Małpa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– A cóż ma być. Córkę mam!

Olka ręce na piersiach złożyła.

– Córkę?

– A jakże!

– Ładna?

– E!… czerwona jak rak… Gadają, że ładna!

– Do ciebie podobna?

– Albo ja wiem?

– Ale przecieć!…

Badała go gorączkowo, cała podniecona tą myślą o noworodku, o dziecku śpiącym w białych pieluszkach we wnętrzu kołyski.

– Najgorsze… że chrzciny wyprawić trza – podjął Wicek – a ja…

Urwał nagle, przypomniawszy sobie, do kogo mówi.

Lecz Olka podchwyciła jego słowa i porwawszy go za ręce, gorąco prosić zaczęła:

– Taże ja właśnie o to za tobą łażę… weźże ty ode mnie te swoje pieniądze, bo jeszcze mi je jaka psiakrew ukradnie.

On bronił się miękko:

– Nie mogę, Olka, nie mogę!…

Lecz kobieta nacierała coraz gwałtowniej.

– Taże to są twoje pieniądze! Twoje rodzone, schować mi je kazałeś…

– Bogać tam!

– Ale tak! tak! sprawiedliwie… nie pamiętasz jeno!

Zza pazuchy wyjęła szmatę, w której szeleściło kilkadziesiąt papierków.

– Ja je mam przy sobie już od tygodnia, lecz nigdzie cię dopaść nie mogłam! Masz, na chrzciny ci starczy!…

On odsuwał się jeszcze, cały zmieszany myślą dotknięcia się w ten sposób zarobionych pieniędzy.

Lecz kobieta instynktem odczuła myśl brata.

– Weź, Wicek, weź!… To pieniądze z uczciwego zarobku! Jak Boga kocham. Koszule po nocach szyłam!… weź… to nie z „tego”!…

Kłamała, cała potem oblana, pełna wysiłku nerwowego.

Wreszcie udało jej się pieniądze w rękę brata wcisnąć.

– A! Nareszcie!

Odetchnęła pełną piersią, jakby się ciężaru zbyła.

Lecz on stał przybity i upokorzony, ściskając w ręku szmatę z pieniędzmi.

Czuł, iż biorąc od Olki pieniądze, czyni krok pojednawczy i że powinien siostrę, przychodzącą mu z pomocą, na owe chrzciny zaprosić.

– Olka!… może by ty… – wykrztusił wreszcie przez nerwowo ściśnięte gardło – może by… ty… przyszła…

Lecz ona otworzyła szeroko oczy.

To, co zdawało się jej naturalnym lat temu kilka, teraz wydało się jej po prostu… potwornym. Przygryzła drżące usta i ręce kurczowo dokoła szyi zacisnęła.

– Dziękuję ci, Wicek!… nie przyjdę!… – a widząc niepokój drgający na twarzy brata, dodała stanowczo:

– Przyjść nie mogę… nie mam uczciwej kiecki.

––

Chrzciny wnuczki Burby sute były i wspaniałe.

W wieczór majowy, przy na wpół otwartych okienkach weselili się dobrani goście naokoło dobrze zastawionych stołów.

Była więc cielęcina z czerwoną kapustą, kotlety z sosem pikantnym, kawa, babka i tort z cytryną nowo narodzonej.

Kazia blada, lecz zdrowa, kręciła się pomiędzy gośćmi, wesoła, uśmiechnięta, pełna macierzyńskiego wdzięku.

Wicek, trochę chmurny, dolewał gościom wina, rozsypywał po kolanach kobiet bakalie z jakąś dziwną rozrzutnością, jakby chcąc cały ten częstunek jak najprędzej załatwić.

Pod okna oświetlone ściągali ci i owi, aby się owemu traktamentowi14 przyjrzeć, lecz powoli pustoszało dokoła dworku, ludzie wracali do swych legowisk i do snu się kładli.

W cieniu spowite jaśminy ogródka całe kłęby woni w wilgotną noc wyrzucały, szumiąc z lekka.

Z daleka majaczyły naftowe latarnie ubogie i smutne wśród dzikiego bzu zawieszone. Pod parkanami mknął biały kot, czając się i odskakując co chwila.

Z dworku Burby dolatywały głosy harmonijki, grał na niej Wicek, siedzący teraz na stole, z którego na wpół ściągnięty obrus opadał na ziemię. Dokoła niego kręciło się kilka par w takt polki, a stary Burba z dzbanka szklanego piwo do szklanek dolewał.

Na oknach ledwo przymkniętych powiewały muślinowe firanki.

Pod jednym z nich, wychodzącym na ogród, siedziała Kazia, trzymająca w poduszce kokardami upstrzone dziecko.

Matka patrzyła na tańczących machinalnie, poruszając poduszką, z której długa, lekka spadała sukienka.

Nagle zdawało się jej, że ktoś za oknem westchnął. Nie poruszyła się nawet, pogrążona w słodkiej ekstazie na widok tak dobrze bawiących się gości.

Tymczasem za oknem, uczepiona prawie o ramę, stała Olka, z oczyma szeroko rozwartymi, z których dwie strugi płynęły.

Wiatr, wiewając muślinową zasłoną, ukazywał jej wnętrze wesołej, widnej izby, napełnionej rozbawionymi ludźmi.

Dźwięki harmonijki serce jej szarpały na strzępy – z piersi wydzierało się westchnienie, w jęk prawie psi przechodzące.

Widok brata, żyjącego pomiędzy inną sferą ludzi, inną niż ona – wyklęta i wydziedziczona, napełniał ją dojmującym bólem, a drobna główka dziecka w tiule i muśliny spowitego, zbudziła w niej samicę.

Wyciągnęła rękę z jękiem ku tej drobnej istocie, której stóp nawet ucałować nie miała prawa.

14traktament (z łac.) – poczęstunek. [przypis edytorski]