało się oszukać teleekrany i znaleźć się z nim sam na sam. Winston nigdy nie wykonał nawet najdrobniejszego gestu, by zweryfikować to przypuszczenie, bo tak po prawdzie to ani razu nie było nawet okazji, żeby spróbować. W tym właśnie momencie O’Brien zerknął na zegarek, zobaczył, że jest już prawie jedenasta i najwyraźniej postanowił zostać w Departamencie Archiwów na Dwie Minuty Nienawiści. Zajął miejsce w tym samym rzędzie co Winston, kilka krzeseł dalej. Między nimi siedziała drobna niewiasta o włosach koloru piasku, która pracowała w następnym boksie obok Winstona. Dziewczyna z ciemnymi włosami siedziała bezpośrednio za Winstonem.

W następnej chwili z teleekranu na końcu sali rozległ się koszmarny, zgrzytliwy pisk, niczym dźwięk jakiejś monstrualnej nienaoliwionej maszyny. Hałas ten przyprawiał słuchaczy o ból zębów i włosy jeżyły się im na karku. Nienawiść się zaczęła.

Jak zwykle na ekranie błysnęła twarz Emmanuela Goldsteina – wroga ludu. Tu i ówdzie na widowni rozległo się syczenie. Drobna niewiasta o włosach koloru piasku wydała pisk, w którym wyczuwało się i strach, i obrzydzenie. Goldstein był renegatem i zdrajcą, który dawno temu (jak dawno nikt dokładnie nie pamiętał) był jedną z wiodących postaci w Partii, prawie na równi z samym Wielkim Bratem, a później zaangażował się w działalność kontrrewolucyjną, został skazany na śmierć, ale udało mu się potajemnie zbiec, a następnie zniknąć. Programy Dwóch Minut Nienawiści różniły się z dnia na dzień, ale nie było ani jednego, w którym Goldstein nie byłby postacią numer jeden. Był on głównym zdrajcą – był tym pierwszym, który skalał czystość Partii. Wszystkie kolejne zbrodnie przeciw Partii, wszystkie zdrady, sabotaże, herezje i odchylenia miały swoje źródło w jego nauczaniu. Gdzieś na świecie Goldstein żył sobie w najlepsze, knując kolejne spiski, niewykluczone, że gdzieś za morzem, korzystając z protekcji zagranicznych mocodawców, być może nawet – jak nieraz głosiły to plotki – w jakiejś sekretnej kryjówce w samej Oceanii.

 

Winston poczuł raptowny skurcz przepony. Każdorazowo na widok twarzy Goldsteina targały nim skrajne emocje. Była to pociągła żydowska twarz otoczona ogromną aureolą siwych, kręconych włosów, z małą spiczastą kozią bródką – twarz inteligentnego człowieka, ale jednocześnie mająca w sobie coś, co zasługiwało na bezbrzeżną pogardę, z rodzajem starczego otępienia uwypuklanego poprzez długi, wąski nos, na czubku którego sterczały okulary. Przypominała twarz owcy, a i głos jego miał również w sobie coś z owczego beku. Goldstein swym utartym zwyczajem przypuścił właśnie jadowity atak na doktryny Partii. Był to atak do tego stopnia przesadzony i tak bałamutny, że nawet dziecko nie dałoby się nań nabrać, a jednocześnie na tyle przekonywający, by wzbudzać obawy u trzeźwo myślących, iż znajdą się tacy mniej lotni, którzy uwierzą słowom demagoga. Goldstein szkalował Wielkiego Brata, piętnował dyktaturę Partii, domagał się natychmiastowego zawarcia pokoju z Eurazją, opowiadał się w obronie wolności słowa, wolności prasy, wolności zgromadzeń, wolności myśli, wrzeszczał histerycznie, że została zdradzona rewolucja – a wszystko podane jak rytmiczne wielozgłoskowe stacatto, swoista parodia stylów przemówień partyjnych oratorów i nawet zawierało zwroty z nowomowy. W rzeczywistości było tam więcej nowomowy, niż jakikolwiek członek Partii użyłby w życiu codziennym. I przez cały ten czas, żeby nikt nie mógł mieć wątpliwości, w czyim interesie wypowiada te swoje oszukańcze filipiki, z tyłu za jego głową na teleekranie maszerowały niezliczone kolumny wojsk Eurazji – szereg za szeregiem krzepko prezentujących się żołnierzy z pozbawionymi wyrazu twarzami Eurazjatów, które dopływały pod samą powierzchnię teleekranu, by po chwili zniknąć, a ich miejsce zajmowały coraz to nowe, bliźniaczo podobne do poprzednich. Głuchy, miarowy stukot żołnierskich butów stanowił podkład dla beczącego głosu Emmanuela Goldsteina.

Nienawiść nie trwała jeszcze trzydziestu sekund, gdy z gardeł połowy zgromadzonych na sali ludzi zaczęły wyrywać się mimowolne okrzyki wściekłości. Zadowolony z siebie owczy pysk na ekranie, w połączeniu z przerażającą potęgą eurazjatyckiej armii – nie, tego było zdecydowanie za wiele, a przecież już sama myśl o Goldsteinie automatycznie wywoływała i strach, i furię. Był on bardziej stałym obiektem nienawiści niż Eurazja czy Wschódazja, gdy Oceania bowiem prowadziła wojnę z jednym z dwóch mocarstw, to na ogół zawierała pokój z tym drugim. Dziwna rzecz, chociaż Goldstein był znienawidzony i pogardzany przez wszystkich, chociaż codziennie, a do tego tysiąc razy dziennie, na platformach, na teleekranach, w gazetach i książkach jego teorie były obalane, rozbijane w puch, wyszydzane i demaskowane przed oczyma opinii publicznej jako stek żałosnych bredni – pomimo tych zabiegów jego wpływy ani na moment nie wydawały się maleć. Nigdy nie brakowało ciemnego ludu, który gotów był kupić każde jego szalbierstwo. Nie było dnia, w którym Policja Myśli nie zdemaskowałaby szpiegów i sabotażystów działających według jego instrukcji. Goldstein dowodził ogromną tajną armią, podziemną siecią konspiratorów dążących do obalenia ustroju państwa siłą. Podobno owa sieć nosiła nazwę Braterstwo. Krążyły też szeptane pogłoski o istnieniu straszliwej księgi, kompendium wszelkich herezji, której autorem miał być Goldstein i która w kraju funkcjonowała w potajemnym obiegu. Była to księga bez tytułu. Ludzie nazywali ją po prostu Księga. Ale o takich rzeczach wiedziało się jedynie z mglistych plotek. Ani Braterstwo, ani Księga nie należały do tematów, które szeregowy członek Partii ośmieliłby się poruszyć, jeżeli tylko istniała możliwość obejścia tego zagadnienia.

W drugiej minucie nienawiść osiągnęła punkt wrzenia. Ludzie zrywali się z miejsc i wrzeszcząc ile sił w płucach, usiłowali zagłuszyć doprowadzające do szału beczenie z ekranu. Drobna niewiasta o włosach koloru piasku poczerwieniała na twarzy, a ustami łapała powietrze niczym ryba wyholowana na brzeg. Nawet toporna twarz O’Briena zaróżowiła się zauważalnie. Siedział prosto jak struna na swym siedzeniu, a jego masywna pierś unosiła się i drżała, jakby szykował się na uderzenie nadpływającej fali. Ciemnowłosa dziewczyna za Winstonem zaczęła krzyczeć: „Świnia! Świnia! Świnia!”. I zaraz też chwyciła ciężki Słownik nowomowy i cisnęła nim o ekran. Słownik trafił Goldsteina w nos i odbił się od ściany, a głos z ekranu nieubłaganie kontynuował swój monolog. W przebłysku świadomości Winston zdał sobie sprawę, że wrzeszczy wraz z innymi, zapamiętale bębniąc obcasem w poprzeczkę swego krzesła. Najbardziej odrażające w Dwóch Minutach Nienawiści nie było to, że ludzie zmuszeni byli grać swoje role, ale to, że ogarniał ich owczy pęd i nie potrafili się powstrzymać przed uczestnictwem w tym szaleństwie. Już po trzydziestu sekundach wszelkie udawanie stawało się zbędne. Obrzydliwa ekstaza strachu i chęci zemsty, żądza mordu i dzikie pragnienie, by torturować, masakrować twarze młotem kowalskim, udzielała się wszystkim uczestnikom Minut i zdawała się przepływać przez falujący tłum jak prąd elektryczny, zmieniając ludzi, nawet wbrew ich woli, w oszalałą, wrzeszczącą tłuszczę o wykrzywionych z wściekłości obliczach. A mimo wszystko ta wściekłość, którą dzielili, była abstrakcyjnym, nieukierunkowanym uczuciem, które można było przekierowywać z jednego obiektu na inny jak płomień lampy lutowniczej. I tak, w pewnej chwili, nienawiść Winstona wcale nie była skierowana przeciwko Goldsteinowi, ale – wręcz odwrotnie – przeciwko Wielkiemu Bratu, Partii i Policji Myśli. I w takich momentach jego serce kierowało się ku samotnemu, wyszydzanemu odszczepieńcowi na ekranie, jedynemu strażnikowi prawdy i rozsądku w świecie kłamstw. A i tak już w następnej chwili stanowił jedność z otaczającym go tłumem i wszystko, co mówiono o Goldsteinie, na powrót wydawało się prawdą. W tamtych chwilach jego tajona nienawiść do Wielkiego Brata zmieniała się w uwielbienie i Wielki Brat zdawał się górować nad wszystkim, ten niezwyciężony, nieznający strachu protektor, wznoszący się jak skała nad hordami Wschódazji, a Goldstein, mimo swego osamotnienia, swej bezradności i wreszcie zasadnych wątpliwości, czy on w ogóle istnieje, zdawał się być złowrogim czarownikiem, zdolnym samą tylko siłą swego głosu zburzyć fundamenty cywilizacji.

Zdarzały się chwile, kiedy możliwe było przekierowywanie swej nienawiści w ramach aktu wolnej woli. Nagle, gwałtownym wysiłkiem, z jakim podczas sennego koszmaru odrywa się głowę od poduszki, Winston zdołał przenieść swą nienawiść od twarzy na ekranie ku siedzącej za nim ciemnowłosej dziewczynie. Teraz w jego umyśle rozbłysły piękne plastyczne halucynacje. Oto okłada ją gumową pałką i dziewczyna pada martwa. Nagą przywiązuje ją do pala i uśmierca strzałami z łuku jak świętego Sebastiana. W innej fantazji gwałci dziewczynę, podrzynając jej gardło w chwili orgazmu. A ponadto, teraz wyraźniej niż do tej pory uświadomił sobie, dlaczego jej nienawidzi. A nienawidzi jej, ponieważ jest młoda, ładna i aseksualna, ponieważ chciałby pójść z nią do łóżka, a do tego nigdy nie dojdzie, ponieważ jej gibką i powabną talię, która zdaje się prosić, by otoczyć ją ramieniem, opasuje okropna szkarłatna szarfa, ostentacyjny symbol wstrzemięźliwości seksualnej.