We krwi

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska

We krwi

Saga

We krwiZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1891, 2020 Gabriela Zapolska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426717

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I.

Gwałtowne szarpnięcie dzwonka zbudziło Stefanję.

Porwała się ze snu, zsiniała od chłodu.

Ktoś gwałtownie bił pięściami we drzwi wchodowe.

Wyskoczyła z łóżka i dziecięcemi rękami narzuciła na siebie włóczkową spódniczkę.

—Zaraz! zaraz!— wołała w stronę przedpokoju.

Z po za kratek łóżeczka podniosła się mała, jasna główka, ozłocona nagle w świetle porannem.

—Mamusia idzie?

Kobieta znalazła wreszcie spódnicę i, plącząc sznurki, zarzucała ją na długą, nocną koszulę, która jej szerokiemi fałdami na bose stopy spadała.

—Śpij! synku! śpij, Dziudku!

Lecz drzwi wstrząsane silną píęścią dudnìły jak dno pustej beczki.

Dzwonek znów zajęczał przeraźliwie.

—Idę! idę!—wołała Stefanja.

Przechodząc mimo łóżeczka nasunęła na tors dziecka kołderkę.

— Śpij, Dziudku!... to tatuś powraca.

Chłopczyk brwi zsunął i piąstki do buzi przytulił.

— Mamusiu!—wyjąkał cichutko, lecz już biała koszula mignęła we drzwiach i Stefanja boso do drzwi dopadła.

Odsunęła rygiel i cofnęła się, przytrzymując na zapadłych píersiach duży kraciasty szal, który, biegnąc przez jadalnię, z krzesła porwała.

We drzwiach teraz, w ciemnej głębi schodowej klatki, stał wielki rozrosły mężczyzna w kożuchu, nadzianym na bieliznę, bosy i z wielką czapką na silnie poczochranych włosach. Mężczyzna ten trzymał na ręku, tak, jak się trzyma kilkoletnie dziecię, porządnie odzianego człowieka, którego rozpięte palto miało obszarpany kołnierz, a cała odzież poplamiona była rozlanym płynem. — Blada, niemal żółta twarz tego człowieka, jak trupia, odbijała przy ciemnoczerwonej cerze stróża. Jedynie tylko na policzkach dwie niewielkie centki, jakby oparzonej skóry, znaczyły się silnie, przechodząc w sine podkowy, okrążające nawpół przymknięte oczy.

Stefanja chwyciła się oburącz za głowę.

— Jezu! — wyjąknęla — znowu!

Stróż wszedł do przedpokoju.

— A jakże! — odparł ochrypłym głosem — pod bramą samą to jeszcze stojał, ale jak go kompany odeszły, a on bez próg przełazł, tak grypsnął mi odrazu pod nogi. Podjonem go i niosę, bo nie chciałem dyshonoru na takiego pana dla ludzi! Ciężki, bo ciężki.

Śmiał się teraz, patrząc w nieprzytomną twarz pijaka, i zakołysał go lekko na rękach.

— Jak to se śpi, a o Bożym świecie nie wie.

Stefanja zwróciła się ku głębi mieszkania.

— Jeśliście łaskawi, to zanieście pana do saloniku. Połóżcie go na sofie.

Otworzyła drzwi i wprowadzíła stróża do małego pokoiku, w którym oprócz sofy, stołu i kilku krzeseł, nic nie było.

Stróż ułożył śpìącego na sofie i stanął, ocierając czoło.

— Pójdę do bramy.

Lecz nie odchodził, czekając widocznie na datek za oddaną przysługę.

Stefanja zrozumiała to nieme przymówienie się.

— Mój Wawrzonie, dziękuję wam tymczasem. Ześlę wam przez dziewczynę szóstkę.

— O! nie spieszno! — odparł stróż, kierując się ku wejściu.

Jeszcze od proga na uśpionego spojrzał.

— A to ci śpi, jak roczne dziecko!—wyrzekł, krztusząc się ze śmiechu.

Lecz w tej chwili źrenice pijanego rozwarły się z wysiłkiem.

— Kawy!...—wybełkotał, a z kącików ust ślina mu płynąć zaczęła—kawy dla mnie... í... dla moich przyjaciół!

Stefanja rękę ku stróżowi skierowała:

— Wyjdźcie!... proszę!...

Chłop wyszedł, trzaskając silnie drzwiami.

Stefanja oparła się chwilę o ścianę i przymknęła oczy jakby chcąc nabrać oddechu i siły do przebycìa ciężkiej chwili.

Szary świt jesienny stopniowo ustępował przed niepewnym blaskiem dnia dżdżystego i jakby przygníecionego rozsypanym w powietrzu miałem ołowiu. Przez okno przysłonięte muślinową firanką, szare rozwłóczyły się cienie. Po kątach meble jeszcze w mrok zupełny spowite, występowały gdzieniegdzie lśniącemi konturami.

Siedzący na sofie mężczyzna podnieść się usiłował, opierając o stół obiema rękami. Lecz — klapa przeważyła i ciężka masa drzewa opadła mu na kolana.

— Cóż u stu djabłów! — krzyknął, silnie otwierając usta—teraz meble popsułaś! stół złamałaś? Ty... podła!

Drżącą pięść w stronę żony wyciągnął.

— Zrujnowałaś mnie do szczętu i teraz dalej rujnujesz? Czekaj, ja cię nauczę!

Znów podnieść się usiłował, ale napróżno. Ślina mu wązkim strumieniem sączyła się na przód koszuli, źrenice mimowoli zachodziły za nabrzmiałe powieki. Chwilamì, jedynie białka zaczerwienione i zapalone, świeciły pod rzęsą.

— Chodź tu! chodź tu, kiedy ci każę! słyszysz!

Stefanja oderwała się z wysiłkiem od ściany.

— Zaśnij!—prosiła cichym głosem.

— Zaśnij!—przedrzeźniał mężczyzna — zaśnij! ty nie umiesz, tylko spać... i skomleć! a ja muszę o tobie myśleć... i o twym synaczku czułym!... muszę na was pra... co... wać!

Czkawka go porwała; chwilę długą powietrze łapał, rękami o sofę waląc.

— Wo... dy...—wykrztusił nareszcie.

Stefanja szybko z pokoju wybiegła; w sypialni Dziudek niespokojnie głowę z kratek łóżka wychylił.

— Tatuś?—zapytał przyciszonym głosem.

— Tak, Dziudku, tatuś—ale chory.

— Chory?—powtórzyło dziecko, jakby w zamyśleniu.

Stefanja w konewce wody rękę umoczyła; służąca, tęga dziewczyna, śpiąca na łóżku koło okna, przewróciła się, majacząc, młoda kobieta, jak cień, z kuchni się wysunęła i, nie uważając na wstające w łóżeczku dziecko, do saloniku się skierowała.

Lecz tu już mężczyzna, szarpiąc się, zdołał odepchnąć od siebie stół, i zwalił się ciężarem własnego cielska na ziemię. Na tle jasnej podłogi czerniał, jak wielka czarna kłoda. Głową walił o ziemię, unosząc się na rękach, do których mu silnie krew naciekła. Przez czoło biegła mu sina żyła, prawie granatowa, wypukła na pożółkłej skroni.

— Wody!...

Stefanja bez wahania na ziemi przyklękła i grubą szklankę napełnioną wodą do ust męża podniosła.

On skwapliwie usta do szkła przytknął i chleptał płyn zaślinionemi wargami.

— Przechyl, podła!...—wybełkotał dławiąc się z wściekłości.

Kobieta przechyliła szklankę, woda pociekła gwałtownie i oblała gors koszuli.

Michał uniósł się na rękach i z całą siłą plunął w twarz żony.

— Masz, szelmo! to... cię... nauczy koło męża chorego chodzić.

Stefanja cofnęła się w milczeniu i chustką wełnianą twarz ocierać zaczęła.

— Człowiek do domu powrócić nawet nie może — charczał tymczasem mężczyzna—czyste piekło... zmora ta na progu wita!...

Z trudnością całem cìałem się obrócił i na wznak do ziemi teraz przypadł.

— Hije... na!...—wybełkotał, szarpiąc oblaną koszulę na piersiach.

Chwilę panowała głucha w pokoju cisza.

Świt coraz tryumfalniej przez okno się wdzierał, bieląc fałdy firanek. Jakieś szarawe światełko w tafli podłogi zabłysło—mając refleks na listwie pod ścianą biegnącej.

— Hije... na!...—powtarzał wciąż mężczyzna.

Zdawał się usypiać i tylko od czasu do czasu silny dreszcz wstrząsał nim całym. Uderzał wtedy głową o podłogę i prawą ręką posuwał po ziemi. Plamy, na policzkach się krwawiące, bladły i przechodziły w cień bladoróżowy, natomiast wargi siniały i zdawały się wydymać powoli.

Stefanja przygasłemi oczami twarz męża śledziła. Zimno jej było widocznie, bo szczelnie się chustką osłaniała i do ziemi chyliła, bose nogi spódnicą przysłaniając. Szarawe, ziemiste tony twarz jej wychudłą pokryły; stała tak blada i skostniała, nieruchoma prawie, jakby do ziemi przykuta.

Nagle z piersi mężczyzny wydarł się okrzyk nieludzki, jakby ryk zwierzęcia dławionego przez sforę psów.

I znów nastała cisza, i tylko miarowy stukot głowy bijącej o podłogę pobrzmiewał głucho po ciasnej przestrzeni saloniku.

Stefanja cicho, na palcach, tłumiąc oddech, ku mężowi się podsunęła.

Leżał teraz z oczyma przymkniętemi, napozór spokojny, z maską klowna, wykrzywioną jakiemś wewnętrznem cierpieniem.

Stefanja chustkę z pleców zsuwać poczęła i pochyliła się nad leżącym, ciągle blada i zrezygnowana, lecz on, nagłym. kocim ruchem, bosą jej nogę wyżej kostki uchwycił i silnie paznogcie w ciało zatopiwszy, charczał:

— A, suko! przychodzisz patrzeć, czy żyję... czy nie umarłem, tobie na pociechę... a, suko!...

Ona usiłowała oswobodzić nogę z konwulsyjnego uścisku pijaka.

— Puść! — wyjęczała przez zaciśnięte zęby — puść!... boli!...

Lecz on coraz silniej wpijał swe dawno nieobcinane pazury w wychudłą warstwę ciała, i konwulsyjne to natężenie dreszczem rozkoszy go przejmować się zdawało.

— Ha! ha! ha!—śmiał się przeciągle, uderzając nogami o podłogę.

Nagle cały snop promieni słonecznych wpadł do pokoju, zalewając mdławym blaskiem ciasną przestrzeń. W powodzi tej świetlanej, skąpała się nagle straszna postać Michała, torturującego nogę żony.

Pod wpływem bólu, Stefanja wiła się prawie, i, szarpiąc, podrzucała w górę bezwładne cielsko mężczyzny, które sunęło się na nią, jakby łańcuchem przykute.

 

— Puść... Michał!... com ci zawiniła! O, Jezu!...

W tem—we drzwiach uchylonych zamajaczyło coś drobnego o żółtawych barwach. Boso, w koszulce, stanął na progu Dziudek, zwabiony hałasem i jękiem matki. Jak przykuty do ziemi tak stał teraz nieruchomo, wpatrzony wielkiemi błękitnemi oczami w straszny obraz, jaki mu się w snopie słonecznych promieni przedstawia. Usteczka wpółotwarte drżały mu lekko i w podkówkę się krzywiły.

Zdawał się nie oddychać, przerażony, przybity, nagle zestarzały.

Stefanja dojrzała natychmiast jasną główkę dziecka. Jak szalona wyciągnęła ręce w jego stronę pragnąc zakryć przed nim nędzę swego życia.

— Dziudek!... idź stąd! idź... natychmiast!...

Pijak puścił nogę żony i zakrwawione paznokcie ku drzwiom wyciągnął.

— Won!... paszoł!...—wybełkotał.

Lecz dziecko stało ciągle nieruchome, milczące, chmurne, jakby koncentrując całą swą istność w źrenicach, w ojca wlepionych.

Matka już do niego przypadła i całem swem ciałem zatrzymując teraz męża, do przedpokoju dziecko popychała.

— Idź, synku, idź!... tatuś chory!...

Drzwi zamknęła i do salonu wróciła.

Pod drzwiami przedpokoju, dziecko do listwy przylgnęło jakby półsenne, rozmarzone, przeżuwając świeżo otrzymane wrażenia.

Tymczasem mężczyzna powoli zasypiał, sztywniejąc na środku pokoju, jak figura woskowa za witryną przekupnia. W złocie słońca, w którem już drgały mirjady pyłków, to uosobienie zezwierzęcenia człowieka, wybijało się z brutalnością najwyższą, uwidoczniając ślady bestjalstwa i fizycznego rozkładu ze szczerością prawie bezczelną.

Kílkakrotnie jeszcze zaślinione wargi poruszyły się, usiłując wydać z siebie jakiś głos, wyszeptać jakieś słowo. Lecz już ciężar ołowiu opadać zdawał się silną maską na wszystkie rysy i na klatkę piersiową, z której wydobywało się rzężenie. Jedynie tylko palce u rąk zachowały pewną władzę i poruszały się lekko, drapiąc powierzchnię podłogi.

Stefanja odetchnęła.

Wiedziała, że mąż teraz spać będzie długo i spokój wróci na godzin parę.

Kulejąc, bo krew z pokaleczonej jej nogi lekko się sączyła — zwróciła się ku drzwiom, zgarbiona i smutna.

Już za klamkę ująwszy, odwróciła się—i, spojrzawszy na śpiącego, ku niemu podeszła.

Chustkę wełnianą z pleców zsunąwszy, delikatnie na nogi mu zarzuciła i, przyklęknąwszy zdaleka, ostrożnie go otulać zaczęła.

W ruchu tym była cała potęga miłości, silniejszej, niż śmierć, kobiecości bezgranicznej, uległej, płacącej chlebem za kamień.

Chwilę jeszcze wpatrywała się w nieruchomą już twarz męża i w oczach jej zaszkliły teraz dwie wielkie łzy.

Powstała cicho i, ciągle kulejąc, z saloniku się wysunęła.

Na progu spotkała Dziudka przy ścianie drżącego. Chciała przemówić, połajać dziecko za nieposłuszeństwo, lecz... sił jej nie stało. Pochyliła się tylko i przy dziecku przyklękła, a na jasną głowę malca dwie wielkie, gorące łzy spłynęły.

__________

II.

Nie śmiała odwrócić głowy, aby spojrzeć na stojący na konsolce zegar i sprawdzić godzinę. Myślała ciągle o Dziudku, o tem, czy Helena podała mu kawkę nie przydymioną, czy Michał przypadkiem nie obudził się i nie zaczął znęcać się nad dzieckiem. Obliczała w myśli wydatki dzienne i postanowiła umniejszyć ilość branych bułek do wieczornej herbaty. Kitu do okien nie kupiła jeszcze, a służąca codziennie z rozmysłem brutalnej chęci upokorzenia swej pani, wtykała swój gruby, lśniący palec w szpary okien, i mówiła z głośnem śmiechem:

— Patrz, Dziudek, jak ci to wiatr hula!

Obok Stefanji, na aksamitnym wykręcanym taburecie, siedziała zgarbiona dziewczyna, z anemiczną wybladłą twarzą.

Grała fantazję z „Hugonotów“, nadużywając pedału, i palisandrowy fortepian aż huczał od brzęczących tonów. Finał drugiego aktu powracał uparcie w basach, ciężko przecinających powietrze.

Blade, kościste ręce dziewczęcia migały wśród czarnych klawiatur, jak rozszczepione szkielety nietoperzy. Przez purpurową gazę padał ukośny promień światła, czerwíeniący lekko stan i zapadłe biodra, owinięte w jasną tkaninę sukni.

Promień ten obejmował swą czerwoną falą i stopy Stefanji, i krwawił się lekko na wystającym końcu jej bucika.

Przed nią, na ścianie, o którą opierał się ogon fortepianu, wisiało okrągłe lustro w srebrne, wązkie ramy ujęte. Lustro to było matowe i jakby parą zawsze pociągnięte. Obok, na ścianie, osłonięte gazą rozkładały się dwa olbrzymie portrety, ciężko ku ziemi zwisłe.

Po kątach bieliły síę meble, proste, sztywne w swych białych pokrowcach, jak komuniantki ustawione nieruchomo dokoła balustrady kościelnej.

I tylko pośrodku salonu umieszczony stół dźwigał w górę smukłą lampę Empire, okrytą różowym zalotnym abażurem, rozścielającym się z wdziękiem świeżo zerwanej róży, wśród surowej i wystygłej bieli salonu.

Stefanja, z oczyma utkwionemi w spoconą szybę lustra, siedziała, znacząc takt finału, który dobiegał do końca.

Siekący deszcz fortepianowych tonów oblewał ją gorącą strugą, drażniąc w niewypowiedziany sposób.

Miała przecież czas oswoić się z tą torturą od lat tylu, od pierwszej młodości pławiąc się w tej siekaninie dźwięków, spadających szeroką strugą na jej schylone barki.

Lecz dziś — poranna scena z mężem wyczerpała ją do dna. Całą siłą woli powstrzymywała w sobie nerwowy kurcz gardła i zaciśnienie szczęk, które ją dławiło. Wzdłuż krzyża czuła przebiegające dreszcze. Myśl o dziecku, o mężu, o ilości posiadanych do końca miesiąca pieniędzy, wpiła się w jej mózg rozpalonemi szponami.

Pragnęła ją odegnać, chwyciła ołówek, znaczyła crescendo, piano, moderato, sostenuto — ułatwiała palcowanie.

Wreszcie z hukiem i trzaskiem, a bezustannym naciskiem pedału urwała się fantazja i huczący deszcz tonów umilkł na chwilę.

Siedząc na taburecie, dziewczyna odwróciła się nagle, jakby z jednej sztuki wykuta.

— To już godzina! — wyrzekła smutnym, bezdźwięcznym głosem.

Stefanja odwróciła głowę.

Zegar, stojący na konsolce, pokryty kloszem, wskazywał pierwszą.

— Tak, godzina!

Dziewczyna powstała i szybko kajet z nutami zamknęła, poczem, odsunąwszy się kilka kroków, ukłoniła się niezręcznie.

— Dziękuję Pani! — wyrzekła pod nosem.

Cofając się tyłem, wysunęła się z pokoju, spokojna, niewzruszona, wyschła w swej dziewiczej sukience, opadającej jej po za spiczaste kolana, okryte ciemnemi pończochami.

Stefanja pozostała sama.

Nie powstała nawet z krzesła, na którem siedziała.

Załamała tylko kilkakrotnie ręce, aż palce z suchym chrzęstem trzasnęły jej w stawach i, odsunąwszy włosy, spadające na czoło, oparła głowę na dłoni.

Miły Boże! — kiedyż wreszcie powróci do domu i Dziudka swego zobaczy...

Wybiegła tak szybko, że nie zdążyła prawie uścisnąć go raz jeszcze na pożegnanie.

Stał w swej białej barchance na środku kuchni i czekał spokojnie, aż mu Helena naleje kawy w garnuszek i nadrobi bułki.

Byle tylko bułka kawy nie wypiła!

Ta Helena zawsze dziecku naprzekór robi...

Myśląc o kawie i bułce, nagle poczuła Stefanja silny głód, ściskający jej żołądek.

Od rana nie míała nic w ustach.

Po zaśnięciu Michała rzuciła się na chwilę na łóżko i, cała łzami zalana, zdrzemnęła się trochę.

Dziudek przytulił się do jej ramienia i zasnął, także smutny í wyczerpany.

Po przebudzeniu, nie myślała o sobie — biegła na lekcje — lękała się przybyć za późno. Stanowczo głodna była i czuła to teraz dość silnie.

Nieokreślone nudności porwały ją nagle ì ślina napływać jej do ust zaczęła.

W głębi duszy poczuła gniew na to zwierzę, które buntowało się w niej, dopominając się swej cząstki z zacìekłością okrutną.

Pragnąc oszukać siebie samą, skierowała oczy na gazę, po za którą majaczyły portrety, jak duchy nagle wśród dnia ujrzane.

Znała je dobrze: mary niepewne, zabielone chmurą tkaniny, zaznaczające się cieniami z poza oczek tiulu.

Portret kobiety, blady, wypłowiały, niepewny, z twarzą zestraszonej kozy, z oczyma chorowitej istoty, od dziecka w gorset spowitej, moralnej i fizycznej kaleki — czepiał się ściany, jak tablica cmentarna w katakumbach wmurowana. Była to zmarła pani domu, suchotnica, sztucznie czas jakiś pielęgnowana umiejętną dłonią męża, doktora, po to—aby dać życie dwojgu sformowanem dzieciom, i zgasnąć w Hyères, gdy słońce najjaskrawsze blaski z szafiru nieba rzucało.

Stefanja, w smugi farb, tworzących obraz tej nieżyjącej matki, wpatrywała się często — jakby tajemnica pozagrobowa miała nagle przedrzeć fałdy gazy i objawić się jej w tych rysach ostrych, kościstych, nie złagodzonych, nawet przeczuciem agonji, rysów, które powtarzały się dokładnie w twarzy córki ze ścisłością niemal cyrklową, dziwną, tajemniczą, niezgłębioną.

I córka w rysach swych, w zagięciu ust, w bladości warg, w suchości skóry, zlekka tylko koło nozdrzy zwilżonej tłustym i lśniącym potem, w pogarbieniu postaci, w łamliwości anemicznych włosów, w zapadłej píersi, w zacisku bioder, w suchości głosu i chorobliwej zaciętości charakteru, we krwi skrzepłej i ubogiej—miała całego trupa matki, który, milczący, blady, groźny — jak krzyż na szczycie mauzoleów—z po za bieli gazowej zdawał się stać na straży wygasłego ogniska, wśród wystygłych popiołów.

Z drugiej strony lustra, ciemny profil mężczyzny wychylał się nagle, energiczny — pełen jakiejś chęci dojścia, poznania zakrytych kart, szarpnięcia nerwowym rzutem ręki zasłon, spowijających cierpienía ludzkości w nieprzeniknione, fałdy.

Z twarzy tej czytało się jak z otwartej księgi i rozpłaszczona pędzlem uwypuklała się, odstawała, wychodziła z tła przepychem energji swojej. Rozmiażdżenie farb nie zdołało zatrzeć nadmiernie wysuniętego sklepienia czoła i brwi prawie obwisłych, po nad głęboko zapadłemi źrenicami. Nos, zagięty krogulczo, miał cechy semickiego pochodzenia, koło ust, oprawnych w czerń siną zarostu, rysowały się dwie głębokie bruzdy.

Stefanja powoli przymknęła oczy znużone monotonją widoku, który od roku blisko miała przed oczyma.

Trzy razy tygodniowo siadywała tak naprzeciw tych portretów, oddzielonych od siebie białą szybą lustra. Znała dokładnie rysunek ram, ich rozmiary, arabeski, obicia, nawet liście szlaku, bramującego sufit. Znała cień, zalegający kąt, z którego występowało ukośne, zwieszone lustro, i cień ten czasem mimowoli niepokoił ją i mieszał.

Jak gwiazda błyszczała tylko srebrna rozeta, kryjąca hak, podtrzymujący ciężar zwierciadła, i gwiazda ta prawie hypnotycznie ciągnęła wzrok zdenerwowanej kobiety.

Nawet, wróciwszy do domu, gdy po rachunku z Heleną kładła się do łóżka, widziała przed sobą migocący punkt w niepewnej przestrzeni...

Monotonny szmer zegara szeptał po za nią ubiegające minuty.

Po za oknami, z ulicy, dolatywał turkot przejeżdżającej dorożki i ginął powoli w oddali.

Stefanja sięgnęła machinalnie do kieszeni pragnąc schować ołówek.

Poczuła coś twardego.

Była to tabliczka czekolady, kupiona w cukierence na rogu ulicy—dla Dziudka.

Tak dawno obiecała mu ją przynieść, i zawsze zapominała, śpiesząc do domu.

Dziś kupiła, nagłą litością zdjęta nad tem biednem dzieckiem, poniewieranem w tej chwili może przez zuchwałą sługę, lub na wpół trzeźwego ojca.

Lecz... głód szarpnął nią silnie i nudności powróciły ze zdwojoną siłą.

Ugryzła kawałek czekolady ostrożnie i żując powoli, starała się połykać jaknajmniej śliny.

Resztę zawinęła w ołów i ukryła głęboko w kieszeni.

— Nìe ruszę!—wyszeptała z silnem postanowieniem.

Nagle, drzwi silną ręką szarpnięte rozwarły się z trzaskiem.

Do pokoju wpadł młody chłopak w mundurku, dość wysoki, zgarbiony, z głową spiczastą, okrytą czarnym włosem.

Buty miał zabłocone, spodnie zakasane, ręce czerwone i żylaste poplamione atramentem.

Kiwnął głową i do fortepianu poskoczył.

Stefanja odsunęła swe krzesło.

— Dzień dobry, panie Henryku!—wymówiła cicho.

Chłopak machnął głową i położył na klawiszach palce długie, kościste, zakończone olbrzymíemi brudnemi i połamanemi paznogciami.

— Cóż grać?—zapytał, spluwając lekko na bok.

— Ćwìczenia pięciopalcowe.

Chłopak powoli z mozołem zaczął bębnić jednostajne nuty, wznoszące się i opadające z przerażającą jednostajnością.

Garbił się w dziwny sposób, nie mogąc utrzymać ciężkiego torsu na stosunkowo słabej, niższej połowie szkieletu.

 

Grając, powtarzał bezustannie jedno i to samo słowo:

— The! the! the! the!...

Zwijał język w trąbkę i sznurował wargi starając się pokryć niemi zęby.

Grał machinalnie, jak maszyna siekąca drzewo, cały przyjęty chęcią nabrania nieskazitelnej wymowy angielskiej.

— The! the!...

Stefanja zmarszczyła brwi mimowolnie, udręczona ciężko tem powtarzającem się bełkotaniem, spadającem w jej zmęczone uszy z okrutnym zaciekłym uporem.

— The! the!

— Proszę grać gamy.

Henryk, nie prostując się, nie odrywając nawet rąk od klawiatury, zaczął grać gamę C-dur, zatrzymując się przy każdem podłożeniu palca.

— The! the!

Stefanja wyciągnęła rękę.

— Nie tak! czwarty pierwszy, w prawej.

Dotknęła delikatnie palców chłopca.

Lecz on, jak szalony porwał się z miejsca, i plując, ocierał rękę o połę swego ubrania.

— Co pan wyrabia?

— Niecierpię, jak kobieta mnie dotyka. Pani wie!... proszę mníe nie ruszać! The! the!...

Za chwilę bębnił znów gamy, sycząc swój angielski przedimek, wysuwając mięsisty język, przejęty cały pogardą dla kobiet, zapóźniony w swym rozwoju, zgnieciony tłumem pracy umysłowej, urągający kultowi ciała.

Gdy wreszcie Stefanja znalazła się w przedpokoju, nasuwając na zbolałe plecy ciemny żakiecik—z pewną trwogą myślała o dalekiej przestrzeni, jaką przebyć musi, aby dostać się do domu. Wśród błota i flagi — bo pogodne zrana niebo dokoła się zasnuło chmurami—iść musiała niemal przez cały Lwów, wzdłuż ulic ociekłych wodą, po pod murami domów, z których buchała wilgoć, pleśń i zimno. Przyszczypka jednego z bucików odpruła się nagle i woda nabiegała do wnętrza, mocząc pocerowaną pracowicie piętę pończochy. Newralgja, na którą Stefanja cierpiała dość często, zdawała się powracać, ściskając jej lewą stronę karku jakby żelaznemi szponami. Nie zastanawiała się jednak nad tym bólem, śpiesząc, narzucając na gładko przyczesane włosy swój zniszczony kapelusz.

Lecz drzwi, prowadzące do gabinetu pana domu, uchyliły się lekko.

Do przedpokoju wsunęła się dziewczynka i wyciągnęła ku Stefanji rękę, w której tkwiła mała tekturowa kartka.

— Tacio przysyła bilet i prosi, żeby panì była tak łaskawą i nie przychodziła pojutrze, bo to... moje imieniny.

Stefanja doznała nagłego ściśnienia serca. Znów jedna lekcja mniej, odsunięcie wypłaty o dni parę, w ślad zatem niedostatek chwilowy, zuchwalstwo Heleny, stróża, wściekłość Michała.

Dziewczynka stała ciągle we drzwiach uchylonych, wyciągając rękę.

Jasna struga światła płynęła po za nią w ciemną głąb przedpokoju i mizerna jej postać, jeszcze smutniejsza, jeszcze bardziej koścista, rysowała się czarnemi konturami w tej smudze jasności.

Stefanja zbliżyła się powoli i podawany bilet z rąk dziecka odebrała.

— Powiedz tacie, że... nie przyjdę, skoro sobie tego życzy.

Chciała podać rękę małej i życzyć jej szczęścia, lecz ruchy i odtrącający wygląd dziecka, zmroził jej słowa na ustach.

Tylko powolnem i przeciągłem spojrzeniem obrzuciła głowę dziewczyny, po za którą, jak w ramach obrazu, dojrzała jasną, świetlaną przestrzeń rozjaśnioną szerokiemi taflami balkonowego okna, rysującego się w oddali z przejrzystością powietrzną. Kolo tego okna, oparty na kuIach, stał doktór, znacząc się energicznym swym profilem wśród białej przestrzeni.

Stał koło biurka, zasypanego mnóstwem książek i papierów, tuż przy fotelu ruchomym z korbą i kółkami, czerwieniącym się zdaleka purpurą aksamitu.

Z drugiej strony drzwi balkonowych, ciemniał rząd szaf, których szyby okryte szafirowemi firankami, mieniły się barwami opalu. Biała jak śnieg natura kładła swą dziewiczą szatę na surową linię tych szaf tajemniczych i pięła się wysoko, w górę — aż pod bufy muślinu firanek, nawleczonych na dębowe, oksydowanemi gwoździami nabite strzały.

W jasności tej wielkiej, przejrzystej, nieskalanej, czarny kontur postaci doktora rysował się brutalnie z całą ułomnością skurczonego ciała kaleki.

Wewnętrznem żarte cierpieniem, ciało to zdawało się chylić bezsilne i już podległe rozkładowi, lecz twarz promieniała wciąż silną, niezachwianą energją, pełna jakiejś szczytnej potęgi.

Stefanja stała ciągle wpatrzona w ciemną bryłę tej męskiej postaci, rozjaśnioną zaledwie niewielkim białym znakiem twarzy i obwiedzioną jasną linijką światła wzdłuż pochylonej głowy i grzbietu obwisłych poł surduta.

Złota skówka drzewca kuli błyszczała jak maluchny punkcik na ciemnem tle sukna, nogi, zakryte kadłubem fotela, zdawały się nagle odcięte purpurową linią.

Wtem doktór głowę podniósł i dudniącym, przyciszonym głosem zawołał:

— Jadwiniu!

Stefanja drgnęła nerwowo, nagłym a niewytłómaczonym przestrachem zdjęta.

Zdawało się jej, że widziana przez nią postać w obramowaniu drzwi, jest tak niemą, jak wierne jej odbicie, które z po za fałd muślinu codziennie ze ściany ku niej się rzucało.

— Powiedziałaś o wtorku?

— Powiedziałam, tatku!

— Pożegnaj się z panią.

Dziewczyna dygnęła Stefanji, cofającej się już do progu i, zniknąwszy w głębi gabinetu, drzwi za sobą zamknęła.

Stefanja pozostała w ciemności, szukając nerwowo kulki zasuwki, tkwiącej ponad zamkiem.

Była zmieszaną i nie umiała sobie zdać sprawy z tego pomieszania.

Gabinet doktora przedstawiał się jej zawsze jak mała kaplica pilnie zamknięta i strzeżona.

Każde uchylenie drzwi, każde dostrzeżenie ułomnej i coraz więcej do ziemi chylącej się postaci doktora, przejmowało ją nieokreślonem pomieszaniem. Doznawała niemal bolesnego wrażenia i przez chwilę serce jej łopotało w piersi jak ptak spłoszony.

A przecież, w bolesnem tem wrażeniu odnajdywała jakiś promień jaśniejący; coś, jakby nagłe wydobycie się na polankę po długiem błądzeniu w lesie.

Coś majaczyło przed jej oczyma, jakaś niewyraźna tajemnica, otaczająca ciemną głowę tego człowieka. Tajemnica ta zajmowała chwilowo jej znękany umysł i dodawała farb świeżych do szarych, dręczących ją myśli.

I w tej chwili, gdy głodna i newralgją zdręczona wysunęła się na schody, miała ciągle przed sobą postać kaleki, rysującą się dokładnie na powietrznej przestrzeni szyb lustrzanych.

__________