ŁotrzykiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


George R.R. Martin Gardner Dozois

Łotrzyki


ISBN: 978-83-7785-825-7

TYTUŁ ORYGINAŁU: Rogues


PRZEKŁAD: Michał Jakuszewski, Piotr Kuś, Joanna Szczepańska


Copyright © 2014 by George R.R. Martin and Gardner Dozois

Introduction copyright © 2014 by George R.R. Martin


This translation published by arrangement

with Bantam Books, an imprint of Random House,

a division of Random House LLC


All rights reserved


Copyright © 2015 for the Polish translation

by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Kula, www.mariuszkula.com.pl

REDAKCJA: Robert Cichowlas


Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Spis treści

Dedykacja

Wstęp

JOE ABERCROMBIE. Czasy są ciężkie dla wszystkich

GILLIAN FLYNN. Profesja

MATTHEW HUGHES. Gospoda siedmiu błogosławieństw

JOE R. LANSDALE. Zgięta gałązka

MICHAEL SWANWICK. Tawny Petticoats

DAVID W. BALL. Proweniencja

CARRIE VAUGHN. Ryczące dwudziestki

SCOTT LYNCH. Rok i dzień w Starym Theradanie

BRADLEY DENTON. Zły instrument

CHERIE PRIEST. Ciężki metal

DANIEL ABRAHAM. Co znaczy miłość?

PAUL CORNELL. Lepszy sposób, żeby umrzeć

STEVEN SAYLOR. Zobaczyć Tyr i przeżyć

GARTH NIX. Transport posążków

WALTER JON WILLIAMS. Diamenty z Tequili

PHYLLIS EISENSTEIN. Karawana donikąd

LISA TUTTLE. Dziwny przypadek zmarłych żon

NEIL GAIMAN. Jak Markiz odzyskał swój płaszcz

CONNIE WILLIS. Dzisiejszy seans

PATRICK ROTHFUSS. Drzewo błyskawic

GEORGE R.R. MARTIN. Książę łotrzyk albo królewski brat

Nota

Dla Gay i Joego Haldemanów,

zawadiackich łotrzyków

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP
Wszyscy kochają łotrzyków
(INTRODUCTION: EVERYBODY LOVES A ROGUE)

GEORGE R.R. MARTIN

…choć potem nieraz tego żałują.

Nikczemnicy, oszuści i huncwoty. Nicponie, złodzieje, cwaniaki i łobuzy. Złe chłopaki i złe dziewczyny. Szelmy, uwodziciele, chytre lisy, samozwańcy, kombinatorzy, kłamcy, paskudnicy, kobieciarze i psubraty… noszą wiele nazw i pojawiają się w opowieściach wszelkiego rodzaju, w każdym gatunku literackim pod słońcem, w mitach i legendach… I także w całej historii. Są dziećmi Lokiego i braćmi Kojota. Czasami są bohaterami opowieści. W innych przypadkach grają rolę czarnych charakterów. Najczęściej jednak są czymś pośrodku, czymś szarym… a szary zawsze był moim ulubionym kolorem. Jest znacznie bardziej interesujący od czarnego i białego.

Chyba zawsze lubiłem łotrzyków. Kiedy byłem małym chłopcem, w latach pięćdziesiątych minionego stulecia, czasami odnosiłem wrażenie, że połowa filmów w telewizji to sitcomy, a druga połowa to westerny. Mój ojciec uwielbiał westerny, obejrzałem więc wtedy chyba wszystkie — niekończąca się parada szeryfów o wydatnych szczękach i stróżów porządku z pogranicza. Szeryf Dillon był jak skała. Wyatt Earp był dzielny, odważny i śmiały (tak mówiła piosenka), a Jeździec Znikąd, Hopalong Cassidy, Gene Autry i Roy Rogers byli bohaterscy, szlachetni i prawi — najlepsze wzory do naśladowania, jakich mógłby pragnąć chłopak… ale żaden z nich nie wydawał mi się w pełni realny. Moimi ulubionymi westernowymi bohaterami byli dwaj, którzy wychodzili poza tę sztampę: Paladyn, który na szlaku ubierał się na czarno (jak czarny charakter), a w San Francisco jak jakiś wymuskany fircyk, co tydzień miał za „towarzyszkę” inną piękną kobietę i brał pieniądze za swoje usługi (bohaterom nigdy nie zależało na zapłacie), a także bracia Maverick (zwłaszcza Bret), czarujący łajdacy wolący stroje hazardzistów składające się z czarnych garniturów, krawatów i eleganckiej kamizelki od tradycyjnego ubioru szeryfa z bezrękawnikiem, odznaką i białym kapeluszem, częściej widywani przy grze w pokera niż podczas strzelaniny.

I wiecie co? Jeśli obejrzymy je teraz, okaże się, że Maverick oraz Have Gun — Will Travel wytrzymały próbę czasu lepiej niż bardziej tradycyjne westerny. Można twierdzić, że miały lepszych scenarzystów, aktorów i reżyserów niż większość pozostałych końskich oper w ówczesnej telewizyjnej stajni, i będzie to prawda… lecz sądzę, że czynnik łotrzykowski również ma z tym coś wspólnego.

Ale nie tylko fani telewizyjnych westernów lubią dobrze przedstawionych drani. Ten archetyp występuje we wszystkich gatunkach i środkach przekazu.

Clint Eastwood został gwiazdą dzięki temu, że grał takie postacie jak Rowdy Yates, Brudny Harry i Człowiek Bez Imienia. Wszyscy oni byli draniami. Gdyby obsadzono go jako Fajnego Yatesa, Czystego Billy’ego oraz Człowieka o Dwóch Identyfikatorach, nikt by nigdy o nim nie usłyszał. To prawda, że w colle ge’u znałem dziewczynę, która wolała Ashleya Wilkesa, tak bardzo szlachetnego i skłonnego do poświęceń, od Rhetta Butlera, kobieciarza, hazardzisty i przemytnika… ale to chyba był jedyny taki przypadek. Każda inna kobieta, którą spotkałem, bez chwili zastanowienia wybrałaby Rhetta zamiast Ashleya, że już nie wspomnę o Franku Kennedym i Charlesie Wilkesie. Harrison Ford robi wrażenie łotrzyka we wszystkich rolach, które gra, ale oczywiście wszystko zaczęło się od Hana Solo i Indiany Jonesa. Czy jest ktoś, kto woli Luke’a Skywalkera od Hana Solo? To prawda, że Han angażuje się w całą tę sprawę tylko dla pieniędzy, mówi nam to jasno już na początku… ale dzięki temu chwila, gdy na końcu Gwiezdnych wojen wraca i wsadza rakietę w tyłek Dartha Vadera, jest jeszcze bardziej ekscytująca. (Aha, i Han absolutnie strzela pierwszy, nawet jeśli George Lucas wziął i zmienił oryginalną wersję). A Indy… Indy jest wręcz wcieleniem łotrzyka. Zastrzelenie tego szermierza z pewnością było nieuczciwe, ale czyż wszyscy go za to nie kochamy?

Łotrzyki dominują nie tylko w filmie i w telewizji. Przyjrzyjmy się książkom.

Na przykład epickie fantasy.

Fantasy często opisuje się jako gatunek, w którym absolutne dobro walczy z absolutnym złem. Z pewnością widzi się to często, zwłaszcza gdy chodzi o legion imitatorów Tolkiena z ich czarnymi władcami, złymi sługusami i bohaterami o wydatnych szczękach. Istnieje też jednak starszy podgatunek fantasy, zwany magia i miecz, i w nim wręcz roi się od łotrzyków. Conana z Cymerii czasami uważa się za bohatera, ale nie zapominajmy, że był również złodziejem, łupieżcą, piratem, najemnikiem, a w końcu uzurpatorem, który zasiadł na skradzionym tronie… a do tego spał z każdą atrakcyjną kobietą, którą spotkał po drodze. Fafryd i Szary Kocur mieli w sobie jeszcze więcej z łotrzyków, choć nie odnieśli aż tak wielkich sukcesów. Nie wydaje się prawdopodobne, by któryś z nich miał zostać królem. Był też całkowicie amoralny (choć absolutnie zachwycający) bohater Jacka Vance’a, Cugel Sprytny. Jego podstępne knowania z jakiegoś powodu nigdy nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, ale…

W historycznych opowieściach również nie brak uwodzicielskich, podstępnych i niegodnych zaufania drani. Trzej muszkieterowie z pewnością mieli pewne cechy łotrzyków (bez takich cech trudno byłoby połączyć płaszcz ze szpadą). Rhett Butler był wielkim draniem zarówno w powieści, jak i w filmie. Michael Chabon dał nam dwóch wspaniałych łotrzyków, Amrama i Zelikmana, bohaterów jego historycznej noweli Gentlemen of the Road. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz zobaczymy tych dwóch. Rzecz jasna, jest też nieśmiertelny Harry Flashman George’a MacDonalda Frasera (sir Harry Paget Flashman, kawaler Krzyża Wiktorii, Orderu Łaźni i Orderu Cesarstwa Indyjskiego, jeśli łaska), postać poniekąd zapożyczona z klasycznej brytyjskiej powieści szkolnej autorstwa Thomasa Hughesa Tom Brown’s Schooldays (to coś w rodzaju Harry’ego Pottera, tylko bez quidditcha, magii i dziewczyn). Jeśli nie czytaliście powieści MacDonalda (Hughesa możecie sobie darować, chyba że lubicie wiktoriańskie moralizatorstwo), to znaczy, że nie spotkaliście dotąd jednego z najlepszych łotrzyków w literaturze. Zazdroszczę wam czekającego was doświadczenia.

 

Westerny? Do licha, na Dzikim Zachodzie aż się roiło od drani. Wyjęty spod prawa protagonista zdarza się równie często, jak wyjęte spod prawa czarne charaktery, a może nawet częściej. Billy Kid? Jesse James i jego banda? Doc Holliday, sławny łajdacki dentysta. A jeśli możemy wrócić do telewizji — tym razem we współczesnym, kablowym wydaniu — mamy sławny, nieodżałowany serial HBO, Deadwood, i stojącego w samym jego środku łotra, Ala Swearengena. Grający go Ian McShane całkowicie ukradł przedstawienie domniemanemu głównemu bohaterowi, którym był szeryf. Ale przecież łotrzyki świetnie potrafią kraść. To jedna z ich specjalności.

A co z romansami? A niech mnie. W prawie każdym romansie to drań na końcu zdobywa dziewczynę. W dzisiejszych czasach często to dziewczyna jest draniem, co może być jeszcze ciekawsze. Miło jest zobaczyć, jak konwencje stawia się na głowie.

Powieść kryminalna również ma odmiany opowiadające o draniach. Prywatni detektywi często miewają podobny aspekt. Gdyby byli porządnymi, przestrzegającymi zasad ludźmi zainteresowanymi wyłącznie faktami, zostaliby gliniarzami. A przecież tego nie zrobili.

Mógłbym długo kontynuować ten wywód. Mainstream, powieść gotycka, romans paranormalny, literatura kobieca, horror, cyberpunk, steampunk, urban fantasy, powieści o pielęgniarkach, tragedia, komedia, erotyki, thrillery, space opera, końska opera, powieści sportowe, wojenne, romanse ranczerskie… wszystkie gatunki i podgatunki mają swoich łotrzyków… i często to właśnie oni są najbardziej lubianymi i najdłużej pamiętanymi postaciami.

Niestety, nie wszystkie te gatunki są reprezentowane w naszej antologii… ale po cichu pragnę, by tak było. Może odzywa się we mnie łotrzyk, ta część mojej osobowości, która uwielbia przekraczać bariery. Prawda wygląda tak, że nie mam zbyt wiele szacunku do granic dzielących od siebie gatunki literackie. Obecnie jestem najszerzej znany jako autor fantasy, ale Łotrzyki nie mają być wyłącznie antologią fantasy… choć znajdziecie w niej wiele opowiadań z tego gatunku. Mój współpracownik, Gardner Dozois, był przez parę dziesięcioleci redaktorem naczelnym magazynu publikującego science fiction… lecz Łotrzyki nie są również antologią fantastyki naukowej, choć zawierają kilka opowiadań z tego gatunku, nieustępujących tym, które ukazują się w miesięcznikach.

Podobnie jak Warriors i Niebezpieczne kobiety, nasze poprzednie antologie o mieszanej zawartości, Łotrzyki przekraczają wszystkie granice między gatunkami. Nasz temat jest uniwersalny, obaj z Gardnerem kochamy też dobre opowiadania najprzeróżniejszych rodzajów, bez względu na gatunek, który reprezentują, oraz czas i miejsce akcji. Dlatego zaprosiliśmy znanych autorów ze świata epickiego fantasy, magii i miecza, urban fantasy, science fiction, romansu, mainstreamu, kryminału (tradycyjnego i hard boiled), thrillera, powieści historycznej, romansu, westernu, kryminału noir, horroru… i tak dalej. Nie wszyscy się zgodzili, ale wielu to zrobiło. Rezultaty znajdziecie poniżej. Udało się nam zebrać gwiazdorski zestaw popularnych, będących laureatami nagród pisarzy, reprezentujących kilkanaście różnych wydawnictw i równie wiele gatunków literackich. Wszystkich poprosiliśmy o to samo — opowieść o łotrzyku, pełną zaskakujących zwrotów akcji, misternych planów i nagłych odmian losu. Nie nakładaliśmy na naszych autorów żadnych ograniczeń dotyczących gatunku. Niektórzy wybrali ten, który znają najlepiej, inni zaś postanowili spróbować czegoś nowego.

W moim wstępie do Warriors, naszej pierwszej mieszanej antologii, pisałem o tym, że wychowywałem się w Bayonne, w stanie New Jersey, w latach pięćdziesiątych minionego stulecia. W całym mieście nie było ani jednej księgarni i wszystko, co czytałem, kupowałem na stoiskach z gazetami albo w „cukierniach” na rogach, gdzie stały na drucianych stojakach obrotowych. Książek w papierowych okładkach, które na nich umieszczono, nie segregowano według gatunków. Wszystko upychano razem, jeden egzemplarz tego, dwa egzemplarze tamtego. Można było znaleźć Braci Karamazow utkniętych między powieścią o pielęgniarkach a najnowszą książką Mi ckeya Spillane’a o Mike’u Hammerze. Dorothy Parker i Dorothy Sayers dzieliły półkę z Ralphem Ellisonem i J.D. Salingerem. Max Brand ocierał się okładka o okładkę z Barbarą Cartland. A.E. Van Vogta, P.G. Wodehouse’a i H.P. Lovecrafta wciskano razem z F. Scottem Fitzgeraldem. Kryminały, western, powieści gotyckie, powieści o duchach, klasyka, najnowsze powieści „mainstreamowe” oraz oczywiście science fiction, fantasy i horror — dziesiątki tysięcy najrozmaitszych książek dzieliły ze sobą te same stojaki.

To mi się podobało. I nadal mi się podoba. Od tego czasu upłynęło już jednak wiele dziesięcioleci (obawiam się, że zbyt wiele), świat wydawców książki się zmienił, rozprzestrzeniły się księgarnie należące do wielkich sieci handlowych i granice między gatunkami literackimi stały się bardziej nieprzepuszczalne. Myślę, że niedobrze się stało. Książki powinny poszerzać nasze horyzonty, prowadzić nas w miejsca, których nigdy nie odwiedzaliśmy, zmieniać nasz sposób patrzenia na świat. Czytając tylko jeden rodzaj książek, nigdy nie osiągniemy tego celu. W ten sposób sami siebie ograniczamy, stajemy się mniejsi. Sądziłem wtedy — i nadal tak sądzę — że są tylko dobre i złe opowieści, a wszelkie inne różnice nie mają znaczenia.

Myślę, że w tej antologii mamy trochę tych dobrych. Na jej stronach znajdziecie łotrzyków najprzeróżniejszych rozmiarów, kształtów i kolorów, a także traficie w wiele różnych miejsc, reprezentujących zdrową mieszankę wielu gatunków i podgatunków literackich. Nie będziecie też wiedzieli, czego się spodziewać, zanim nie przeczytacie tych opowiadań, zgodnie bowiem z tradycją dawnych drucianych stojaków, obaj z Gardnerem wymieszaliśmy je ze sobą. Zapewne znajdziecie tu teksty autorstwa swych ulubionych pisarzy, lecz natraficie również na takich, o których (dotąd) nie słyszeliście. Mamy nadzieję, że po zakończeniu lektury część tych drugich zaliczycie w poczet tych pierwszych.

Miłej lektury… ale bądźcie ostrożni. Niektórym panom i pięknym paniom, których spotkacie na tych stronach, nie można w pełni ufać.

Przełożył Michał Jakuszewski

JOE ABERCROMBIE
Czasy są ciężkie dla wszystkich
(TOUGH TIMES ALL OVER)

Joe Abercrombie jest jedną z najszybciej zdobywających popularność gwiazd dzisiejszego fantasy. Zarówno czytelnicy, jak i krytycy cenią go za rzeczowy, oszczędny styl. Zapewne najbardziej znanym z jego utworów jest trylogia Pierwsze prawo. Jej pierwszy tom — Samo ostrze, opublikowano w roku 2006. W następnych latach ukazały się: Zanim zawisną na szubienicy i Ostateczny argument królów. Napisał też samodzielne powieści: Zemsta najlepiej smakuje na zimno oraz Bohaterowie. Jego najnowsza książka to Czerwona kraina. Poza pisarstwem Joe Abercrombie zajmuje się również montażem filmowym. Mieszka i pracuje w Londynie.

W cechującej się szybką akcją, sensacyjnej opowieści zamieszczonej poniżej Abercrombie prowadzi nas w głębinę brudnego, cuchnącego i wypełnionego muzyką labiryntu ulic Sipani, jednego z najniebezpieczniejszych miast na świecie, gdzie toczy się śmiercionośna gra w szukanie fantu.

CZASY SĄ CIĘŻKIE DLA WSZYSTKICH

Niech to szlag, nie cierpiała Sipani.

Cholerna, niepozwalająca widzieć mgła, cholerna pluskająca woda i cholerny, wszechobecny smród zgnilizny. Cholerne przyjęcia, maskarady i hulanki. Wszyscy bawili się cholernie dobrze, a przynajmniej udawali. A najgorsi byli cholerni mieszkańcy. Wszyscy tu byli łotrzykami, mężczyźni, kobiety i dzieci. Każdy mieszkaniec był kłamcą i głupcem.

Carcolf nie mogła znieść Sipani, lecz mimo to znowu tu wróciła. Nie mogła więc nie zadać sobie pytania, kto tu właściwie jest głupi?

We mgle przed nią niósł się echem donośny śmiech. Wsunęła się w cień wnęki, zaciskając dłoń na rękojeści miecza. Dobry kurier nie ufa nikomu, a Carcolf była najlepsza ze wszystkich. Liczba osób, którym ufała w Sipani, była… mniejsza od zera.

Z mroku wyłoniła się kolejna banda poszukiwaczy rozrywki. Mężczyzna w masce księżyca wskazywał palcem na kobietę, która była tak pijana, że co chwila potykała się na wysokich obcasach. Wszyscy się śmiali, jeden z nich łopotał koronkowymi mankietami, jakby nic na świecie nie mogło być zabawniejsze od kogoś, kto upił się tak bardzo, że nie może się utrzymać na nogach. Carcolf wzniosła oczy ku niebu, pocieszając się myślą, że ukryci za maskami ludzie nienawidzili każdej chwili równie mocno jak ona, gdy tylko spróbowała się zabawić.

Przyciśnięta do drzwi kobieta skrzywiła się z bólu. Do licha, potrzebowała odpoczynku. Robiła się skwaszona. A może już przedtem taka była, tylko jej się pogarszało. Upodabniała się do tych, którzy gardzą całym światem. Czyżby miała się stać taka sama jak jej cholerny ojciec?

— Wszystko, tylko nie to — mruknęła.

Gdy tylko rozbawiona grupka zniknęła w mroku, Carcolf opuściła wnękę i ruszyła w dalszą drogę. Nie szła ani za szybko, ani zbyt powoli, jej miękkie obcasy bezgłośnie uderzały w mokry od rosy bruk, a typowo wyglądający kaptur opuściła w nieprzyciągającym uwagi stopniu. Wyglądała jak ktoś, kto ma mniej więcej tyle samo do ukrycia, co przeciętny mieszkaniec. W Sipani znaczyło to całkiem sporo.

Gdzieś na zachód od tego miejsca jej opancerzona kareta mknęła po szerokich ulicach, sypiąc skrami spod kół, gdy przejeżdżała przez mosty, oszołomieni przechodnie uskakiwali na boki, bicz stangreta smagał boki spienionych koni, tuzin wynajętych strażników pędził za pojazdem, ich mokre od rosy zbroje lśniły w blasku latarń. Chyba, rzecz jasna, że ludzie Przewoźnika przystąpili już do akcji: furkot strzał, kwiczenie koni, krzyki rannych, łoskot spadającej z drogi karety, szczęk stali, a na koniec wysadzenie ładunkiem prochowym potężnej kłódki zamykającej skrzynkę, dławiący dym rozpraszany niecierpliwymi dłońmi, a potem pokrywa się unosi, odsłaniając… puste wnętrze.

Carcolf pozwoliła sobie na lekki uśmieszek i poklepała wypukłość uwydatniającą się na jej żebrach. Zaszyła bezpiecznie obiekt w podszewce płaszcza.

Wzięła się w garść i skoczyła z brzegu kanału — nad szeroką na trzy kroki oleistą wodą — na pokład rozpadającej się barki. Drewno skrzypnęło pod jej ciężarem, gdy przetoczyła się i wstała płynnie. Droga naokoło, przez most Fintine, była długa, a poza tym znacznie bardziej uczęszczana i uważniej obserwowana. Ta łódź zawsze cumowała w tym miejscu, ukryta w cieniach i umożliwiająca drogę na skróty. Carcolf upewniła się co do tego dokładnie. Starała się jak najmniej zostawiać przypadkowi. Doświadczenie ją nauczyło, że przypadek to wredny skurczybyk.

Z mroku kabiny wyjrzała pomarszczona twarz. Z poobtłukiwanego imbryka buchała para.

— Kim jesteś, do licha?

— Nikim. — Pozdrowiła staruszka radosnym salutem. — Ja tylko tędy przechodzę!

Skoczyła z kołyszącego się pokładu na bruk po drugiej stronie kanału i oddaliła się w cuchnącą stęchlizną mgłę. Tylko tędy przechodziła. Zmierzała prosto do portu. Zdąży na odpływ i wyruszy w podróż, szczęśliwa. Albo choć nieco mniej skwaszona. Dokądkolwiek się udała, była nikim. Tylko tamtędy przechodziła.

Na wschód od tego miejsca ten idiota Pombrine gnał na łeb na szyję przed siebie w towarzystwie płatnej świty złożonej z czterech osób. Raczej nie przypominał jej z wyglądu, bo w końcu miał wąsy i tak dalej, ale opatulony w jej charakterystyczny, wyszywany płaszcz mógł z powodzeniem grać rolę jej sobowtóra. Był stręczycielem bez grosza przy duszy, ale czuł się pewnie, przekonany, że Carcolf pragnie, by ją udawał, ponieważ ma schadzkę z kochanką i chciałaby zachować ten związek w tajemnicy. Westchnęła. Gdybyż tylko tak było. Pocieszyła się myślą o szoku, jaki czeka Pombrine’a w chwili, gdy te dwa skurwysyny, Głęboki i Płytki, zestrzelą go z siodła, wyrażą spore zdziwienie na widok wąsów, a potem z narastającą frustracją przeszukają jego ubranie, na koniec zaś z pewnością wypatroszą trupa… ale i tak nic nie znajdą.

 

Raz jeszcze poklepała zaszytą w płaszczu wypukłość i sprężystym krokiem ruszyła w dalszą drogę. Szła środkową trasą, sama i na piechotę, starannie przygotowanym szlakiem wiodącym przez boczne ulice, wąskie zaułki, nieobserwowane skróty i zapomniane schody, przez popadające w ruinę pałace i toczone rozkładem kamienice, przez bramy, które zostawiono otwarte na podstawie potajemnej umowy, a wreszcie przez krótki odcinek kanału, który zaprowadzi ją do portu godzinę albo dwie przed terminem.

Po tej robocie naprawdę musi zrobić sobie wakacje. Dotknęła językiem wewnętrznej powierzchni wargi w miejscu, gdzie niedawno zrobił się jej mały, ale absurdalnie bolesny wrzód. Cały czas poświęcała się pracy. Może wybrałaby się do Adui? Odwiedziła brata, zobaczyła bratanice? Ile to lat już mają? Brr. Nie. Przypomniała sobie, jaką nietolerancyjną suką jest jej bratowa, zaliczająca się do ludzi, którzy wszystko zbywają szyderczym uśmieszkiem. Przypominała Carcolf ojca. Pewnie właśnie dlatego jej brat poślubił tę cholerną babę…

Skądś dobiegała muzyka. Carcolf pochyliła głowę, przechodząc pod rozsypującym się łukiem bramy. Skrzypek — albo dopiero strojący instrument, albo naprawdę beznadziejny. Żadna z tych ewentualności by jej nie zaskoczyła. Na porośniętym mchem murze łopotały z szelestem papiery, kiepsko wydrukowane ulotki wzywające wiernych obywateli Sipani do powstania przeciwko tyranii Węża z Talinsu. Carcolf prychnęła pogardliwie. Większość obywateli bardziej interesowało padanie niż powstawanie, a reszta z pewnością nie zaliczała się do wiernych.

Wyciągnęła rękę za siebie, by pociągnąć za siedzenie spodni, ale to nic nie dało. Ile trzeba zapłacić za nowe ubranie, by uniknąć ocierającego szwu w najgorszym możliwym miejscu? Podskakiwała w wąskim zaułku biegnącym wzdłuż wypełnionego stojącą wodą, od dawna nieużywanego fragmentu kanału. Na pokrytej algami tafli kołysały się liczne śmieci. Carcolf pociągała drażniącą tkaninę to w tę, to w tamtą, lecz bez rezultatu. Niech szlag trafi modę na obcisłe spodnie! Być może kosmos chciał ją w ten sposób ukarać za to, że zapłaciła krawcowi podrabianymi monetami. Ją jednak perspektywa szybkiego zysku interesowała znacznie bardziej niż kosmiczna kara. Dlatego, gdy tylko mogła, starała się unikać płacenia za cokolwiek. Było to dla niej czymś w rodzaju zasady, a ojciec zawsze jej powtarzał, że trzeba przestrzegać swoich zasad…

Niech to szlag, naprawdę się do niego upodabniała.

— Ha!

Z bramy wyskoczył jakiś obdartus. Carcolf ujrzała lekki błysk stali. Z instynktownym jękiem zatoczyła się do tyłu, odsunęła połę płaszcza i wyciągnęła miecz, przekonana, że śmierć wreszcie ją odnalazła. Czyżby Przewoźnik był o jeden krok przed nią? A może to byli Głęboki i Płytki albo najemnicy Kurrikana… ale nikt więcej się nie pokazał. Tylko ten jeden mężczyzna w brudnym płaszczu. Jego wilgotne, rozczochrane włosy lepiły się do bladej skóry czoła, a dolną połowę twarzy zasłaniała butwiejąca chusta. Przekrwione oczy otwierał szeroko ze strachu.

— Stój i oddaj pieniądze! — zagrzmiał głosem częściowo stłumionym przez chustę.

— Kto w ogóle tak mówi? — zdumiała się Carcolf, unosząc brwi.

Nastała chwila ciszy, mąconej jedynie pluskiem cuchnącej wody o bruk.

— Jesteś kobietą?

W głosie kandydata na rabusia zabrzmiał niemal przepraszający ton.

— A jeśli tak, to czy mnie nie obrabujesz?

— Hmm… no więc… — Złodziej oklapł wyraźnie, ale zaraz się wyprostował. — I tak stój i oddaj pieniądze!

— Dlaczego? — zapytała Carcolf.

Sztych miecza rabusia zachwiał się lekko.

— Dlatego, że zaciągnąłem spory dług u… to nie twój interes!

— Nie, chodziło mi o to, dlaczego po prostu mnie nie zarżniesz i nie obrabujesz trupa, zamiast mnie uprzedzać.

Znowu umilkł na chwilę.

— Pewnie… chciałem uniknąć przemocy? Ale uprzedzam, że jestem na nią w pełni przygotowany!

To był cholerny cywil. Zwykły złodziejaszek, który przypadkowo natknął się na nią. Przypadek to wredny skurczybyk! Przynajmniej wredny dla niego.

— Jako złodziej jesteś do dupy — poinformowała go.

— Jestem dżentelmenem, proszę pani.

— Jesteś martwym dżentelmenem. — Carcolf ruszyła naprzód, balansując trzymanym w dłoni mieczem. Stalowa klinga — długa na krok i ostra jak brzytwa — lśniła bezlitośnie w blasku lampy palącej się w oknie gdzieś na górze. Carcolf nigdy nie zawracała sobie głowy ćwiczeniami, lecz mimo to radziła sobie z mieczem całkiem nieźle. Potrzeba by kogoś znacznie groźniejszego niż ta uliczna łajza, żeby ją pokonać. — Poszatkuję cię jak…

Mężczyzna zdumiewająco szybko skoczył do ataku. Stal zgrzytnęła o stal i nim Carcolf zdążyła choć pomyśleć o tym, żeby się poruszyć, miecz wysunął się z jej palców, odbił od brudnego bruku i wpadł do kanału.

— Och — odezwała się. To zmieniało sytuację. Najwyraźniej napastnik nie był prostaczkiem, na jakiego wyglądał, przynajmniej jeśli chodziło o szermierkę. Powinna była się tego domyślić. W Sipani nic nie jest takie, jakim się wydaje.

— Oddawaj pieniądze — zażądał rabuś.

— Będę zachwycona.

Carcolf wyciągnęła sakiewkę i cisnęła nią o ścianę, licząc na to, że odwróci jego uwagę i będzie mogła przemknąć obok. Niestety, mężczyzna nadział mieszek na miecz z imponującą zręcznością, a potem przesunął broń na bok, zagradzając kobiecie drogę ucieczki. Postukał lekko sztychem w wypukłość pod jej płaszczem.

— A co tutaj mamy?

Nagle zrobiło się znacznie, znacznie gorzej.

— Absolutnie nic. — Carcolf spróbowała zbyć jego pytanie nieszczerym chichotem, ale ten statek już odpłynął, a jej, niestety, nie było na pokładzie, podobnie jak na pokładzie tego cholernego statku, który nadal kołysał się przy nabrzeżu, ale wkrótce miał wyruszyć w rejs do Thondu. Odsunęła jednak palcem lśniący sztych. — Mam bardzo pilne spotkanie, więc jeśli mógłbyś…

Miecz rozciął jej płaszcz z cichym szelestem.

Carcolf mrugnęła.

— Au. — Poczuła przy żebrach palący ból. Miecz przeciął również jej skórę. — Au!

Osunęła się na kolana, pełna oburzenia. Trzymała się za bok. Między palcami ściekała jej krew.

— Ojej… o nie. Przepraszam. Naprawdę… naprawdę nie chciałem cię zranić. Tylko… no wiesz…

— Au.

Obiekt, lekko teraz usmarowany krwią Carcolf, wysunął się z przeciętej kieszeni i upadł na bruk. Cienki pakunek, długi może na trzydzieści centymetrów i owinięty w pobrudzoną skórę.

— Potrzebuję chirurga — wydyszała Carcolf swym wyćwiczonym tonem mówiącym „jestem bezradną kobietą”. Wielka księżna zawsze ją krytykowała za nadmierną skłonność do dramatyzmu, ale w jakim innym momencie dramatyzm mógłby być bardziej wskazany? Bardzo możliwe, że rzeczywiście potrzebowała chirurga, a jeśli rabuś pochyli się nad nią, będzie miała szansę dźgnąć skurczybyka nożem. — Proszę! Błagam!

Napastnik zwlekał, otwierając szeroko oczy. Cała sprawa najwyraźniej posunęła się dalej, niż było to jego zamiarem. Wreszcie podszedł bliżej, ale tylko po to, by sięgnąć po pakunek. Błyszczący sztych jego miecza cały czas był wymierzony w Carcolf.

Spróbowała innego, jeszcze bardziej desperackiego rozwiązania.

— Posłuchaj — zaczęła, starając się, by do jej głosu nie przeciekła panika. — Możesz sobie wziąć pieniądze. Oby przyniosły ci szczęście. — W rzeczywistości wcale nie życzyła mu szczęścia. Pragnęła, żeby zgnił w grobie. — Ale lepiej dla ciebie będzie, jeśli zostawisz ten pakunek!

Jego dłoń znieruchomiała.

— Dlaczego? Co w nim jest?

— Nie wiem. Rozkazano mi, żebym go nie otwierała!

— A kto wydał ten rozkaz?

Skrzywiła się boleśnie.

— Tego również nie wiem, ale…

Kurtis zabrał pakunek. Pewnie, że to zrobił. Był idiotą, ale nie aż takim. Zabrał pakunek. Pewnie, że go zabrał. Zabrał go i zwiał. Pewnie, że zwiał. Zawsze to robił.

Popędził zaułkiem przed siebie. Serce podchodziło mu do gardła. Przeskoczył pękniętą beczkę, zawadził o nią nogą i runął na ziemię, omal nie nadziewając się na własny, trzymany w ręce miecz. Jego twarz wylądowała w śmieciach, do ust wpadło mu coś lekko słodkawego. Potem podniósł się chwiejnie, plując i przeklinając, obejrzał się ze strachem przez ramię…

Nikt go nie ścigał. To była tylko mgła, wieczna mgła, kłębiąca się i poruszająca na wietrze niczym żywa istota.

Wsunął pakunek, usmarowany teraz czymś śliskim, pod wystrzępiony płaszcz i pokuśtykał dalej, trzymając się za bolący pośladek. Nadal usiłował uwolnić usta od zgniłosłodkiego smaku. Co prawda, nie był on gorszy od tego, co jadł na śniadanie. Zapewne nawet lepszy. Człowieka poznasz po jego śniadaniach, jak zwykł mawiać jego nauczyciel szermierki.

Postawił wilgotny kaptur, odrobinę cuchnący cebulą i desperacją, zdjął sakiewkę ze sztychu miecza, wsunął oręż z powrotem do pochwy, a następnie wymknął się z zaułka i wmieszał w tłum. Cichy stuk rękojeści uderzającej o zatrzask przywołał bardzo wiele wspomnień. Ćwiczenia i turnieje, świetlaną przyszłość i podziw tłumów. Szermierka, chłopcze, to jest droga do kariery! Widzowie w Styrii znają się na rzeczy, tam kochają szermierzy, zdobędziesz fortunę! Lepsze czasy, gdy nie nosił łachmanów, nie był wdzięczny rzeźnikowi za resztki ani nie musiał żyć z rabowania ludzi na ulicach. Skrzywił się. Z rabowania kobiet. Jeśli można to było nazwać życiem. Raz jeszcze obejrzał się ukradkiem za siebie. Czy to możliwe, że ją zabił? Przeszły go ciarki przerażenia. To było tylko draśnięcie. Z pewnością tylko draśnięcie? Widział jednak krew. Proszę, niech się okaże, że to było tylko draśnięcie! Pocierał mocno twarz, jakby mógł zetrzeć to wspomnienie, ale ono przywarło do niego mocno. Wszystko, czego nawet sobie nie wyobrażał, potem powtarzał sobie, że nigdy tego nie zrobi, a jeszcze później, że nie zrobi tego nigdy więcej, stało się dla niego codzienną rutyną.