Ella ZaklętaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Epilog

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Grafiki wykorzystane na okładce: iiievgeniy; stormy; Zamurovic, Kate Smith;

Źródło: stock.adobe.com

Projekt typograficzny i łamanie: ANNA HEGMAN

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Korekta: AGNIESZKA BETLEJEWSKA, MAGDALENA GERAGA

Ella Enchanted

Copyright © 1997 by Gail Carson Levine.

The moral rights of the author have been asserted.

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-34-1

Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Ta głupia Lucynda wcale nie chciała rzucać na mnie klątwy. Chciała mnie obdarować. A natchnęły ją moje łzy. Przez pierwszą godzinę życia zanosiłam się płaczem i w żaden sposób nie dawałam się uciszyć. Lucynda spojrzała ze współczuciem na moją matkę i dotknęła mojego nosa.

– Moim darem jest posłuszeństwo – powiedziała. – Ella będzie zawsze posłuszna. A teraz przestań płakać, moje dziecko.

Przestałam.

Ojca jak zwykle nie było, bawił gdzieś w świecie na kolejnej wyprawie kupieckiej. Była za to nasza kucharka, Amanda. Obie z mamą bardzo się przeraziły, ale nie były w stanie przekonać Lucyndy, że jej dar to prawdziwe przekleństwo. Wyobrażam sobie tę scenę: Amanda cała w piegach, które pewno wylazły jej jeszcze bardziej niż zwykle, z kędzierzawymi włosami w nieładzie, z drugim podbródkiem trzęsącym się ze złości; mama cicha i skupiona, z brązowymi włosami jeszcze mokrymi od trudu rodzenia, z oczami, z których zniknął uśmiech.

Nie potrafię sobie wyobrazić wróżki Lucyndy. W ogóle nie wiem, jak wyglądała.

Nie cofnęła klątwy.

To, co się wtedy stało, po raz pierwszy dotarło do mnie w moje piąte urodziny. Bardzo dobrze pamiętam ten dzień, może dlatego, że Amanda tak często go wspominała.

– Na twoje urodziny – mówiła – upiekłam ci wspaniały tort. Sześciowarstwowy.

Berta, nasza służąca, uszyła mi sukienkę.

– Granatową jak niebo o północy, z białą szarfą. Byłaś mała, nawet jak na swój wiek, i wyglądałaś jak porcelanowa laleczka, z białą wstążką w czarnych włosach i z rumieńcami podniecenia na policzkach.

Na środku stołu stała waza pełna kwiatów, które zerwał nasz służący Natan.

Staliśmy wokół stołu. (Ojca i tym razem nie było). Byłam bardzo przejęta. Widziałam, jak Amanda piecze tort, jak Berta szyje dla mnie sukienkę i jak Natan zrywa kwiaty.

Amanda pokroiła tort. Kiedy wręczała mi moją porcję, powiedziała bezmyślnie:

– Jedz.

Pierwszy kęs był wyśmienity. Zjadłam z rozkoszą cały kawałek, a Amanda nałożyła mi drugi. Z tym miałam już pewne trudności. Kiedy skończyłam, nikt nie podał mi następnego, ale czułam, że muszę jeść dalej. Wbiłam widelec w cały tort.

– Ella, co ty robisz? – upomniała mnie mama.

– Mój prosiaczek – zaśmiała się Amanda. – To jej urodziny, proszę pani. Niech je, ile zechce.

I nałożyła mi jeszcze jeden kawałek.

Czułam mdłości i okropny strach. Dlaczego nie mogłam przestać jeść?

Przełykanie było prawdziwą męką. Każdy nowy kęs przypominał ciężką bryłę kleistej masy, którą z trudem przepychałam językiem do gardła. Rozpłakałam się.

Matka pierwsza zrozumiała, w czym rzecz.

– Ella, przestań jeść – powiedziała zdecydowanym tonem.

Przestałam.

Spełniałam każde polecenie. Musiało być wyrażone bezpośrednio, w trybie rozkazującym, na przykład: „Nałóż szalik”, albo: „A teraz idź do łóżka”. Życzenie albo pytanie nie działało. Nie reagowałam na: „Chciałabym, żebyś nałożyła szalik” albo: „Dlaczego jeszcze nie leżysz w łóżku?”. Ale wobec rozkazu byłam bezsilna.

Gdyby ktoś kazał mi skakać na jednej nodze przez cały dzień, musiałabym to robić. A przecież skakanie na jednej nodze nie jest jeszcze takie najgorsze. Gdyby ktoś mi rozkazał, żebym odcięła sobie głowę, zrobiłabym to bez wahania.

Żyłam w stanie nieustającego zagrożenia.

Kiedy nieco podrosłam, nauczyłam się opóźniać spełnianie poleceń, ale każda chwila opóźnienia drogo mnie kosztowała. Z trudem łapałam oddech, miałam mdłości, kręciło mi się w głowie. Dłużej niż kilka minut nigdy nie wytrzymywałam, a i to było prawdziwą męką.

Miałam swoją dobrą wróżkę i mama poprosiła ją, żeby zdjęła ze mnie to zaklęcie. Ale dobra wróżka odpowiedziała, że tylko Lucynda może to zrobić. Dodała jednak, że kiedyś może uda mi się przełamać zaklęcie bez pomocy Lucyndy.

Nie miałam pojęcia, jak tego dokonać. Nie wiedziałam nawet, kto jest moją dobrą wróżką.

Nie byłam jednak wcale potulna. Przeciwnie, klątwa Lucyndy uczyniła ze mnie buntowniczkę. A może po prostu taka już się urodziłam?

Matka starała się unikać wydawania mi poleceń. Ojciec nie wiedział nic o zaklęciu, ale widywał mnie tak rzadko, że nie miał zbyt wielu okazji, by mi rozkazywać. Za to Amanda lubiła rządzić i wciąż wydawała mi jakieś polecenia. Nie były groźne i robiła to z dobrego serca, ale i tak wszystko się we mnie buntowało. „Ellu, ubierz się ciepło” albo: „Przytrzymaj tę misę, kochaneńka, a ja wbiję do niej jajka”.

Więc trzymałam tę misę, ale łaziłam z nią po całej kuchni, zmuszając Amandę do dreptania za mną. Nazywała mnie małą psotnicą i próbowała okiełznać innymi poleceniami, a ja wynajdywałam nowe sposoby, aby je jakoś obejść. Takie potyczki często długo trwały, a matka zaśmiewała się i podbechtywała każdą z nas.

W końcu robiłam jednak to, co mi Amanda kazała, albo ona sama zamieniała swoje polecenie na prośbę.

Czasami wydawała mi jakieś polecenie bez zastanowienia, a ja, wiedząc o tym, pytałam: „Czy muszę?”, żeby je przemyślała i wycofała.

Kiedy miałam osiem lat, przyjaźniłam się z Pamelą, córką jednej z naszych służących. Pewnego dnia kręciłyśmy się obie w kuchni, przyglądając się, jak Amanda robi marcepan. Kiedy kazała mi przynieść z piwnicy więcej migdałów, przyniosłam tylko dwa. Wtedy kazała mi pójść do piwnicy jeszcze raz, a ja to zrobiłam, ale i tym razem w taki sposób, żeby jej do końca nie zadowolić.

 

Porwałyśmy z kuchni trochę kandyzowanych owoców i uciekłyśmy do ogrodu. Pamela zapytała mnie, dlaczego nigdy nie robię dokładnie tego, co mi każe Amanda.

– Za bardzo lubi rządzić – odpowiedziałam. – Nie znoszę tego.

– Ja tam zawsze słucham się starszych – oświadczyła Pamela z wyższością.

– Bo nie musisz.

– Ależ muszę! Oberwałabym od ojca, gdybym nie posłuchała.

– Ze mną jest inaczej. Jestem pod działaniem zaklęcia.

Zabrzmiało to bardzo uroczyście i teraz ja poczułam się ważna. Zaklęcia nie były czymś pospolitym. Lucynda była jedyną wróżką, która ośmielała się rzucać je na ludzi.

– Jak Śpiąca Królewna?

– Może, ale ja nie muszę spać przez sto lat.

– Co to za zaklęcie?

Powiedziałam jej.

– I musisz być zawsze posłuszna? Zrobisz wszystko, co ci ktoś każe? Nawet ja?

Kiwnęłam głową.

– Mogę spróbować?

– Nie. – Tego nie przewidziałam, więc szybko zmieniłam temat. – Ścigamy się do bramy?

– Dobrze, ale rozkazuję ci przegrać.

– To ja się nie ścigam.

– Rozkazuję ci się ścigać i rozkazuję ci przegrać!

Pobiegłyśmy do bramy. Oczywiście Pamela była pierwsza.

Zrywałyśmy jagody. Musiałam oddawać Pameli najsłodsze, najbardziej dojrzałe. Bawiłyśmy się w księżniczkę i ogra. Musiałam być ogrem.

Po godzinie nie wytrzymałam i rąbnęłam ją w nos. Rozwrzeszczała się, ocierając krew.

Był to koniec naszej przyjaźni. Moja mama znalazła matce Pameli nową pracę z dala od Frell, miasta, w którym mieszkaliśmy.

Po ukaraniu mnie za użycie pięści mama wydała mi polecenie: mam nigdy nie mówić nikomu o tej klątwie. Ale i tak nigdy bym już tego nie zrobiła. Dostałam nauczkę.

Kiedy miałam prawie piętnaście lat, przeziębiłyśmy się razem z matką. Amanda przyrządziła nam swoją słynną leczniczą zupkę z marchewki, porów, selera i włosów z ogona jednorożca. Smakowała wyśmienicie, ale obie z mamą wzdrygałyśmy się na widok tych długich żółtobiałych włosów, plątających się między jarzynami.

Ojca jak zwykle nie było, więc piłyśmy wywar, siedząc w łóżku mamy. Gdy przebywał w domu, zabraniał mi nawet wejść do sypialni. „Nie lubię – mówił – jak mi się plączesz pod nogami”.

Wysiorbałam zupę z tymi okropnymi włosami, bo Amanda mi kazała, ale przez cały czas robiłam złośliwe miny do talerza i do pleców Amandy, kiedy wychodziła.

– Poczekam, aż trochę ostygnie – powiedziała mama.

A kiedy Amanda wyszła, powyciągała z zupy wszystkie włosy i wrzuciła je do pustej wazy.

Następnego dnia czułam się już dobrze, ale mama o wiele gorzej. Była tak słaba, że nie mogła ani pić, ani jeść. Mówiła, że w gardle ma ostry nóż, a w głowie rozbrykanego barana. Przykładałam jej mokre ręczniki do czoła i opowiadałam bajki. Stare, dobrze wszystkim znane bajki o wróżkach i elfach, ale trochę je pozmieniałam, więc od czasu do czasu udawało mi się mamę rozśmieszyć. Tyle że każdy śmiech kończył się okropnym kaszlem.

W końcu przyszła Amanda i kazała mi iść spać. Mama pocałowała mnie.

– Dobranoc. Kocham cię, moja najdroższa córeńko.

To były jej ostatnie słowa do mnie. Kiedy wychodziłam z sypialni, usłyszałam, jak mówi do Amandy:

– Nie jestem aż tak chora. Nie posyłaj po pana Petera.

Pan Peter to mój ojciec.

Następnego rana matka obudziła się, ale była nieprzytomna. Oczy miała szeroko otwarte i gawędziła z niewidzialnymi dworzanami, skubiąc nerwowo swój srebrny naszyjnik. Do mnie i do Amandy nie mówiła nic, jakby nas nie zauważała.

Natan, nasz służący, przyprowadził lekarza, który wyprosił mnie z pokoju mamy.

Korytarz był pusty. Doszłam do spiralnych schodów i zaczęłam schodzić, wspominając, jak obie z mamą zjeżdżałyśmy po poręczy. Oczywiście nigdy tego nie robiłyśmy, kiedy ktoś był w pobliżu. „Musimy zachować godność”, szeptała wówczas mama, zstępując po schodach wyjątkowo dostojnym krokiem. A ja, uradowana, schodziłam za nią, naśladując ją nieudacznie, bo byłam raczej niezdarą.

Kiedy jednak korytarz był pusty, uwielbiałyśmy z wrzaskiem zjeżdżać po poręczy. A potem wracałyśmy szybko na górę, by zjechać jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze...

Pchnęłam ciężkie frontowe drzwi i wyśliznęłam się na dwór, w jasność słońca.

Do starego zamku było daleko, ale bardzo chciałam wypowiedzieć pewne życzenie, a wierzyłam, że życzenia tam wypowiedziane mogą się naprawdę spełnić.

Zamek został opuszczony przez ludzi, kiedy król Gerald był chłopcem. Otwierano go tylko na specjalne okazje, takie jak uroczyste bale czy śluby. Berta utrzymywała, że tam straszy, a Natan mówił, że pełno w nim myszy. Ogrody pozarastały, ale Berta twierdziła, że drzewa kandelabrowe są obdarzone magiczną mocą.

Poszłam prosto do zagajnika świecowych drzew. Były to niewielkie drzewka, specjalnie przycinane i obwiązywane, aby nadać im kształt lichtarzy.

Żeby życzenie się spełniło, trzeba coś przyrzec. Zamknęłam oczy i pomyślałam.

– Jeśli mama szybko wyzdrowieje, będę dobra, nie tylko posłuszna. Będę się starała nie być taką niezdarą i nie będę wciąż droczyła się z Amandą.

Nie prosiłam, żeby mama nie umierała, bo nie wierzyłam, że jej życie jest zagrożone.

Rozdział drugi

– ...pozostawiając pogrążonego w żalu małżonka i córkę. Musimy ich wesprzeć i pocieszyć – zakończył wreszcie wielki kanclerz Thomas po prawie godzinnej przemowie.

Część mowy dotyczyła matki. W każdym razie słowa „szlachetna Eleanora” padały często, ale osoba, do której się odnosiły – obowiązkowa matka, wzorowa obywatelka, wierna małżonka – bardziej przypominała wielkiego kanclerza niż moją matkę. Część przemowy była poświęcona umieraniu, ale najwięcej było o wierności wobec Kyrii i jej władców, króla Geralda, księcia Charmonta i całej rodziny królewskiej.

Ojciec odnalazł moją dłoń. Jego była wilgotna i gorąca. Wolałabym stać razem z Amandą i resztą służby.

Wyrwałam rękę z jego uścisku i odsunęłam się o krok. Natychmiast się przysunął i znowu złapał mnie za rękę.

Lśniąca mahoniowa trumna była ozdobiona płaskorzeźbami wróżek i elfów. Ach, gdyby któraś z tych wróżek mogła ożyć, wyskoczyć z drewna i rzucić zaklęcie przywracające mamie życie! I drugie, dzięki któremu pozbyłabym się bliskiej obecności ojca. Może mogłaby to sprawić również moja dobra wróżka, ale nie miałam pojęcia, gdzie jej szukać.

Kiedy wielki kanclerz skończył, przyszła kolej na mnie. Miałam zamknąć trumnę, żeby można ją było opuścić do grobu. Ojciec położył mi dłonie na ramionach i popchnął do przodu.

Usta mamy były zaciśnięte i srogie, zupełnie inne od tych, które znałam. Twarz tak pusta, że aż straszna. Najgorsze jednak było skrzypienie wieka trumny i suchy trzask, kiedy opadło. I myśl o mamie, zamkniętej w tym pudle.

Nie mogłam już powstrzymać łez, które przełykałam przez cały dzień. Stałam tam przed całym dworem, rycząc jak małe dziecko. Nie mogłam się opanować.

Ojciec przytulił mnie do piersi. Mogło się wydawać, że mnie w ten sposób pociesza, ale on starał się tylko zatkać mi nos, żebym tak nie ryczała. W końcu mnie puścił, szepcząc ostro:

– Wynoś się stąd. Wróć, gdy się uspokoisz.

Choć raz z chęcią go posłuchałam. Puściłam się biegiem, ale zaraz zaplątałam się w ciężką czarną suknię i upadłam. Zanim ktokolwiek zdołał mi pomóc, wstałam, czując nieznośne pieczenie w kolanie i dłoni.

Największym drzewem w zagajniku była wierzba płacząca. Przedarłam się przez nisko zwisające gałązki i padłam na ziemię, zanosząc się szlochem.

Wszyscy mówili o „utracie matki”, ale ja jej nie utraciłam. Ona odeszła i wiedziałam, że nigdzie jej nie odnajdę. W żadnym innym mieście, w żadnym innym kraju, w Krainie Elfów czy w Jaskiniach Gnomów.

Już nigdy nie będziemy ze sobą rozmawiać, już nigdy nie będziemy się razem śmiać. Albo pływać w rzece. Albo ślizgać się po poręczy, czy przekomarzać z Bertą. Nigdy nie będziemy robić razem tysiąca rzeczy.

Wypłakałam się i usiadłam. Przód mojej sukni był okropnie zabrudzony. Amanda powiedziałaby: „Robisz z siebie widowisko”.

Nie wiedziałam, ile czasu upłynęło. Musiałam wracać. Tak mi polecił ojciec, a to okropne zaklęcie nakazywało mi być posłuszną.

Wynurzyłam się spomiędzy gałązek i ujrzałam księcia Charmonta, który odczytywał napis na jakimś grobowcu. Jeszcze nigdy nie znalazłam się tak blisko niego. Słyszał, jak płakałam?

Książę był tylko dwa lata ode mnie starszy, ale był o wiele wyższy, a stał zupełnie tak samo jak jego ojciec, na szeroko rozstawionych stopach, z rękami założonymi na plecach, jakby przyjmował defiladę poddanych z całego państwa. Był też podobny do swego ojca, choć jego rysom brakowało ostrości rysów króla Geralda. Obaj mieli pofalowane brązowe włosy i śniadą skórę. Nigdy nie znalazłam się tak blisko króla, by wiedzieć, czy on też ma tyle piegów na nosie, co było dość zaskakujące na tak ciemnej twarzy.

– Moja kuzynka – odezwał się książę, wskazując na płytę nagrobną. – Nigdy jej nie lubiłem. Ale bardzo lubiłem twoją matkę.

I ruszył w stronę jej grobu.

Czyżby oczekiwał, że pójdę za nim? I czy miałam zachować odpowiedni dystans, podążając za jego królewiczowską wysokością?

Poszłam za nim, zachowując taką odległość, że między nami mógłby przejechać powóz. Książę zwolnił kroku i trochę się do mnie przybliżył. Dostrzegłam, że on też płakał, choć trzymał się prosto i nie był tak ubabrany jak ja.

– Możesz do mnie mówić Char – powiedział nagle. – Wszyscy tak mnie nazywają.

Mogę?! Szliśmy dalej w milczeniu.

– Mój ojciec też do mnie mówi Char – dodał.

Król!

– Dziękuję – wyjąkałam.

– Dziękuję, Char – poprawił mnie. – Twoja matka często mnie rozśmieszała. Raz, na jakiejś uczcie, kanclerz Thomas wygłaszał mowę. Mówił i mówił, a twoja matka puściła w obieg serwetkę. Kiedy dotarła do twojego ojca, natychmiast ją zmiął, ale zdążyłem rzucić na nią okiem. Skraj serwetki był tak pozaginany, że przypominał profil kanclerza, z otwartymi ustami i tym jego wystającym podbródkiem. Gdyby miał skórę niebieską jak ta serwetka, byłby to jego wierny portret. Nie mogłem wytrzymać i wyleciałem z sali jeszcze przed ucztą, żeby się swobodnie wyśmiać.

Byliśmy już w połowie drogi. Zaczęło padać. Z oddali dostrzegłam tylko jedną postać stojącą przy grobie matki. Ojciec.

– Dokąd wszyscy poszli? – zapytałam.

– Odeszli, zanim zacząłem cię szukać – odpowiedział Char. – Chciałaś, żeby na ciebie zaczekali?

Wyczułam nutę niepokoju w jego głosie, jakby to była jego wina, że ich nie zatrzymał.

– Nie, wcale nie chciałam, żeby ktokolwiek na mnie czekał – odpowiedziałam, mając na myśli również ojca.

– Wiem o tobie wszystko – oświadczył po chwili Char.

– Naprawdę? Skąd?

– Nasze kucharki spotykają się na targu. Wasza o tobie opowiada. – Spojrzał na mnie z ukosa. – A ty dużo wiesz o mnie?

– Nie. – Amanda nigdy mi o nim nie mówiła. – A co o mnie wiesz?

– Wiem, że potrafisz naśladować innych ludzi, tak jak pani Eleanora. Raz tak świetnie naśladowałaś waszego służącego, że zgłupiał i nie wiedział, kto właściwie jest służącym, ty czy on. Wymyślasz bajki, wszystko ci wylatuje z rąk i często potykasz się o różne rzeczy. Kiedyś stłukłaś cały serwis.

– Pośliznęłam się na lodzie!

– Na kostkach lodu, które przedtem sama rozsypałaś.

Roześmiał się. W jego uśmiechu nie było jednak drwiny, raczej szczere rozbawienie i podziw.

– To był wypadek – zaprotestowałam, ale sama się uśmiechnęłam, choć byłam jeszcze trochę roztrzęsiona po płaczu.

Podeszliśmy do ojca, który się ukłonił.

– Wasza książęca wysokość, dzięki za dotrzymanie towarzystwa mojej córce.

Char również się skłonił.

– Chodź, Eleanoro – powiedział ojciec.

Eleanoro. Nikt mnie jeszcze tak nie nazwał, choć tak brzmiało moje prawdziwe imię. Eleanorą była zawsze moja matka. I zawsze nią będzie.

– Ella. Jestem Ella – oświadczyłam.

– A więc niech będzie Ella. Jedziemy, Ellu.

Skłonił się jeszcze raz przed księciem i wspiął się po stopniach do powozu.

 

Musiałam z nim jechać. Char wyciągnął rękę, żeby mi pomóc wsiąść do powozu. Nie wiedziałam, czy chwycić tę rękę, czy pozwolić mu, by podtrzymał mnie za łokieć. Podźwignął mnie za przedramię, a ja musiałam oprzeć się drugą ręką o bok powozu, żeby odzyskać równowagę. Kiedy zatrzasnął drzwiczki, podciągnęłam suknię i rozległ się głośny trzask rozdzieranej tkaniny. Ojciec skrzywił się. Spojrzałam przez okienko – Char znowu się śmiał. Obejrzałam rozdarcie. Miało z sześć cali. Nawet Berta nie zdoła tego zszyć tak, żeby nie było śladu.

Wcisnęłam się w kąt, jak najdalej od ojca. Patrzył przez okno.

– Piękna uroczystość. Przyszło całe Frell, w każdym razie wszyscy, którzy się liczą – powiedział, jakby pogrzeb matki był jakimś turniejem czy balem.

– Wcale nie była piękna. Była okropna.

Bo niby jak pogrzeb matki mógłby być piękny?

– Książę okazał ci uprzejmość.

– Lubił mamę.

– Twoja matka była piękną kobietą. – W jego głosie zabrzmiał żal. – Bardzo mi przykro, że umarła.

Natan trzasnął z bicza i powóz ruszył.