PapuziaTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jedna historia w milionowym wydaniu!

Minuśka przecież nie opowiedziała mu swej „historii”.

Była banalną, trywialną jak inne – mówiła mu „mój kiziu” – i jadła rybę nożem, ale „historii” swej nie opowiedziała do tej chwili.

Nie opowiedziała i nie opowie – bo oto on wyjeżdża jutro i ma jej właśnie to powiedzieć za chwilę, skoro tylko tamta spoza zasłony śpiewać przestanie.

Doszedł już do tego stopnia osłabienia i rozdrażnienia, że nie umie i nie lubi mówić, gdy kto śpiewa.

Tymczasem Minuśka nalewa sobie kieliszek koniaku.

– Wiecznie pan jesteś smutny jak sum – mówi, pijąc fałszowaną ohydę powoli, jakby z rozkoszą – dobrze, że masz na smucenie się, to jeszcze pół szczęścia!

Odstawia kieliszek i znów wciska się w poduszki sofki.

– Może to i taka moda być na smutno – ciągnie dalej, rurkując falbanki sukni na palcach – znałam jednego pana od wyścigów, także się tak wiecznie gryzł i dręczył. Podobno coś kiedyś tam komuś ukradł, to go jadło!…

Roześmiała się głośno i zastanowiła chwilkę.

– No, to już było przez sumienie. Prawda? Ale pan? Co ci to brak!… Mój Boże! Żeby to mnie panem być! Czy by ja kiedy się zasępiła, co?

Poza zasłoną śpiewaczka umilkła i z sali dolatywał szmer pomieszanych głosów, odsuwanie krzeseł i szczęk kufli rozstawionych na stołach.

– Masz pan co jeść, gdzie mieszkać, masz pewnie rodzinę, ojca, matkę, a może i żonę – a takiś pan skwaszony ciągle. Nie powiem, żeby to ja, co jak ten psiak bez gniazda po świecie się tyram i już z rozpaczy do Francuzów przystałam i oto się Falfandierowej wysługuję. Psiakrew! Dobrze, że mnie trochę po francusku nauczyli, to i co zarobię na to marne życie… oj! marne!

Znów po kieliszek sięgnęła, z butelki nalała, wypiła.

W pół drogi ręka jej w fałdy sukni opadła.

Była już na wpół pijaną.

– Psiakrew! – powtórzyła raz jeszcze i głowę w tył przechyliła.

Ktoś drzwi w sali otworzył.

Gaz w kuli zaczął migotać, chyląc się na obie strony.

Rozpaczliwy jakiś smutek wypełnił małą przestrzeń lożki, jakaś grobowa pustka pomimo tłumu poruszającego się poza firanką.

Mężczyzna w swej automatycznej sztywności zastygły, siedział nieporuszony w kącie sofy, zdając się wydzielać z siebie ten chłód trupi i mrozić nim ożywioną jeszcze niedawno dziewczynę.

Teraz było ich dwoje smutnych, nie mających dachu ponad duszą.

I Minuśka czerniała, żółkła, pozbywając się swej maski sztucznego uśmiechu, odsłaniając nagle swój szkielet już próchniejący nieszczęśliwej, walczącej z życiem istoty.

Leżała nieruchoma, z rękami obwisłymi, z ustami opuszczonymi w kącikach bolesnym skrzywieniem. Nagle wargi ściągnęła nerwowym skurczem i lekko, i cicho gwizdać zaczęła.

Był to gawot11 popularny, łatwy do pochwycenia i ciągnący się cicho jak srebrna nitka pajęcza.

W rozkołysaniu się gazu gwizd ten leciuchny motał się z przejrzystością dokładną, wznosił się, opadał i znów rozpoczynał.

Nagle umilkł, rozpływając się w urywanej nutce. Chwileczkę trwało milczenie.

Przerwał je ochrypły nieco głos Minuśki:

– Pan wiesz, ja miałam dziecko!

Mężczyzna nie drgnął nawet, nie odpowiedział ani słowa.

Przygasłe oczy skierował jednak na leżącą kobietę, bo czuł, że ma w niej trochę odbicia swego smutku, swego zniechęcenia.

Wiedział, że się nie krzywi uśmiechem.

Oddychał.

– Miałam dziecko! A jakże! Jak anioła taką dziewczynkę! Żebyś ją pan był widział no – co to opowiadać! Królewna! Włosy czarne, oczy szafirowe – buzia maluchna. A mądra, a ucieszna. W dziesięcioro się krajałam, aby jej nic nie brakło! Pan nie ma dzieci?

Nie było odpowiedzi.

– Nie ma pan? Dobrze pan robi. Dzieci to wielka radość, ale co też to za smutek! Serce ledwo nie trzaśnie, jak to ginie! Psiakrew… co to za urządzenie na świecie!… miała na imię Maryśka! Ja ją nazywałam Marychna. To ładnie, prawda? Mówiła już, chodziła, łydki miała grube, tak że ją tylko w skarpetki ubierać można było! I co pan powie! W trzy dni – ani się obejrzałam, już było po niej! słyszy pan!… po niej!…

Oboje siedzieli ciągle nieruchomo w obu kątach sofy, ona przechylona, z twarzą ginącą w tym skróceniu. Tylko podbródek drgał jej nerwowo, jak u kobiet bliskich płaczu.

– Nazywała mnie… Papuzią. A to stąd, widzi pan, poszło: Posłyszała kiedyś pod balkonem na ulicy gwiżdżącą papugę. Odejść nie chciała. Wzięłam ją na ręce i gwizdałam jej w uszko przez całą drogę. Później… ciągle prosiła – gwizdaj, Papuziu! Ja gwizdałam! Ach Boże!… ja gwizdałam!

Porwała się nagle, jakby ocucona.

– Ja pana nudzę, co? Pan i tak smutny!

Lecz on rękę wyciągnął.

– Proszę, mów dalej!… proszę!…

Jakiś cień uśmiechu przewinął się nawet koło jego warg pobladłych.

Od tej nagle otwierającej się przed nim rany macierzyństwa, w rozpustnym otoczeniu zamkniętej lożki tingel-tanglu12, płynęło ku niemu powolne uspokojenie i łagodne uczucie ledwo dostrzegalnego ciepła.

11gawot – taniec starofrancuski. [przypis edytorski]
12tingel-tangel (daw.) – drugorzędna kawiarnia, kabaret. [przypis edytorski]