GróbTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

Pacyfik

CZĘŚĆ PIERWSZA. DESZCZ

Rozdział 1. Kraków. Pół roku wcześniej

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

CZĘŚĆ DRUGA. MGŁA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

CZĘŚĆ TRZECIA. ŚNIEG

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Pacyfik. Pół roku później

Podziękowania

Przypisy

Opieka redakcyjna: WALDEMAR POPEK

Korekta: EWELINA KOROSTYŃSKA, ANETA TKACZYK

Projekt okładki: JOANNA KARPOWICZ

Opracowanie okładki, stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Skład i łamanie: Infomarket

© Copyright by Gaja Grzegorzewska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2016

Wydanie pierwsze:

Wydawnictwo EMG, Kraków 2012

ISBN 978-83-08-05923-4

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Całuję zmarłą Twą powiekę,

moja cicha, moja blada, moja śliczna!

HEINRICH HEINE

.

Wokół unosił się zapach daleko posuniętego rozkładu. A także inny, świeży i mdlący. Chusteczka przyciśnięta do ust i nosa niewiele pomagała. Nadchodziła kolejna fala torsji. Tylko się nie rozglądać, nie rozglądać. Nie po to tu jest. Nie po to, by oceniać.

– Chcę ci pomóc.

– Nikt mi nie może pomóc. Wiesz o tym.

Krew była ciepła, a od jej zapachu świdrowało w nosie. Moja krew, ta myśl była nowa i zaskakująca. Lepkie palce naciskały na tętnicę szyjną, próbowały zatkać dziurę, przez którą wyciekało życie.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PACYFIK

– Ocean Spokojny jest niestały i niepewny jak dusza ludzka – powiedział bardziej do siebie niż do człowieka, z którym pił od kilku godzin w swojej ulubionej knajpie. Kompan podążył za jego wzrokiem. Tam, gdzie za dzikimi palmami, smaganymi mocniejszym dziś wiatrem, rozciągał się połyskujący w ciemności Ocean Spokojny.

W niewielkiej wiosce nad brzegiem oceanu nikt nie wiedział, kim jest mężczyzna, który kilka miesięcy wcześniej kupił starą zrujnowaną chatę, oddaloną nieco od innych zabudowań. Gdy przyjechał, był biały, jak wszyscy biali, po jakimś czasie zaczął wtapiać się w tłum. Z nikim nie próbował nawiązać bliższej znajomości. Nie był też nieuprzejmy czy gburowaty. Po prostu jeden z tych samotników, którzy przyjeżdżają na drugi koniec świata w poszukiwaniu nie wiadomo czego.

Niektórzy miejscowi mówili, że przyjechał z dalekiej Rosji. Ci, co widzieli rosyjskich turystów, twierdzili, że stamtąd właśnie musi pochodzić tajemniczy człowiek. Mówił po angielsku, a po jakimś czasie zaczął używać tutejszej mowy, którą z dnia na dzień posługiwał się coraz bieglej. Jakby planował tu zostać na zawsze. Starsi twierdzili jednak, że tacy jak on nigdzie nie zagrzeją dłużej miejsca, nawet jeśli jest to kawałek raju. Zawsze gdzieś ich gna, dalej i dalej, a wzburzony ocean na wyciągnięcie ręki wzmaga jedynie tę tęsknotę.

Podejmował się różnych prac, pomagał miejscowym przy połowie i innych zajęciach. Nic regularnego, nic na stałe, tylko ot, tak. Miał jakieś pieniądze, a jego potrzeby były skromne. Czasami w długie, parne wieczory odwiedzały go jakieś kobiety.

Zwykle jednak był sam.

Byli tacy, co mówili, że to pisarz, bo widywano go z notesem nad morzem albo na ganku domu przed otwartym komputerem. Inni mówili, że skądś kojarzą jego nazwisko. Nikt jednak nigdy nie widział, by coś pisał. Zwykle tylko siedział w bezruchu i patrzył przed siebie, jakby chciał wzrokiem przebić horyzont rozciągający się tam, gdzie kończyła się migocząca tafla Pacyfiku. Patrzył, palił i pił.

Jeszcze inni twierdzili, że to musi być przestępca albo dezerter, który zaszył się w tej głuszy, by nikt go nigdy nie odnalazł. Na potwierdzenie swoich przypuszczeń zwracali uwagę na liczne blizny na jego twarzy i ciele oraz brzydkie tatuaże i napisy w nieznanym języku. Jakby latami pływał po tych morzach, a w portach szedł do najgorszej nory, by tam oddać swoją skórę w ręce byle partacza. To te blizny i rysunki sprawiły, że początkowo miejscowi mu nie ufali i patrzyli podejrzliwie. Mógł przecież być niebezpieczny. Szybko jednak okazało się, że człowiek ten nie przejawia żadnych skłonności do agresywnych zachowań. Co więcej, mimo tego, z jaką tęsknotą spoglądał w stronę oceanu, był w nim taki spokój, że nikt nie miał ochoty mu przeszkadzać i wchodzić w jego świat, by nie zaburzyć tej harmonii.

Niekiedy zachodził do pobliskiej knajpy i pił z miejscowymi. Bywał wtedy wesoły. Dziewczęta go lubiły, ale również jakby się czegoś bały. Czegoś, co kryło się za ogorzałą, ponurą, pokrytą siatką blizn twarzą i oczami tak jasnymi, jakby przez całe życie ich kolor wypłukiwał ocean.

Przybysz potrafił dużo wypić, tak że nikt z miejscowych nie dotrzymywał mu kroku. Wtedy ci, co uważali, że to Rosjanin, na nowo przytaczali swoje argumenty. Chętnie stawiał kolejne kolejki i słuchał opowieści. Sam niewiele mówił. Może nie opanował jeszcze na tyle miejscowej mowy. Chyba jednak raczej nie było niczego, czym chciałby się dzielić. Bywało, że ktoś z młodszych, bardziej ciekawskich, zebrał się na odwagę i spytał, co on tu właściwie robi. Odpowiadał różnie, raczej wymijająco.

 

Tym razem wypił naprawdę sporo i jego kompan też zadał mu to pytanie. Mężczyzna uniósł swój kieliszek w geście toastu, po czym wychylił go jednym haustem i powiedział:

– Spełniam cudze marzenie.

W oddali Pacyfik z hukiem rozbijał się o piaszczysty brzeg. Ten, który pytał, nie wiedział, dlaczego te słowa przejęły go trwogą. Jakby znalazł się pośrodku bezkresnego oceanu. Łatwiej mu było teraz uwierzyć w inne słowa bardzo pijanego już przybysza, który bełkotał, unosząc kolejne kieliszki: wodna pustynia jest naprawdę pusta, a złowróżbne przeczucia przypuszczają szturm do strwożonego serca.

CZĘŚĆ PIERWSZA

DESZCZ

1.

Kraków. Pół roku wcześniej

Zegar wskazywał szesnastą trzydzieści. Aaron zabębnił palcami o poręcz wysłużonego fotela obitego brązowym skajem. Poręcz lepiła się, a skaj był poprzecierany w kilku miejscach. Rozłaził się i pruł, ukazując brudnożółte gąbkowe wnętrze, które przypominało wnętrzności wypatroszonego ścierwa. Wielu siedziało na tym paskudnym fotelu przed nim. Wyobraził sobie swoich kolegów, jak siedzą tu jeden po drugim i wydłubują gąbkę, zastanawiając się, co powiedzieć.

Oderwał obojętny wzrok od zegara i powoli rozejrzał się po pokoju urządzonym z braku innych możliwości w stylu późnego Gierka. Meblościanka, nosząca ślady wieloletniego używania, z półkami zapełnionymi porządnie poukładanymi aktami. Ściany niedawno pomalowano na dwa odcienie brzydkiej, smutnej, szpitalnej zieleni. Ciemniejszy, lakierowany dołem, i jaśniejszy, matowy górą. Pod zegarem któryś z dowcipnych kolegów już zdążył wydrapać napis „chuj ci w d...”. Jakby słowo „dupa” było mniej stosowne niż „chuj”. Usta Aarona delikatnie drgnęły. Przesunął spojrzenie na okno. Było małe i brudne. Na parapecie stała paprotka w plastikowej doniczce, w ziemię wbity był patyczek, na którym ktoś zawiązał czerwoną kokardkę. Może paprotka była prezentem. Bardziej prawdopodobne jednak, że dostawało się ją w standardzie wyposażenia. Też taką zastał w swoim pokoju pierwszego dnia pracy. Ktoś ją widocznie podlewał, bo przetrwała te kilka lat jego służby w Białym Domku. Niedawno Diana podczas swoich odwiedzin u męża wystawiła paproć za drzwi, a jej miejsce na parapecie zajęło drzewko bonsai w eleganckiej doniczce. Diana powiedziała, że takie drzewko przynosi szczęście.

Aaron zastanawiał się, co jest bardziej przygnębiające: szary, deszczowy zmierzch za oknem czy wnętrze pokoju. Chyba jednak wnętrze. Wszystko było tu jakieś przykre. Na przykład stojące pod oknem biurko, równie stare i brzydkie jak reszta mebli w pomieszczeniu. Lakier obłaził i kruszył się. Na biurku, obok starego komputera w idealnym porządku, jak żołnierze na apelu, stały różne przedmioty. Kubek na przybory do pisania, dziurkacz, zszywacz, pojemnik na pinezki, pieczątka, teczka na dokumenty, szklanka, tabliczka z imieniem i nazwiskiem: Jadwiga Boyer. I naturalnie duże pudełko chusteczek higienicznych. Chusteczki rozbawiły Aarona. Ciekawe, który z kolegów z nich korzystał? Czyimi ramionami wstrząsał szloch i kto, chowając zaczerwienioną od płaczu twarz w jednej dłoni, drugą sięgał po chusteczkę? Może jego szef? Albo niedawno przydzielony mu sierżant, którego praca w policji zdawała się napawać przerażeniem?

Poza tymi niezbędnymi drobiazgami na biurku nie stało nic. Nie było żadnych zdjęć w ramkach, żadnych osobistych akcentów. Aaron wiedział od kolegów, że kiedyś stało tu zdjęcie córeczki, ale już dawno zniknęło.

W końcu Aaron przeniósł wzrok na siedzącą za biurkiem kobietę. Szczupła, po pięćdziesiątce, miała ostrzyżone na pazia, srebrzyste włosy, drobną twarz ze spiczastą brodą, małymi ustami i przenikliwymi, ciemnymi oczami, ukrytymi za okularami w czarnej oprawce. Emanowała spokojem i cierpliwością. A siedzieli tak już dobre dwadzieścia minut. W dodatku Aaron spóźnił się na spotkanie i niczym tego spóźnienia nie usprawiedliwił.

Sięgnęła po szklankę z herbatą. Szklanka miała czerwony, plastikowy koszyczek. Kobieta napotkała spojrzenie Aarona i uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.

– Wie pan, dlaczego się pan tu znalazł, panie Goldenthal? – odezwała się lekko schrypniętym i wyjątkowo niskim głosem. Ktoś, kiedyś, wiele lat temu mógł uznać ten głos za seksowny.

– To standardowa procedura – odparł Aaron obojętnie. – Zabiłem człowieka na służbie, więc zostałem wysłany do psychologa, na wypadek gdyby zaczęło mi odbijać.

– Unikał pan tych spotkań, jak mógł. Uważa pan, że traci tu czas?

– To standardowa procedura – powtórzył Aaron. – Wykonuję swoje obowiązki.

Kobieta milczała. Uśmiechała się. Minęło kolejne pięć minut. Zwykle po tym czasie zaczynali mówić. O czymkolwiek. Czasami o tym, co zrobili. Czasami o kłopotach w pracy albo w domu. Zdarzały się wyznania naprawdę zaskakujące, wręcz szokujące. Mieli okazję się wygadać. A ona musiała ich słuchać, bo za to jej płacono.

A ten tu przystojniaczek milczał. Psycholożka już dawno chciała go bliżej poznać. Mijali się tyle razy na korytarzu. Fascynował ją w jakiś sposób. Ciekawa była, jaki człowiek kryje się za tą zimną, obojętną, nieprzystępną twarzą. Teraz miała okazję się dowiedzieć. Ale on nie miał ochoty się odzywać.

W końcu jednak zacznie mówić. Pewnie nie dziś i nie za tydzień. Ale w końcu zacznie.

2

Deszcz zacinał i niszczył fryzurę, którą Tomek tak długo rano układał, by uzyskać efekt kontrolowanej nonszalancji. Kiedy tego ranka oceniał wynik tych starań w lustrze, nawet mu do głowy nie przyszło, że ten zwyczajnie zapowiadający się dzień potoczy się w taki sposób. W planie miał ponowne wypróbowanie sztuczki zaczerpniętej z książek Agathy Christie, polegającej na straszeniu potencjalnych klientów informacją, że słynna detektywka, a zarazem jego kuzynka i szefowa, Julia Dobrowolska, rozmawia właśnie z premierem w sprawie poufnej i najwyższej wagi. Widocznie reszta społeczeństwa nie była zaznajomiona z kanonem powieści kryminalnej w takim stopniu jak Tomek, bowiem absurdalne kłamstewko zawsze działało, a informacja budziła należny respekt.

A tymczasem, zamiast popisywać się znawstwem kryminalnych lektur, parzyć kawę dla Julii, biegać po colę light i płacić rachunki kuzynki, sterczał w Lasku Wolskim na deszczu, chłodzie i wietrze, chowając się za skałą i drżąc wcale nie z zimna.

Deszcz pozlepiał jasne kosmyki włosów Tomka w strąki, padał mu do oczu i za kołnierz nowiutkiej ramoneski. W tym momencie ten oddany całym sercem modzie elegant nie myślał jednak o tym, co deszcz i błoto zrobią z jego kurtką. W tym momencie Tomek musiał skoncentrować wszystkie siły na odnalezieniu Julii. I nikt nie mógł mu pomóc, do nikogo nie mógł zadzwonić. A nawet gdyby mógł, to do kogo? Zawsze w takich przypadkach dzwonił do Julii.

Pozbawiony komórki, broni, portfela i innych zdobyczy cywilizacji Tomek czuł się bezradny. Czuł się zdradzony i samotny jak ostatni sprawiedliwy na świecie. Jak mogło do tego dojść? Jak mógł dać się tak zaskoczyć? Zrobił kilka kroków w rozmokłych liściach i błocie. Prawą ręką przytrzymywał się zimnej, porośniętej mchem, oślizgłej skały.

Zmierzchało. Tomek wiedział, że za kwadrans, góra dwa, zrobi się zupełnie ciemno. Wtedy będzie za późno. Rozejrzał się. W lesie pozornie nie było żywego ducha. On jednak wiedział, że nie jest tu sam. Że gdzieś między prawie zupełnie pozbawionymi liści drzewami jest ktoś jeszcze. Gałęzie poruszały się na wietrze, potęgując ponury nastrój. To mój koniec, pomyślał Tomek, to by było na tyle.

Wtedy podjął decyzję. Wciągnął głęboko powietrze i schylił się po leżącą na ziemi grubą gałąź. Julia zawsze mu powtarzała, że za broń może służyć cokolwiek. Poczuł się pewniej. Najlepszą obroną jest atak, przypomniał sobie kolejną cenną radę. Kto go tego nauczył, Julia? Nie, Julia mawiała raczej: jak się da, to raczej sobie odpuść i spierdalaj. Chociaż sama nigdy nie odpuszczała. Ale jego widocznie uważała za jakąś łajzę. A teraz proszę! Stoi sobie Tomek, dzierży gałąź, silny i męski, jak jakiś neandertalczyk. Ta myśl dodała mu otuchy.

Cichutko przebiegł kilka kroków wzdłuż skały. To gdzieś tutaj. Powoli zbliżał się do skalnego załomu. Usłyszał szelest. Wskoczył za załom, wymachując kijem niczym maczugą. Nic. Pustka. Nikogo. Monotonny szum deszczu i szelest liści poruszanych wiatrem. Odetchnął. Rozluźnił się.

To był błąd.

Coś spadło na niego ze skały, jak grom, jak pocisk. Mimowolnie krzyknął i upuścił gałąź. Sam również upadł, przygnieciony ciężarem. Próbował zrzucić przeciwnika, ale ten był szybszy, silniejszy i zwinniejszy.

– O, Jezu – wydusił Tomek. Leżał na plecach, upadek sprawił, że zabrakło mu tchu.

– Jezu ci nie pomoże – usłyszał.

Był zły, że dał się tak podejść, i to po raz drugi tego dnia. Zebrał całą tę wściekłość i obrócił ją w siłę. Uderzył przeciwnika z czoła w głowę odzianą w kominiarkę. Napastnik na moment rozluźnił chwyt. To wystarczyło. Tomek zrzucił go z siebie i chciał kopnąć, ale tamten przeturlał się szybko, odskoczył miękko jak kot i znikł w gęstniejących ciemnościach. Tomek rozejrzał się, serce waliło mu jak młot, w uszach dudniło, w skroniach pulsowała krew. Nie wiedział, co robić, nie potrafił się skoncentrować.

Upadł podcięty. Uderzył głową o błotniste podłoże. Znowu poczuł na sobie zwinne, drobne ciało.

– I już po tobie, już nie żyjesz, łajzo zafajdana!

– To nie jest śmieszne – jęknął Tomek.

Ale Julia się śmiała, zdejmując kominiarkę, spod której wysypały się długie, jasne włosy. Zeskoczyła z Tomka i chciała podać mu rękę, ale jej nie przyjął. Urażony, prychnął ze złością. Sam wygramolił się z błota, mrucząc gniewnie pod nosem.

– Nie złość się – powiedziała Julia niewyraźnie, zapalając papierosa. – Cierpliwości. Inaczej niczego nie osiągniesz.

– Wal się.

– Nie martw się, nikomu nie powiem, że dałeś się pokonać babie.

– Nie jesteś babą, tylko jakimś potworem.

Julia roześmiała się.

– Chodź do samochodu i już się nie bocz.

Tomek boczył się jednak przez całą drogę do samochodu. Był tak zirytowany, że zapomniał nawet o tym, jaki jest brudny i przemoczony.

Wiedział, że jest niesprawiedliwy. Julia ostrzegała go, że czas próby nadejdzie, gdy będzie się tego najmniej spodziewał. Mimo to był zdziwiony, gdy został wciągnięty do samochodu na ulicy Zwierzynieckiej. Założono mu na głowę kaptur i porwano w biały dzień. Wysadzono w Lasku Wolskim. Tyle że on nawet nie wiedział, że to Lasek Wolski. „Szukaj Julii” – takie dostał polecenie, wypowiedziane sztucznie modulowanym basem, należącym zapewne do jednego z kochanków Julii. Kolejnego debila, który wykona każde jej idiotyczne polecenie. Nawet takie, na które znalazłby się odpowiedni paragraf. Tomek uwolnił się z więzów i worka, ale na nic więcej nie starczyło mu inwencji. Zapomniał o ostrzeżeniach Julii, jak łatwo z tropiącego można się stać zwierzyną.

Porażka bolała. Piekła Tomka w środku jak ogień. Ani razu nie spojrzał na swoją wredną kuzynkę. Ani razu się nie odezwał. Całym sobą pokazywał, co myśli o niej i tych jej wygłupach.

I miał niemiłe uczucie, że na niej nie robi to żadnego wrażenia.

Gdy dotarli do forda taurusa należącego do Julii, rozpadało się na dobre. Ciemniejące niebo zasnuło się chmurami, a nad wąwozem, gdzie zaparkowała, zaczęła podnosić się szara lepka mgła.

– Zdejmuj te zabłocone szmaty – zażądała.

Sama zdjęła kurtkę, potem usiadła na siedzeniu kierowcy i pozbyła się butów oraz spodni. Wrzuciła wszystko do torby treningowej, wsunęła nogi do środka i zamknęła drzwi. Tomek stał niezdecydowany. Uważał się za młodego, wyzwolonego człowieka, takiego, który nie boi się stanąć pośrodku dużego zgromadzenia ludzkiego i głośno, zgodnie z prawdą oświadczyć: jestem gejem. Oczywiście pod warunkiem, że wśród tego tłumu nie będzie jego mamy. Jednak wsiadanie do samochodu z półnagą kuzynką uważał za coś niestosownego. W ogóle Julia była ostatnio dziwna. Od ślubu Aarona taka była. A może i wcześniej. Tomek nie potrafił się z nią dogadać. Już przedtem było ciężko, nic, tylko pouczenia, rozkazy i nieustanna krytyka, ale teraz to momentami była naprawdę nie do zniesienia. Ćwiczyła dwa razy więcej, podnosiła ciężary, biegała i trenowała capoeirę i co się tylko dało z takim zaangażowaniem, jakby się szykowała na wojnę. Dlatego ich wspólne treningi były dla niego bolesnym i przykrym doświadczeniem.

 

W końcu westchnął z rezygnacją, zdjął zabłocone ubranie i wsiadł do samochodu odziany jedynie w bokserki. Julia włączyła ogrzewanie i uchyliła okno. W ustach już miała kolejnego zapalonego djaruma. Tomek przyjrzał się okiem znawcy swojej starszej kuzynce. To, że był pedałem, nie znaczyło, że nie potrafi zobaczyć tego, co widzieli heterycy, patrząc na Julię: śliczną twarz, którą szpeciła jedynie paskudna, długa blizna przecinająca gładki policzek. Jasne, sięgające połowy pleców włosy, teraz wilgotne od deszczu lepiły się do jej opalonego na brąz ciała, jakby oblazły ją lśniące węże. Niżej Tomek spoglądał z pewnym zażenowaniem. Kuzynkę w negliżu widział ostatnio we wczesnym dzieciństwie, gdy kąpali się razem w dmuchanym baseniku. Jej zgrabne, szczupłe, umięśnione ciało bez grama tłuszczu odziane było obecnie jedynie w sportowy stanik i majtki, które wyglądały na męskie. Tomek wolał nie myśleć, do kogo należą. W pępku błyszczał kamień. Wiedział, że to brylant, a wbijanie sobie w pępek brylantu uważał za totalną głupotę i nieprzeciętną wiochę. Coś w rodzaju złotych zębów.

Tomek zdawał sobie sprawę, że wdziękami Julii napawało się wielu. Może nawet zbyt wielu.

– Co się tak gapisz? – Julia uchwyciła jego spojrzenie, przekręcając kluczyk w stacyjce.

– Wiesz, jak to wygląda? Jak nas tu zdybie policja, to zapłacimy mandat za nieprzyzwoite zachowanie.

– Jaki mandat? Powiemy, że jesteśmy rodziną – zaśmiała się Julia.

– To ja już wolę mandat – zdecydował Tomek.

Julia ruszyła. Wyjechali na główną drogę. Tomek milczał i zastanawiał się, jak powinien zacząć rozmowę. Julia, nieświadoma niepokojów targających kuzynem, zmieniała stacje radiowe raz za razem, bo nic jej się nie podobało. Wszystko było durne, nudne, kiczowate, puste, wtórne. Przedrzeźniała spikerów z werwą pięciolatka. Tomek miał dosyć. Gdy zobaczyli przed sobą światła Krakowa, podjął męczący go od pewnego czasu temat.

– Wiesz co? Nie jestem pewien, czy tak właśnie wyglądają testy na detektywa...

– U mnie tak właśnie wyglądają.

– Ale ty jesteś niezrównoważona psychicznie.

– Słuchaj, młody. – Julia zerknęła na Tomka, wydmuchując w jego kierunku kłąb dymu. – Sam powiedziałeś, że masz dość ślęczenia za biurkiem, że chcesz działać, śledzić, przyklejać sobie sztuczną brodę i mierzyć do zbója z wielkiej giwery...

– Powiedziałem tylko, że mogłabyś mi zaufać i powierzyć jakieś odpowiedzialne zadanie, a nie tylko ciągłe czarowanie bab w okresie przekwitania.

– Nie mogę tego zrobić, dopóki nie będę mieć pewności, że nie nawalisz w gacie ze strachu.

– Wredna krowa.

– Poczekaj, aż ci zrobię trening ze sztuki kamuflażu...

Tomek spojrzał na nią z przerażeniem.

– Żartuję – Julia parsknęła śmiechem. – Jestem głodna. Podjedziemy sobie do maka.

– Jak możesz jeść taki syf? – Tomek skrzywił się z obrzydzeniem.

– Jestem głodna – powtórzyła Julia. – A w lodówce mam jedynie stare mleko, butelkę wódki i jakiegoś gluta w słoiku.

– Obiad od mamy?

Julia skinęła głową. Zajechali pod McDonalda. Julia opuściła szybę i złożyła zamówienie, którego wielkość wstrząsnęła Tomkiem do głębi. Pokręcił ze smutkiem głową i wbił wzrok w okno, dając w ten sposób Julii do zrozumienia, że nie chce mieć z tym żarciem i miejscem nic wspólnego.

Przyjmujący zamówienie młody chłopak zagapił się baranim wzrokiem na nagie uda Dobrowolskiej.

– Zobaczył pan coś interesującego? – spytała Julia.

Chłopak spojrzał jej w twarz i zaraz odwrócił wzrok. Tomek zerknął z niepokojem na kuzynkę. Od pewnego czasu miała poważny kłopot z kontrolowaniem agresji. Była zaczepna i ewidentnie szukała kłopotów. Nawet ten tu nieszkodliwy pryszczaty szczyl, który w zupełnie naturalny sposób zainteresował się atrakcyjną, półnagą klientką, wzbudził w niej wrogie emocje. Tomek podejrzewał, że Julia specjalnie prowokuje, aby się potem wyżywać na facetach, którzy okazywali jej zainteresowanie. Łatwość, z jaką od słów przechodziła do rękoczynów, martwiła Tomka. Tomek był bowiem całym sercem za pokojem i miłością.

Julia zmierzyła nieszczęsnego kasjera świdrującym spojrzeniem, pod wpływem którego ten wił się jak piskorz. Ktoś za nimi zatrąbił. Teraz Tomek przestraszył się nie na żarty. Wiedział, że jego kuzynka byłaby zdolna do tego, by wysiąść w samej bieliźnie, wywlec z samochodu za fraki tego, który trąbił, i spuścić mu tęgi łomot.

– Jul, jedźmy – poprosił Tomek.

– Oczywiście, słonko – odparła Julia i rzuciwszy kasjerowi ostatnie wrogie spojrzenie, podjechała do następnego okienka.

Odebrała zamówienie, podała je Tomkowi i zaczęła się rozglądać za miejscem do parkowania. Znalazła, wyłączyła silnik i odebrała od Tomka torbę z żarciem. Odpakowała McRoyala i wbiła w niego zęby z wściekłością.

– Możesz mieć jedynie nadzieję, że ci do tych buł nie napluli – mruknął Tomek, po czym zerknął na Julię. – Dawaj gryza.

Julia uśmiechnęła się pobłażliwie i wyciągnęła z torby kolejną kanapkę. Tomek westchnął jak człowiek, który chcąc nie chcąc poddaje się nieubłaganemu losowi, i zaczął jeść.

– Wkurwił mnie – powiedziała Julia.

– Ja pierdolę, Julia! – Tomek uderzył się bułą w kolano, rozsypując wokół sałatę i chlapiąc majonezem. Wiedział, że Julia się tym nie przejmie, gdyż nawet bardzo przychylnie nastawiona osoba nie nazwałaby jej samochodu czystym. – Robisz to specjalnie! Siedzisz goła w samochodzie, nawet biskup by zerknął.

– Wiesz, jak mówią na McRoyala w Stanach? – spytała Julia i zachichotała.

Tomek parsknął śmiechem.

– Jak mówią na McRoyala w Stanach? – spytał, podejmując grę.

– Ćwierćfunciak z serem.

Julia siorbnęła colę i podała ją Tomkowi.

– Tylko nie wpuszczaj rybek.

– Jesteś obrzydliwa.

– A ty jesteś baba. Najpierw mówisz, że nie tkniesz tego syfu, a po chwili pożerasz trzy buły.

– Jutro to jakoś odpokutuję.

– Pewnie, że tak. Bądź u mnie o siódmej trzydzieści rano. Pójdziemy sobie pobiegać.

– O Jezu. Muszę?

– Albo to, albo wracasz za biurko. Na zawsze. Wybieraj.

– Dobra, dobra, wyluzuj, kuzina.

– Gdzie cię podrzucić? – spytała Julia, wycierając usta serwetką.

– Do domu. Muszę wziąć prysznic, bo potem mam randewu.

– No, no. Co to za nowy fajansiarz?

– Nawet go nie znasz, a już nie lubisz. Taki jeden. Super facet. Ma styl i kasiorę. Idziemy potańczyć do Cocona, tam się zresztą poznaliśmy. A potem... kto wie? Może mi się poszczęści. Tyle że taki jak on może mieć facetów na pęczki.

Tomek westchnął, a Julia zerknęła na niego. Kochała swojego młodszego kuzyna, o wiele lepiej się z nim dogadywała niż ze swoją siostrą Lolą. Tomeczek był ładnym chłopięciem, z płowymi jak u reszty rodziny Julii włosami. Szczupły, dobrze ubrany, niezbyt wysoki, zwykle podobał się starszym od siebie, dobrze ustawionym facetom, którzy doceniali jego chłopięcą, delikatną sylwetkę, poczucie humoru, wdzięk i otwartość. Z rówieśnikami zwykle szło mu o wiele gorzej. A z tymi, którzy najbardziej mu się podobali, wychodziło po prostu fatalnie.

– Trochę więcej wiary w siebie, smarku – powiedziała Julia dziarsko i zdzieliła Tomka w kark.

– Widzę, że poczuwasz się do roli mojego trenera w każdej dziedzinie życia. Czuję się, jakbyśmy znowu byli dziećmi.

Julia zachichotała. Od dziecka byli bardzo zżyci. Często bawili się razem. Julia, Lola, Tomek i jego starsza, przemądrzała siostra Dagmara, na którą wołali Dagmara-Sztywniara. Julia tłukła zarówno Tomka, jak i Lolę oraz większą od siebie Dagmarę. Jedynie Lola, która w wieku sześciu lat była prawie tak wysoka jak starsza o cztery lata Julia, a na pewno była od niej cięższa, potrafiła jej oddać. Dagmara zwykle szła na skargę do rodziców, a Tomek beczał w kącie, aż mu się to nudziło, i wyłaził zasmarkany, żeby dalej bawić się z dziewczynkami lalkami Barbie. Julia musiała przyznać, że mieli świetne dzieciństwo. Potem było już tylko gorzej.

Tomek jakby czytał w jej myślach.

– Sztywniara przyjeżdża – oznajmił umęczonym głosem.

– Pewnie będzie jakieś spotkanie rodzinne – Julia westchnęła.

– Pewnie tak. Znowu usłyszę pytanie, kiedy wreszcie przyprowadzę jakąś miłą dziewuszkę.

– A ja, kiedy wyjdę za mąż.

– A Lola, kiedy skończy studia.

Teraz westchnęli oboje.