Dwie księżniczki z BamarryTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Niebezpieczeństwa lasu

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

The Two Princesses of Bamarre

Copyright © 2001 by Gail Carson Levine

All rights reserved.

Published by arrangement with Macadamia Literary Agency and Curtis Brown, Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2020

Copyright © for the Polish translation by Anna Studniarek

Wydanie I

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: AGNIESZKA BETLEJEWSKA

Korekta: MAGDALENA GERAGA

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Ilustracje wykorzystane na okładce: Pushann; Zamurovic; Slavaleks / Stock.adobe.com

Projekt typograficzny: ANNA HEGMAN

Łamanie i skład: MARZENA PIŁKO

ISBN 978-83-66005-93-8

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

Prezes: Joanna Bażyńska

00-544 Warszawa, ul. Wilcza 25 lok. 6

e-mail: poradniak@poradniak.pl facebook.com/poradniak instagram.com/poradnia_k_wydawnictwo


Poznaj nasze inne książki.

Zapraszamy do księgarni: www.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Niebezpieczeństwa lasu

Ogr. Wielki – dwa razy wyższy ode mnie i pięć razy szerszy. Przez chwilę patrzyłam tępo na niego, a on patrzył tępo na mnie. Później zaczęłam się wycofywać, wciąż na kolanach. Powinnam była wstać i użyć butów, ale strach zaćmił mi umysł.

Ogr wyszczerzył zęby i złapał mnie za lewą rękę. Próbowałam się wyrwać, ale nie mogłam. Miał trzech towarzyszy. Wszyscy się szczerzyli, a ich pozbawione warg usta wyglądały jak długie pęknięcia w ziemistych twarzach.

Odzyskałam zimną krew. Wstałam i zrobiłam krok.

Ogr ruszył za mną! Ciągnęłam go! Miałam wrażenie, że zaraz wyrwie mi rękę. Czułam ostry ból w ramieniu.

Co gorsza, widziałam, jak świat pędzi w moją stronę. Kępa drzew! Wpadliśmy między nie, łamiąc gałęzie i rozsypując liście.

Buty zwolniły i stanęły. Ogr ryknął i uniósł maczugę. Znów zrobiłam krok i aż wrzasnęłam z powodu bólu w ramieniu.

Jak długo mogłam go ciągnąć?

Joan Abelove,

mojej towarzyszce w tej szalonej podróży

– ogromne podziękowania.

– G.C.L.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział pierwszy

Z krainy spustoszonej

Do kraju wciąż dzikiego,

Pełnego tak potworów,

Gromadę obszarpaną

Tam młody Drualt wiódł.

W ramionach swych ostrożnie

Niósł Bruce’a,

Królewicza,

Bamarry pierwszego pana.

Tak zaczyna się Drualt, poemat epicki o największym bohaterze Bamarry, wzorze cnót naszego królestwa. Drualt walczył z potworami Bamarry – ogrami, gryfami, widmami i smokami, które nadal są dla nas utrapieniem – i pomógł naszemu władcy stworzyć królestwo.

Teraz Bamarra potrzebowała bohatera bardziej niż kiedykolwiek. Potwory co roku zabijały setki Bamarczyków, a Szara Śmierć zabierała ich jeszcze więcej.

Nie byłam bohaterką. Z całego serca pragnęłam bezpieczeństwa i spokoju. Świat był groźnym miejscem, nieodpowiednim dla takich jak ja.

Raz, kiedy miałam cztery lata i bawiłam się na dziedzińcu zamkowym, padł na mnie cień. Krzyknęłam, przekonana, że to gryf albo smok. Moja siostra, Meryl, podbiegła, żeby mnie przytulić. Ręce miała tak krótkie, że ledwie mnie obejmowała.

– Zniknął, Addie – szepnęła. – Już jest daleko.

I zanuciła zwrotkę z Drualta:

Za krokiem idzie krok,

Nadzieja za odwagą.

Staw czoło wszelkiej groźbie,

Zwycięstwo w sercu miej.

Uciszyłam się, uspokojona głosem Meryl i jej ciepłym oddechem w uchu.

Meryl była moją obrończynią, potrzebną mi tak samo jak powietrze i jedzenie. Nasza matka, królowa Daria, padła ofiarą Szarej Śmierci, kiedy miałam dwa lata, a Meryl trzy. Ojciec rzadko odwiedzał pokój dziecinny. Guwernantka Bella kochała nas na swój sposób, ale ten sposób obejmował moralizowanie i łajanie.

Meryl mnie rozumiała, choć ogromnie się różniłyśmy. Ona była blada, ja śniada. Ona niska i krępa, pełna skupionej energii. Ja wysoka jak na swój wiek, o długich kończynach, rozgorączkowana i rozdygotana. Meryl była dzielna, a ja bałam się prawie wszystkiego – od potworów i nieznajomych po pająki.

W dzieciństwie Meryl uwielbiała odgrywać sceny z Drualta albo wymyślonej sztuki, w której ratowała królestwo. Nasze zabawy zaczynały się w miniaturowym powozie, który był najwspanialszym elementem pokoju dziecinnego. Ja siadałam w środku, a Meryl wspinała się na kozioł. Udawałyśmy się w góry Eskern, gdzie żyły ogry i gryfy, do zamku królowej elfów na wybrzeżu oceanu Haun, na zachodnią pustynię, gdzie smoki miały swoje leża, albo do pełnego widm lasu Mulee.

Siostra ratowała mnie przed ognistym smokiem albo głodnym ogrem. We właściwej chwili krzyczałam z przerażenia, częściowo prawdziwego, ale kiedy mogłam, siedziałam cicho i patrzyłam na występy Meryl – to lubiłam najbardziej.

Naszą ulubioną zabawą była przygoda z Szarą Śmiercią. Co dziwne, ona mnie nie przerażała. Szara Śmierć nie była potworem albo pająkiem, które mogłam zobaczyć i zacząć drżeć. Była niewidzialna. Gdybym zachorowała, znajdowałaby się gdzieś wewnątrz mnie, a choć świat zewnętrzny napełniał mnie grozą, znałam swoje wnętrze. Byłam pewna, że udałoby mi się wypędzić intruza.

 

W zabawie zawsze odgrywałam ofiarę Szarej Śmierci. Przedstawiając pierwsze stadium choroby, słabość, zaczynałam iść w stronę podniszczonej kanapy, z każdą chwilą coraz słabsza. Po paru krokach padałam na kolana i zaczynałam się czołgać. Docierałam do kanapy, ale brakowało mi siły, żeby się na nią wspiąć.

Zasypiałam na podłodze. Po kilku chwilach podrywałam się, trawiona gorączką. Podbiegałam do kominka i wcierałam sobie popiół w policzki, bo twarze chorych pod koniec zawsze stawały się szare. Udawałam, że mam dreszcze i próbowałam szczękać zębami.

Tymczasem Meryl walczyła z potworami, rozmawiała z czarodziejami, wspinała się na góry i żeglowała po burzliwych morzach. Drżąc, miałam na nią oko, bo nie mogłam zacząć umierać do czasu, aż była gotowa mnie uratować. Kiedy triumfowała i odnajdywała lekarstwo, osuwałam się na podłogę.

Ona biegła do mnie, trzymając lekarstwo w obu dłoniach. Czasem był to eliksir w złotym kielichu. Czasem pióro gryfa, ząb smoka albo nawet zwykły czarny kamień. Klękała u mojego boku i szeptała: „Odnalazłam je, panienko. Będziesz żyła”. Leczyła mnie, a ja podrywałam się gwałtownie. Później bawiłyśmy się w pokoju dziecinnym, skakałyśmy wokół powozu, uderzałyśmy pięściami w zbroję, trzymałyśmy się za ręce i tańczyłyśmy wokół niedużego kołowrotka.

Wiedziałyśmy, że pewnego dnia lekarstwo zostanie odnalezione. Przepowiedziało to widmo, a przepowiednie widm zawsze się sprawdzały. Lekarstwo miało zostać odnalezione, „kiedy tchórze odnajdą odwagę, a na całą Bamarrę spadnie deszcz”. Tyle wiedziałyśmy. Nikt nie miał pojęcia, kiedy to się w końcu stanie, przez kogo, ani jaką postać przybierze.

Raz, pod koniec zabawy, spytałam Meryl, czy naprawdę zamierzała wyruszyć na poszukiwanie lekarstwa. Miałam wtedy dziewięć lat, a Meryl dziesięć.

– Wyjadę, jak tylko będę dość silna, by jeździć na rumaku.

Nigdy nie wróci! Zabije ją jakiś potwór.

Przyjęła bohaterską pozę, stanęła na szeroko rozstawionych nogach i uniosła wyimaginowany miecz.

– Znajdę lekarstwo, a wtedy wokół mnie zbiorą się rycerze. Zniszczymy potwory i ocalimy Bamarrę. Później wrócę do domu.

Nie wróci. Będzie martwa. Ale wiedziałam, że nie mogę powiedzieć tego na głos.

– A co ja będę robić pod twoją nieobecność?

Opuściła niewidzialny miecz i uśmiechnęła się.

– To oczywiste – będziesz żoną przystojnego księcia i matką małej księżniczki, która będzie się uczyła wyszywać równie ładnie jak ty.

Nie odpowiedziałam uśmiechem.

– A jeśli do tego czasu książę jeszcze nie przybędzie albo mu się nie spodobam i wyjedzie?

– Wtedy pojedziesz ze mną.

– Nie, nie zrobię tego. Za bardzo bym się bała. Wiesz, że tak jest.

Meryl westchnęła z irytacją.

– Och, Addie! A jeśli powiem, że nigdzie nie pojadę do czasu, aż szczęśliwie wyjdziesz za mąż? Czy to ci odpowiada?

– Obiecujesz?

Przyklękła na jedno kolano.

– Przysięgam, że pozostanę w zamku Bamarra do czasu, aż księżniczka Adelina poślubi swoją prawdziwą miłość. Niech mój miecz zwróci się przeciwko mnie, jeśli złamię tę obietnicę.

– Dziękuję.

Z ogromną ulgą padłam na podłogę w pokoju dziecinnym. Od małżeństwa dzieliły mnie całe lata.

Meryl padła obok mnie. Przez chwilę leżałyśmy w milczeniu, wpatrując się w drewniany sufit.

– Gdybym kiedyś zachorowała na Szarą Śmierć – powiedziałam – nawet gdyby jeszcze nie udało ci się znaleźć lekarstwa, nie umarłabym.

Meryl przetoczyła się na brzuch.

– Dlaczego nie?

– Bo ja bym się nie poddała. Kiedy choroba napełniłaby mnie zmęczeniem, nie zachowywałabym się jak ktoś zmęczony. Kiedy zmuszałaby mnie do snu, pozostawałabym przytomna. Gdyby mimo wszystko nadeszła gorączka, biegałabym w górę i w dół, żeby się rozgrzać. Odmawiając wypełniania żądań Szarej Śmierci, przepędziłabym chorobę.

Meryl poderwała się gwałtownie.

– Ja zrobiłabym coś trudnego, wspięłabym się na górę, złapała ogra.

Wstałam i usiadłam na naszej kanapie.

– Nie wiem, czemu umierają.

Ona też usiadła.

– Ja nie wiem, dlaczego ktokolwiek umiera, jeśli nie został spalony na skwarkę przez smoka albo przebity mieczem przez walecznego rycerza. – Pomyślała przez chwilę i wzruszyła ramionami. – Wiesz, ja naprawdę znajdę to lekarstwo.

Pokiwałam głową.

– Ale jeśli ja zachoruję wcześniej, nie poddam się śmierci.

Rozdział drugi

Kiedy miałam dwanaście lat, moja pokojówka Trina zachorowała na Szarą Śmierć. Po raz pierwszy zobaczyłam tę chorobę z bliska. Co roku umierało na nią kilkoro mieszkańców zamku, ale nikogo nie znałam zbyt dobrze.

Zanim Trina zachorowała, rankiem zrywała pościel z mojego łóżka i strzepywała ją gwałtownie. Była zrzędliwą kobietą o kanciastych rysach, a każdy jej ruch był gwałtowny.

Pewnego ranka zabrakło trzasku. Zabrała moją pościel, a poruszała się przy tym, jakby brodziła w gęstym syropie.

Później tego dnia nasza guwernantka, Bella, która znała wszystkie zamkowe plotki, powiedziała Meryl i mnie, że Triną zajęli się elfi pielęgniarze. Jakiś elf zobaczył ją na korytarzu i zauważył jej niepewny krok. Tylko krok, a elf wiedział.

Trina była moją pokojówką, od kiedy skończyłam trzy lata. Wiedziałam, że poranki bez jej zrzędzenia nie będą już takie same. Kochałam ją, jak kochałam rutynę i stałe elementy swojego życia.

Ponieważ wierzyłam, że znam sposób na pokonanie Szarej Śmierci, chciałam ją uratować. Po zakończeniu lekcji z Bellą błagałam Meryl, by poszła ze mną do sypialni Triny w zachodnim skrzydle. Meryl była bardziej przekonująca ode mnie i Trina z pewnością by jej posłuchała.

– Zamierzałam poćwiczyć szermierkę. – Meryl zmarszczyła czoło. – Przekonasz ją równie dobrze jak ja.

Potrząsnęłam głową.

– Ona nie...

– A nawet lepiej. Przecież to ciebie zna najlepiej.

Ale w końcu zgodziła się zajrzeć na chwilę.

Obok łóżka Triny siedział Milton, elfi pielęgniarz, i robił na drutach. Kiedy weszłyśmy, ześlizgnął się z krzesła, złożył ukłon i uśmiechnął się do nas. Później znów usiadł – musiał stanąć na palcach, żeby wspiąć się na siedzisko. Ze wszystkich elfów jego znałyśmy najlepiej. Od kiedy sięgałam pamięcią, troszczył się o nas, kiedy byłyśmy przeziębione i bolały nas gardła.

Meryl przeszła przez sypialnię.

– Witaj, Trino!

Usiadła na krześle obok kominka.

Ja przez chwilę stałam w drzwiach. Ktoś postawił na kominku bukiet kwiatów. Zawilce, które ponoć przynosiły spokój umierającym.

Trina wyglądała dziwnie w koszuli nocnej. Wstała z łóżka, żeby dygnąć, i nie wydawała się jeszcze bardzo osłabiona. Niektórzy słabli szybko, a inni pozostawali względnie silni przez wiele miesięcy. Miałam nadzieję, że Trina ma całe miesiące, by walczyć z chorobą.

Drugie stadium, sen, trwało zawsze dziewięć dni, a gorączka trzy i kończyła się śmiercią. Jeśli Trina miała zyskać czas, to w tym pierwszym stadium, słabości.

Pokojówka wróciła do łóżka. Ruszyłam w stronę ławeczki w oknie, ale znieruchomiałam. Po jednej z nóg łóżka wspinał się pająk.

– Addie powiedziała mi... – zaczęła mówić Meryl.

– Meryl! – krzyknęłam piskliwie.

Serce biło mi szybko w piersi. Pająk był włochaty, takie najbardziej mnie przerażały. Chciałam się rzucić do ucieczki, ale bałam się, że pobiegnie za mną.

Trina podniosła się na łokciu.

– Co się stało?

– Widzę go, Addie. – Meryl pospieszyła do łóżka i zrzuciła pająka na swoją lewą dłoń. Prawą uchyliła skrzydło okienne. Nie widziałam tego, ale wiedziałam, że postawiła pająka na murze. – Już.

Zamknęła okno.

– Co się stało? – spytała Trina podejrzliwie.

– Addie powiedziała mi, że nie czujesz się dobrze.

Meryl nie odpowiedziała na pytanie.

Trina spojrzała na mnie.

– To był pająk, prawda, księżniczko Adelino? Z całym szacunkiem, ale wszyscy w zamku wiedzą, że się ich boicie.

Poczułam, że się czerwienię. Przeszłam przez komnatę i usiadłam w oknie. Cały zamek pewnie uważał mnie za większego tchórza niż ojciec. Spojrzałam na Miltona, ale on spokojnie robił na drutach i nawet nie podniósł wzroku.

– Żaden pająk – powiedziała Meryl. – To taka gra, w którą czasem bawimy się z księżniczką Addie.

Trina opuściła głowę na poduszkę.

– To był pająk.

– Co to za choroba, Trino? – spytała Meryl. – Milton wspomniał, jak się nazywa?

Sprytnie. Ja bym nigdy nie przeszła tak szybko do sedna, a uprzejmością z jej strony było spytanie Triny zamiast Miltona.

– Mówi, że mam Szarą Śmierć, wasza wysokość, ale się myli. Gdyby tak było, czułabym się gorzej, prawda?

– Pewnie tak. W takim razie nie musisz wiedzieć, co przyszłyśmy ci powiedzieć.

– Powiedzieć mi co? Z całym szacunkiem.

– Że księżniczka Addie wie, jak pokonać Szarą Śmierć.

– Mówiłam wam, nie mam Szarej Śmierci. Jutro poczuję się lepiej.

– Możesz poczuć się lepiej już dzisiaj, jeśli postąpisz zgodnie z planem księżniczki Addie.

Trina odwróciła się twarzą do ściany.

– Nie mam Szarej Śmierci.

Meryl miała taką samą minę jak wtedy, kiedy jej ogier, Zguba, zaczynał się narowić. W przypadku Zguby używała ostrogi i bicza. W przypadku Triny powiedziała:

– Rozkazuję ci wysłuchać planu księżniczki Addie.

Trina nie odmówiła. Jedynie przeniosła głowę na inne miejsce na poduszce i stwierdziła:

– Ta poduszka jest za twarda. Powinnam dostać lepszą, skoro jestem chora.

Milton wstał.

– Znajdę ci lepszą.

Meryl poderwała się gwałtownie.

– Ja też wychodzę. Mam nadzieję, że wkrótce poczujesz się lepiej, Trino.

– Ja jeszcze zostanę.

Poczułam się rozczarowana postawą Meryl. Ale Trina nie była jej pokojówką, więc Meryl nie miała obowiązku jej ratować.

Kiedy wyszli, podeszłam do krzesła Miltona i przesunęłam je bliżej łóżka. Szukałam właściwych słów.

– Nie spodziewajcie się, że będę was zabawiać, wasza wysokość.

– Nie oczekiwałam tego – odparłam zaskoczona. Po chwili wpadłam na pewien pomysł. – W nocy śniła mi się moja matka – rzuciłam.

– Stara królowa. – Trina wciąż nie odwróciła się w moją stronę i nie wydawała się zainteresowana.

– Zgadza się. – Pochyliłam się do przodu. – Wiesz, co mi powiedziała?

Żadnej odpowiedzi.

– Powiedziała, że tęskni za byciem żywą.

– Za byciem królową. Za tym tęskni, wasza wysokość. Z całym szacunkiem.

– I wiesz, co jeszcze powiedziała?

Znowu bez odpowiedzi.

– Powiedziała, że mogłaby wyleczyć samą siebie, gdyby walczyła. Powiedziała: „Addie, Szara Śmierć tam była, w mojej piersi. Gdybym jej poszukała, odnalazłabym ją”.

Trina przekręciła się i spojrzała na mnie.

Zachęcona mówiłam dalej.

– Powiedziała: „Mogłabym ją wypędzić”.

Trina oblizała wargi, chciała się odezwać.

Czekałam.

– Ładna z was dziewczyna – stwierdziła. – Zawsze tak uważałam. Wysokie, gładkie czoło, śliczne oczy. Delikatne kości. Ładna.

– Dziękuję.

Czy ona nie słyszała ani słowa z tego, co powiedziałam?

– Powinniście nosić bardziej kolorowe ubrania, z całym szacunkiem.

Pokiwałam głową. Lubiłam mocne odcienie w swoich haftach i na innych ludziach, ale nie na sobie.

Wróciłam do ratowania Triny.

– Matka żałowała, że z powodu choroby przestała rządzić. Może miałam ten sen, żeby móc ci powiedzieć to, co powiedziała królowa Daria.

Wargi Triny zadrżały.

– Żebym nie przestawała rządzić?

Przez chwilę zastanawiałam się, czy Szara Śmierć obdarzała ludzi poczuciem humoru. Uśmiechnęłam się.

– Nie, powinnaś robić to, co zawsze. Nie pozwalać, by choroba cię powstrzymywała.

– Chcecie zachować pokojówkę, księżniczko Adelino. Z całym szacunkiem.

Chciałam, żeby żyła! I chciałam udowodnić, że Szarą Śmierć da się pokonać.

– Nie, chcę ci pomóc w wyzdrowieniu.

Do środka wszedł Milton z dwiema poduszkami. Za nim podążył ktoś inny – Rhys, nasz nowy czarodziej uczeń.

Poderwałam się gwałtownie. Moje krzesło poleciało do tyłu i przewróciło się. Oszołomiona pochyliłam się, żeby je podnieść, ale Rhys już tam był. Podniósł krzesło i złożył mi najgłębszy ukłon z największą ilością ozdobników, jaki widziałam w życiu.

 

Dygnęłam, choć czułam się niezręcznie. Przybył zaledwie przed tygodniem. Widziałam go na sali bankietowej, ale ojciec jeszcze nie wpadł na pomysł, żeby przedstawić go Meryl i mnie.

Milton umieścił nowe poduszki pod głową Triny.

– Panno Trino – odezwał się czarodziej – bardzo przykro mi słyszeć, że źle się czujesz. Proszę, powiedz mi, jeśli mógłbym zrobić cokolwiek, byś poczuła się lepiej.

– Nie chcę żadnych magicznych eliksirów, z całym szacunkiem, panie.

Rhys znów się ukłonił.

– Żadnych eliksirów. Obiecuję. – Uśmiechnął się.

Poczułam się odrobinę swobodniej. Uśmiech miał życzliwy.

Był wysoki, jak to czarodzieje. Twarz miał prawie płaską, z szerokimi policzkami i wysokimi kośćmi policzkowymi. Jego oczy robiły wrażenie – duże i niebieskie, otoczone gęstymi białymi rzęsami, jakie mają wszyscy czarodzieje. Nosił się kolorowo – haftowany kaftan i spodnie z fioletowej satyny. Poprzedni czarodziej uczeń wolał ciemne barwy. Do tej pory uważałam, że ponure stroje są typowe dla czarodziejów, tak samo jak dla mnie.

– Te poduszki też są twarde.

– Może ja coś na to poradzę. – Rhys odwrócił się do Miltona. – Mogę spróbować?

– Proszę bardzo.

Trina znów usiadła wyprostowana i wydawała się zaniepokojona.

– Nie chcę magicznej poduszki, która wybuchnie albo odleci w środku nocy, ciągnąc mnie za sobą.

Czarodziej otworzył szerzej oczy.

– Nikomu bym nie dał takiej poduszki.

Otworzył sakiewkę u pasa, wyjął złotą różdżkę i wskazał nią na niebo.

Popołudnie było pochmurne. Od jednej z chmur oderwało się pasmo bieli i poszybowało w stronę zamku, w naszą stronę. Rhys otworzył okno i teatralnym gestem wciągnął pasmo.

W naszej komnacie była chmura!

Trina zasłoniła twarz dłońmi.

– Nie pozwól, żeby zrobiła mi krzywdę!

Rhys różdżką zebrał chmurę i nadał jej kształt poduszki.

Uśmiechnęłam się. Trina spojrzała między palcami. Milton wstał, żeby się przyjrzeć.

– Na poduszce z chmury zawsze dobrze się śpi. – Rhys podszedł do łóżka. – Pochyl się do przodu.

– Jesteście pewni, że to bezpieczne?

– Oczywiście.

Trina wykonała polecenie, a Rhys ułożył za nią poduszkę z chmury. Widziałam, że jego dotyk jest delikatny.

– Proszę. A teraz się połóż.

– Przebiję się przez nią! – Ostrożnie opuściła plecy, jednocześnie piorunując Rhysa wzrokiem, jednak grymas zaraz zniknął. – Rzeczywiście jest odrobinę lepiej.

– Popatrzcie no tylko! – powiedział Milton.

Roześmiałam się i odezwałam bez zastanowienia:

– Z poduszki nie będzie padać, prawda?

Rhys też się roześmiał, głośniej niż ja.

– Deszcz! Nigdy o tym nie pomyślałem. Deszcz z poduszki. – Potrząsnął głową, wciąż śmiejąc się cicho. – Nie będzie padać, a Trina będzie miała piękne sny.

Kobieta westchnęła głęboko i zamknęła oczy.

– Chyba się teraz zdrzemnę.

Nie chciałam, żeby drzemała. Chciałam, żeby mnie posłuchała. Zwróciłam się do Miltona:

– Trina powinna walczyć z Szarą Śmiercią, prawda?

– To jej nie zaszkodzi, ale teraz powinna się przespać. Jutro nie odpocznie.

Musiałam mieć zdziwioną minę, bo dodał:

– Jeden z powozów twojego ojca zabierze ją jutro do domu i rodziny. – Otulił ją kocem. – Trino, przemyślisz sugestie jej wysokości w powozie, prawda?

Nie otworzyła oczu, ale pokiwała głową. Uznałam, że to już coś. Ale i tak żałowałam, że nie mogłam wślizgnąć się w jej uprzyjemnione przez chmurę sny, by tam ją przekonywać.

Inne książki tego autora