TopielicaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Motto

Prolog

Dzień pierwszy. Początek wakacji

Dzień drugi. W porcie

Dzień piąty. Łódka

Dzień szósty. Wodnik

Dzień siódmy. Podejrzenia i wątpliwości

Dzień ósmy. Na szczycie góry

Dzień dziewiąty. Deszcz

Dzień dziesiąty. Jonasz

Dzień jedenasty. Zmącona tafla wody

Dzień dwunasty. Czas i miejsce

Dzień trzynasty. Piętnaście lat wcześniej

Dzień czternasty. Pożegnanie

Epilog

Od autorki

Przypisy

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Korekta: KAMIL BOGUSIEWICZ, EWELINA KOROSTYŃSKA

Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ

Opracowanie graficzne: MAREK PAWŁOWSKI

Redakcja technicza: ROBERT GĘBUŚ

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Gaja Grzegorzewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze: Wydawnictwo EMG, Kraków 2010

ISBN 978-83-08-05896-1

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla Tomka

Małe ciałko zadrżało w ciemności z zimna i lęku. Bardziej z lęku. Ktoś tu jeszcze był. Ktoś czaił się w ciemności.

– Tatusiu! – zakwiliło żałośnie. – Chcę do tatusia...

– Tatusia tu nie ma. Tak jak nie ma mamusi. Rozumiesz? Tatuś cię nie kocha. Nikt cię nie kocha. Tylko ja.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

PROLOG

Kraków

temperatura 32°C

wiatru brak

Julia zapatrzyła się bezmyślnie w leżące na biurku kartki, leniwie poruszane podmuchem z wentylatora. Upał był jeszcze gorszy niż poprzedniego dnia. W pokoju panowała cisza, jeśli nie liczyć monotonnego buczenia komputera i szumu wentylatora, który rozwiewał ciepłe powietrze po pokoju, nie dając żadnej ulgi. Julia odwróciła się w fotelu w kierunku okna i widoku ulicy Zwierzynieckiej, i kolejnego remontu czy też budowy, której rezultat zapewne znajdzie wśród nominowanych do tytułu archiszopy roku.

Julia czuła, że dziś już nikt nie przyjdzie. Komu chciałoby się opuszczać klimatyzowane pomieszczenia w taką pogodę? Klimatyzacja w biurze Julii popsuła się w zeszłym tygodniu, administrator obiecał kogoś przysłać, ale bez skutku.

Z zamyślenia wyrwał ją kuzyn Tomek – jej bardzo nieudany sekretarz, który wszedł cicho do pokoju i dotknął jej ramienia butelką zimnej coli.

– Czemu się skradasz? – spytała Julia, odwracając się gwałtownie. Poczuła, że cienka tkanina kremowej sukienki przykleiła jej się do pleców.

– Nie zachowuj się jak jakiś Stalin czy ktoś tam. Niedługo wyścielesz sobie pokój gazetami. Masz tu tę swoją kolkę – mruknął Tomek i jeszcze raz szturchnął ją butelką w ramię.

– Wolałabym drinka z palemką i takim malutkim, cieniutkim plasterkiem cytryny.

– A ja bym wolał leżeć pod palemką w jakimś miłym towarzystwie – zarechotał kuzyn.

Julia leniwie sięgnęła po zapalniczkę i sprawnie otworzyła nią butelkę. Nauczyła się tej godnej pozazdroszczenia i niezmiernie przydatnej umiejętności od któregoś ze swoich byłych facetów. Tomek wciąż stał nad nią, przestępując z nogi na nogę. Julia nie znosiła tego nawyku. Sprawiał, że myślała, iż kuzyn musi cierpieć na jakieś nieprzyjemne dolegliwości związane z pęcherzem.

– Coś jeszcze? – Julia ziewnęła, czując, że za chwilę uśnie.

– Mógłbym już sobie pójść?

Popatrzyła na niego. Minę miał rozkosznie niewinną.

– Idź, baw się dobrze. – Machnęła ręką.

Gdy za Tomkiem zamknęły się drzwi, Julia zrzuciła ze stóp sandałki na wysokim obcasie, oparła bose stopy o biurko i odchyliła się w fotelu, przymykając oczy. Monotonny szum wentylatora działał usypiająco.

Dzwonek komórki zabrzmiał wyjątkowo ostro i irytująco. Irytująco, gdyż w półsennym omamie Julię owiewała ciepła, morska bryza, a drink z palemką stawał się coraz bardziej namacalny. Odebrała przeciągłym „taaak”.

– Spakowana? – Wiktor był dziarski i pełen zapału, jakby organizował letni obóz harcerski. Julia nie miała wątpliwości, że w jego biurze klimatyzacja działa bez zarzutu.

– Chyba żartujesz – odpowiedziała, stłumiwszy ziewnięcie.

– Moje pranie gnije od dwóch dni w pralce, bo nie miałam czasu go powiesić. Wciąż nie wiem, z kim zostawię kota, a ja sama, mój drogi, nadaję się najwyżej na spokojny tydzień w sanatorium.

– Mój Boże! Ty naprawdę potrzebujesz tych wakacji!

– Jak znam swoje szczęście, gdy tam dojedziemy, zacznie padać i nie przestanie przez następne dziesięć dni. Za to mogę liczyć na przepiękną pogodę w drodze powrotnej. Trzeba było jechać do jednego z tych snobistycznych kurortów dla zarobasów. Przynajmniej mielibyśmy pogodę. I drinki z palemką.

– Skarbie, wiesz, że musimy jechać na Mazury. Zobaczysz, spodoba ci się, zarobisz... A poza tym obiecałaś mi, że nie będziesz jojczyć...

Julia usłyszała w tle grzechotanie kostek lodu o szklankę. Prawie czuła orzeźwiającą moc tego, czym się tam Wiktor raczył. Oczami wyobraźni widziała też zjawiskowo piękną i nieziemsko głupią sekretarkę Wiktora, która zapewne właśnie wychodziła z gabinetu po przyniesieniu drinka, kołysała biodrami i nie traciła nadziei, że te zabiegi jednak robią na jej szefie należyte wrażenie. Julia uśmiechnęła się.

– Co pijesz? – spytała.

– Mojito! Podwójne, z podwójnym lodem. I miętą z mojego prywatnego krzaczka. Ja mam już wakacje, złotko.

– Oczywiście. A ja mam colę light, która osiągnęła już temperaturę pokojową.

– Julio, Julio, kocham cię, wiesz. Posłuchaj mnie, skarbie, zamknij biuro na resztę dnia, a raczej na następne dziesięć dni, kup sobie na wyjazd jakieś fantastyczne fatałaszki, co to więcej odkrywają, niż zakrywają, prześwitują i w ogóle żyją własnym życiem, i zasuwaj do domu pakować się. A tego sierściucha zawsze możesz zostawić pod opieką Loli albo Tomka.

– Wiesz, Wiktor, czasami gadasz z sensem. Opieka wątpliwej jakości, ale na pewno lepsza niż ta zapewniana przez moich rodziców. Wiesz: wszystko na luzie, biedak wypuszczany do ogrodu, „żeby się bawił z innymi kotkami”. Jasne. Wraca potem bez połowy ucha z rzepami w futerku. Ale jeśli chodzi o te twoje fantastyczne zakupy, to nie wiem, czy uda mi się cokolwiek kupić w tej zafajdanej dziurze.

Mimo licznych wątpliwości i ociężałego ciała Julia za radą Wiktora opuściła swoje biuro i udała się w kierunku centrum. Szybko przemknęła przez rozgrzaną jak patelnia płytę Rynku, z którego skwar przepędził najbardziej wytrwałych turystów. Przeszła przez Planty, gdzie ludzie dogorywali w cieniu na ławkach, i zniknęła w czeluściach Galerii Krakowskiej.

Galeria pochłonęła ją na następne dwie godziny. Gdy o dziewiętnastej wsiadała do taksówki, w obu rękach dzierżyła torby zawierające trzy kostiumy kąpielowe, dwie sukienki, parę bermudów, króciutkie szorty, japonki sportowe i wieczorowe oraz kilka niezbędnych bluzeczek na ramiączkach.

Słońce wisiało jeszcze wysoko nad horyzontem, a upał nie zelżał ani odrobinę. Z trudem można było oddychać, radio w taksówce ryczało na cały regulator jakiś wakacyjny hit, będący coverem jakiegoś wakacyjnego hitu sprzed lat. Mimo to Julia czuła się dobrze. Zakupy poprawiły jej humor i chyba wreszcie dotarło do niej, że jedzie na wakacje. Co więcej, całkiem się z tego cieszyła.

Dzień pierwszy

 

POCZĄTEK WAKACJI

Warszawa

temperatura 33°C

wiatru brak

Podróż z Krakowa do Warszawy minęła szybko. Julia wzięła ze sobą zaległe nieprzeczytane gazety, czasopisma i książki, którymi skutecznie odgrodziła się od współpasażerów. Przed wyjściem zostawiła gazety w przedziale, a zabrała książki.

Wiktor czekał na peronie. Cmoknęli się serdecznie w usta.

– A gdzie kwiaty? – zagadnęła Julia, biorąc Wiktora pod ramię i zmierzając w kierunku wyjścia.

– Ty i kwiaty? Nie mam, ale przygotowałem dla ciebie zwitek banknotów i paczkę żelków. Może być?

– To lubię – zaśmiała się Julia.

Ładnie razem wyglądali. Tak ładnie, że przechodnie oglądali się za nimi z zainteresowaniem i mogli potem z czystym sumieniem powiedzieć znajomym, iż ta para z telewizora rzeczywiście wyglądała tak ładnie jak na wizji. Szczupły, elegancki, ciemnowłosy (z lekka tylko, bardzo dystyngowanie i modnie przyprószony siwizną) mężczyzna w lnianych spodniach i granatowej koszuli z krótkim rękawem i zgrabna, drobna blondynka w różowej zwiewnej sukience do kolan, żółtych sandałkach na obcasie i wielkich, ciemnych okularach Diora. Oboje opaleni, wysportowani, pachnący i piękni jak reklama perfum. Jeśli coś psuło ten idealny obrazek, to chyba jedynie blizna przecinająca policzek Julii.

Wiktor zajmował sześciopokojowy penthouse w jednym z nowo powstałych, luksusowych, wielopiętrowych domów. Z apartamentu rozciągał się wątpliwej urody widok na Warszawę. Ale wielki taras z jacuzzi i wysokimi roślinami doniczkowymi bardzo się Julii spodobał, podobnie jak chłopak, który przyniósł im na ten taras drinki i maleńkie kanapki.

– Sypiasz z nim? – spytała Julia, wskazując głową drzwi balkonowe, za którymi znikł właśnie chłopak. – Jest taki ładny, że aż nieprawdziwy. Jak grecki bożek. Bożek czegoś nieprzyzwoitego.

Wiktor zaśmiał się i udzielił wymijającej odpowiedzi:

– Ma na imię Daniel i właśnie skończył swoją pracę na najbliższe dziesięć dni. Spakował mnie, zrobił nam drinki i przekąski i poszedł.

– Czyli po prostu chciałeś się pochwalić, jakiego masz śliczniutkiego lokajczyka. – Julia oparła smukłe nogi o oparcie leżaka, na którym spoczywał Wiktor, i wystawiła twarz do słońca. Niebo było błękitne jak w katalogu biur podróży, a z dołu dobiegał uliczny gwar i jednostajny szum przejeżdżających samochodów.

Następnego dnia Julia musiała odcierpieć swoje – czyli obskoczyć z Wiktorem kilka branżowych i niebranżowych imprez. Wyściskać się z ludźmi, których nigdy nie widziała albo widziała raz i nawet tego nie pamiętała. Przejść na „ty” z osobami, dla których ten proces był naturalny i oczywisty. Bratać się, uśmiechać, szczebiotać i gaworzyć, wytrzymywać poklepywanie w ramię, sprytnie unikać poklepania gdzie indziej, odpowiadać na pytania o marki i preferencje, pić mniej, niż by chciała, i nadrabiać to, jedząc więcej, niż powinna i niż mogła, często biegać do toalety, by siedzieć tam na zamkniętej klapie, palić papierosy (tam lub w jakimś innym pomieszczeniu, dobrze ukrytym, na uboczu, gdzie w Warszawie zsyłano palaczy, by cierpieli i uświadamiali sobie, jaki to paskudny nałóg, i by nie szkodzili zdrowiu swojego otoczenia), sprawdzać godzinę, wysyłać esemesy tu i tam i dziwić się, że czas płynie tak wolno. Musiała ponadto starać się, by nie dać w ryj różnym osobom, którym w ryj dać mogła i chciała.

O czwartej nad ranem byli z powrotem. Julia padła na czerwoną skórzaną kanapę w salonie Wiktora. Salon jej się nie podobał – chłodny, minimalistyczny i high-tech. Ożywiała go jedynie ta kanapa, ale ona również jej się nie podobała. Za bardzo przywodziła na myśl czerwone ferrari i kryzys wieku średniego. Biedny Wiktor.

Julia zrzuciła srebrne szpilki. Wiktor podniósł je i obejrzał.

– Manolo Blahnik? Sukienka Chloé. Nieźle ci się powodzi.

– Miałam kilka dobrych spraw.

– Rozwodowych?

– Niestety. Co za nudy. Ale kobitka była majętna, a ja dobrze się spisałam. Chociaż powiem ci, kotku, że jest coraz trudniej. Coraz większa konkurencja w branży. Nie dalej jak przedwczoraj dowiedziałam się, że taki jeden typek sprzątnął mi sprzed nosa pewnego nadzianego, ożenionego z jakąś byłą miss, fagasa. To był ten, kurwa, Dyduch.

– Jaki duch?

– Dy-duch. Tak się facet nazywa, opowiadałam ci o nim. Ten od terrorystów.

– Od terrorystów? – Wiktor zmarszczył brwi, wysilając nadwątloną alkoholem pamięć. – A czy to aby nie ten sam, co rozwiązał sprawę Trzeciej Rękawiczki? Ten były zakonnik?

– Ten – przyznała Julia niechętnie. Miała nadzieję, że Wiktor o tym nie wspomni. O żadną sprawę nie była tak zazdrosna jak o tę.

– To była genialna dedukcja. – Zachwyt Wiktora tylko pogarszał sprawę. Rozmarzył się, wspominając najwidoczniej co ciekawsze aspekty zagadki, o której swego czasu trąbiły wszystkie media. Po chwili nachylił się do Julii – Ten Dyduch. On się z kimś spotyka?

– Tak. Ze swoim spowiednikiem – bąknęła Julia. Miała już naprawdę dosyć rozmowy o Dyduchu.

– Wyczuwam zawiść. – Wiktor zachichotał.

– Bzdura. Facet po prostu zaczyna mi działać na nerwy. Rozbija się na moim terenie. Teraz jeszcze interesy kwitną, ale kto wie, co zastanę po powrocie.

– Pamiętaj, komu to wszystko zawdzięczasz.

– Sobie, Wiktor, sobie.

– Niewdzięczna!

Wypili jeszcze po drinku i poszli spać. W oddzielnych sypialniach. Od pewnego czasu Wiktor przestał namawiać Julię do kontynuacji ich nieudanego romansu. Doszedł nawet do wniosku, że kobiety są zbyt skomplikowane, nieprzewidywalne i histeryczne. Nawet taka Julia. Nawet ona była dla niego zbyt babska. Owszem, lubił patrzeć na kobiety, a na nią szczególnie. Podobało mu się, że jest ładna, zgrabna i zadbana. Podziwiał jej modne ubrania i lśniące jasne włosy, i tę bliznę. Była doskonałym produktem, a Wiktor lubił ładne rzeczy. Lubił się nimi otaczać. Podobały mu się spojrzenia innych ludzi, gdy gdzieś się z nią pokazywał. Uznanie, zazdrość, zainteresowanie. Julia była mu bardzo bliska, może nawet ją kochał. Bardziej jednak kochał siebie. A życie z Julią byłoby na dłuższą metę nie do zniesienia. Życie z kobietą. To nie dla niego.

Dzień drugi

W PORCIE

Warszawa

temperatura 33°C

wiatru brak

Julia miała kaca. To było do przewidzenia, biorąc pod uwagę ilość alkoholu, który wypiła poprzedniego wieczoru. Kac jednak niezmiennie ją dziwił.

– Ile ty masz lat? – mawiał w takich razach Wiktor.

Nie omieszkał pozrzędzić i tego ranka, gdy z trudem wywlókł zaspaną Julię z domu i wpakował do swojego eleganckiego audi A8.

– Emocjonalnie jesteś jeszcze w liceum.

– Gdybym była w liceum, rzygałabym ci teraz na tapicerkę – wymruczała Julia i założyła ciemne okulary.

– Urocze – odparł, ale spojrzał z uznaniem na długie opalone nogi, które Julia wystawiła za okno w samochodzie. Potem zaprogramował GPS-a. Punkt docelowy: port w Piaskach.

Zatrzymali się na stacji benzynowej za Warszawą. Julia drzemała. Usłyszała trzaśnięcie drzwi. Jej ciężkie powieki uniosły się odrobinę. Wiktor szedł zapłacić za paliwo. Sięgnęła po mineralną. Była już ciepła. A Julii chciało się czegoś zimnego. Z trudem wygramoliła się z samochodu, upuszczając przy tym komórkę i rozsypując monety. Stanęła boso obok samochodu, zaklęła pod nosem i pozbierała rzeczy. Komórce nic się nie stało, ale dwa złote potoczyły się w kierunku kratki ściekowej i znikły w niej bezpowrotnie. Julia przeciągnęła się i w zamyśleniu zmierzwiła rozpuszczone blond włosy. Zobaczyła, że Wiktor już zapłacił i rozmawia właśnie przez telefon. Pomachał Julii i odszedł w kierunku zbudowanej w pobliżu altany, by zapalić tam papierosa.

– Kurwa – mruknęła Julia i wsunęła djaruma z powrotem do paczki. Miała go właśnie beztrosko zapalić w sąsiedztwie dystrybutora z paliwem. Schowała papierosy do tylnej kieszeni ciemnozielonych szortów. Włożyła różowe japonki i poszła do sklepu, w nadziei, że mają tam mrożoną zieloną herbatę w butelkach. Mieli. Facet za ladą spoglądał na nią urzeczony i w ogóle mu nie przeszkadzało, że dwa razy upuściła pieniądze na ziemię, a potem trzeci raz na ladę, podając mu, po czym zapomniała zakupów, co on skwapliwie wykorzystał – wybiegł za nią i wręczył siatkę przy samych drzwiach. Julia mruknęła słowa podzięki, ale nawet nie spojrzała na rozanielonego pracownika stacji.

Wiktor wciąż rozmawiał, Julia stanęła więc z boku, w cieniu, i w końcu zapaliła, popijając łapczywie zieloną herbatę.

Na stację zajechał wielki, błyszczący, czarny hummer na warszawskich numerach. Na dachu miał zamocowane dwie deski windsurfingowe. Drzwi samochodu otworzyły się i z wnętrza buchnęła zagraniczna muzyka rozrywkowa. Julia ziewnęła, obserwując samochód bez zainteresowania. Jak można się było spodziewać, ze środka wyskoczył dziarski pięćdziesięciolatek ubrany tak, że nie było wątpliwości, iż jedzie wczasować się na Mazury. Świadczyła o tym nienaganna biel szortów i biało-granatowe paski marynarskiej koszulki faceta, nieco przyciasnej, nieskromnie zdradzającej problemy z nadwagą.

– Kupić ci coś, kocie? – zapytał, zaglądając do samochodu.

– Gówno mi kup – padła odpowiedź.

Julia parsknęła cicho. Warszawiak nachylił się do wnętrza, powiedział coś szybko, jednak po chwili dał za wygraną i zły, rozglądając się ostrożnie, czy ktoś był świadkiem tej sceny, ruszył do sklepu. Zauważył Julię i uśmiechnął się do niej nieszczerze. Julia ziewnęła rozdzierająco i ponownie spojrzała na hummera. Przyciemniana szyba opadła i w oknie ukazała się wykrzywiona złością, choć niewątpliwie śliczna twarz rudowłosej dwudziestolatki o kocich rysach. Dziewczyna włożyła cienkiego papierosa do ust i po chwili, przypomniawszy sobie, gdzie się znajduje, ze złością wyrzuciła niezapalonego slima przez okno.

Wiktor skończył rozmowę i zawołał Julię. Julia zgniotła niedopałek w koszu na śmieci i ruszyła w kierunku samochodu.

Nie chciało jej się już spać. Włączyła radio, ciekawa przede wszystkim informacji o pogodzie. Przeskakiwała z programu na program, drażniąc tym Wiktora. Irytacja była całkiem uzasadniona. Wykonując te czynności, Julia sypała popiół z djaruma na nowiutką skórzaną tapicerkę.

– W tym samochodzie się nie pali – wycedził w końcu Wiktor.

– Daj mi spokój, mam kaca – powiedziała niewyraźnie, ściskając papierosa zębami, kręcąc pokrętłami i wciskając liczne guziczki.

– Kiepuj chociaż do popielniczki albo za okno.

– Boże, ależ z ciebie stary pierdzieli – zawołała. Uchyliła okno, wpuszczając przy okazji trochę dusznego powietrza, i wyrzuciła niedopalonego papierosa. Potem powróciła do pokręteł.

W końcu trafiła na jakieś lokalne informacje.

– Wciąż nie odnaleziono czteroosobowej załogi jachtu „Marzenie”. Policja wodna bada, jak mogło dojść do wywrócenia jachtu, znalezionego tydzień temu na jeziorze Śniardwy. Jacht nie był uszkodzony. Jednak miecz był wciągnięty, co w połączeniu z silnym wiatrem mogło stać się przyczyną katastrofy. Przypuszcza się, że cała załoga utonęła lub opuściła pokład i udała się w niewiadomym kierunku.

– Udała się w niewiadomym kierunku? – Julia parsknęła. – Niczym Jezus po wodzie szli? Czy jak?

Wiktor wzruszył ramionami, niespecjalnie zainteresowany, i skupił się na wyprzedzaniu tira, który złośliwie zajeżdżał mu drogę.

Tymczasem pogodynek z Mrągowa radośnie zapowiadał niekończące się upały i całkowity brak wiatru.

Dwie godziny później jechali już boczną drogą wśród lasów i zbliżali się do Rucianego-Nidy. Dla Wiktora oznaczało to koniec czterogodzinnej udręki z marudzącą Julią, której na przemian chciało się pić i sikać. A jeśli nie wykonywała żadnej z tych czynności, to śpiewała mu jedną z piosenek Bajmu. Był to jedyny kawałek, który potrafiła zaśpiewać – a i to tylko we własnym mniemaniu. Wiktor narzekał przez resztę dnia, gdyż ów potworny utwór nie chciał za nic się od niego odczepić.

Boczną leśną drogą dotarli do ośrodka wypoczynkowego, mieszczącego się w bliskim sąsiedztwie portu. Poza tym nie było tu prawie żadnych zabudowań. Port w Piaskach był niewielki i wiele brakowało mu do tego, by przekształcić się w komercyjny kurort dla turystów.

Ośrodek natomiast okazał się dużym, nowoczesnym i brzydkim obiektem otoczonym przez park z równo przystrzyżonym trawnikiem. Julia i Wiktor zatrzymali się na parkingu przed wejściem, wysiedli z samochodu i poszli zameldować się do recepcji. Julia czuła się już dobrze i nie robiła Wiktorowi wstydu, trzymała się jednak na uboczu i pozwoliła, by to on załatwił formalności. Sama przeszła przez hol na drugą stronę budynku, gdzie rozciągał się trawnik obsadzony drzewami. Julia wyszła na trawnik, który prowadził w dół, aż do jeziora. Była druga po południu. Spojrzała na jezioro błyszczące w słońcu za drzewami i kąpiących się w nim ludzi. Podeszła bliżej. Stąpanie po miękkim, zielonym trawniku sprawiało jej ogromną przyjemność. Weszła na mały pomost i udała się na sam jego koniec. Ludzie w wodzie pokrzykiwali dziko w jakimś pierwotnym upojeniu. Chlapali się radośnie i raźno parskali. Julia uśmiechnęła się. W wodzie była trójka dzieci w wieku szkolnym oraz siedmioro dorosłych, i to ci ostatni bawili się tak żywiołowo.

 

Nagle także zapragnęła wskoczyć do wody. Słońce stało wysoko i niemiłosiernie przypiekało jej nagie ramiona. Było jej gorąco, a woda wyglądała cudownie. Nie namyślając się dłużej, zsunęła szorty, zdjęła luźną białą koszulkę na ramiączkach i wskoczyła w bieliźnie do wody. Pochłonięta zabawą grupa ledwo na nią spojrzała, a ona już płynęła na środek jeziora. Po chwili zawróciła. Zobaczyła Wiktora, nadchodzącego od strony ośrodka. Nie miała ochoty się z nim teraz widzieć. Chciała jeszcze chwilę nacieszyć się spokojem przed mającymi nastąpić męczącymi dniami. Podpłynęła do pomostu i ukryła się pod nim. Widziała, jak Wiktor stoi na brzegu, rozgląda się i odchodzi. Julia wdrapała się na pomost, chwyciła ubranie i pobiegła w kierunku żywopłotu oddzielającego teren ośrodka od portu. Znalazła szczelinę i przecisnęła się przez krzaki. Szybko włożyła na siebie szorty i koszulkę. Chciało jej się śmiać. Nie miała pojęcia, dlaczego tak się zachowała. Ruszyła w kierunku kapitanatu. Z wody wyciągano właśnie łódkę do przeglądu. Julia weszła na drewnianą keję ciągnącą się przez cały port. Szła wolno, oglądając żaglówki i wielkie motorówki o futurystycznych kształtach. Teraz przycumowanych było niewiele, godzina była za wczesna. Dopiero pod wieczór zaczną napływać do portu. Zewsząd dochodził przyjemnie kojący plusk fal uderzających o burty i brzeg oraz dzwonienie oprzyrządowania o maszty. Słyszała pokrzykiwania ludzi, widziała niektórych siedzących w swych łodziach i jedzących proste posiłki. Pewnie coś z proszku i z puszki, pomyślała z nieoczekiwaną zazdrością. Wtedy usłyszała za sobą głos:

– Że też ze wszystkich portów na świecie musiałaś zawinąć właśnie do mojego.

Odwróciła się gwałtownie. Aaron stał za nią na pokładzie łodzi i zwijał linę. Rzucił buchtę na ławkę i wyskoczył na brzeg. Julia patrzyła na niego zaskoczona, a on wyciągnął do niej rękę. Machinalnie ją uścisnęła.

– Uciekłaś z wyborów miss mokrego podkoszulka?

Julia przypomniała sobie o swoim wyglądzie. Spojrzała w dół, zauważając, że ubranie nieprzyzwoicie klei jej się do ciała.

– Uciekłam przed Wiktorem.

– Oczywiście, papużki nierozłączki. Tylko mi nie mów, że Wiktor będzie żeglować. Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić, jak na komendę „grot precz” odkłada pilnik do paznokci i rzuca się, by odwiązywać linę.

– Prowadzimy tu szkolenie – odparła z zażenowaniem.

– Niech zgadnę. – Uśmiechnął się. – Bzdet dla przyszłych prywatnych szpicli w rodzaju „wybul półtora tysiaka i otrzymaj papier, który nic nie daje”.

– Dwa tysiaki – poprawiła Julia, odwzajemniając uśmiech. – I mylisz się, papier nie ma tu nic do rzeczy, za to doświadczenie, którym się dzielimy, jest wręcz nieocenione.

– Dzielicie się czymś jeszcze?

– Nie dzielimy pokoju, jeśli to masz na myśli.

– Byłem pewien, że już za niego wyszłaś.

– Pierwszy dostałbyś zaproszenie.

– Takiej imprezy bym nie przepuścił.

Łódka poruszyła się i na pokład wyszła dziewczyna.

– Z kim rozmawiasz, skarbie?

– Ze znajomą.

Julia spojrzała na dziewczynę, która stawiając ostrożnie bose stopy i przytrzymując się dłoni Aarona, wyszła na brzeg.

– Jestem Diana, narzeczona Aarona – przedstawiła się, wyciągając do Julii rękę.

– Julia – Julia odpowiedziała jak automat. Uścisnęła dłoń dziewczyny nieco zbyt mocno.

Słuchała, jak Aaron wyjaśnia Dianie, że Julia jest prywatnym detektywem. Jak opisuje, kiedy się poznali, pomijając niektóre szczegóły. Oniemiała Julia odpowiadała na pytania, zerkając na dziewczynę. Była piękna. Ciemne, prawie czarne włosy spływały jej w falach do połowy pleców. Nie była zbyt opalona, ale to jeszcze bardziej podkreślało jej egzotyczną urodę. Twarz miała owalną, rysy regularne, oczy lekko skośne, a usta pełne i soczyste jak truskawka. Jej figura była tak idealnie kobieca, że Julia momentalnie poczuła się jak patyk. Przyjarany na słońcu patyczek. Zganiła się w myślach i przyjrzała dziewczynie bardziej krytycznie. Oczy miała zbyt mocno pomalowane jak na łódkę, kolor ust też nie był dziełem natury, a biała sukienka, która kusząco opinała bujne kształty, zdradzała po prostu zbyt pełną figurę. Oczywiście Julia była na tyle duża, by wiedzieć, że żaden mężczyzna nie widzi tego w taki sposób. Mimo to poczuła się lepiej. Przeciągnęła się leniwie, od niechcenia, prezentując idealnie płaski, umięśniony brzuch.

– Czas na mnie – powiedziała, odgarniając swoje długie jasne włosy. – Miło było cię poznać, Diano. Na razie, Aaron. Musimy się jeszcze koniecznie spotkać i pogadać o starych dobrych czasach.

Julia nie zdążyła odejść, gdyż na kei pojawił się Wiktor.

– Gdzie łazisz, za godzinę ma...

Nie dokończył, tylko zagapił się na Aarona niemądrze.

– To chyba mój szczęśliwy dzień – powiedział Aaron z przekąsem.

Diana klasnęła w dłonie i wykrzyknęła radośnie:

– Znasz Wiktora Bergena? Och, musimy się wszyscy spotkać! Po tych dzisiejszych okropnościach musi wydarzyć się coś fajnego. Sylwia pojedzie. Będzie tak smutno. Może spotkamy się wieczorem? Tu, w tej tawernie. Chętnie poznam bliżej znajomych Aarona. – Uśmiechnęła się miło do naburmuszonej Julii i zaskoczonego Wiktora.

Julia i Wiktor wracali do ośrodka w milczeniu. Julia niewiele zrozumiała z ostatniej wypowiedzi Diany, ale jedno zrozumiała na pewno. Mają się wieczorem wszyscy spotkać w tawernie. Będą sobie siedzieć i pić piwo, a narzeczona Aarona będzie wypinać swój wielgachny biust i wytężać kurzy móżdżek. Bo Julia była pewna, że Diana taki właśnie móżdżek posiada. Diana musiała być głupia. Innego stanu rzeczy Julia by nie zniosła. Głupia, gruba i niefajna.

Pierwsze zajęcia z przyszłymi detektywami minęły Julii jak nieciekawy sen, taki, którego nie warto pamiętać. Wiktor zarzucał jej potem, że zachowywała się tak, jakby myślami była gdzie indziej. Ciekawe! I powiedział to Wiktor, który sam dwa razy pomylił sprawę „popołudniowego dusiciela” z „zabójczym włóczęgą”. Pocieszali się tym, że przyszli detektywi, jako nowi w branży, nie zauważą różnicy. Poza tym Julia i Wiktor byli profesjonalistami, więc mimo że ich myśli krążyły wokół portowej scenki, zajęcia poprowadzili całkiem sprawnie. Widzieli też autentyczny entuzjazm i zaciekawienie ze strony słuchaczy, więc nie było czym się martwić. Po zajęciach, które skończyły się o dwudziestej, podeszło do nich kilka zachwyconych osób. Niektórzy prosili o autografy, inni o porady. Wiktor i Julia cierpliwie podpisywali swoje zdjęcia i odpowiadali na pytania z wystudiowaną uprzejmością, zachowując odpowiedni dystans.

Godzinę po zakończeniu zajęć Wiktor wszedł do pokoju Julii. Stała nago nad rozbebeszoną walizką, leżącą na łóżku. Wiktor był już przebrany i gotowy do wyjścia. Wyglądał idealnie. W kreowaniu własnego wizerunku osiągnął stan, do którego Julii brakowało jeszcze ładnych paru lat okupowania okładek tabloidów. Spojrzała na niego przelotnie, dokonując w myślach pozytywnej oceny białych bermudów i koszulki polo Ralpha Laurena, i z powrotem przeniosła wzrok na zawartość walizki. Wiktor położył się na łóżku i wyciągnął papierosa ze srebrnej papierośnicy. Zapalił i spojrzał na Julię z aprobatą.

– Jesteś rozbrajająco nieprzyzwoita. Mogłaś chociaż włożyć majtki.

– W tym właśnie problem, Wiktor. Majtki uzależniam od reszty stroju. Do sukienki nie zakładam stringów, tylko normalne, rozumiesz?

– Rozumiem. – Wiktor naprawdę rozumiał. Wydmuchał w górę dym z papierosa. Wiedział, że Julia nie wybaczyłaby, gdyby dmuchnął na ubrania. – Cudownie. Pośpiesz się. We wszystkim ci ładnie, kotku. Wiem, że chcesz zakosić tę lalkę, ale to by ci się udało nawet w tym, w czym jesteś teraz.

Wiktor zachichotał, zadowolony z żartu.

– To na pewno. – Julia uśmiechnęła się do niego. – Więc jak? Sukienka? Spódnica? Krótkie spodenki? Bermudy? A może mam się za coś przebrać? Za króliczka? Albo za szopa pracza?

Wiktor parsknął śmiechem i zamyślił się, spoglądając to na skotłowane ubrania, to na Julię. W końcu podjął decyzję.

– Kochanie, idziemy do portowej tawerny, gdzie, jak podejrzewam, podadzą nam piwo w plastikowych kubkach i pierogi z mrożonek. Jeśli za bardzo się wystroisz, będzie wyglądać, że zrobiłaś to specjalnie, żeby komuś coś udowodnić. Poza tym będziesz wyglądać głupio: jak pinda z miasta, która chce się pokazać. Wskakuj więc w szorty i jakąś bluzeczkę i zamiast płakać, że nie masz mega balonów, podkreśl to, co masz ładnego. Tyłeczek, nogi.

Julia zmarszczyła brwi, po czym spojrzała na Wiktora z udawanym niepokojem, kładąc dłoń na nagiej piersi.

– Boże, Wiktor, przemawiasz jak król telewizji śniadaniowej. Nie myślisz aby o przekwalifikowaniu się?

– Być może będę musiał. – Westchnął ze smutkiem. – Odkąd mnie opuściłaś, nie idzie mi tak dobrze. Żaden twój następca nie spełnił moich oczekiwań.

– Mówisz o tych wysztafirowanych kukłach z napompowanymi ustami i tych zniewieściałych, anemicznych wymoczkach? Tych samych, którzy nie chcieli robić z siebie popychadeł i błaznów za pieniądze nierekompensujące strat moralnych? A może twoje oczekiwania wobec nich obejmowały rzeczy, których trudno by szukać w umowie o pracę?