Dwie księżniczki z BamarryTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział szósty

Przez resztę dnia trzęsłam się i popłakiwałam. Na szczęście widma nigdy nie wchodziły do budynków, bo w przeciwnym razie podejrzewałabym każdego służącego i elfa, których nie znałam zbyt dobrze.

Nie spuszczałam Meryl z oczu i o zmroku była już zniecierpliwiona. Siedziałyśmy w naszej komnacie, a ona próbowała wymyślić plan bitwy dla czterdziestu rycerzy przeciwko grupie siedmiu ogrów. Ja trzymałam na kolanach tkaninę od Rhysa i głaskałam ją w zamyśleniu.

– Addie! Przestań się zamartwiać. Nie mogę się skupić.

– Nic nie robię.

– Mniej więcej co minutę drżysz, a później spoglądasz na mnie.

Sam jej widok mnie uspokajał. Byłam zwrócona w stronę jej profilu, jej upartej, kwadratowej szczęki i zadartego nosa. Pochylała się nad naszym niewysokim stołem, a palcem u stopy wystukiwała rytm na plecionym dywaniku. Przy jej łokciu stała lampka oliwna, widziałam też plamę atramentu na jej palcu i drugą na rękawie.

– Muszę to wymyślić. Posłuchaj, Addie. – Podniosła wzrok. – Jeśli teren jest nierówny, a ogry rzucają kamieniami, co powinni zrobić rycerze, żeby się obronić?

– Odjechać galopem?

– Powinnam wiedzieć, że ciebie nie ma sensu pytać.

Znów pochyliła się nad zeszytem.

Do czwartku moje przerażenie znikło. Zastąpiła je ekscytacja na myśl o wręczeniu prezentu Rhysowi. Martwiłam się jedynie, że może padać. Ale tak się nie stało, choć dzień był pochmurny.

Kiedy dotarłyśmy do ogrodu, już tam był. Schowałam poduszkę za plecami, żeby jej nie zobaczył.

Podbiegł do nas i ukłonił się.

– Księżniczki, panno Bello, tak się...

– Mamy dla ciebie prezenty. – Meryl dygnęła.

Cofnął się o krok.

– Nie chcę...

– Może istnieć prawo, które nie pozwala odrzucać królewskich prezentów – zauważyła Meryl.

Wydawał się zaskoczony.

– Ja nie... – Znów się ukłonił. – Będę zaszczycony, mogąc przyjąć od was prezenty.

– Ty pierwsza, Bello – poleciła Meryl.

Guwernantka podała swój prezent i stała sztywno w oczekiwaniu.

Rhys ułożył serwetkę na otwartych dłoniach.

– Jest tak misterna.

Bella uśmiechnęła się z zadowoleniem.

– Będę ją cenił, panno Bello. – Złożył ją ostrożnie i schował do sakiewki u pasa.

Wyciągnęłam swój prezent. Nigdy wcześniej nie czułam się tak nieśmiała.

– Mam nadzieję, że ci się podoba.

Popatrzył na poduszkę.

– To scena z Drualta, prawda? Jest o wiele mniejszy od ogrów, jednak widzę, że je pokona. Świadczy o tym jego postawa, pewność siebie. – Podniósł wzrok. – Jak to osiągnęłaś?

Wzruszyłam ramionami, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

– A mina tego ogra! – Rhys się roześmiał. – Głupi, wściekły i przebiegły jednocześnie. Jesteś czarodziejką igły, księżniczko Addie.

– To prawdziwa magia – zgodziła się Meryl.

– Jej wysokość jest doskonałą hafciarką – stwierdziła sztywno Bella.

Wszyscy uśmiechali się do mnie.

– Teraz kolej Meryl. – Czułam się niezręcznie, gdy skupiała się na mnie cała uwaga.

– Nie tutaj. – Znajdowaliśmy się na najbardziej uczęszczanej ścieżce w ogrodzie. – Chodźmy na stary dziedziniec.

Pokiwałam głową. Tam nikt nam nie przeszkodzi.

Meryl szła przodem i mówiła przez ramię:

– Zamierzam coś ci zadeklamować. Jestem w tym bardzo dobra.

– Jest wspaniała – szepnęłam.

Stary dziedziniec znajdował się po północnej stronie zamku i otaczały go winorośle. Z pęknięć w bruku wyrastała trawa, a fontanna już nie tryskała. Drewniana ławka, kiedyś pomalowana, teraz była szara.

Meryl ustawiła się przed fontanną. Rhys gestem wskazał mi ławkę. Bella usiadła obok mnie, a on stanął po mojej drugiej stronie. Czułam jego obecność przez cały czas, kiedy Meryl mówiła.

– Wyrecytuję bitwę Drualta ze smoczycą Yune. Najpierw poznajemy smoczycę, a później Drualta, choć bohatera spotkaliśmy już wcześniej.

Odetchnęła głęboko i zaczęła mówić:

Oddech ognisty,

Zębiska ostre, wulkaniczna ślina;

Podbrzusze miękkie,

Kolcami otoczone,

Z nich trucizna spływa.

Cierpliwa, nieubłagana,

Niczym piach pustyni,

Gorącą śmierć zadaje

Gorzkimi kęsami...

Smoczyca Yune.

Meryl była mistrzynią tradycyjnych intonacji i gestów bamarskiej recytacji. Jej głos trzaskał z zębami smoczycy i świszczał z jej ogonem. Tak naprawdę stawała się smokiem. Kiedy wspomniała o podbrzuszu Yune, wypięła własny brzuch i pogłaskała go.

– Teraz poemat opisuje Drualta.

Bez łusek i ogona bicza,

Z twarzą świetlistą jeno,

Latarnią w walce.

Mężczyzna, roześmiany,

Wysoki pośród mężów,

Wojownik Drualt.

– Z powrotem do smoczycy.

Yune skarbiec –

Rycerskie kości,

Do bieli obgryzione;

Panieńskie kości,

Do czerni wypalone;

Brosza rubinowa;

Tiara diamentowa;

Pantofel złoty damy –

Yune skarbiec,

Wysoki niby wieża.

– Znów Drualt.

Drualta armia –

Wyzwanie, jego rumak.

Krwawiciel, jego sztylet.

Krwiożerca, jego miecz;

Drualta pewne nogi,

Podstawa i Towarzysz;

Drualta mocarne ręce;

Obrońca i Cios.

Drualta armia,

Ścięgno i stal.

Deklamacja Meryl przykuwała uwagę. Nigdy nie była lepsza. Przedstawianie postaci trwało jeszcze przez kilka minut, po nim nastąpiło wyzwanie i szydercza odpowiedź Yune. Później bohater i potwór walczyli na pustyni przed jaskinią Yune.

Yune chmurę wypuściła

Oparu gęstego,

Gorzkiego niczym żółć.

Chmura objęła

Drualta armię.

Wewnątrz chmury

Wyzwanie potknął się

I krztusił.

Kopyta biły dym.

Drualt, roześmiany,

Usłyszał Yune śmiech.

Uniósł Krwiożercę, a

Miecz bielą płonący wyciął

Tunel, słoneczny szyb

Do czystego powietrza

I, niewidzialnie,

Do Yune.

Obok mnie Bella poruszała wargami w rytm słów Meryl. Spojrzałam na Rhysa. Pochylił się do przodu, skupiony, i kiwał głową.

Meryl recytowała dalej. Drualt wykorzystał chmurę jako osłonę, by dostać się pod skrzydło Yune. Dźgnął ją w podbrzusze i ranił. Walczyli godzinami i każde zostało ranne kilka razy. Później szczęście opuściło Drualta. Spadł z wierzchowca, a Krwiożerca wypadł mu z ręki. Zanim zdążył odzyskać miecz, płomień Yune go stopił.

Meryl wyglądała blado i wydawało mi się, że dostrzegłam przeszywający ją dreszcz. To ją wyczerpuje, pomyślałam, i zastanawiałam się dlaczego. Ale jej głos był spokojny, głębszy i bogatszy niż zwykle.

Drualt wiedział, że jedynie przebiegłość może go ocalić. Pobiegł do skarbu Yune, choć ogień lizał mu pięty, i zanurkował w nim. Yune stłumiła płomień, bo nie chciała uszkodzić swoich skarbów. W poszukiwaniu Drualta szarpała pazurami stertę kości i klejnotów.

Pośród zatęchłej,

Smrodliwej sterty

Dłoń Drualta żywa

Miecz odnalazła

Martwego bohatera

Arkula. Szpony Yule

Szarpały gnijącą stertę

I prawie wybiły bystre

Drualta oko prawe.

Szpon odnalazł jednak

Drualta ramię spalone.

Smoczyca wrzasnęła z triumfem:

„Mój teraz jesteś. Mój!

Mój, by spalić, mój, by upiec,

Mój, by zabić”.

Drualta więc uniosła.

I w tej drodze w górę

Ku zagładzie

Drualt ciął Krwawicielem

Miękkie ciało Yune

I wbił...

Meryl przerwała, zaczęła dyszeć i złapała się za bok. Podskoczyłam wraz z Bellą. Rhys zrobił krok w jej stronę.

Uniosła rękę.

– Nic mi nie jest.

...wbił Arkula miecz

Długi i starożytny

W kamienne serce Yune.

Recytacja się zakończyła. Meryl zaczęła dygać, straciła równowagę i prawie się przewróciła. Powstrzymała się jednak i dokończyła ukłon. Stała i uśmiechała się.

Uśmiech był wymuszony, pomyślałam, zbyt szeroki, by był prawdziwy.

Rhys klaskał głośno, teatralnie. Ja też wstałam i zaklaskałam. Podobnie Bella, ale marszczyła czoło. Obie wiedziałyśmy, że Meryl zazwyczaj recytowała do końca smoczych zwrotek, przez upadek Yune, uniknięcie uduszenia przez Drualta, aż po jego ponowne spotkanie z wierzchowcem, Wyzwaniem. Zawsze upierała się, że bitwa kończyła się dopiero wtedy, gdy każda niepewność została wyjaśniona.

– Cudownie! Wspaniale! – Rhys wciąż klaskał. – Nigdy nie słyszałem, by ktoś robił to tak dobrze.

– Dziękuję.

Meryl osunęła się na ławkę.

Z twarzy Rhysa zniknął zachwyt, zastąpił go niepokój.

Musiała się przeziębić, pomyślałam, siadając obok siostry.

– Powinnaś odpocząć w swojej komnacie – poradziła Bella. – Dzień jest taki ciepły... i ten wysiłek...

– Nie jestem zmęczona. Recytowanie zawsze dodaje mi energii. Przecież wiesz.

Ale nadal siedziała. Zwykle po zakończeniu deklamowania prawie przeskakiwała nad koronami drzew.

– Teraz moja kolej na zabawianie. – Rhys wciąż wydawał się zmartwiony. – Uczniowie nie powinni tego robić, ale... – Uśmiechnął się tęsknie. – Nie umiem się powstrzymać.

Zajął miejsce Meryl przy fontannie.

– Mogę wykorzystać te chmury.

 

Wyjął złotą różdżkę i wycelował ją w górę...

I znaleźliśmy się we mgle tak gęstej, że kiedy spojrzałam w dół, moje ręce niknęły w niej powyżej łokcia.

Usłyszałam głos Rhysa:

– Nie. Nie.

Mgła znikła i nad fontanną unosiła się zgrabna chmurka. W jej wnętrzu rozległ się grzmot – cichszy i przyjemniejszy niż zwykłe dudnienie. Był to grzmot małej chmurki, bez błyskawic, ale z rytmem, ta-dam dam, ta-dam dam. Chmura pulsowała w swoim rytmie, tańcząca chmura.

Uśmiechnęłam się. Meryl, wsparta na moim ramieniu, również się uśmiechała. Spojrzałam na Bellę, ale jej twarz była pozbawiona wyrazu. Jej nie dawało się tak łatwo do siebie przekonać.

Rhys znów uniósł różdżkę. Obok dudniącego krewniaka zawisł strzępek chmury. Rhys wskazał różdżką na strzępek, który zaczął falować jakby na silnym wietrze. Usłyszeliśmy wiatr, najpierw głośne SZSZSZ, później ciche szszsz, głośne SZSZSZ, ciche szszsz.

Ta-dam dam, SZSZSZ, ta-dam dam szszsz, ta-dam dam, SZSZSZ.

Rhys znów zwrócił różdżkę w stronę małej chmurki, a wtedy zaczął z niej padać deszcz. Krople uderzały o bruk z wysokim metalicznym stukotem, niskim siorbiącym pluskaniem, ostrym brzękiem i miękkim łoskotem, tworząc muzykę, zabawną bulgoczącą muzykę.

Śmiałam się z Meryl, a Bella się uśmiechała. Odkryłam, że kołyszę się w rytm chmur, a Meryl dyrygowała palcem.

Później Rhys zaczął śpiewać, co jeszcze spotęgowało wesołość. Jego głos prześlizgiwał się po całej skali, to śpiewał falsetem, to basem.

– Dziękuję wam za prezenty – śpiewał. – Dziękuję, księżniczko Meryl, za recytację, i dziękuję, panno Bello, za serwetkę, i dziękuję, księżniczko Addie, za poduszkę. Dziękuję, że jesteście moimi przyjaciółkami.

Uniósł różdżkę i muzyka osiągnęła szalone crescendo. Później machnięciem odesłał chmury z powrotem na niebo. Ukłonił się.

Klaskałyśmy, aż zapiekły mnie dłonie. Spodziewałam się, że Meryl będzie go wychwalać, ale milczała. Odezwałam się więc:

– To było czarowne, nie sądzisz, Meryl?

Pokiwała głową i uśmiechnęła się, po czym wstała.

– Jestem zmęczona. Bello, chciałabym...

– Wybacz nam, Rhysie. – Bella aż podskoczyła. Objęła Meryl ramieniem. – Musiała się przeziębić. Odpoczynek będzie najlepszym lekarstwem.

– Dziękuję za rozrywkę. – Meryl dygnęła i odwróciła się, by odejść.

Ja też się odwróciłam.

– Zaczekaj, księżniczko Addie – poprosił Rhys. – Czy mogłabyś zostać chwilę dłużej?

Zarumieniłam się i pokiwałam głową. Cieszyłam się, a jednocześnie zastanawiałam, co ma mi do powiedzenia.

Bella i Meryl odeszły, ale on się nie odzywał. Odprowadzał je wzrokiem. Kiedy znikły za winoroślą, odwrócił się do mnie, a w oczach miał łzy.

– Niektórzy z was umierają tak młodo. – Spojrzał w niebo. – Rozmawiałem o tym z Ornem, moim nauczycielem, ale on powiedział jedynie: „Żyją krótko. Taki jest ich los”. – Rhys pokręcił głową. – Brak mu współczucia. Twoja siostra... – Znów przerwał. – Och, księżniczko Addie. Nie chcę tego mówić...

– Co? – Podniosłam głos. – Co?

– Zaczęło się dzisiaj. Wczoraj jeszcze tego nie miała. Tak się dzieje. Księżniczka Meryl... cierpi na Szarą Śmierć.

Rozdział siódmy

– Meryl? – Zmusiłam się, żeby się roześmiać. – Dziś rano pobiegła z komnaty do stajni, a później przez godzinę jeździłyśmy konno.

– Widziałem to aż za często. Mieszkałem w wiosce...

Meryl miała Szarą Śmierć? Nieprawda. Nie Meryl!

– To niemożliwe – powiedziałam spokojnie. – Nie znasz jej. Meryl jest ostatnią osobą, która mogłaby zachorować. Jest zbyt silna. Nie zgodziłaby się na nią. – Podniosłam głos. – A skąd ty w ogóle mógłbyś wiedzieć? Nie jesteś elfem. Nie jesteś nawet...

– Widziałem setki chorych.

Wziął mnie za ręce. Wyrwałam je.

– Nie jest chora. Sam zobaczysz.

Pobiegłam do zamku. Nie mogła być chora. Zamierzałam znaleźć Miltona, a on powie mi, że wszystko jest w porządku.

W infirmerii nie było Miltona, jedynie dwa elfy, których nie znałam zbyt dobrze. Usłyszałam imię Meryl, ale to nic nie znaczyło.

Bella stała w korytarzu przed komnatą Meryl i płakała. Minęłam ją i otworzyłam drzwi.

Meryl siedziała na łóżku w koszuli nocnej, na kolanach trzymała Krwiożercę. Na jej widok poczułam się spokojniejsza. Wyglądała jak zawsze. Była Meryl – tyle że w łóżku wczesnym popołudniem.

Milton układał zawilce w wazonie na stoliku przy łóżku. Zawilce! Kwiaty umierających. Podbiegłam do niego i wyrwałam mu je z dłoni.

– Ona ich nie potrzebuje!

Podeszłam do okna, uchyliłam je i wyrzuciłam kwiaty.

– Milton mówi, że cierpię na Szarą Śmierć.

Odwróciłam się. Widziałam jej strach. Oczy miała szeroko otwarte. Ale ona nigdy się nie bała.

Podbiegłam do niej.

– Milton się myli. – Spiorunowałam go wzrokiem. – Przestraszyłeś ją.

Mnie nie przestraszył. Ona nie zachorowała.

Elf spojrzał mi w oczy, a ja nigdy w życiu nie widziałam tak smutnego wzroku.

Usiadłam na łóżku i mocno uścisnęłam Meryl.

– Krwiożerca wydaje się tak ciężki, Addie. – Przekręciła miecz na kolanach.

Niemożliwe!

– Jesteś zmęczona. I tyle. Coś cię boli?

Potrząsnęła głową.

– Kiedy Milton powiedział, że to Szara Śmierć, też mu nie uwierzyłam. Sięgnęłam po Krwiożercę, żeby udowodnić, że się mylił. Chciałam mu pokazać, jak walczę. Ale ledwie udało mi się zdjąć Krwiożercę z półki nad kominkiem. – Zaśmiała się chrapliwie. – Jak będę zabijać potwory i bronić Bamarry, skoro nie mogę unieść miecza?

– Będziesz zabijać potwory – powiedziałam. – Zabijesz setkę potworów. Jeśli to rzeczywiście Szara Śmierć, możesz z nią walczyć i zwyciężać.

Znów się zaśmiała – a może załkała.

– To nie ja powinnam zachorować. Ja miałam znaleźć lekarstwo.

– Jeśli będziesz walczyć z chorobą i zwyciężysz, w ten sposób odnajdziesz lekarstwo.

Jak mogła być taka chora? Wpatrywałam się w jej twarz. Nie umiałam powiedzieć, co myśli. Zwykle to potrafiłam, ale w tej chwili nie.

Nie mogła mieć Szarej Śmierci.

Przez otwarte okno wpadł ciepły podmuch, a razem z nim okrzyki dzieci służby bawiących się w ogrodzie.

– Addie, dziś rano w stajni, zanim przyszłaś, odezwałam się ostro do jednego ze stajennych. On jedynie trochę zwlekał. Ty byś go nigdy nie złajała. Gdybym była bardziej życzliwa... – Przerwała, a po chwili znów zaczęła mówić: – Czy myślisz, że gdybym była bardziej życzliwa, Szara Śmierć zostawiłaby mnie w spokoju?

Potrząsnęłam głową, niezdolna się odezwać. W końcu powiedziałam:

– To nie twoja wina, że jesteś chora... – Powtórzyłam: – To nie twoja wina i wcale nie chorujesz.

Do środka weszli ojciec i Rhys, a za nimi Bella. Dygnęłam. Milton się ukłonił.

– Dzień dobry, ojcze – powiedziała Meryl.

Podszedł do łóżka ze swoją zwyczajową godnością, a jego twarz była równie spokojna jak zawsze.

Co znaczyło, że to nie może być prawda. Gdyby to była prawda, podbiegłby do niej. Byłby zrozpaczony. Nawet on byłby.

– Córko... Meryl. – Odwrócił się do Miltona. – Jesteś pewien?

– Tak, panie. To Szara Śmierć.

Ojciec wyjął z kieszeni płaszcza niedużą wytartą książkę. Była to jego nieodłączna towarzyszka, ukochana doradczyni.

Powiedział:

– Skonsultowałem się z Księgą prostych prawd. – Otworzył ją i przeczytał: – „Półśrodki nie oczyszczą wrzodu”. W przeszłości wysyłałem emisariuszy na poszukiwanie lekarstwa na Szarą Śmierć. Proste prawdy mówią mi, że to nie wystarczy. Muszę wyruszyć sam.

Nie byłam pewna, czy dobrze usłyszałam. Ojciec nigdy nie odważył się oddalić zbytnio od zamku Bamarra.

– Córko...

– Tak, ojcze?

Wyciągnął rękę, by ją dotknąć, ale zaraz ją cofnął.

– Żegnaj. Wyruszę rankiem. Chodź, Rhysie.

Skierował się w stronę drzwi.

Rhys popatrzył na Meryl, a później na mnie. Ukłonił się i podążył za naszym ojcem.

Kiedy tylko drzwi się zamknęły, Bella pospieszyła do Meryl.

– Wskakuj pod kołdrę! Przeziębisz się.

Próbowała traktować Szarą Śmierć, jakby to było przeziębienie. To sprawiło, że poczułam w oczach łzy, a wraz z nimi uwierzyłam. Meryl zachorowała na Szarą Śmierć. Wybiegłam z komnaty.

W korytarzu nadeszła powódź. Poszłam do swojej komnaty, która znajdowała się tuż obok, i z łkaniem rzuciłam się na łóżko.

Widziałam tysiąc obrazów Meryl – Meryl ćwicząca szermierkę, Meryl galopująca na Zgubie, Meryl skupiona nad podręcznikami strategii, Meryl słuchająca moich zwierzeń, Meryl pocieszająca mnie, Meryl opowiadająca mi historie, Meryl ratująca mnie przed widmem. Meryl silna, Meryl pewna siebie, Meryl dzielna. Meryl.

Płakałam bardzo długo, ale w końcu przestałam. Zmusiłam się do przełknięcia łez i oddychania powoli, głęboko. Nie zamierzałam jej opłakiwać, jakby już była martwa, skoro przecież nie miała umrzeć.

Będzie walczyć z Szarą Śmiercią i zwycięży.

Albo ojciec odnajdzie lekarstwo.

Pamiętałam starożytną przepowiednię: Szara Śmierć zostanie uleczona, kiedy tchórze odnajdą odwagę, a na całą Bamarrę spadnie deszcz. Wydawało się, że ojciec odnalazł odwagę, więc może ta druga część też stanie się prawdą.

Była nadzieja. Chmury nie rozwiały się od czasu recytacji Meryl. Chmury mogły się zbierać nad całą Bamarrą. Mógł nadchodzić deszcz.

A Meryl była tak silna i pełna życia. Czemu nie mogłaby pokonać Szarej Śmierci?

Zastanawiałam się, co się stało z Triną, choć to nie miało znaczenia. Trina nie była Meryl.

Zaśmiałam się gorzko. Całe lata martwiłam się, że Meryl opuści Bamarrę i zginie. Nigdy nie pomyślałam, że mogłaby pozostać w domu i też zginąć.

Rozdział ósmy

Tamtej nocy nie spałam. Nasłuchiwałam deszczu, znów płakałam i nie mogłam się powstrzymać.

W końcu nadszedł świt. Żadnego deszczu, ale niebo wciąż było zachmurzone.

Ubrałam się i pospieszyłam na dół, by pożegnać ojca. Ale na dziedzińcu zobaczyłam jedynie zaspanego chłopaka z miotłą. Poinformował mnie, że król Lionel właśnie zasiadł do śniadania.

Dlaczego zwlekał? Meryl nie mogła czekać. Pobiegłam do sali bankietowej i stanęłam w drzwiach. Ojciec tam był, przeżuwał powoli i powoli kiwał głową w odpowiedzi na słowa doradcy po lewej.

Obróciłam się na pięcie i pobiegłam do stajni. Wszędzie kręcili się stajenni. Jeden siodłał rumaka należącego do ojca. Kilkunastu rycerzy zajmowało się swoimi końmi i wydawało polecenia giermkom.

Nieco uspokojona, powróciłam do zamku. Meryl wciąż spała, choć zawsze budziła się przed siódmą, a teraz była już prawie ósma. Milton siedział na niebieskim krześle i robił na drutach. Przywitał mnie skinieniem głowy. Usiadłam w oknie.

Co kilka minut spoglądałam z góry na dziedziniec, by zobaczyć, czy ojciec już wyszedł. Zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zmienił zdania.

O dziewiątej trzydzieści Meryl otworzyła oczy. Uśmiechnęła się do mnie, po czym przypomniała sobie, że jest chora. Przestała się uśmiechać i zacisnęła powieki. Otworzyła je ponownie i patrzyła szeroko otwartymi oczyma, ze złością. Widziałam tę minę tysiące razy, w odpowiedzi na złe wieści o potworach, głupie zasady Belli, tchórzostwo ojca. Ale nigdy wobec mnie.

Wstałam, żeby do niej podejść, ale potrząsnęła głową.

– Zostaw mnie, Addie.

Znów usiadłam.

– Nie, chodziło mi o to, żebyś sobie poszła. Milton ze mną zostanie.

Dlaczego była na mnie zła? Ruszyłam w stronę drzwi.

– Addie?

Odwróciłam się z nadzieją.

– Milton po ciebie przyjdzie, kiedy będziesz mogła wrócić.

Poszłam do swojej komnaty. Takie odesłanie sprawiło, że poczułam się jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Wyglądałam przez okno, ale dziedziniec był pusty. Co jakiś czas wpadałam na pomysł, żeby władować się do sypialni Meryl i odmówić wyjścia.

W końcu, niedługo przed południem, ojciec i jego rycerze zaczęli się zbierać. Zbiegłam na dół, ciesząc się, że mogę coś zrobić.

Zaskoczyło mnie, że ojciec zabierał jedynie piętnastu rycerzy. Powinien wziąć przynajmniej batalion. Nie, aby ocalić Meryl, powinna wymaszerować cała armia, każdy rycerz, każdy łucznik, każdy pikinier.

Rycerze robili hałas i zamieszanie – brzęk pancerzy, parskanie i tupanie koni. Pośrodku tego wszystkiego ojciec siedział spokojnie na swoim koniu i patrzył na ziemie poza zwodzonym mostem. Był w pełnej zbroi, choć hełm trzymał na kolanach.

 

Ruszaj, pomyślałam. Jedź. Zmarnowałeś dość czasu.

Zebrał się niewielki tłum. Był tam Rhys, czekał w pobliżu grupki doradców ojca. Podeszłam do niego, a on jak zwykle się ukłonił.

Dygnęłam, a później odezwałam się tak cicho, by tylko on mógł mnie usłyszeć.

– Wiesz, dokąd wybiera się ojciec?

– Słyszałem, jak mówił, że najpierw uda się do królowej elfów, gdyż ona zna leki na liczne dolegliwości.

Ale to nie miało sensu. Gdyby królowa Seema znała lekarstwo na Szarą Śmierć, powiedziałaby o nim swoim elfim pielęgniarkom. Co ważniejsze, główna droga na wschód do jej zamku była najlepsza i najbezpieczniejsza w całej Bamarze. Jeśli ojciec w ogóle znalazł odwagę, to tylko w niewielkim stopniu.

Zobaczył mnie i przywołał gestem. Podeszłam, uchylając się po drodze przed wierzgającym ogierem.

– Do widzenia, córko. Jak nam mówi Księga prostych prawd: „Odejście jest nowym początkiem dla tych, którzy odchodzą, i dla tych, którzy zostają z tyłu”. Oby tak się stało.

– Żegnaj, ojcze. Oby towarzyszył ci sukces.

Ocal Meryl. Ocal mnie.

Włożył hełm i spiął konia. Jego rycerze zajęli miejsca za nim. Wyruszyli. Wpatrzyłam się w niebo z nadzieją, że zobaczę gęstniejące chmury.

Kiedy ojciec i jego rycerze przeszli po zwodzonym moście, wróciłam do zamku w towarzystwie Rhysa. Od kilku godzin nie byłam u Meryl. Z pewnością teraz mnie już wpuści.

Rhys nic nie mówił, ale wyczuwałam jego smutek.

– Meryl nic nie będzie – powiedziałam. – Odzyska siły albo ojciec znajdzie lekarstwo.

Rhys nadal milczał.

Zatrzymałam się.

– Nie możesz czegoś dla niej zrobić? Jesteś czarodziejem.

– Och, księżniczko Addie!

– Nie ma jakiejś magii, która uczyniłaby ją silniejszą albo osłabiła Szarą Śmierć?

Pokręcił głową. Wyglądał jak głupiec, tak nią potrząsając. Po co w ogóle byli czarodzieje? Znów ruszyłam, tym razem szybciej.

Bez trudu dotrzymywał mi kroku.

– Nie mamy dość mocy. Jedynie wróżki ją mają.

– Wiem – szepnęłam. Żałowałam, że sprawiłam mu przykrość.

Przez minutę żadne z nas się nie odzywało. Później Rhys powiedział:

– Król Lionel polecił, bym przylatywał do niego każdego dnia do chwili, kiedy będę musiał się udać do naszej cytadeli. – Po czym dodał: – Odbywa się tam ceremonia dla uczniów. Żałuję, że to już tak niedługo.

– Kiedy nas opuścisz?

– Za tydzień. Nie będzie mnie przez dziewięć dni. – Otworzył przede mną drewniane drzwi na klatkę schodową. – Aż do tego czasu król będzie każdego dnia informował mnie o swoich postępach, a ja mam przekazywać wieści jego radzie. – Przerwał.

Podniosłam wzrok.

Rumienił się.

– I tobie też.

Rumieniec go zdradził. Ojciec nigdy o mnie nie pamiętał, jeśli nie przypomniały mu o tym Proste prawdy.

– Musisz się udać do cytadeli? – spytałam bez zastanowienia.

– Tak. Muszę.

– Nie możesz się spóźnić? – błagałam.

To było zawstydzające, ale teraz, kiedy Meryl zachorowała i mnie odrzuciła, potrzebowałam kogoś, by... mnie chronił? Znów poczułam łzy w oczach. Byłam takim tchórzem. Jak ojciec.

– Nie mogę się spóźnić – odparł Rhys. – Zostanę tam przyciągnięty, niezależnie od własnych chęci.

– Aha.

Resztę drogi przeszliśmy w milczeniu. Zastanawiałam się, czy Meryl nadal jest na mnie zła.

Kiedy dotarliśmy do jej komnaty, zawahałam się. A jeśli wciąż nie chce mnie widzieć? Zapukałam.

– Wejdź. – Jej głos brzmiał wesoło.

Najpierw zobaczyłam Bellę, siedzącą na czerwonym krześle przy kominku. Później Meryl. Była ubrana i stała w nogach łóżka. Milton stał kilka stóp od niej, z Krwiożercą w ręku. Meryl wyciągnęła do mnie ręce, a ja podbiegłam do niej.

– Przepraszam, Addie – szepnęła w moją szyję. – Byłam za bardzo zła, żeby przebywać z kimś zdrowym. Już cię więcej nie odeślę. Poza tym nie będę długo chora. – Odchyliła głowę do tyłu. – Coś sobie uświadomiłam.

Spojrzałam na nią z góry.

Jej oczy błyszczały.

– To właśnie widmo miało na myśli. To moja kolejna przygoda! Szara Śmierć. Widzisz, skoro to jest przygoda, moja śmierć nie musi być nieunikniona.

Czy mogła mieć rację? Uśmiechnęłam się do niej i pokiwałam głową. Oczywiście, że miała rację!

– A teraz cofnijcie się i patrzcie. Miltonie, daj mi mój miecz.

Wzięła od niego broń i uniosła ją obiema rękami. Jej ramiona drżały z wysiłku. Zrobiła wypad, straciła równowagę i upadła ciężko na kolano. Krwiożerca zabrzęczał na płytkach podłogi.

Wszyscy podbiegliśmy do niej.

– Nie! – Odesłała nas machnięciem ręki. – Sama wstanę. – Podniosła się z trudem i stała, dysząc. – Widzisz, panie Szara Śmierć? Robię, co chcę.

Ale nie mogła. Niewiele mogła zrobić.

Bella płakała. Ja byłam przerażona. Meryl tak szybko traciła siły! Gdyby nic się nie zmieniło, kolejna faza, sen, nadeszłaby już wkrótce. A wtedy pozostałoby jej już tylko dwanaście dni.

Rhys podniósł miecz i podał go jej.

– Dziękuję.

Trzymając broń w obu rękach, zrobiła wypad i tym razem nie upadła.

To już coś.

– Widzisz – powiedziałam. – Udało ci się.

– Odłóż go, proszę. – Wyciągnęła miecz do Rhysa, jej ramiona znów drżały. – Poćwiczę później. Teraz chyba się przejdę.

Ruszyła w stronę drzwi. Poruszała się powoli, ale bez trudu, tak w każdym razie myślałam do chwili, aż zobaczyłam jej zaciśnięte pięści i żyłkę pulsującą na czole. Przy drzwiach zawróciła i ruszyła w stronę okna.

Wszyscy wpatrywaliśmy się w nią w napiętym milczeniu.

Przy piątym przejściu dyszała ciężko. I tak zrobiła jeszcze trzy długości. Nogi mnie bolały i razem z nią z trudem łapałam oddech. Musiałam zagryźć język, żeby nie błagać jej, by odpoczęła.

Zatrzymała się.

– Myślicie, że to wystarczy, Addie? Rhys? Myślicie, że pokonuję pana Szarą Śmierć?

Bałam się, że Meryl się przewróci, ale powiedziałam:

– Myślę, że pan Szara Śmierć nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego jak ty.

Rhys się zgodził, a Milton pomógł jej podejść do łóżka.

– Bello, czy przeprowadziłabyś dziś lekcję tutaj? Chcę ją odbyć tak, jakbym... chcę ją odbyć. Jutro wrócimy do biblioteki. Jutro...

– Powinnaś odpoczywać – stwierdziła Bella. – To dzisiejsza lekcja. Kiedy ludzie chorują, odpoczywają.

– Addie myśli, że nie powinnam pozwolić, by pan Szara Śmierć nade mną zapanował.

– Ona nie może się poddać – zgodziłam się. Miałam nadzieję, że się nie mylę. – Sądzę, że powinnyśmy odbyć lekcję. Mogłabyś omówić zakończenie Drualta i ataki potworów na Bamarrę?

Jeśli cokolwiek mogło dodać Meryl sił w walce z Szarą Śmiercią, to właśnie to.

Milton powiedział, że lekcja nie zaszkodzi, więc Bella poleciła służącym, by przynieśli z biblioteki książki i stół. Rhys zostawił nas i udał się do doradców króla.

Służący przynieśli trzy krzesła i ustawili je wokół stołu. Meryl przeszła dwa kroki dzielące łóżko od stołu dziesięcioma drobnymi, powolnymi krokami. Usiadła, dysząc ciężko. Rozluźniłam pięści i zobaczyłam białe ślady paznokci na dłoniach.

Bella otworzyła Gryfy, ogry i smoki: wojny Bamarry z potworami. Wyjęła okulary z torebki i zaczęła mówić głosem guwernantki.

– Mam nadzieję, że pamiętacie, iż król Alfred był pierwszym królem, którego kroniki przetrwały do naszych czasów. – Zaczęła czytać. – „Trzy lata od jego koronacji plemię ogrów spustoszyło...”

W czasie Pierwszej Wojny z Ogrami król Alfred potrzebował pięciu lat, by przepędzić hordę ogrów z powrotem w góry Eskern, będące naszą północną granicą. Podczas rządów bratanka Alfreda, Alfreda II, smoczyca Vollys zaczęła napadać na wioski na Równinie Bamarskiej. Napady trwają po dziś dzień.

Kiedy Bella przerwała, odezwała się Meryl:

– Addie, pamiętasz, co powiedziałam, kiedy Vollys porwała tamtego rolnika w ubiegłym roku?

Potrząsnęłam głową, choć pamiętałam. Ale nie potrafiłabym wypowiedzieć tego na głos i się nie rozpłakać.

– Powiedziałam, że pewnego dnia zabiję Vollys, a z jej jaj usmażę sobie omlet. – Meryl odetchnęła głęboko. – Zabiję ją. Mam nadzieję, że słuchasz, panie Szara Śmierć. Zrobię to.

– Zrobisz!

Chciałam podtrzymać ją na duchu. I siebie też.

– Meryl – odezwała się Bella. – Smoczyca błyskawicznie by cię pochwyciła, niezależnie od stanu zdrowia. Vollys... Posłuchajcie. To temat dzisiejszej lekcji.

Zaczęła odczytywać długą listę napaści smoczycy – spalone gospodarstwa, bydło zjedzone na miejscu, porwane rodziny, rycerze upieczeni w zbrojach, splądrowane zamki. I wszyscy ludzie – martwi albo zaginieni na zawsze.

Bella przeszła do Drugiej Wojny z Ogrami. Meryl z początku siedziała wyprostowana i zadawała pytania lub wyrażała własne zdanie. Ale po kwadransie umilkła i chwyciła dłonią za blat stołu.

Nie mogła znowu upaść! Wstałam. W tej samej chwili Milton odłożył robótkę i podszedł do niej.

– Odpoczynek ci nie zaszkodzi – powiedział.

Pokiwała głową.

– Myślę, że w łóżku będzie mi wygodniej.

Bella zamknęła książkę.

– Nie przerywaj lekcji.

Meryl wsparła się na ramieniu Miltona na czas krótkiej drogi do łóżka.

Zastanawiałam się, czy walka z Szarą Śmiercią ją osłabiała, czy też byłaby jeszcze słabsza, gdyby nie walczyła.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?

Inne książki tego autora