Szmat życia

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska

Szmat życia

Saga

Szmat życiaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1891, 2020 Gabriela Zapolska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426687

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Część I.

WARSZAWA.
Druk L. Bogusławskiego, Ś-to Krzyska 11.

I.

– Nie ucieknie?…

– Nie… ciotko!…

Marya przechyliła beczułkę; cienka struga cuchnącej siwuchy zasrebrzyła się w płomieniach zachodzącego słońca.

Ciotka Elżbieta wyciągnęła rękę.

– Dosyć! Cóż u dyabła, chcesz rozlać po ziemi?…

Marya postawiła beczułkę i z wyciągniętą ręką, w której tkwił kieliszek, stanęła na stopniach ganku.

– Warka! – zawołała.

Z tłumu cisnących się dokoła ganku chłopów i chłopek, oderwała się kobieta bosa, wpół naga, z podniesioną wysoko nad kolana parcianą koszulą.

Zbliżyła się do ganku, po Wódkę sięgnęła i, wypiwszy drobnymi łykami, usta rękawem koszuli otarła.

Marya wyciągnęła znów rękę, odebrała kieliszek i ku beczce się zwróciła.

Tymczasem ciołka Elżbieta liczyła coś na kawałku zatłuszczonego papieru.

Liczyła, mazała, znów liczyć zaczynała.–siwe, małe oczy ku niebu podnosząc.

Lekki powiew wiatru, muskającego o zachodzie słońca drzewa sadu, włosy jej z pod chustki rozwiewał, jak Wązkie, białe węże w kłęby skrę-

Wreszcie… liczyć przestała i twarz obrzękłą, nalaną żółtym, niezdrowym tłuszczem, ku stojącej przed gankiem kobiecie zwróciła.

– Rubel i trzydzieści sześć kopiejek… Co? Kobieta milczała, patrząc obojętnie przed siebie.

Ciotka Elżbieta w kupie miedziaków, leżących na stoliku, grzebać zaczęła. Wydobyła kilkanaście sztuk, przeliczyła raz jeszcze, suwając miedź w krótkich, wałkowatych palcach z jakiemś zmysłowem zadowoleniem.

– Masz! na! – wyrzekła wreszcie, podając całą garść ciężkiej monety, apatycznej i jakby zaspanej chłopce.

Kobieta podniosła zapadłe oczy na mówiącą i patrzyła chwilę w tę twarz nabrzękłą, poprzecinaną bruzdami.

– Czy ci nie dosyć? zlicz sama! – syknęła Elżbieta ze złością.

– Niechaj!–odrzekła Warka, ujmując brzeg swej koszuli i podsuwając się pod okap ganku, płótno rozciągnięte pod rękę Elżbiety nadstawiała.

Ciotka Elżbieta garść miedzi w koszulę wrzuciła i jakiś cień uśmiechu przesunął się po jej wybladłych wargach.

Jeden z miedziaków potoczył się po stopniach schodów i zarył się w trawę.

Kilku chłopów rzuciło się rozgarniać zarośnięte ścieżki i w masy psiego rumianku zanurzać swe zczerniale wielkie dłonie zaczęli.

Tymczasem Warka wracała na dawne miejsce, zakładając najspokojniej brzegi koszuli za pasek fartucha. Ciemna barwa nóg odcinała się na wysokości łydek, dalej skóra miała białość anemicznej i bezkrwistej zupełnie istoty.

Marya jedna spojrzała na to ciało kobiece, odsłonięte z brutalną szczerością wśród purpurowo złotej powodzi blaskóW zapadającego słońca. Po twarzy chudej dziewczyny przemknął cień litości dla tych bardziej jeszcze wychudłych członków kobiety roboczej, odbierającej nędzną zapłatę za pot krwawy, który reszty sił i zdrowia zabierać musiał.

Powoli wzrok jej z nóg Warki przeniósł się na całą gromadę chłopów, oblegających ganek, czerniących ścianę domów, zalegających łany trawy, rosnącej dokoła dworu.

Stali tak z odkrytemi głowami, przez resztę szacunku, jaką mieli zawsze dla fasady dworu i obecności samej pani. Głowy ich, pokryte po-kudlonemi, nierozczesanemi włosami, miały prawie jeden i ten sam odcień myszato-rudawych włosów, jakby pokrytych warstwą białawego kurzu. Czaszki nie różniły się także: wielkie, niekształtne, uparte, jakby czworograniaste. Szyje cienkie, jakby poprzecinane masą żył, prawie do pół obnażone, źle okryte rozpiętą na piersiach koszulą. Plecy przygarbione, wypukłe, okryte nędznemi płóciennemi świtami. Koszule na płaskich biodrach wiszące wolno, prawie bez śladu jakichkolwiek kształtów, nogi pokaleczone, bose, całe czarne od wrośniętego kurzu.

Kobiety, mało różniące się od mężczyzn, zapadłe, bez linii, bez piersi, bez bioder. Owinięte całe w szmaty płócienne, z głowami okręconemi zniszczonemi chustkami. Tu i owdzie błysnęła świeższa twarz młodszej dziewczyny, gdzieniegdzie pierś zaznaczyła się wypukłej pod rozchyloną koszulą.

Były to wyjątki, nieliczne zresztą zupełnie. Przeważnie wszyscy ci ludzie mieli w sobie płaskość i zanik kształtów, uplastycznienie nędzy moralnej i fizycznej, coś smutnego w pochyleniu ku ziemi głów i coś dziwnie upartego w błysku szarych oczów.

Owiani dymem kurnych chat, nawet wśród świeżej woni skoszonego siana, płynącej z sąsiedniej łąki, mieli w fałdach swych brudnych płócien jakiś ostry zapach nędzy i trywialnego pożywienia.

Tymczasem ciotka Elżbieta liczyła znów cyfry na zatłuszczonym kawałku papieru. Ręka jej drżała.

Od czasu do czasu opierała łokieć prawej ręki na lewej dłoni i odpoczywała chwilę, patrząc w szarzejące powoli niebo.

Miejsce Warki przed gankiem zajął młody chłopak, w krótkiej, przepasanej czerwonym pasem koszuli. Świtkę zdjął z ramion i przerzucił przez rękę, a oparłszy się o cienki, lecz silny pręt leszczynowy, stał, pociągając co chwila nosem w charakterystyczny sposób.

W niekształtnych jego rysach przebijała się jakaś zuchwałość, z pod nierówno przystrzyżonej ciemnej grzywy widać było dwoje oczu dość bystrych, biegających pod frendzlą zupełnie białych rzęs. Białe miał również brwi i nikły zarost na górnej wardze, z pod której widać było jeden ząb, kieł biały, wytarty na chlebie razowym i odcinający się na sinawej prędze ust, jak ząb mopsa.

Wypił wódkę jednym haustem i, skinąwszy głową Maryi, stał teraz, oczekując zapłaty, ślizgając wzrokiem po kupie miedziaków, w której promienie słońca zapalały czerwonawe iskierki.

Ciotka Elżbieta podniosła wreszcie głowę.

– A no! to masz tak. Dwa ruble, kopiejek osiem.

Lecz chłopak żachnął się niecierpliwie.

– Nie tak! – wyrzekł ochrypłym głosem. Ciotka Elżbieta poruszyła się niespokojnie.

– Jakże nie? – spytała – według mego rachunku tyle ci się należy.

– U was tak, u mnie nie!

– A ile?

– Dwa ruble, dwadzieścia kopiejek! Ciotka Elżbieta porwała się z miejsca.

– A! dwadzieścia kopiejek?–wołała–i zaraz! a we czwartek, kto odjechał od zwózki o godzinę wcześniej ze swoją parą? Kto? jak nie ty, Orchim?

Orchim ramionami wzruszył.

– Ta ja… no… – zaczął.

Lecz Elżbieta dokończyć mu nie dała.

– To ja mam za twoje próżnowanie płacić? Ty mi powiesz, że ci pilno było do swego? To się do roboty nie gódź! dosyć rąk jest; Niemców od kolonii cały huk, cała przepaść, a lepiej robią od Was. To wiadomo!

Pomiędzy chłopami powstał nagle szmer.

– Niemcy! od kolonii!…

Lecz ciotka Elżbieta nie zdawała się zwracać najmniejszej uwagi na obudzenie się drzemiącej gromady.

– Tak! tak… Niemcy robią lepiej i prędzej, to wiadomo. Chłop, jak siądzie do strawy, to gotów jeść dzień cały, ale o zapłatę upomnieć się umie. A gdy mu uwagę zrobić, by prędzej jadło pchał, odpowiada: „niechaj się uleży!

I, ująwszy się pod boki, przedrzeźniała ochrypły głos ludu, chowając podbródek W węzeł chustki, okalającej jej głowę.

Z pod ciemnej grzywy Orchim spoglądał na nią w dziwny sposób.

– Dajcie!

Wyciągnął rękę po pieniądze.

Lecz ona, podniecona, uderzała się teraz po bokach, czyniąc sobie ulgę w wylaniu całego potoku słów na skulone głowy, czerniące się przed nią zbita masą.

– Tak! tak! z Niemców przykład brać winni, z Niemców, którzy zimują w jamach, jak zwierzęta, i budują sobie chaty bez niczyjej pomocy. Z Niemców, którzy karczują las, wyrywając pazurami korzenie drzew i pnie cale…

Lecz Marya pociąga ją za połę męzkiego żakietu, który plecy ciotki okrywał.

– Ciotko! płać i skończmy tę pracę! Za chwilę się ściemni. Kolacyę podadzą!

Elżbieta urywa i, schwyciwszy odliczone miedziaki, sypie w nadstawione dłonie Orchima.

– Idź, idź próżniaku! – mówi w formie pożegnania.

Chłop odwraca się powoli od ganku, z za pazuchy wyjmuje szmatę płótna, nieokreślonego koloru. Miedziaki do szmaty wsypuje i, związawszy, znów za koszulę chowa.

Poczem miesza się z gromadą i, splunąwszy w bok, szepce:

– Lichwiarz!…

Powoli miedziaki ubywają i każdy chłop z kolei przystępuje do ganku, wywołany kolejno przez panią.

Każdy odchodzi, milcząc, czasem tylko spluwając ukradkiem, czasem z chwilowo zapasioną iską w oku.

Za chwilę jednak iskra gaśnie, pieniądze dzwonią za pazuchą, wydymając koszulę tuż przy pasie i obciągając fałdy.

Kobiety zostawiają pieniądze W podołku, a gdy odchodzą, za każdym krokiem aż hen ku bramie słychać brzęk miedzi, podrzucanej przez spiczaste i skręcone ku sobie kolana.

Wreszcie trawnik opróżnia się zupełnie. Powoli jeszcze od ścian domów odrywają się star-czychy, owinięte piatami sierawego sukna, z si-wemi dolami, zwieszającemi się na zżółkłych piersiach. Oparte na kijach, wloką się zgarbione po zapłatę, dzwoniąc masą medalików, zawieszonych pod koszulą.

 

Stara Jewdocha, postępując, zawija W róg zapaski odebrane pieniądze, drżącą ręką plącząc płótno w niekształtny węzeł.

Gdy pila wódkę, zakaszlała, chwiejąc się na bosych, wielkich i płaskich stopach.

Marya szybko zeszła ze stopni ganku i, odbierając kieliszek z obciągniętych suchą skórą palców – wyrzekła:

– Oj, matko, czasby wam już odpocząć! Staruszka spojrzała na mówiącą do niej dziewczynę przez bielmem zasnute źrenice.

– A czas!–powtórzyła.

Poczem, dawnym obyczajem, z wysiłkiem Maryę pod kolana obejmując:

– Przyjdę wam się o domowinkę pokłonić – dodała.

I–odeszła.

Marya śledziła ją długą chwilę,.patrząc jak… zgarbiona, powłócząc nogami, wlokła się z szumem wśród masy rumianków.

Ścieżki bo nie było.

Wszyscy deptali dziedziniec w rozmaitych kręcąc się kierunkach. Trawa rosła bujna, przecięta żółtą masą jaskrów, lub śnieżną bielą rumianku. Kolo rozwalonego płotu ciemniły się pęki pokrzywy i lebiody, tu i owdzie z tej ostrej zieleni szerzaly bodjaki, gdzieniegdzie przecięte liliowoczerwoną plamą.

jewdocha ciemniała, jak szara bryla, posuwając wolno swój grzbiet, suknem okryty, wśród fal zieloności.

Doszedłszy do bramy rozwalonej i nawpół przegniłej, zatrzymała się chwilkę, przykładając rękę do oczów.

Widząc w głębi, ponad brzegiem pola, bielejące gromadki chłopców, przestąpiła próg bramy i zlała się powoli w jedno z szarą ścieżką ziemi, snującą się wzdłuż ścierniska.

Wtedy Marya oderwała swój wzrok od star-czychy i wstąpiła na ganek, ścierając fartuchem rozlaną na stole wódkę.

Ciotka Elżbieta znikła w głębi domu, unosząc z sobą resztki pozostałych miedziaków.

Młoda dziewczyna powoli oparła ręce o stół i znów patrzyła przed siebie, a w wielkich jej czarnych oczach przebijał się nieokreślony smutek i zniechęcenie.

Przed nią wszakże, po za łanami jaskrów i rumianku, ciągnęło się wielkie, szeroko otwarte pole, całe żółte od pokładającej się prawie ku ziemi pszenicy.

Złoto tej fali mieniło się, jak mora, W trochę czerwonawe smugi, ciemniejąc ku górze, gdzie się pole z początkiem lasu stykało.

Wśród pola – sterczał wielki, szary krzyż, ściągając ku sobie cztery ścieżki, przecinające fale czerniawemi bruzdami. Po za pszenicą, olbrzymi, ciemny wal lasu, wal sosen masztówek, całych zda się czerniawo-aksamitnych, od wierzchołka płonących w purpurze.

Purpura ta zda się wytryskać z poza wału leśnego, obiewając brzegi podłużnych szarych chmur, tuż prawie nad wierzchołkami sosen rozciągających swe wydłużone, wązkie cielska.

Już po nad łanen pszenicy, niebo całe i powietrze przybiera barwę złotą, w której kąpią się ramiona krzyża, po nad jaskrami i rumiankami niebo bieleje jakąś mleczną barwą opalu.

Z poza lasu, z poza szumiących drzew sadu, na których opiera się kontur dworu, płyną odgłosy supiłki i nawoływania.

– He! he!

Przeciągły ryk powracającego bydła i drewniane kołatanie łączy się z tym krzykiem, ciągnącym się w powietrzu. – He!… He!…

Marya wyciągnęła ręce, pierś jej podniosła się nagle, jakby stłumionem łkaniem.

Oczy przymknęła i pozostała tak nieruchoma, znacząc się, jak Wązka, szarawa plama, w powietrznej przestrzeni ganku.

Tymczasem od strony maluchnej oficynki, przykurczonej do ziemi, ciągnął W górę prosto wąziutki słup dymu.

Mały staruszek, w długim kitlu płóciennym, wyszedł przed oficynkę i, przykładając rękę do zaczerwienionych oczu, spojrzał ku dworowi.

Postał tak chwilkę i zwrócił się ku drzwiom wchodowym, po za któremi mignęła głowa starej kobiety, ubranej w mantynową zieloną pelerynkę i siatkę z filozeli w rudawym odcieniu.

– Nic!–wyrzekł staruszek drżącym głosem.

– Nic? – powtórzyła kobieta – przecież już ósma!

W okienku oficyny pokazała się znów stara, gładziutko uczesana kobieta.

– Nic?–zapytała niespokojnie.

– Nic, Leosiu.

– Czekajmy!

Westchnęli wszystko troje i zniknęli we wnętrzu oficynki.

Lecz przez pęki rumianku przedziera! się ku dworowi teraz stary żyd, z długą, siwą brodą i w wytartym chałacie. Szedł, założywszy ręce za pas, mrugając zaczerwienionemi i pozbawio-nemi rzęs powiekami. Śpieszył się i snać gorąco mu było, bo ocierał pot z czoła, z którego zdjął zatłuszczoną czapkę z ceratowym daszkiem. Z pod nóg żyda, tuż obok kęp macierzanki, wyskoczył rudawy kot i, przeciągając się, zniknął w lebiodach. Żyd splunął i szedł ciągle, aż dotarł do ganku i chrapliwym głosem Maryę pozdrowił.

– Dobry wieczór panience! Dziewczyna drgnęła, jakby ze snu zbudzona.

– Dobry wieczór, Szmulu!

– Ciocia w alkierzu?

– Nie wiem; czy trzeba ją zawołać?

Żyd wszedł na trzeszczące stopnie ganku.

– Jabym bardzo prosił!

Marya odwróciła się, aby ku drzwiom postąpić, lecz już ciotka Elżbieta właśnie na ganek wchodziła.

Zobaczywszy Szmula, ujęła się pod boki.

– Jesteś, żydowska cytryno? Szmul kiwnął głową.

– Dobry wieczór, jaśnie pani! Niech jaśnie pani żarty idą na zdrowie!

– Ii!… pewnie, że na zdrowie–odparła–ale to na Szmula utrapienie. Wolałbyś, żebym do Jasu zaglądać nie mogła?

Szmul wzruszył ramionami.

– A co mnie za szkoda z tego, że sobie jaśnie pani po lesie chodzi. Czy tak, czy tak, te werszki, co kupiłem, wywiozę!

– Ale gdybym po lesie nie chodziła, tobyś ty nietylko werszki wywoził, Judaszu!

Szmul cmoknął i podłużną, krogulczo zagiętą ręką po brodzie pogładził.

– Aj jaj!… Szmul na cudze własność nie łakomy. Ale ja tu przyszedł o dzierżawę Łagiewnik… jaśnie pani wie!…

Na twarzy Elżbiety wystąpiły sine plamy.

– Niedoczekanie twoje!–krzyknęła, uderzając pięścią w słupek ganku–wydzierżawię, komu zechcę; twojej kurateli nie potrzebuję!

– Mój Iichim właśnie dzierżawy szuka…– bąknął od niechcenia Szmul, ocierając czoło.

– Iichim? Taki sam, jak i ty. Nie chcę! Dajesz dwa tysiące, kiedy Mandelsburg daje dwa tysiące pięćset!

– Mandelsburg? – przeciągle powtórzył

Szmul–ten paskudny żyd? on ziemię zniszczy i wyssie, jak rude cielę krowę…

– Niech wyssie!–odparta Elżbieta–to nie twoja rzecz!

Lecz teraz Marya patrzyła prosto w twarz ciotki i w tych uparcie wlepionych oczach w tłuste rysy starej kobiety było tyle milczącej nagany, iż Elżbieta, silnie zdenerwowana, napadła na siostrzenicę, chcąc na nią gniew swój spędzić.

– Czego oczy wybałuszasz!–zawołała gniewnie – co ci do moich interesów? [pilnuj lepiej swojej roboty. Beczułkę z wódką zatocz pod drzwi alkierza!

Marya pochyliła się nad beczką.

– Pusta!–odrzekła, dotykając obręczy.

– Nic nie szkodzi. Zatocz i przed drzwiami zostaw. Przyda się jeszcze w dobrej chwili. Ty marnowałabyś wszystko!… Księżniczka!

Marya, powoli, schylona, uniósłszy cokolwiek swą beżową zniszczoną sukienkę, toczyć przed sobą beczułkę zaczęła. Wystające łopatki W pochyleniu grzbietu znikły pod cienką tkaniną stanika, lecz zato£uwidoczniła się cała kolumna pacierzowa, źle suchą? skórą obciągnięta. Drobne biodra odpychały [spódnicę w miarowym ruchu nóg. Nędzna to była dziewczyna; źle ułożona, źle odżywiona i opóźniona w rozwoju swej kobiecości.

i Ciotka śledziła ją chwil kilka, poprawiając I nerwowo chustkę, która ją tarciem swem w szal nieledwie wprowadzała. W ogóle ta cała wełna,

w jaką Elżbieta ciało swe, reumatyzmem pokręcone, obwijała, drażniła ją i wprawiała w stan bezustannego podniecenia.

Szmul stał ciągle, milcząc, oparty o słup ganku, poddając swe nagie czoło pod chłód wieczorny,

Zdawał się zapominać, gdzie się znajduje i po co przyszedł, cały pogrążony w ciszy go ogarniającej, z maską starego patryarchy, oszpeconego trędowatemi wyrzutami skóry.

Elżbieta spoglądała na niego, szukając jakiego słowa, które znów rozmowę nawiązać by potrafiło.

Wreszcie Szmul powoli od słupa się odczepił.

– Dobranoc jaśnie pani!–wyrzekł, nakładając czapkę.

– Gdzie cię niesie?–burknęła Elbżbieta.

– Jankiel jedzie, ot! ośdzie drożynąl… Podwiezie mnie… Stary Szmul nie zdąża tak chodzić.

Elżbieta spójrzała poza łany rumianku i lebiody.

– Jedzie! – powtórzyła. – Kiwnij na niego; trzeba, żeby mi kogo do smolarni sprowadził. Ten… Adruszewski, bałwan, bańki powinien puszczać, a nie smolarnię prowadzić!

Wązka ścieżką, przecinającą pszenicę, czerniła się bieda żydowska, zaprzęgnięta w małą, rozczochraną szkapę.

Na biedzie siedział żyd, pochylony naprzód i z wytężeniem na dwór patrzący.

Szmul zaczął czapką powiewać i rękoma machać. Bieda dojechała do krzyża, poczem w jedną ze ścieżek, prostopadle ku dworowi wiodącą, skręciwszy, znów z pośród pszenicy wynurzać się zaczęła.

– Jak myślisz, Szmul–zapytała znów Elżbieta – z Andruszewskim kontrakt zerwać można, skoro nawet palaczy dopilnować nie umie… Jankiel mi kogo nastręczy?

– On-by sam mógł!–wtrącił stary żyd, patrząc na wjeżdżającą przed bramę biedkę.

Elżbieta ramionami wzruszyła.

– On? gdzież znowu! Jeszcze by mi smolarnię rozrzucił swojem gospodarstwem.

Tymczasem Jankiel zeskoczył z biedy i, zarzuciwszy szkapie lejce za hołoblę, przez strugi kwiatów i trawy ku dworowi iść zaczął. Koń pociągnął pomiędzy lebiodę i stanął tam, okrywając się płachtą potarganych i pełnych ściernią kłaków. Jeno chude biodra sterczały mu, znacząc się jaśniejszemi liniami na rudawej sierci – wytartej skóry.

Na widok Jankla jakaś chmura przesunęła się po twarzy Elżbiety.

Zasunęła brodę w Węzeł chustki, jak ślimak w skorupę i oczy przymrużyła, jakby nie mogąc znieść blasku, bijącego z tej pięknej żydowskiej twarzy.

Jankiel przysunął się do stopni ganku.

– Wieczór dobry jaśnie pani! – wyrzekł dźwięcznym głosem.

– Jak się macie, piękny Janklu – odparła kobieta–rzadko was widuję teraz u siebie.

– Czasu niema. Roboty dość!–odparł żyd, spoglądając na ojca, który gładził brodę i Wciąż po czole się macał.

– Jeździliście koło smolarni? co robi Andruszewski?

Jankiel uśmiechnął się i dwa rzędy białych, jak perły, zębów błysnęły wśród złocistej, falowanej brody.

– Co ma robić? chodzi sobie po lesie i witeczką macha.

– Smolarnia dziś nie idzie?

– To jaśnie pani nie wie, że kocioł, ten lewy, się znaczy?

Na twarz Elżbiety wystąpiły płomienie. Szmul przestał gładzić brodę i na lamentującą kobietę spojrzał.

– Jaśnie pani Szmula o radę nie pytała, jak z Andruszewskim kontrakt spisywała. Jaśnie pani kurateli Szmula nie chce, a teraz… kocioł się znaczy, Andruszewski z witkiem po lesie chodzi…

Pani Elżbieta zdawała się przybita.

– Dyabli go wiedzieli! mówił mi: mechanik jestem, na rzeczy się znam! Dziś wygnać go trza, koniecznie… koniecznie!…

Jankiel pokręcił głową.

– Kontrakt ma.

– Ej Jankiel – odparła kobieta, ku żydom się przysuwając–już tam kruczek jakiś wynajdzie się, jeśli tylko obaj zechcecie. Jeśli mnie opuścicie, przyjdzie mi chyba pójść z torbami!…

Ręce rozłożyła, oczy w niebo wzniosła.

– Z torbami!–powtórzyła.

Obaj żydzi stali nieporuszenie, nie spoglądając na siebie, jakby w ziemię wrośli.

Teraz powoli wszystko w przestrzeni szarzało, ciemny wał lasu w czarną plamę zlewać się zaczął. Elżbieta znów o kilka kroków ku żydom się posunęła.

– Chodźcie do pokoju, porozmawiamy trochę, tu robi się chłodnawo; dla nas obojga, Szmulku, chłód, to niebezpieczna rzecz…

– Późno już, do domu trza–odparł Szmul, spoglądając W górę.

– Traficie jeszcze na czas, coś z tą smolarnia zrobić musimy.

– Jak jaśnie pani każe!

Elżbieta odwróciła się i przez próg domu przestąpiła.

Za nią na skrzypiący ganek wstąpili obaj żydzi, którzy za jej plecami zamienili ze sobą długie spojrzenie.

Wszedłszy do sieni, pełnej woni grzybów, Elżbieta ujrzała Maryę, klęczącą koło dzieży, pełnej świeżo zakwaszonych ogórków.

Dziewczyna obnażoną ręką sięgała w dzieżkę, wyjmując ogórki i układała je na talerzu. Całe gałązki kopru i bobkowych liści czepiały się na ramieniu dziewczyny.

Elżbieta przystanęła, sapiąc i spoglądając uważnie na wnętrze dzieżki.

– Pięć, pięć… dosyć! – krzyknęła–po co wyjmujesz szósty? zmarnuje się z pewnością.

Dziewczyna trzymany w ręku ogórek wrzuciła do dzieży.

– Myślałam, że pan Brunon przyjedzie–odparła, zamykając dzieżę wieczkiem i kładąc na wierzchu kamyk.

 

– Jak przyjedzie, to wtedy będzie dość czasu, a wreszcie może się obejść bez ogórka ten skąpiec obrzydły.

A zwróciwszy się ku stojącym na progu żydóm, dodała:

– Chodźcie do salonu, suszą się tam maliny, ale to nic nie szkodzi.

Marya powstała z ziemi i gotowała się wyjść na ganek.

– Idę dzwonić na oficynę. Elżbieta wzruszyła ramionami.

– A idź i zwołaj te pasibrzuchy. Zwołaj, i owszem.

1 nagle, jakby potrzebując wylać pasyę, która ją dławiła, krzyknęła płaczliwym głosem:

– No, no! pójdę z torbami!

Trzasnęła drzwiami i znikła w głębi domu.

Za nią posunęli się na palcach żydzi, owijając się o drzwi, jak czarne duchy, i tylko blada twarz Jankla mignęła wśród cienia, zalegającego kąty sieni.

Marya wyszła teraz znów na ganek i stała chwilę, jakby zdziwiona tą szarą barwą, która W oddali ciemniała w fioletowe tony. Wszystko się zlewało i nikło, pszenica przedstawiała się jak obrus brudnoszary, a krzyż, przed chwilą jeszcze widoczny, znikł bez śladu.

Poryki bydła, nawoływania pastuchów, kołatanie dzwonków, wszystko umilkło.

Od czasu do czasu koń Jankla, posuwający się wpośród lebiody, rozdzierał z szelestem liście i łamał pod kopytami z chrzęstem pokrzywy.

Po za oficynką stróż rąbał drzewo, uderzając systematycznie siekierą o pniak.

Marya ujęła za sznurek, zwieszający się pomiędzy dwoma słupami ganku i poruszać nim poczęła.

Przeciągle zajęczał dzwonek, płosząc z pośród rumianków żółtego kota, który pomknął szybko w pole, pozostawiając za sobą jasną, szybko znikającą smugę.

Z oficyny wybiegła stara kobieta, ubrana W watowany kaftan i mająca żółtą chustką obwiązaną głowę. Siwe kosmyki spadały na jej twarz gąbczastą i pełną zmarszczek. Biegła żwawo, podnosząc brudnemi piętami długą spódnicę, która zapadała jej się na brzuchu i co chwila przeszkadzała w biegu.

Kobieta trzymała w ręku durchszlak i machała nim bezustannie.

– Podawać?–krzyknęła, o kilkanaście kroków od ganku się zatrzymując.

– Możecie–odpowiedziała Marya, za sznur znów ujmując.

Lecz opóźniła się z powtórnem zadzwonieniem.

Coś turkotało na drodze po za rozwalonym płotem. Żydowska szkapa podniosła uszy, a wstrząsnąwszy łbem, rozrzuciła pokudłaną grzywę.

Dziewczyna wytężyła słuch, jakby chcąc rozróżnić tętent kopyt i turkot kół.

Wreszcie ramionami wzruszyła.

– Naturalnie on! – wyrzekła półgłosem – któżby mógł być inny w chwili, gdy kolacyę na stół podają!…

I, pociągnąwszy sznur, dzwonić znów zaczęła.

I prawie równocześnie przez bramę wjazdową, podskakując, przeleciała niewielka bryczka, kilimkiem wysłana, w trzy chude białe konie zaprzężona. Konie te potrząsały łbami i stawiały z góry powykręcane dziwnie nogi. Były to wielkie szkapy, wyranżerowane z pułku huzarów, zaniedbane, wychudłe, z grzywami potwornych rozmiarów.

Dwie z tych apokaliptycznych bestyi wysuwały języki długie, płaskie, fruwające za każdym krokiem, jak dwie chorągwie z purpurowego sukna.

Ekwipaż ten zajechał przed ganek i z bryczki wylazł mały, krępy jegomość, ubrany w rodzaj spódnicy kobiecej, z rękawkami i związanej dokoła szyi.

– Cioteczka w domu?–pytał, zdejmując kapelusz.

Marya uśmiechnęła się lekko.

– W domu, niech pan wejdzie… kolacyę podają.

– Ja tylko na chwilkę – tłomaczył się no woprzybyły, przyklepując ręką poczernioną i starannie pocerowaną perukę–na chwilkę! przejeżdżając z miasteczka do siebie.

Marya nic nie odpowiedziała, tylko dzwonek jęczał znowu, poruszany jej ręką.

Mężczyzna tymczasem zdjął z siebie wierzchnią odzież i ukazał się w garniturze, zrobionym z kobiecej, jedwabnej w kraty sukni.

– Ty, Kuliczku!–wyrzekł, obracając się do bryczki – koników nie odprzęgaj, ale tu ich troszkę na dziedzińcu zostaw. Ot tam, gdzie się tamten konik pasie. Idź, Kuliczku! idź, mój synu!

Z kozła bryczki podniosło się coś naksztalt człowieka, z głową rozczochraną, z plecami okry-temi podobną, jak u pana, spódnicą, tylko bardziej wytartą i zrudziałą.

– Co, pane grafe?

– Idź tam, koło płotka – powtórzył mężczyzna, pokazując ręką w kierunku szkapy.

Kulik podciągnął nosem, poskrobał się po głowie i, machnąwszy biczem, ruszył z kopyta.

Husarskie konie podniosły wysoko nogi, machnęły językami i wpadły w morze rumianku, szarpiąc bryczkę na prawo i lewo.

Tymczasem od strony oficyn ku dworowi ciągnąć zaczęły zgarbione postacie ludzkie, idąc jedna za drugą wpośród wilgotnej trawy.

Pierwszy szedł mały staruszek, zamiatając ziemię połami zniszczonego kitla. W ręku trzymał mały jakiś sprzęcik, migocący jaskrawemi kolorami.

Po za nim dreptała staruszka, w mantylce zielonej mantynowej i siatce sznelowej, z twarzą szczupłą, zapadłą i pobielałą od wieczornego chłodu. O kilka kroków dalej płynęła, podniósłszy wyszarzaną spódnicę, stara kobieta o płaskich piersiach i gładko przyczesanych włosach. Usta miała wąskie, zaciśnięte i brodę spiczastą, nos orli i spłowiałe błękitne źrenice. Z po za głowy, poprzedzającej ją staruszki wyciągnęła szyję i dojrzała krępą postać pana Brunona, stojącego przed gankiem.

Chwilę stanęła, jakby dla nabrania oddechu, poczem, opuściwszy spódnicę na obute w płaskie prunelowe pantofle nogi, wolniej już za drugiemi podążać zaczęła.

Marya stała ciągle na ganku, jakby wyczekując na dojście do dworu tej smutnej, pochylonej procesyi, wolno wśród traw drepczącej.

Pan Brunon perukę wciąż przyklepywał i krótką a pomarszczoną kamizelkę obciągał. Wreszcie staruszek wszedł pierwszy na stopnie ganku, pochylając głowę.

– A… pan Bukowski!–mruknął Brunon.

Z kolei staruszka w pelerynce przesunęła się zwolna.

Ta trzymała głowę sztywno i zaledwie lekkiem zmrużeniem powiek przywitała gościa.

– Bonsoir madame!–wycedził Brunon.

– Bonsoir – odparła, niknąc W głębi sieni. Płaska i gładko przyczesana kobieta trwożliwie na stopnie ganku wstępować zaczęła.

– Co, ciociu Leosiu–zapytała Marya–jakże tam twoje zdrowie?

Kobieta podniosła spłowiałe oczy.

– Tak… nieźle… – odparła przyciszonym głosem, poczem, ku Brunonowi się zwracając, dodała jeszcze ciszej:

– Witam pana!

On ukłonił się dość grzecznie i odwrócił głowę, jakby nie chcąc spotkać się ze wzrokiem kobiety.

– Cet animal Kulik nawet koniem uczciwie wypocząć nie da! – wycedził przez zęby, patrząc w stronę wózka, który chwiał się pomiędzy lebiodą, czerniąc się kadłubem, a bieląc cielskami koni.

Chciał iść nawet do bryczki i już złożył na stopniach ganku swój wytłuszczony kapelusz, okolony kawałkiem czerwonego aksamitu, oberwanego, jak wieść niosła, z biskupiej karety, w której raz pana grafa odwożono do domu, gdy nagle drzwi od sieni otworzyły się z łoskotem i wypadł przez nie Szmul, wytrącony z wnętrza domu ręką Elżbiety.

– A idź na złamanie karku i niech cię więcej nie oglądam, ty zmoro mojego życia! – wołała pani domu drżącym ze złości głosem.

Szmul, znalazłszy się na ganku, poprawił pasa, obciągnął chałat i uśmiechnął się lekceważąco.

– Dobra pani, ale trochę prędka! – wyrzekł do Leontyny, stojącej wciąż na stopniach i śledzącej wzrokiem Brunona, poczem, zwróciwszy się do Maryi, dodał przyciszonym głosem:

– Jakby mnie ciocia potrzebowała, to ja jeszcze będę kręcił się koło dworu z godzinę – potem wrócę do karczmy!

Dziewczyna zmarszczyła brwi i skrzywiła się znacząco.

– Najlepiej Szmul zrobi, wracając zaraz do domu. Ciocia sama sobie da radę i pewnie po Szmula nie pośle.

Żyd pokiwał głową.

– Albo to prawda! – wyrzekł – ciocia bezemnie się obejść nie może. Panienka wie o tem dobrze!…

Marya westchnęła i zwróciła się ku Leontynie:

– Chodźmy, ciociu, niepotrzeba, aby na nas czekano!

Zwracając się zaś do Brunona, dodała:

– Proszę pana!

Wszedłszy do sieni, minęli się z wyniosłą postacią Jankla, wychodzącego z dalszych pokojów. Żyd spokojnym zupełnie głosem życzył im wśród ciemności „dobrego apetytu! Nikt mu nie odpowiedział i w milczeniu zupełnem wsunęli się wszyscy do sali jadalnej.

Sala ta dziwny przedstawiała widok.

Wielkich rozmiarów, budowana, jak zresztą dwór cały, grandioso, robiła niezwykłe wrażenie pustki i zimna białością swych nagich wysokich murów, na których włóczyły się teraz już wieczorne cienie. Pod ścianami, jedne na drugich spiętrzone, stały krzesła, stoliki, szkielety kanap, półek i etażerek. Krótki szpinecik z porwanemi strunami, wyciągnięty cokolwiek na środek pokoju, nosi! na swym delikatnym grzbiecie maluchne biureczko z połamaną i potłuczoną szafeczką.

Pod oknami, wychodzącemi na ciemny prawie, w tej chwili, sad, stal długi sosnowy stół, oparty na krzyżakach, okryty płachtą ceraty. Dokoła wązkie krzesełka, obite zrudziałą włosienia, z wystającemi i wypadającemi sprężynami.