Dwie księżniczki z BamarryTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział trzeci

Rhys szedł ze mną korytarzem.

– Wasza wysokość, w całym zamku, gdzie tylko spojrzę, widzę twoje piękne hafty. Bardzo mnie cieszy, że wreszcie poznałem artystkę.

– Dziękuję – wymamrotałam. – Nie są zbyt dobre.

– Ależ są bardzodobre.

Poczułam, że się rumienię. Nic nie powiedziałam i przez chwilę milczeliśmy.

Później on znów się odezwał.

– Tworzenie poduszek z chmur to jedna z pierwszych lekcji czarodzieja.

Zastanawiałam się, jakie były inne, ale za bardzo się wstydziłam, żeby spytać. Był początkujący, jak wszyscy nasi czarodzieje. Umieli latać, rzecz jasna. Wszyscy czarodzieje to umieli. Ich szkolenie obejmowało pięć lat służby królowi, w czasie której rzucali pomniejsze czary, robili sztuczki z pogodą i nie pozwalali, by w zamku zagnieździły się szczury.

Gdyby udało mu się pozbyć szczurów...

– Przykro mi z powodu pokojówki. – Rhys westchnął przesadnie. – Pewnie to głupie, że czuję smutek z powodu kogoś, kogo prawie nie znałem, ale czarodzieje nie chorują, nie wiem, czy o tym wiedziałaś. Nigdy nie podupadamy na zdrowiu, więc choroby wydają mi się tragiczne.

Wyraźnie czekał, aż coś powiem.

– Yyy... to interesujące.

Dotarliśmy do kręconych kamiennych schodów, które prowadziły na niższe piętra zamku. Schody były zbyt wąskie, byśmy szli obok siebie, więc Rhys szarmancko ruszył przodem. Oglądał się przez ramię i nie przerywał rozmowy.

– To rzeczywiście interesujące. Interesujące, jak bardzo różnimy się od innych istot, jak bardzo różnimy się od ludzi, ludzie od elfów, elfy od krasnoludów, a krasnoludy od czarodziejów. To fascynujące. – Uśmiechnął się, ale zaraz zmarszczył czoło. – Boisz się paść ofiarą Szarej Śmierci?

Potrząsnęłam głową.

– Jesteś bardzo dzielna, księżniczko Addie.

Nikt nigdy wcześniej nie nazwał mnie dzielną. Poczułam się dziwnie, jakbym kogoś udawała, jakby Rhys pomylił mnie z Meryl.

– Czy myślisz... – zawahałam się, a później dokończyłam pospiesznie: – Czy mógłbyś oczyścić zamek z pająków?

Teraz już pewnie nie uważał mnie za dzielną.

Zatrzymał się, a ja prawie na niego wpadłam.

– Myślę, że tak. – Po chwili pokiwał energicznie głową. – Z całą pewnością tak. – Odwrócił się w moją stronę. – Zrobię to dziś wieczorem. Paskudne stworki, prawda?

On też ich nie lubił!

Zaczął schodzić. Uśmiechnęłam się do jego pleców.

– Dziękuję.

Zatrzymał się i znów odwrócił.

– Nie ma za co.

Ukłonił się i nawet na ciasnej klatce schodowej jakimś cudem zrobił to teatralnie.

Ja też musiałam dygnąć, ale po chwili ponownie ruszyliśmy.

Po kilku stopniach powiedział przez ramię:

– Licząc w latach czarodziejów, jestem odrobinę od ciebie starszy, ale niewiele. Mam siedemdziesiąt osiem lat. Gdybym był człowiekiem, miałbym około siedemnastu.

Siedemdziesiąt osiem lat to siedemnaście! Jak długo oni żyli?

– Zazdroszczę ludzkim dzieciom. Tak szybko uczycie się wszystkiego, co musicie wiedzieć. My po urodzeniu umiemy mówić i nawet latać, ale poza tym uczymy się nieznośnie powoli.

Dotarliśmy na sam dół schodów. Rhys znów się ukłonił.

– Muszę cię teraz zostawić. Nie mogę się doczekać naszej kolejnej rozmowy.

Naprawdę? Ja też!

W pokoju dziecinnym Bella szydełkowała. Była sama. Podniosłam haft, ale byłam zbyt rozproszona, by się nim zająć. Moje myśli krążyły od Triny, przez Rhysa, po zniknięcie pająków i wracały do Triny.

Pół godziny później Meryl wróciła z lekcji szermierki. Stanęła za moimi plecami i spojrzała z góry na moje dzieło. Roześmiała się.

– Podoba mi się! Co sprawiło, że wymyśliłaś coś takiego?

Zwykle wyszywałam sceny z Drualta, ale ten haft przedstawiał z bliska jednego z dziesiątek gargulców zdobiących zamek Bamarra. Reszta zamku była widoczna w tle – koralowe mury, niebieskie dachy wież, wąskie okna na wyższych piętrach i sklepione łuki między wieżą a przyporą.

Gargulec na pierwszym planie miał łeb gryfa, z zajadłymi wybałuszonymi oczyma i kością w okrutnym dziobie. Obok w powietrzu unosił się prawdziwy gryf z dziobem otwartym w oszołomieniu. Prawdziwy potwór wydawał się o wiele mniej niebezpieczny od swojego kamiennego bliźniaka.

– Nie wiem, dlaczego to wymyśliłam – powiedziałam.

Ale wiedziałam. Wymyśliłam tę scenę, żeby się pocieszyć, oswoić choćby jednego potwora.

Zmieniłam temat.

– Czy ktokolwiek zachorował na Szarą Śmierć i przeżył?

Odpowiedziała mi Bella.

– Wasz ojciec od czasu do czasu słyszy o lekarstwie, ale zawsze okazuje się, że ten ktoś wcale nie chorował na Szarą Śmierć.

– Jak myślisz, czy wróżki mogłyby wyleczyć Trinę? – spytałam.

– Nie mam pojęcia.

– Bello! – odezwała się Meryl. – Wróżki z całą pewnością mogą wyleczyć Szarą Śmierć. One mogą wszystko.

Podniosła grubą księgę o bitwach z potworami i usiadła na naszym pozłacanym krześle tronowym.

Ludzie od setek lat nie widzieli wróżek. Wierzono, że powróciły do swojego domu na szczycie niewidzialnej góry Ziriat. Wciąż czasami zaglądały do elfów, czarodziejów i krasnoludów, ale nigdy do ludzi.

Bardzo ich brakowało. Kiedyś wróżki były naszymi rodzicami chrzestnymi. Lepiej niż ktokolwiek znały nasze najlepsze cechy, zachęcały nas i dodawały nam sił, kiedy wpadliśmy w tarapaty. W Drualcie występowały wróżki, a sam bohater podobno odwiedził je na górze Ziriat. Ale to mogła być bajka. O życiu Drualta nie wiedzieliśmy niczego na pewno – nawet czy w ogóle istniał. Mógł być jedynie wymysłem anonimowego barda sprzed wieków.

– Kiedyś odnajdę wróżki i przekonam je, aby do nas wróciły – powiedziała Meryl. – Jeśli do tego czasu nie znajdę lekarstwa, dostanę je od nich. – Przerzuciła kartkę w księdze. – Addie... chcesz, żebym teraz ich poszukała, żeby mogły uratować Trinę?

Serce zabiło mi szybciej. Nie! Nie, nie chciałam, żeby wyruszyła na poszukiwania. Nie chciałam, żeby dokądkolwiek się udała.

Bella wybuchnęła.

– Szukać wróżek! Jesteście księżniczką. Nie rycerzem, nie żołnierzem. Księżniczką!

– Chcesz, żebym to zrobiła, Addie?

– Nie – odpowiedziałam szybko. – Myślę, że Trina uratuje się sama. Obiecała zastanowić się nad moją metodą. – Pod nosem dodałam: – Poza tym nie możesz wyruszyć. Nie wyszłam jeszcze za mąż. Mamy umowę.

Rozdział czwarty

Tamtego wieczora po kolacji wróciłam do sypialni Triny, ale spała, a Milton nie pozwolił jej obudzić. Później, zanim następnego ranka sama wstałam, powóz zabrał ją z zamku Bamarra.

Często o niej myślałam w kolejnych tygodniach. Uznałam, że z pewnością walczy z Szarą Śmiercią. Z początku mogła się wahać, ale w miarę, jak słabła, musiała się przestraszyć i zacząć walczyć. Wyobrażałam sobie, jak zmusza się do wstania, chodzenia, wyjścia na zewnątrz. Wyobrażałam sobie, że cieszy się odzyskanym zdrowiem.

Często myślałam również o Rhysie. Dotrzymał obietnicy i nie widziałam już pająków. Byłam wdzięczna za każdym razem, kiedy wkraczałam energicznie do komnaty albo szłam pewna siebie korytarzem. Powiedziałam Meryl o wypędzeniu pająków, a ona cieszyła się razem ze mną, ale Rhys mało ją interesował, bo nie jeździł konno i nie machał mieczem.

Zastanawiałam się, jak dokonał cudu z pająkami i zrobił sztuczkę z chmurą. Niewiele wiedziałam o czarodziejach, choć słyszałam o widowisku związanym z ich narodzinami. Rodzili się, kiedy piorun uderzył w marmur, co nie zdarza się często. Nie mieli rodziców, braci ani sióstr.

Ludzie dość bogaci, by stać ich było na marmur, kupowali blok i wystawiali go na zewnątrz w czasie burzy z nadzieją, że ujrzą narodziny. Ojciec zawsze tak robił, ale nie mieliśmy szczęścia.

Kiedy dochodziło do narodzin, błyskawica i marmur tworzyły płomień, który wzrastał i rozwijał się jak szybko rozkwitająca róża. Wewnątrz płomienia znajdował się czarodziej, w pełni wyrośnięty, wciąż świecący, a jego nagość okrywał migotliwy kokon.

Przez chwilę rozglądał się wokół siebie. Później spoglądał do swojego wnętrza i dowiadywał się, kim jest. W przypływie radości wznosił się w niebo, w burzę, strzelając iskrami. Prędkość jego lotu spalała kokon, ale ognista iskra, która dała mu życie, miała płonąć w jego piersi, podtrzymując to życie aż do śmierci.

Tyle wiedziałam. Aby dowiedzieć się więcej, poszłam do biblioteki i sprawdziłam czarodziejów w Księdze istot. Po opisie narodzin przeczytałam:

Długość życia: Do życia czarodzieje potrzebują jedynie powietrza. Mogą jeść i pić dla przyjemności, ale nie muszą. Nie potrafią spać. Choć nigdy nie chorują, mogą umrzeć na wiele innych sposobów, podobnie jak ludzie, zabici przypadkowo, celowo lub na wojnie. Jeśli jednak nie przytrafi im się nic złego, po pięciuset latach ich iskra gaśnie i umierają.

Przez pierwsze dwieście lat są uczniami i żyją na świecie. Po zakończeniu tego okresu zostają czeladnikami i wycofują się do swojej cytadeli, którą bardzo rzadko opuszczają.

Wygląd: Ich najbardziej charakterystyczną cechą są białe rzęsy. Wszyscy czarodzieje, mężczyźni i kobiety, młodzi i starzy, mają ciemne, falujące włosy. Ich gatunek cechuje wysoki wzrost: kobiety mierzą przeciętnie pięć stóp i dziesięć cali, a mężczyźni sześć stóp i dwa cale. Wszyscy mają smukłe palce i długie, pełne wdzięku szyje. Rysy ich twarzy są równie różnorodne, co u ludzi. Niedojrzali czarodzieje mają otwarte, pozbawione zmarszczek twarze młodzików.

Charakter i relacje z ludźmi: Czarodzieje nie są ani uniwersalnie dobrzy, ani uniwersalnie źli. Byli wśród nich bohaterowie i łotry, ale większość czarodziejów, podobnie jak większość ludzi, łączy w sobie dobre i złe cechy.

 

Choć wielu traktuje ludzi obojętnie, niektórzy z młodzików przechodzą fazę ogromnego nimi zainteresowania, która zawsze kończy się wraz z zakończeniem terminu. Czarodzieje rzadko wstępują w związki małżeńskie i nigdy nie zawierają ich między sobą. Zdarzyło się kilka małżeństw czarodziejów z ludźmi i z takich związków rodziły się dzieci.

Rozdział się skończył, a ja zatrzasnęłam księgę. Nie dowiedziałam się, jaką magią mogli się posługiwać czarodzieje, co działo się w ich cytadeli ani nawet jak wielu ich było.

Rzeczywiście miałam okazję znów porozmawiać z Rhysem, ale nie zdarzało się to zbyt często. Ojciec ciągle wysyłał go w dalekie regiony, by pomagał rolnikom z pogodą i donosił o napaściach potworów.

Kilkakrotnie wpadłam przypadkiem na Rhysa na zamkowych korytarzach. Za każdym razem zatrzymywał się, by ze mną porozmawiać. Raz opowiedział mi o jarmarku w Dettford, na którym kuglarz zatańczył na głowach dziesięciu wieśniaków, którzy z trudem utrzymywali równowagę, bo tak głośno się śmiali. Innym razem opisał gobelin na zamku księcia, który przedstawiał spotkanie Willarda, jednego z pierwszych królów Bamarry, z widmem, które przepowiedziało lekarstwo na Szarą Śmierć. Dodał, że gobelin był niemal tak dobry jak moje hafty.

Ale nigdy nie próbował mnie odnaleźć. Najczęściej widywałam go w czasie kolacji na sali bankietowej. Właściwie w tym różnokolorowym stroju wręcz rzucał się w oczy.

Bardzo się ode mnie różnił. Był teatralny. Swobodnie się uśmiechał, równie swobodnie marszczył czoło, śmiał się głośno i niepohamowanie, z odrzuconą do tyłu głową i trzęsącymi się ramionami.

Raz widziałam, jak lata. Siedziałam w oknie i rysowałam. Dzień był szary i pełen delikatnej mgiełki.

Stał z moim ojcem na dziedzińcu. Ojciec przeczytał coś z Księgi prostych prawd, zbioru porzekadeł, z którego często cytował. Później zamknął tom i uniósł dłoń w geście pożegnania. Rhys podniósł się bez trudu, jak unoszący się dym. Na wysokości kilku stóp ukłonił się ojcu, a później odleciał – tyłem. Zaczynałam go poznawać i podejrzewałam, że się popisywał. Zastanawiałam się, czy wie, że go obserwuję.

Zanim poznałam Rhysa, byłam zadurzona w Drualcie. Wieczorami zasypiałam, wyobrażając sobie spotkania z nim. Wyliczałam mu swój długi katalog strachów, a on mnie pocieszał i opowiadał o swoich przygodach.

Teraz jednak wyobrażałam sobie spotkania z Rhysem. Nie zamierzałam wspominać o strachach, bo chciałam, żeby miał dobre mniemanie na mój temat. Zamiast tego opowiadałam mu o swoich rysunkach i projektach haftów, a on mi – o swoich doświadczeniach w Bamarze. W pewnym momencie zawsze zauważał, że uwielbia ze mną rozmawiać, a ja zawsze się rumieniłam i mamrotałam, że też lubię nasze rozmowy.

Nigdy wcześniej nie zadurzyłam się w nikim żywym, nikim prawdziwym. Jednak zauroczenie Rhysem było równie głupie, co zakochanie się w legendarnym bohaterze. Ja pozostawałam dzieckiem, a Rhys był czarodziejem.

Kiedy miałam szesnaście lat, ojciec zaczął budować nowe skrzydło zamku Bamarra. Rhys był potrzebny, by wyprostować mury i nie pozwolić, aby kamienie spadały na robotników.

Okna komnaty, która kiedyś była naszym pokojem dziecinnym, wychodziły na plac budowy. Kiedy tylko miałam czas, siadałam tam z haftem i patrzyłam. Kiedyś Rhys mnie zobaczył i pomachał.

Później, po tygodniu, dołożył starań, żeby spotkać się ze mną – oraz Meryl i Bellą. Zajął miejsce w ogrodzie, przy ścieżce, po której popołudniami spacerowałyśmy.

Irysy rozkwitły, a ja właśnie zastanawiałam się, jak je narysować, kiedy skręciłyśmy do ogrodu różanego. A tam na ławce siedział Rhys, głowę odchylił do tyłu i oddychał wonnym powietrzem tak głęboko, że widziałam, jak jego pierś unosi się i opada.

Poderwał się gwałtownie, a ja poczułam, że Bella sztywnieje. Uważała czarodziejów za obcych i nie ufała im.

Kiedy podeszłyśmy bliżej, ukłonił się.

– Księżniczki, panno Bello.

Tego dnia nosił kaftan w zielono-niebieskie paski, a jego buty zdobiły złote ostrogi.

Całą trójką dygnęłyśmy.

– Mam dla was prezenty, jeśli można. – Podniósł coś z ławki, miecz w srebrnej pochwie. Ukląkł, by podać go Meryl. – Wierzę, że lubisz szermierkę, wasza wysokość.

Wzięła miecz i wyciągnęła go z pochwy.

– Jest piękny. – Uniosła go, bym mogła go obejrzeć. – Czyż nie jest wspaniały?

Był, ale nie znosiłam go. Nie potrzebowała miecza, przynajmniej do czasu mojego ślubu.

Musiała zobaczyć coś w mojej twarzy, bo dotknęła mojego ramienia i odezwała się przyciszonym głosem:

– Przestań się zamartwiać, Addie. – I zaczęła walczyć z krzakiem róż. – A masz, nikczemna różo. A masz.

Parowała i zadawała ciosy. Posługiwała się mieczem swobodnie i z wdziękiem, jak tancerz z jarmarku.

– Meryl, księżniczki nie... – zaczęła Bella.

– Widzicie, jak odbija słoneczny blask? Mieczu, nazywam cię Krwiożercą. – Krwiożerca był mieczem Drualta. – Marzyłam o mieczu, ale... – Podniosła wzrok na Rhysa. – Skąd wiedziałeś?

Uśmiechnął się.

– Widziano, jak ćwiczysz z drewnianym mieczem.

– Dziękuję. Dobrze go wykorzystam.

Wcale go nie wykorzystasz!

– Dla ciebie też coś mam, panno Bello.

Rhys sięgnął do sakiewki u pasa.

– Nie mogę przyjąć...

Jej głos ucichł, kiedy Rhys wyjął przedmiot, jakiego nie widziałam nigdy wcześniej. Meryl przestała machać mieczem i podeszła bliżej.

Był wielkości mojej dłoni, perłowy ze śladami różu i błękitu, z jednej strony szeroki, z drugiej zwężający się do ostrego końca.

– Czy to... – wydyszała Bella.

– Tak. To łuska ze smoczego ogona.

Bella sięgnęła po nią.

– Uważaj! Czubek jest bardzo ostry.

– Zabiłeś smoka? – spytała Meryl przyciszonym, pełnym szacunku głosem.

Bella wzięła łuskę za szeroki koniec.

– Dziękuję, Rhysie.

Dygnęła.

On znów się ukłonił.

– Nie, nie zabiłem smoka. Łuska pochodzi z cytadeli czarodziejów, gdzie jest wiele cudownych rzeczy.

Miałam nadzieję, że dla mnie też coś ma.

– Mogę jej dotknąć? – spytałam.

Bella wyciągnęła ją w moją stronę. Łuska była ciepła i tak sucha, że wydawała się wysysać wilgoć z mojego palca.

– Czy ma jakąś moc? – spytała Meryl.

Bella otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale Rhys odezwał się pierwszy:

– Jest wszechstronna, księżniczko Meryl. Weź ją do ręki, a będzie ci przyjemnie ciepło w najzimniejsze dni. Połóż ją na kominku, a myszy i szczury będą się trzymać z dala od twojego domostwa. Ugotuj ją w garnku, a otrzymasz smaczny bulion, ostry i odrobinę gorzki. Wyjmij ją z garnka i wysusz, a stanie się doskonałym nożykiem do otwierania listów.

Znów się ukłonił.

Bella ostrożnie umieściła łuskę w bogato zdobionej torebce.

– A najlepsze – dodała Meryl – że smok, do którego należała ta łuska, jest martwy. To absolutnie najlepsze.

Ruszyła w stronę zamku, cały czas robiąc wypady i zadając ciosy.

Poszliśmy za nią.

– Bądź ostrożna – zawołała Bella. Opuściła mnie i przyspieszyła kroku, żeby dogonić Meryl.

Rhys szedł obok mnie.

– Dla ciebie też mam prezent, księżniczko Addie.

Potrząsnęłam głową, zawstydzona, że go sobie życzyłam.

Sięgnął do kieszeni kaftana i wyciągnął gładką drewnianą kulkę, niewiele większą od łupiny orzecha. Zauważyłam biegnące przez środek wąskie spojenie.

– To coś więcej, niż się wydaje.

Przekręcił kulę, a ona otworzyła się wzdłuż spojenia.

Ze środka wypłynęły całe jardy ciemnoniebieskiej tkaniny, niewiarygodnie delikatnej, skoro mieściła się w tak niewielkim pojemniku. Wyciągnął ją w moją stronę, bym ją poczuła. Była miękka jak oddech kociaka.

– A tutaj... – Wskazał palcem.

Z rogu tkaniny wystawała najcieńsza igła, jaką kiedykolwiek widziałam.

Podniosłam na niego wzrok. Uśmiechał się, a kiedy napotkałam jego spojrzenie, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wydawał się ogromnie szczęśliwy, jakbym to ja dała prezent jemu. Owinął tkaninę wokół palca i umieścił ją z powrotem w drewnianej kulce.

– Proszę.

Wzięłam ją, już się zastanawiając, co mogłabym na niej wyhaftować. Scena w lesie w księżycowym blasku... Drualt z widmem...

– Dziękuję. – Za mało. – Spróbuję wzbogacić jej urodę.

A później bez namysłu wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego policzka. Poczułam jego ciepłą skórę i cofnęłam dłoń.

Bella mnie zawołała.

– Chodź, Addie.

– Muszę iść.

Pobiegłam do niej, żałując, że odchodzę, a jednocześnie ciesząc się, że się wydostałam.

Rozdział piąty

W komnacie pokazałam swój prezent Meryl i Belli.

– Lubię Rhysa – stwierdziła Meryl. – To najlepszy czarodziej, jakiego kiedykolwiek miał ojciec.

– Ja też go lubię – mruknęłam.

– Powinnyśmy dać mu coś w zamian – dodała.

Bella się z nią zgodziła.

– Uprzejmość tego wymaga. Wybiorę jedną ze swoich koronkowych serwetek.

Byłam zachwycona.

– Może spodoba mu się ta poszewka na poduszkę, którą skończyłam w ubiegłym tygodniu. Myślicie, że czarodzieje używają poduszek?

– Co ja mogłabym mu dać? – Haft Meryl składał się głównie ze splątanych nitek.

– Mogłabyś coś dla niego zadeklamować – zaproponowałam.

Recytowała mistrzowsko. Kiedy deklamowała w naszej komnacie, poduszki na sofie pęczniały, krzesła prostowały oparcia, a stół unosił się o cal wyżej.

Tego wieczora Meryl porozmawiała z Rhysem na sali bankietowej. Zgodzili się spotkać za trzy dni, w czwartek. Nie mogłam się doczekać. Chciałam, żeby Rhys lepiej poznał Meryl i żebyśmy całą trójką zostali przyjaciółmi.

We wtorek Bellę znów rozbolała głowa i nie mogła poprowadzić lekcji. Meryl wykorzystała okazję i przekonała mnie, bym pojechała z nią nad jezioro Orrinic.

Rzadko wypuszczałam się poza pola graniczące z zamkiem Bamarra, ale jezioro znajdowało się w odległości zaledwie pięciu mil, a potwory nigdy nie podchodziły tak blisko. Chętnie wybrałam się na wycieczkę, bo potrzebowałam nowych widoków do haftów, a jezioro Orrinic graniczyło z sosnowym lasem i urwiskiem.

Dzień był słoneczny i gorący. Rozłożyłyśmy koc na brzegu jeziora.

– Idę ją zbadać. – Meryl wskazała na jaskinię w urwisku i uniosła Krwiożercę. – Może nietoperze umieją walczyć na miecze.

Kiedy odeszła, zaczęłam szkicować scenę z Drualta. Na moim rysunku Drualt stał na skale pośrodku jeziora Orrinic i walczył ze stadem gryfów. W powietrzu unosiły się pióra, a Drualt śmiał się w czasie walki. Jeden z gryfów miał uszkodzone skrzydło, a z rany nad jego okiem sączyła się krew.

Czasem moje obrazy, pełne krwi i chaosu, niepokoiły nawet Meryl, ale ja nigdy nie miałam z nimi problemu. Prawdziwa walka z potworami sprawiłaby, że umarłabym z przerażenia, ale namalowana lub wyhaftowana sprawiała mi jedynie przyjemność.

Rysując, zapomniałam o wszystkim, ale kiedy skończyłam, zaczęłam się martwić o Meryl. Już powinna wyjść z jaskini. Podbiegłam do otworu i zawołałam. W odpowiedzi usłyszałam jedynie echo. Kiedy zrobiłam kilka kroków do środka, dostrzegłam leżące w pobliskim cieniu kości wiewiórki.

Tunel prowadził dalej w głąb jaskini. Miałam nadzieję, że Meryl do niego nie weszła. Znów ją zawołałam. Echa brzmiały rozpaczliwie. Wycofałam się, powtarzając sobie, że pewnie już wyszła z jaskini.

Pospieszyłam do sosnowego lasu, jedynego miejsca, w którym mogła jeszcze być. Rosły tu olbrzymie drzewa, niektóre wyższe od murów naszego zamku. Stałam na skraju lasu, patrzyłam między drzewami i czułam się malutka jak kret. Nie widziałam żadnego ruchu i niczego nie słyszałam. Cisza mnie przerażała. Wydawała się wstrzymywać oddech, czekać.

Meryl nic nie jest, powiedziałam sobie. Ruszyłam z powrotem w stronę jeziora, zastanawiając się, czy powinnam pogalopować do domu i powrócić ze strażnikami, by przeszukali jaskinię i las.

– Panienko!

Odwróciłam się. Z cienia w głębi lasu wyszło dziecko.

– Panienko!

Chłopiec podbiegł do mnie i ukłonił się niezgrabnie.

Miał może sześć lat, podarte spodnie i brudną koszulę. Był uroczym dzieckiem o ślicznej pulchnej buźce. Włosy miał bursztynowe, kręcone i trochę zmierzwione na czubku głowy, jakby przeciskał się przez krzaki. Zastanawiałam się, co robił w lesie. Może jego ojciec był drwalem.

 

– Czy jest panienka tą drugą księżniczką? Księżniczką... – Pokręcił głową. – Zapomniałem.

Serce zabiło mi mocniej w piersi.

– Widziałeś moją siostrę?

– Jak się nazywacie? Kazała mi obiecać...

– Jestem księżniczka Adelina, Addie. A teraz mów.

Kiedy się uśmiechnął, w jego policzkach pojawiły się dołeczki.

– O to mi chodziło. Ona powiedziała...

– Powiedz mi! Czy z nią wszystko w porządku?

Pokiwał głową.

– Chce, żebyś przyszła. Znalazła coś. Powiedziała, że musisz to zobaczyć.

Chwała niebiosom, nic się jej nie stało.

– Co to?

Znów pojawiły się dołeczki.

– Nie wolno mi powiedzieć.

Mój strach przed lasem ustąpił. Meryl nigdy by po mnie nie posłała, gdyby coś mi groziło. Tak się cieszyłam, że wiedziałam, gdzie jest!

Chłopiec wyciągnął do mnie rękę, a ja ją chwyciłam. Była wilgotna i zadziwiająco chłodna jak na tak ciepły dzień.

Zaczął mówić, ufnie trzymając moją dłoń. Uśmiechnęłam się do niego z góry. Zobaczył, jak Meryl coś robi, nie chciał powiedzieć, co, a ona zapłaciła mu, żeby mnie odnalazł. Otworzył drugą rękę i pokazał mi srebrną monetę.

– Kupię sobie pierniki.

Zaprowadził mnie kilka kroków w głąb lasu. Sosnowe igły tworzyły miękki dywan pod stopami.

Zatrzymałam się. Tam mogły być pająki.

Chłopiec spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

Meryl nie posłałaby po mnie, gdyby tam były pająki. Nie zapomniałaby.

– Jak daleko ona jest?

– Niedaleko. Może ćwierć...

Nagle kamień uderzył go w tył głowy, zobaczyłam krew. Oboje obróciliśmy się gwałtownie.

Meryl biegła w naszym kierunku od strony jaskini.

Meryl!? Przecież była w lesie. Jak mogła być tutaj!?

Zatrzymywała się co kilka kroków, żeby podnieść kamień i go rzucić. W lewej ręce trzymała Krwiożercę, którym wymachiwała.

Kamień uderzył dziecko w czoło, znów popłynęła krew. Chłopiec zaczął płakać.

– Meryl! Co ty wyprawiasz? Przestań!

Wolną ręką znalazłam chusteczkę i przycisnęłam ją do jego czoła.

– Puść go, Addie!

Był tylko dzieckiem! Ale opuściłam rękę.

Meryl dotarła do nas i wycelowała miecz w dziecko.

Chłopiec coraz głośniej zawodził. Chciałam go przytulić i pocieszyć. Co Meryl wyprawia?

– Zostaw moją siostrę! Nie dostaniesz jej!

Malec przestał płakać i zachichotał złośliwie. Później zmienił się, przerzedził. Przez jego otwarte, śmiejące się usta widziałam drzewa.

On... to... Był widmem! Cofnęłam się oszołomiona.

Znikał.

– Stój, potworze! – powiedziała Meryl. – Rozkazuję ci.

Jego twarz znów się wypełniła, ale ciało pozostało przezroczyste, jak u upiora. Potwór stojący przede mną!

– Uważasz mnie za dziecko? – spytała Meryl. – Odkryłam, kim jesteś, a ty musisz wygłosić dla mnie przepowiednię. Kiedy rozpoczną się moje przygody?

Stwór nadal chichotał, a ja teraz dostrzegłam jego zło.

– Właśnie przeżyłaś swoją pierwszą przygodę, więc już się zaczęły. Ale następna będzie inna, niż się spodziewasz.

Zaśmiał się głośniej i znów zaczął znikać.

– Kiedy to będzie?

– Tylko jedno pytanie.

Ostatni wybuch śmiechu i widmo znikło.

– Och, Meryl! – Ja bym z nim poszła. Sprawiłoby, że całkowicie bym się zgubiła. Wędrowałabym, aż umarłabym z głodu albo rozpaczy. – Skąd wiedziałaś?

– Nie wiedziałam, ale domyśliłam się. Było zbyt piękne, a ja zastanawiałam się, jak się tu dostało.

Mimo przerażenia chciałam opłakiwać odejście uroczego chłopca. Zabiłby mnie, a ja smuciłam się z powodu jego zniknięcia. Taka była ich moc. Nie mogłam przestać się trząść.

Meryl przykucnęła.

– Widzisz, Addie? Nie pozostawiło odcisków stóp. Tak można rozpoznać widmo.

Spojrzałam. Ziemia na skraju lasu była miękka i wilgotna. Widziałam pół tuzina odcisków butów moich i siostry, ale żadnego należącego do chłopca. Do widma.

Meryl wyprostowała się.

– Jak myślisz, co chciało powiedzieć o mojej następnej przygodzie? – spytała.

Potrząsnęłam głową, wciąż drżałam. To oznaczało coś straszliwego, byłam pewna.

– Mogło mi powiedzieć kiedy – mruknęła Meryl. – To tak naprawdę nie było osobne pytanie.

– Wiesz kiedy – szepnęłam. – Po moim ślubie.

Wtedy przysięgłam, że nigdy nie wyjdę za mąż. Bamarra bez Meryl byłaby zbyt niebezpieczna.

Inne książki tego autora