ŻniwiarzTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Prolog

1. 14.50 z Krakowa

2. Posterunek w Bułkowicach

3. Wieczór w miasteczku

4. Dom nad Kanałem

5. Zerwane zaręczyny

6. Wieczorna narada

7. Prawda ekranu

8. Brat

9. Archiwum

10. Szara eminencja Bułkowic

11. Element przeszłości

12. Pogrzeb

13. Po pogrzebie

14. Drugie uderzenie

15. Morderstwo na plebanii

16. Nocna przygoda

17. Wątpliwości

18. Julia się zastanawia

19. Pytania

20. Odkrycie

21. Żniwiarz

22. Karty na stół

Epilog

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Korekta: ANETA TKACZYK, JACEK BŁACH

Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ

Opracowanie okładki, stron tytułowych i mapy: MAREK PAWŁOWSKI

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Gaja Grzegorzewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze: Wydawnictwo EMG, Kraków 2006

ISBN 978-83-08-05855-8

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.


PROLOG

Zbliżało się południe. Sierpniowe słońce parzyło ramiona rowerzystki, skręcającej w mało uczęszczaną drogę między polami kukurydzy. Dziewczyna oblizała spierzchnięte usta. Droga była wyboista, a koła roweru poruszały się po niej z trudem. Spojrzała w dół. No tak, złapała gumę.

Niezadowolona przystanęła na pustej drodze i zsiadła, by obejrzeć koła – obie dętki były uszkodzone. Zmarszczyła z irytacji brwi, będzie musiała wrócić do miasteczka na nogach, prowadząc nieszczęsny rower. Sięgnęła po butelkę wody, umocowaną na ramie roweru, napiła się i rozejrzała. Kukurydza przysłaniała krajobraz, a prosta droga ciągnęła się po horyzont. Na drugim jej krańcu, za plecami dziewczyny, majaczył las. Wypiła jeszcze łyk wody. Wokół panowała prawie idealna cisza. Nawet ptaki nie śpiewały. Jedynym dźwiękiem, który przerywał tę ciszę, było jednostajne cykanie świerszczy.

W oddali ujrzała jakąś sylwetkę, wolno zbliżającą się w jej kierunku. Odetchnęła z ulgą, może ten człowiek jej pomoże. Ruszyła w jego stronę, prowadząc rower. Gorące powietrze poruszało obrazem przed oczami. Słońce odbiło się od nadchodzącego, oślepiając na moment rowerzystkę. Wytężyła wzrok. Człowiek niósł coś, co połyskiwało w promieniach słońca. Łopata, może sierp. Był już całkiem blisko. Nie, przecież to kosa. Nic dziwnego, trwają żniwa. Tak, żniwa na całego.

Kosa znowu błysnęła w słońcu. Nagle dziewczyna poczuła paniczny lęk. Usiłowała wsiąść na zepsuty rower, ale nogi miała jak z ołowiu. Rower wysunął się z drżących rąk i upadł na ziemię. Schyliła się, by go podnieść, zerkając kątem oka ku nadchodzącej postaci. Wydało się jej, że minęły wieki, nim się podniosła. Stał tuż przy niej. Znowu oślepił ją błysk. A potem poczuła już tylko chłodny podmuch i dotknięcie stali, która skosiła głowę z jej rozgrzanej szyi.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

1

14.50 Z KRAKOWA

Julia Dobrowolska siedziała w przedziale pierwszej klasy pociągu relacji Kraków–Bielsko-Biała przez Bułkowice i po raz wtóry czytała otrzymane zaledwie minionego dnia informacje. Poza nią przedział zajmowała skromna kobieta w średnim wieku, nie mająca na szczęście ochoty na pogawędkę. Nic więc nie rozpraszało uwagi Julii, która i tak posiadała niezwykłą wręcz zdolność do koncentracji, nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach.

Patrząc na tę smukłą, wysportowaną blondynkę, nikt nie powiedziałby, że ma przed sobą prywatnego detektywa. A jednak tym właśnie parała się Julia, i to ze znakomitymi rezultatami. Co prawda były to przeważnie błahe sprawy. Takie jak śledzenie niewiernych mężów, których po bliższym poznaniu klientek zaczynała rozumieć. Lub szukanie zaginionych młodych buntowników, spragnionych wolności i, przede wszystkim, możliwości pognębienia swoich rodziców. To były drobne, przyjemne problemiki, które wyrobiły firmie Julii odpowiednią renomę, jednak w końcu stały się tak rutynowe, że zaczęły nużyć. I nagle pojawiła się ta sprawa. To było zupełnie co innego.

Poprzedniego dnia do jej krakowskiego biura wszedł dystyngowany mężczyzna zbliżający się do wieku emerytalnego, zapowiedziany przez jej sekretarza jako mecenas Romański. Julii zaświtało w głowie. Romański & Romański – stara adwokacka firma, mająca teraz nieco mniej klientów niż za czasów świetności. Tym właśnie próbowała sobie wytłumaczyć osobistą wizytę znanego adwokata w swoim biurze. Mężczyzna przywitał się z nieco staroświecką galanterią. Julia wskazała mu krzesło. Adwokat usiadł i chwilę przyglądał się jej uporczywie, jakby ją oceniał. Z pewnością jego uwagę przykuła wąska blizna, która biegła przez prawie cały policzek bardzo ładnej, mimo tej skazy, twarzy dziewczyny. Julia przyzwyczaiła się do tego, że ludzie przypatrują się jej z zainteresowaniem. Uśmiechnęła się lekko. Mecenas skończył ją lustrować i przystąpił do meritum:

– Moja klientka pilnie potrzebuje prywatnego detektywa, a podobno pani firma działa efektywnie i szybko.

– Tak, mamy niezłe wyniki. Czy mogę wiedzieć, komu zawdzięczam rekomendację?

– Oczywiście. Polecił panią nadinspektor Kręglicki, mój stary znajomy.

Julia uniosła brwi ze zdziwienia, słysząc nazwisko swojego wujka, byłego zastępcy komendanta głównego policji.

– Skoro nadinspektor interesuje się tą sprawą, to musi być coś poważnego.

– Owszem, problem, z którym przychodzę, jest bardzo poważny. Zna pani sprawę Żniwiarza z Bułkowic?

– Oczywiście, wszędzie o tym piszą.

– Właśnie. Widzi pani, od lat jestem adwokatem rodziny Lipskich...

– Och... – wyrwało się Julii. I zaraz tego pożałowała. To było nieprofesjonalne. Ale przez twarz mecenasa Romańskiego przemknął tylko melancholijny grymas.

– Pani Maria Lipska zleciła mi zwrócenie się do najlepszego detektywa, jakiego znajdę. Chce za wszelką cenę znaleźć mordercę swojej córki. Dlatego przyszedłem do pani.

Julia milczała chwilę. Była nieco oszołomiona. Słowa adwokata bardzo jej pochlebiały, o takiej sprawie marzyła od dawna. To była duża rzecz. Jednak nagle ogarnął ją lęk, nie mogła oszukiwać tego miłego starszego pana. Westchnęła.

– Muszę być z panem szczera. Zapewne zasięgnął pan informacji o mojej firmie, więc wie pan, że to nie moja działka. Zdrady, rozwody, sprawdzanie uczciwości pracowników, zaginione psy, nastolatki, to owszem, ale...

Mecenas przerwał jej, podnosząc dłoń.

– Droga pani, zdaję sobie z tego sprawę, a jednak sądzę, że to właśnie pani powinna się podjąć tego zadania. Nie ufam rutyniarzom, a poza tym wiem więcej, niż pani myśli. Mój przyjaciel, świętej pamięci profesor Kowalkowski, wyrażał się o pani w samych superlatywach. Podobno była pani najlepszą studentką, jaką miał od lat. Gdyby nie jego śmierć, pewnie robiłaby pani już u niego doktorat.

Julia uśmiechnęła się lekko.

 

– To nigdy nie było moim zamiarem. Nie mam akademickich zapędów. Dlatego zamiast na studia doktoranckie poszłam do szkoły dla detektywów.

– Tak, wiem. To na pewno ciekawsze.

– I owszem.

– Pani firma ma już pewną renomę, ale niech pani pomyśli, jak rozgłos związany z tym śledztwem podniesie jej prestiż.

– Czy pani Lipska nie ma środków, by zapewnić sobie pomoc większych firm?

– Ma – odrzekł krótko Romański. – Ale czy znacznie większe firmy mają w rodzinie byłego zastępcę komendanta głównego i mogą uzyskać dostęp do danych, które są niezbędne do prowadzenia takiej sprawy?

– Skoro o policji mowa, pańska klientka zapewne wie, że tą sprawą zajmuje się specjalna grupa...

– Pani Lipska nie zamierza czekać na efekty w nieskończoność – sucho przerwał adwokat. I dodał łagodniej: – Ponadto powtarzam: pani koneksje mogą się okazać nadzwyczaj ważne, a pani dociekliwość...

Julia przestała słuchać. Wiedziała, że przynajmniej pod jednym względem adwokat ma rację. Ta sprawa oznaczałaby dla niej i dla firmy otwarcie zupełnie nowego etapu. Poza tym byłoby tchórzostwem nie spróbować. A niczym nie pogardzała tak bardzo, jak brakiem odwagi. Gdy się odezwała, w jej głosie nie było już wahania.

– Ma pan rację. Podejmę się tej sprawy.

Mecenas położył na biurku grubą kopertę.

– To artykuły z gazet, opisujące tę sprawę. Mogą się pani przydać. Nazwiska, miejsca, wypowiedzi mieszkańców... I akta policyjne – adwokat uśmiechnął się nieznacznie. – Nadinspektor Kręglicki bardzo pani ufa. Zrobiłem też dla pani spis osób związanych ze sprawą.

Na koniec z pewnym namaszczeniem podał jej cienką zaklejoną kopertę.

– To list od pani Lipskiej. Prosiła, aby pani przeczytała go przy mnie, zanim udzieli ostatecznej odpowiedzi.

Julia zdecydowanym ruchem oderwała róg koperty i rozcięła jej brzeg palcem wskazującym. Wyjęła list, który nie był długi, za to napisany pewnym charakterem pisma.

Szanowna Pani!

Pan mecenas Romański polecił mi Panią jako osobę kompetentną i solidną. Nie ufam możliwościom policji, a niczego innego teraz tak nie pragnę, jak odnalezienia mordercy mojej córki Agnieszki. Chcę, by gnił w więzieniu, skoro nasze prawo nie pozwala żądać dla niego kary śmierci. Chcę wiedzieć, bez względu na wszystko, kto to zrobił. Jeśli się pani podejmie tego zadania, żądam całkowitego rozwiązania sprawy. Jestem gotowa zapłacić za to 100 000 złotych. Jeżeli jednak nie odniesie pani sukcesu, pokrywam jedynie koszty śledztwa. Przepraszam za bezpośredniość, ale czuję, że sytuacja zmusza mnie do podjęcia radykalnych środków.

Z poważaniem –

Maria Lipska

PS Załączam 10 000 na bieżące wydatki.

Julia odłożyła list. Był rzeczowy, pisząca go kobieta nie okazywała ostentacyjnego bólu, a jednak czuć go było w każdej niemal linijce. Ponadto uderzyło ją coś szczególnego, ale nie mogła uzmysłowić sobie, co to było.

Zaproponowana przez Lipską kwota była bardzo wysoka; Julia poczuła presję, a presja zawsze działała na nią mobilizująco. Popatrzyła na mecenasa, który obserwował ją, gdy czytała list.

– W porządku, proszę powiedzieć pani Lipskiej, że przyjmuję tę sprawę.

Mecenas prawie niezauważalnie odetchnął z ulgą i z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjął bilet kolejowy.

– Czułem, że pani się zgodzi. Dlatego zawczasu pozwoliłem sobie poczynić pewne kroki. Proszę, to bilet do Bułkowic na jutro. Na miejscu będzie na panią czekał posterunkowy Śmiałek. Policja okaże się pani pomocna, jak sądzę, dobrze znają pani wuja. Posterunkowy zawiezie panią do gospody Pod Dębem, ma tam pani rezerwację. To miłe miejsce, będzie pani wygodnie. Na miejscu można pożyczyć rower, tak chyba najłatwiej rozejrzeć się po okolicy. Łatwiej niż samochodem.

– Tak, ma pan rację. – Nie uznała za stosowne poinformować adwokata, że nie ma samochodu. – Pewnie roi się tam od dziennikarzy, w końcu to dopiero... trzeci dzień od znalezienia ciała.

– Tak, niestety, najwięcej tych, którzy szukają sensacji. – Adwokata najwyraźniej szczerze to smuciło. – Podobno ma przyjechać nawet Wiktor Bergen...

Julia zmarszczyła brwi. Tego dziennikarza śledczego, Wiktora Bergena, jedną z największych gwiazd telewizji, uważała za wyjątkową szumowinę. Zmartwiła się, że nadęty gwiazdor może przeszkodzić jej w śledztwie. Jej obawy były całkowicie uzasadnione; tam gdzie pojawiał się Bergen, policja schodziła na drugi plan. A co dopiero początkująca dziewczyna-detektyw, bez doświadczenia, chociaż ze znajomościami.

– Dlaczego pańska klientka nie zleciła jemu tej sprawy?

– Taki miała zamiar, ale odradziłem jej to. Wiedziałem, że Bergen i tak się tam zjawi i narobi dużo szumu, a ja myślę, że ta sprawa wymaga subtelności. Zresztą nie jestem wielbicielem jego metod i nie wierzę w ich skuteczność na dłuższą metę.

Wyraźna i niczym nie zmącona wiara starszego mężczyzny w umiejętności Julii trochę ją krępowała. Ona sama nie była aż tak pewna swoich sił. Mimo to przytaknęła i dodała:

– Kiedyś go spotkałam, straszny bufon.

– Mam na jego temat podobne zdanie.

– On ma swoje metody, ja swoje. Skoro przyjęłam tę sprawę, pozwoli pan, że zadam parę pytań.

– To w końcu pani zadanie. Proszę pytać.

– Zna pan tę rodzinę od wielu lat...

– Od pokoleń.

– Właśnie. Jacy oni są?

– To bardzo szanowana rodzina, z tradycjami. Bardzo kulturalni, wykształceni ludzie. Pani Maria Lipska jest historykiem sztuki i ma galerię w centrum Krakowa. Jej mąż Leopold był właścicielem sieci hoteli Lux. Zmarł trzy lata temu na raka. Zostawił swoim bliskim spory majątek.

– A dzieci?

– Rafał przejął po ojcu interes. Był sporo starszy od Agnieszki. Ma już pod czterdziestkę, z kolei jego siostra za tydzień miała obchodzić swoje dwudzieste czwarte urodziny.

– Jaka to była dziewczyna?

– Wśród dokumentów znajdzie pani jej zdjęcie. Bardzo ambitna. Studiowała prawo, w tym roku miała się bronić. Praktykowała u mnie. Bardzo zdolna, o uporządkowanym umyśle. Miała narzeczonego, planowali ślub. Czekało na nich piękne mieszkanie w Krakowie, chcieli też kupić jakiś dom na wsi. Dlatego pojechali do Bułkowic.

– A dlaczego właśnie tam?

– Zachęcił ich przyjaciel rodziny, doktor Wawrzycki. Pozna go pani na pewno, to on badał ciało – ostatnie słowa adwokat wypowiedział cicho, jakby sądził, że mogą urazić wrażliwe uszy słuchaczki. Julia słuchała go jednak z niezmąconym spokojem.

– Rozumiem. Przejdźmy do kwestii prawnych. Czy ktokolwiek odnosi jakąś materialną korzyść po śmierci Agnieszki?

– Och nie, ona jeszcze nie miała własnych pieniędzy. Mieszkanie było zapisane na jej rodziców.

– No tak. Zostaje jeszcze brat. Przecież teraz jedynym dziedziczącym zostaje właśnie on. A jak pan wspomniał, Lipscy to bardzo bogaci ludzie.

– Bardzo – odparł chłodno prawnik. – Pozwoli pani jednak zauważyć, że to, co pani sugeruje, jest...

– Ja niczego nie sugeruję, panie mecenasie – powiedziała Julia spokojnie. – Zostałam wynajęta przez panią Lipską jako detektyw, a detektyw zadaje pytania i bada wszelkie aspekty sprawy. Jestem bardzo dokładna w tym, co robię, a pan powinien udzielić mi wszystkich potrzebnych informacji.

– Pewnie ma pani rację. Ale proszę zrozumieć, to bliscy mi ludzie...

– A więc, jaka jest sytuacja finansowa Rafała Lipskiego?

– Z tego co wiem, bardzo dobra, ale nie mam styczności z jego interesami.

– Czy policja go przesłuchiwała?

– Jeszcze nie, ale jak sądzę, pojawi się on w Bułkowicach na życzenie matki, by załatwić formalności. Wtedy będzie miała pani okazję z nim porozmawiać.

– Tak też zrobię. Dziękuję, na razie nie mam do pana więcej pytań.

– Mam nadzieję, że byłem pomocny. Proszę do mnie dzwonić, jeśli będzie pani chciała wyjaśnić jakieś kwestie.

Mecenas wstał. Julia odprowadziła go do drzwi. Wręczając swoją wizytówkę, odezwała się jeszcze:

– Proszę powtórzyć pani Lipskiej, żeby dzwoniła do mnie, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba.

Zamknęła drzwi. Już chciała wejść do swojego gabinetu, gdy napotkała wyczekujące spojrzenie Tomasza, jej kuzyna, a zarazem wiernego sekretarza. Była zmuszona przyjąć go do pracy na rozpaczliwą prośbę ciotki, która obawiała się, że dwudziestodwuletni leń, nie przykładający się ani do nauki, ani do żadnej kolejnej pracy, jaką cudem udawało mu się dostać, skończy jako wieczny student na garnuszku rodziny.

– Morderstwo, hm... – powiedział Tomaszek z zadowoleniem.

– Tak, morderstwo.

– Wreszcie! – wykrzyknął z mocą, jakby niebiosa odpowiedziały na jego wielomiesięczne modły. – Nareszcie coś ciekawszego od tych bab. Opowiadaj, Julciu!

– Nie widzę potrzeby, przecież i tak podsłuchiwałeś. I nie nazywaj mnie w pracy Julcią!

– No tak, ale nie wszystko zdołałem wyłapać, ten dziadek trochę mamrotał.

– Dyskrecja to podstawa dla dobrego prawnika. Zajmij się czymś pożytecznym. Ja muszę pomyśleć. Potem zapoznam cię z tym, co uznam za stosowne. Wyjeżdżam na parę dni, więc biuro zostaje pod twoją opieką. Błagam, zachowuj się godnie. Przynajmniej udawaj, że pracujesz...

– Będę udawał najlepiej, jak umiem. Na ile jedziesz?

– Nie mam pojęcia.

– A kto się zajmie Rodriguezem?

– Nie wiem. Nie chcę podrzucać go rodzicom. Może poproszę Lolę.

– Biedna kocina będzie musiała zacisnąć pasa.

– I tak jest za gruby. Dobra, nie przeszkadzaj mi teraz przez chwilę.

Teraz, jadąc do Bułkowic, Julia jeszcze raz porządkowała fakty. Po przeczytaniu wszystkich artykułów i raportu policyjnego sporządziła plan przedstawiający w skrócie chronologię wydarzeń:

1. 25.07 Agnieszka Lipska przyjeżdża z narzeczonym Wojciechem Stańdo do miejscowości Bułkowice. Od 25.07 do 30.07 szukają domu letniskowego lub działki pod zabudowę.

2. Wynajmują pokój w gospodzie Pod Dębem.

3. Oglądają kilka miejsc, między innymi przedwojenną posiadłość – Dom nad Kanałem.

4. 30.07 goszczą na kolacji u doktora Wawrzyckiego (starego znajomego państwa Lipskich) i jego córki.

5. 31.07 Wojciech Stańdo zostaje wezwany do Krakowa w ważnej sprawie związanej z firmą, w której pracuje.

6. 1.08 Agnieszka odwiedza agencję nieruchomości, zastanawia się nad kupnem Domu nad Kanałem. Wieczór spędza na przyjęciu urodzinowym u burmistrza.

7. 2.08 Agnieszka je śniadanie o godzinie 10.00 w gospodzie Pod Dębem, następnie bierze wypożyczony rower i jedzie jeszcze raz zobaczyć Dom nad Kanałem. Wyrusza około 10.30.

8. O godzinie 13.00 Stefania Szemik, wracająca z pola na obiad do domu, znajduje rower, porzucony na mało uczęszczanej polnej drodze, po chwili zauważa wystającą z kukurydzy stopę i znajduje zwłoki kobiety pozbawione głowy.

9. Doktor Wawrzycki, zbadawszy ciało, określa czas zgonu na pomiędzy 11.45 a 12.15.

10. Wezwany przez policję Wojciech Stańdo identyfikuje ofiarę jako swoją narzeczoną.

Następnie Julia przeanalizowała kolejną listę. Były to nazwiska ludzi w różny sposób związanych ze sprawą:

1. Wojciech Stańdo – narzeczony ofiary, w czasie zabójstwa wracał właśnie pociągiem do Bułkowic

2. Doktor Wawrzycki – przyjaciel rodziny, jako pierwszy badał ciało

3. Olga Wawrzycka – córka doktora, przyjaźniła się z Agnieszką

4. Robert Kletowski – chłopak Olgi, odprowadził Agnieszkę do hotelu po przyjęciu u burmistrza

5. Józef Kletowski – burmistrz

6. Helena Kletowska – jego żona

7. Stefania Szemik – znalazła zwłoki, jej gospodarstwo leży najbliżej miejsca zbrodni

Po namyśle Julia dopisała na dole strony, pod numerem 8: „ksiądz”. Zawsze jest jakiś, pomyślała.

Pociąg zwolnił i wjechał na peron małej, brzydkiej stacyjki. Z tabliczki Bułkowice został już tylko napis „Bułko”, któremu jakiś miejscowy dowcipniś dorobił wykrzyknik. Julia zabrała swoje dwie walizki i wysiadła. Była na miejscu.

2

POSTERUNEK W BUŁKOWICACH

Prawie od razu na peronie pojawił się umundurowany młodzieniec o zaskakująco jasnoniebieskich oczach, włosach koloru pszenicy i nieco siermiężnej, ale sympatycznej fizjonomii. Uśmiechnął się na jej widok:

– Dzień dobry. Czy pani Dobrowolska? Jestem posterunkowy Śmiałek! – powiedział z werwą sugerującą, że nazwisko precyzuje również jego postawę służbową i życiową.

– Dzień dobry – odpowiedziała Julia, starając się ukryć uśmiech.

 

Tymczasem posterunkowy sięgnął po walizki i poprowadził ją w kierunku samochodu. Gdy wsiedli do służbowego poloneza, Julia poprosiła o zawiezienie prosto na komisariat, a nie do gospody, jak sugerował Śmiałek. Posterunkowy zagadnął ją z wielkim zainteresowaniem:

– Więc pani jest prywatnym detektywem? Nieźle! – Oszacował ją wzrokiem. – Za ładna pani jest. I za młoda. Nie wygląda pani na detektywa – stwierdził ze znawstwem, układając usta w dzióbek, co miało najwidoczniej dodać mu powagi.

– A jak pana zdaniem wygląda detektyw? – Julia nie kryła już uśmiechu.

– Bo ja wiem... pfff... – Posterunkowy znowu zrobił dzióbek. – Może tak jak sierżant Duraj, to mój przełożony. Jest dobry. Wszystko wytropi. Pewno nie będzie dla pani zbyt miły. Nie lubi kobiet, takich za mądrych, wie pani, i nie lubi, żeby się wtrącać. Albo może jak inspektor Grudziądz, to miły gość. Rozumie pani, nie zadziera nosa, chociaż taki ważny, z Warszawy przyjechał i w telewizji się pokazuje, a zawsze zagada do człowieka, nie to co szef. Ale mówią, że nasz inspektor, jak co do czego przyjdzie, to potrafi być groźny. Dla przestępców, ma się rozumieć. On to nie ma nic przeciwko pani. Mówi, żeby pani pomagać we wszystkim. Zaraz go zresztą pani pozna.

Julia w duchu była wdzięczna posterunkowemu, że tak chętnie dzielił się z nią swoimi opiniami. Podejrzewała, że choć nie grzeszy rozumem, to celnie nakreślił portrety przełożonych. Teraz wiedziała, z kim przyjdzie jej pracować. Pomyślała, że z tym Durajem rzeczywiście mogą być problemy. Znała tego typu zatwardziałych służbistów, mizoginów.

– Ale jeśli chodzi o prywatnych detektywów, to ja bym powiedział, że taki to powinien wyglądać jak Wiktor Bergen! – oznajmił Śmiałek.

Julia jęknęła, a posterunkowy ciągnął z nabożnym zachwytem:

– Mówię pani, co on tu wyprawia!

Julia usiadła sztywno, uruchamiając blokadę w pasach.

– On już tu jest?

– O tak! – potwierdził Śmiałek ochoczo. – Przyjechał wczoraj wieczorem. Sierżant jest wściekły jak diabli!

Julia poczuła chwilowy przypływ sympatii dla sierżanta Duraja.

– Uwielbiam jego program. Ta sprawa Dusiciela ze Słupków! To było coś! Dał mi autograf! – pochwalił się posterunkowy. – Może będę w telewizji. Tak powiedział, może uda się to załatwić. Jezu, ale mamy farta, że tę laskę zarąbali w naszej wiosce. Wie pani, tu się za cholerę nic nie dzieje.

Julia milczała. Domyślała się, w jakim celu Bergen wabi tego głupka magią szklanego ekranu. Nie podobało jej się to. Czuła, jakby miała przeciw sobie nie tylko mordercę, ale również policję i telewizję.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił posterunkowy, zatrzymując poloneza przed starym, dwupiętrowym budynkiem. Nad drzwiami wejściowymi widniał napis „Komisariat Policji w Bułkowicach”. Julia wysiadła i skrzywiła się, widząc stojącego obok dużego mercedesa, należącego do prywatnej telewizji PolTV. Zza samochodu wyszedł otyły, dosyć młody, opalony jegomość ubrany jak kloszard. Abnegat uśmiechnął się radośnie do Julii.

– Hej, detektywko!

– O, cześć, Piotrusiu. – Julia odwzajemniła uśmiech. – A ty wciąż z hienami?

– Cóż zrobić! – Piotruś westchnął i pogładził się po obfitym brzuchu. – Ale chyba będę musiał poszukać nowej roboty. Bergen się wkurwia, bo nie nadążam za nim z tą cholerną kamerą. Zresztą pogadamy jeszcze. – Wskazał głową na stojącego nieopodal posterunkowego. – Lepiej idź, bo widzę, że Śmiałek już przytupuje niecierpliwie.

– Na razie! – rzuciła Julia i weszła za Śmiałkiem do komisariatu.

Poprowadził ją do pokoju na końcu korytarza, wyjaśniając, że mieści się tam biuro Duraja, po czym oddalił się. Julia przekroczyła próg i od razu poczuła, że znalazła się w świątyni patriarchatu. Prosto urządzone pomieszczenie było przepełnione testosteronem, i to nie tylko dlatego, że dzień był upalny. W pokoju siedziało pięciu mężczyzn. Najstarszy z nich wstał i podszedł do niej. Był to wielki mężczyzna, po pięćdziesiątce, rumiany i na pozór jowialny. Julia od razu zorientowała się, że oto ma przed sobą inspektora Grudziądza. Witając się, zamknął jej drobną rączkę w kleszczowym uścisku wielkich jak bochny dłoni.

– Zapraszamy panią do nas! – zawołał tubalnie. – Zapewne wniesie pani świeży powiew do naszego śledztwa. Nadinspektor Kręglicki wyrażał się o pani w samych superlatywach.

Julia była wdzięczna wujowi Witoldowi, że szepnął słówko o jej talentach tym nadętym gburom. Tymczasem inspektor dokonywał dalszej prezentacji:

– To sierżant Duraj.

Zza biurka niedbale wstał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna koło trzydziestki. Julia była nieco zaskoczona jego młodym wiekiem. Nie tak go sobie wyobrażała. Miał przenikliwe spojrzenie, mocno zarysowaną szczękę, orli nos, ciemną karnację i czarne włosy. Duraj podał jej rękę i usiadł z powrotem za swoim biurkiem, obdarzając dziewczynę pogardliwym spojrzeniem. Odniosła wrażenie, że mimo obecności w pokoju inspektora i sławnego Wiktora Bergena sierżant Duraj nic sobie z nich nie robi. To było jego biuro i jego posterunek.

Tymczasem Grudziądz wskazał jej Bergena, który siedział przy oknie i ze znudzoną miną zblazowanego arystokraty palił papierosa. Bergen był „diabelnie przystojny”, jak przeczytała Julia w jednym z internetowych postów. Szczupły, świetnie ubrany, jego włosy w podejrzany sposób przyprószone były siwizną, chociaż nie mógł mieć więcej niż trzydzieści siedem lat. Dokładna data jego urodzin była nieznana. Pisma kobiece określały go jako wzór mężczyzny metroseksualnego. Julia określiłaby go raczej jako pyszałkowatego durnia.

– Pana Bergena niewątpliwie pani zna.

– Hm, tak – odpowiedziała Julia obojętnie. – Spotkaliśmy się kiedyś.

Bergen podał jej rękę w zamyśleniu.

– Tak, chyba tak, na jakimś przyjęciu, jak sądzę. – Dziennikarz usadowił się z powrotem przy oknie, bokiem do reszty zebranych, jakby to, co działo się w pokoju, zupełnie go nie obchodziło.

Co za szopka, pomyślała Julia, strasznie chciało jej się śmiać.

– A to doktor Wawrzycki – kontynuował prezentację inspektor.

Doktor wstał i serdecznie uścisnął rękę Julii. Był to niski, łysawy mężczyzna w okularach, dobrze odżywiony i wesołego usposobienia. Julia od razu poczuła do niego sympatię.

– Miło mi panią poznać. Maria, to znaczy pani Lipska, mówiła mi, że wynajęła panią. Tak, bardzo nam miło. Bardzo.

Sierżant Duraj zmierzył go piorunującym wzrokiem, było jasne, że jemu wcale nie jest miło. Odezwał się flegmatycznie, kierując pytanie w przestrzeń:

– Czy możemy wreszcie wysłuchać raportu posterunkowego Jarosza, czy też może pan inspektor ma inny pomysł?

Julia pomyślała, że sierżant jest rzeczywiście bezczelny. Jednak inspektor tylko się uśmiechnął, przysunął jej fotel i sam również usiadł na jednym z niepasujących do niczego krzeseł, obitych wytartym, bordowym skajem. Piąty mężczyzna w pokoju, a raczej młody chłopak, z nieszczęsnym początkującym wąsem, pryszczatą twarzą i nieco anemicznym wyglądem – najwyraźniej zbyt mało ważny, by go przedstawiać – chrząknął i drżącym głosem zabrał się do relacjonowania.

– Tak jak pan kazał – zwrócił się lękliwie do sierżanta. – Pytali my w okolicy z Michałem, to jest z posterunkowym Śmiałkiem. Na dworcu nic nie widzieli, nikogo obcego to znaczy. Pod Dębem od tygodnia mieszka w sumie sześciu letników. I na kwaterach prywatnych też kilku.

– To znaczy ilu? – spytał Duraj niecierpliwie.

– Jeszcze my tego nie sprawdzili – wyjąkał przerażony Jarosz.

– Dobra, spierdalaj i wezwij mi tu Śmiałka – powiedział Duraj spokojnym tonem i dodał, kiedy Jarosz wyszedł: – Nie znoszę tego typa. Skończony niedojda.

– Długo to jeszcze potrwa? Pańscy niekompetentni ludzie marnują mój bezcenny czas – odezwał się Bergen, wyglądając przez okno i przybierając jeszcze bardziej zblazowany wyraz twarzy.

– Nikt tu pana nie trzyma – odpowiedział Duraj. – Ma pan podobno swoje metody. Więc proszę z nich korzystać.

– Owszem, ale lubię, jak błękitni chłopcy odwalają za mnie najnudniejszą robotę.

Dalsza potyczka słowna została przerwana wkroczeniem do pokoju jak zawsze zadowolonego z siebie Śmiałka.

– Pan mnie wzywał – zwrócił się do Duraja. – Więc tak, w dniu morderstwa nikt obcy nie przyjechał pociągiem. Pod Dębem mamy rodzinę z dwójką dzieci, państwa Janików. Przyjechali tu tydzień temu, raczej nie wchodzą w grę. Chcą jak najszybciej wyjechać, martwią się o dzieci. I starsze małżeństwo, po sześćdziesiątce, państwo Tarło, podobno bardzo mili i kulturalni ludzie. Przyjeżdżają tu co roku, od czterech lat. U pani Kulbik mieszka teraz młode małżeństwo – Wiśniewscy. Rzadko gdzieś wychodzą, wiecie państwo... – Posterunkowy puścił oko i zaśmiał się. – No. A u mojej ciotki, to znaczy u Klimkowej, nie, mieszka grupa młodzieży, sześć osób. Czterech chłopaków i dwie dziewczyny. Bardzo z nich niezadowolona, he, he, chce się ich pozbyć. Wie pan, browar się leje, drą się i tak dalej. Dziewczyny w kostiumach kąpielowych paradują. Ciotka modli się za nie, ale wujo nie wygląda na zmartwionego.

Julia uśmiechnęła się do siebie. Zauważyła, że posterunkowy ma talent do opisywania osób i sytuacji. Chociaż pewnie nie zdaje sobie z tego sprawy. Przypominał jej nieco kuzyna Tomka, który potrafił często jakimś niewinnym słówkiem zwrócić uwagę na sedno. Posterunkowy zamilkł i stał, najwyraźniej oczekując pochwały.

– Dobrze – powiedział w końcu Duraj. – Mówisz, że pani Klimek chce się pozbyć tych gówniarzy. Cóż, na razie nie może. Musimy ich przesłuchać. Poinformuj ją o tym.

– Dobra, wstąpię do niej po drodze do domu.

– Tym Janikom powiedz to samo. – Duraj zwrócił się w stronę inspektora i zapytał szorstko: – Panie inspektorze, jakieś uwagi?

– Cóż, trzeba będzie sprawdzić tych wszystkich obcych – inspektor westchnął. – Żmudna robota, myślę, że moi chłopcy mogą się tym zająć. Bo z miejscowych to jak zwykle nikt nic nie widział. Za to każdy wie, co sąsiad miał tego dnia na obiad. Nikt się nie zgłosił do tej pory, co, panie sierżancie?

Duraj uśmiechnął się ironicznie i niespiesznie odpowiedział, zapalając papierosa:

– Owszem, przyszedł pan Wójcik donieść, że widział u sąsiada okrwawioną kosę. Procesują się podobno od dziesięciu lat o miedzę... I pani Głazik opowiadała szeroko o swoich dziwnych przeczuciach i znakach na niebie.

– No tak. Zawsze to samo. To chyba tyle. Jutro zaczniemy przesłuchania. Tak, panie doktorze? – Inspektor spojrzał na Wawrzyckiego, który od pewnego czasu wyraźnie chciał o coś zapytać.