Kwiat śmierci

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska jako Walery Tomicki

Kwiat śmierci

Powieść kryminalna ze stosunków krakowskich

Warszawa 2017

Spis treści

Tom I

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Tom II

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Dokończenie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Tom I

Rozdział I

Wódz Czarnych Antków – Jego adiutant – Pan inspektor Ślimak – Wszyscy na Błonia!

– A żebyś mi się nie ważył lecieć do wody, hyclu jeden – upominała Antka Jakubowa, stojąca na progu izby.

Spod pierzyny coś zapiszczało niewyraźnie.

– A panu inspektorowi zanieś bułki, pamiętaj, o ósmej.

Znów coś pod pierzyną kwiknęło.

– A wstań leniu... Słyszysz? dosyć się wylegujesz, choć dzień taki duży!

Antek spod pierzyny łeb wyścibił.

– Matka!

– No... a czego?

– Co tam tak szumi?

– Gdzie?

– A no na dworze. Woda?

– Głupiś, we łbie ci trociny szumią.

Z tymi przyjaznymi słowy wyszła Jakubowa ze stancji i z koszykiem, na dnie którego spoczywał różaniec i garnuszek na ogórki, udała się w stronę rynku.

Idąc, rozmyślała.

Ciężki los wdowy, zwłaszcza gdy ma dziecko do wyżywienia. Nikt jej nie przyjdzie z pomocą. Chłopiec rośnie jak młode cielę i wciąż po ulicach ugania. Utrzymać go na uwięzi nie może, niepodobna, cały dzień za domem zajęta, wynajmuje się jako kucharka.

Coś przecie trzeba z Antkiem zrobić, bo Jakubowa czuje, że się jej chłopak zmarnuje. Już zwąchał się z innymi Antkami ze Zwierzyńca i pan inspektor mówił jej nie dalej jak wczoraj, że policja ma na niego oko. Wszędzie Antek pierwszy i prowadzi bandę, takich jak on łobuzów, którzy są dobrze znani i na Dębnikach, i na Zwierzyńcu pod ogólną nazwą Czarnych Antków.

– Panienko Najświętsza! miejże nas w opiece – wzdycha Jakubowa, przechodząc mimo kościoła Franciszkanów.

Westchnęła i weszła, aby choć na chwilkę przy ołtarzu przyklęknąć.

I zaraz jej się zrobiło jak w raju, jakby do ogrodu przecudnego weszła, a ze ścian lecieć poczęły na nią żywe róże, bławaty i fiołki. Takie to cudne kwiaty na ścianach franciszkańskiego kościoła kwitną.

Zapomniała o troskach, jeno się Bogu wraz z Antkiem wśród tych kwiatowych piękności oddawała.

Tymczasem po wyjściu matki czarny Antek na przód łeb, jakby atramentem umaczany, wytknął, obejrzał się dokoła i nagle pierzynę aż na sufit stancji rzucił i na równe nogi się porwał. Jak szalony chwycił porcięta połatane, co na krześle leżały, wciągnął, katankę nadział, palcami po włosach przejechał i już był gotów.

Na stole stało trochę mleka i leżała kromka chleba. Mleka tylko chlipnął, chleb za pazuchę zatknął i bosymi piętami podudnił po podłodze.

Wypadłszy przed bramę, rozejrzał się i przeraźliwie gwizdnął. Odpowiedziało mu ciche gwizdnięcie. Antek roześmiał się i czekał chwilę.

Spoza węgła Karmelickiej ulicy pokazała się malutka figurka kulejąca i dążyła, skacząc dziwacznie, w stronę Antka.

Ten nie czekał, lecz gorączkowo podleciał do nadchodzącego kulasa.

– No co, Kozioł? co?

Nazwany kozłem należał widocznie także do bandy Antków, bo stanął przed Czarnym wyprostowany, o ile mu pozwalało jego kalectwo, jak żołnierz przed szefem.

– Wylała.

– A nasi?

– Wszyscy na Błoniach rekognoskujom, strażaki tyż, policja, lament, bety z suteryn wynoszą.

– Klawo! Ekielski zalany?

– Ni, jeszcze nie doszło. Chodźmy...

Antkowi aż się oczy świeciły. Rwał się cały tam, gdzie wylew Rudawy doroczne zamieszanie sprowadzał.

– Poczekaj Kozioł! muszę inspektorowi bułki zanieść i wody przywindować. Zaraz będę...

Zwrócił się do bramy, lecz zatrzymał się w pędzie, bo w bramie pojawił się jasnowłosy mężczyzna o płaskiej, dziwnie flegmatycznej twarzy. Odziany w zniszczone, zielonawe palto wyszedł powoli na ulicę, spojrzał na pochmurne niebo, wyciągnął rękę, jakby chcąc się przekonać, czy deszcz pada i nacisnąwszy zmięty kapelusz na uszy, skierował się w stronę ulicy Wolskiej.

– Pan inspektor! – szepnął Franek do Antka.

Antek usta wydął.

– Phi... to nie żaden inspektor, tylko agent. Matka go tak honoruje.

Dziś spóźnił się, jak zawsze... Ślimaki tam są wszyscy – a on dopiero lezie. To lepiej, bułek nie trza mu nosić. No, a teraz giry za pas i megaj na Błonia.

– A ty?

– Durnyś mikrus, ja będę przed tobą. Zanim ty swoje odskakasz, to ja już po pas będę siedział we wodzie.

Potrząsnął czarną czupryną i puścił się jak strzała środkiem ulicy, szklącej się od błota. Bose jego nogi rozbijały dokoła maź błotną. Pędził jak szalony, wydając od czasu do czasu piski dla dodania sobie animuszu. Przeleciał obok idącego wolnym krokiem „inspektora”. Lecąc, krzyknął:

– Moje uszanowanie panu inspektorowi! – i nie zatrzymując się, poleciał dalej.

W głosie jego nie było znać ani zbytniej trwogi, ani respektu. Widocznie Ślimak nie był postrachem Czarnych Antków i ich naczelnego wodza.

Wreszcie Antek przeleciał ulicę Wolską i wdrapawszy się na nasyp kolejowy, dopadł Błoni. Nic jeszcze nie zdawało się wróżyć katastrofy wylewu, lecz wprawne oko i nos Antka odczuły niebezpieczeństwo. Przystanął chwilę.

Ogarnął wzrokiem Błonia, ponad którymi unosił się w szarej, dżdżystej mgle kopiec Kościuszki i zaczął się orientować w sytuacji.

Wielkiej akcji ratunkowej jeszcze nie rozwinięto. Czekano widocznie, aż woda da więcej znać o sobie. Tu i ówdzie widać było gromadki strażaków, gdzieniegdzie połyskiwały mundury żołnierzy. Ciemno ubrani urzędnicy policyjni stali nieruchomi na wale kolejowym, zbici w niewielką gromadkę.

Wszyscy zdawali się czekać nadejścia jakiegoś wroga, z którym zmierzyć się bynajmniej nie pragnęli. Nie chcieli także walczyć z nim, bo wszelka walka była tu trudną i bezowocną.

Stali i czekali.

Tymczasem powoli, bardzo powoli, a w istocie bardzo szybko, podnosiła się ze swego wąskiego koryta Rudawa i dwoma ramionami mętnymi, żółtymi obejmowała przestrzeń Błoń, ogarniając chaty Czarnej wsi, majaczące w oddali. Daleki, ledwo dosłyszalny szmer, szum jakby wielu ptaków burzących trzciny i wikliny nadbrzeżne, dolatywał od strony wody. Martwo, spokojnie podnosiły się fale i jakby podstępnie zagarniały coraz to większą przestrzeń, lśniącą żółtawą swą powłoką.

 

Niebo przybrało także ten zgniły, rdzawy ton Rudawy.

I wszystko tam w dali zdawało się być jedną masą gnijącej, błotnistej mazi. Nawet wikliny nadbrzeżne nie odznaczały się silniej, a drzewa zaledwie szarzały.

Ranek wstawał chmurny, ciężki. Antek jednak zatarł z uciechą ręce.

Odkąd przyszedł do rozumu, czekał z roku na rok tego wylewu, który był dla niego obfitym źródłem uciech.

Lecz w tym roku gratka była niemała. Deszcz lał już od dwóch tygodni i Rudawa wezbrała ponad zwykłą miarę – wylała powtórnie w czerwcu, całą masą żółtych, mętnych wód, które niosła ku Krakowowi szeroką, rozlewną masą.

– Będzie frajda! – zakonkludował Antek.

Gwizdnął raz i drugi – cicho i trochę lękliwie ze względu na obecność urzędników policyjnych. Nikt się nie odezwał.

Widocznie banda operowała na własną rękę, nie troszcząc się o swego wodza.

Antek nawet i rad był z tego. Pozostawała mu swoboda działania.

Powziął śmiały plan.

Zapragnął iść na spotkanie Rudawy.

– O! co mi zrobi? Poknajam sam! zajrzę jej w pysk i plunę cholerze, a potem z nią razem wjadę pod Ekielskiego – obejrzał się dokoła.

Gromadki ludzi ściągać zaczęły na wał kolejowy.

Wszyscy wytężonym wzrokiem śledzili to, co się działo w oddali.

Niektórzy machali rękami jak drogowskazy.

Znad nasypu kolejowego powoli wychyliła się postać „inspektora”.

– Wlecze się dziwaczysko – roześmiał się Antek.

W gruncie rzeczy Antek lubił tego powolnego, cichego agenta policyjnego. Często Antkowi stanął w przygodzie, obronił przed matką, ba, nawet raz poszedł za nim do policji i wstawiał się – wtedy, gdy Czarna Banda pod dowództwem Antka powiązała wieczorem stojące na placu dorożki jednę do drugiej, tak że nagle cały szereg dorożek ruszył z miejsca ku ogólnej rozpaczy dorożkarzy.

„Ślimak”, bo tak ogólnie nazywano powolnego agenta, miał słabość do czarnego Antka.

Nieraz mu darował jakiś drobiazg, pogadał, a nawet, co niezmiernie rzadkie, na widok chłopca uśmiechał się przelotnie.

I teraz, przechodząc przez nasyp, zaczął kiwać przyjaźnie na Antka głową...

– Juści ten? – zapytał, a smutne jego oczy rozjaśniły się na chwilę.

– A tak, proszę pana inspektora – odparł Antek – pójdę się z nią spotkać.

– Z kim?

– A no, z tą szelmą Rudawą, przyprowadzę ją ze sobą.

– Oszalałeś?

– Ale gdzie! Jak się kopnę, to aż się zatrzymam, jak se w niej pięty zmaczam.

I podniósłszy porcięta tak wysoko, jak zdołał, kopnął się Antek w stronę żółtej masy wodnej, trzymając się przezornie śladu wiklin.

– Poczekaj cholero... ja cię przychycę – rzucił jakby wyzwanie szumiącej, podstępnej, zdradzieckiej rzeczułce.

Ślimak stanął jak wryty i śledził z zajęciem i niepokojem drobną postać dziecka, niknącą z błyskawiczną szybkością w żółtawej przestrzeni.

– Jeszcze się utopi! – pomyślał, a po jego chorobliwej, zmienionej twarzy, przesunął się wyraz prawdziwego niepokoju.

Widocznie Ślimak naprawdę lubił czarnego Antka.

Chłopaka już prawie widać nie było. Czarna, drobna kulka, łaziła po powierzchni, podskakiwała, aż wreszcie znikła.

Rozdział II

Co czarnemu Antkowi Rudawa przyniosła

Antek pędził, co mu sił starczyło. Minął park Jordana i wreszcie zatrzymał się dla nabrania oddechu. Był sam jeden i nagle poczuł się drobny i mały. Taki wielki bezmiar wydał mu się, że bardzo blisko rozlała się Rudawa stalowa, błyszcząca, mętna, posępna.

I fala za falą postępowała, rozszerzając boki, jakby jakiś gad rozszerzał swe zaspane, żółte cielsko na obszarze swego państwa. Antek przycisnął ręce do piersi, otworzył usta i wpatrywał się w tę masę rozlewającej się wody.

Zawsze widział wylew już dokonany wtedy, gdy Rudawa spod nasypu kolejowego wylewała się w ulicę Wolską, Smoleńsk i inne, lecz było to mniej groźne, mniej straszne, bo dokoła były domy, byli ludzie, którzy krzątali się i obecnością swoją dodawali sobie nawzajem otuchy.

Ale tu on, Antek, choć taki nieustraszony, choć postrach dorożkarzy, przekupek na Szczepańskim placu, Żydówek na Kazimierzu, kociarek na całej Batorego, Szlaku, Łobzowskiej, on przecież czuje się strwożonym, bo oto woda idzie naprzeciw niemu wielka, szara, groźna, a on sam mały, drobny stoi i zatrzymać jej nie jest w stanie.

Ale to była tylko krótka chwila.

Szybko się Antek opamiętał i fantazja mu wróciła.

Potrząsnął czarną czupryną i zaczął się zastanawiać, jakie korzyści może ze swej sytuacji wyciągnąć.

Zginąć, nie zginie.

Pływa dobrze, więc w ostateczności wjedzie na kark Rudawie i przyjedzie na niej jak w tramwaju do miasta.

A skorzystać trzeba z tego, że mu się udało przedrzeć się aż tutaj.

W mózgu ulicznika zaczęły się powoli układać myśli w pewnym porządku.

Jeżeli Rudawa płynie z daleka, to musiała już niejedno zagarnąć po drodze.

Kto wie, jakie tam skarby mogą nieść ze sobą te brudne, żółte fale.

Należy zrekognoskować. Środkiem płynie woda płytko, lecz im bliżej do koryta, tym głębsze i więcej szemrzą fale.

Widać deski, snopy słomy, dachówki, jakieś szmaty.

Należałoby przedmioty godniejsze uwagi przyciągnąć do siebie, aby się im przyjrzeć. Kto wie, co one z bliska za wartość przedstawiają.

Antek obejrzał się dokoła.

Smutnie sterczało jakieś niewielkie drzewko, jakby biadając nad losem, jaki je niedługo spotka.

Chłopak z nadzwyczajną wprawą podskoczył, porwał za gałąź, nagiął drzewo, wyłamał gałąź, która mu się najlepiej do jego celu nadawała i wyjąwszy z kieszeni kozik, zaczął strugać rodzaj zakrzywionego wiosła. Strugając, klął i gwizdał na przemian.

Antek inaczej nie umiał pracować.

Gdy skończył, woda łechtała mu już pięty.

Podskoczył i roześmiał się wesoło.

– Pycha, klawo zmajstrowane! – zawołał radośnie.

Wszedł we wodę po kolana, nie uważając już teraz na nic.

Jedna myśl go pochłonęła: wydobyć coś z wody, coś przedstawiającego wysoką wartość, coś, czym mógłby się pochwalić później, nie tylko przed swoją bandą, ale przed światem całym.

– Żeby tak szkatułkę ze śrybrem abo mundur ułański, abo baldachim z frędzlami, albo i co insze – myślał, wytężając wzrok. Fala rosła, szumiała coraz więcej rwąc go ze sobą.

Opierał się z całej siły i dwukrotnie musiał rejterować, poszukując płytszego miejsca.

– A to rwie psia para! – zaklął, zarzucając swą gałąź hen jakiemuś przedmiotowi, wartko unoszonemu przez wodę.

Lecz prędko otrząsł gałąź. To była wiązka przegniłego siana. Coś go trąciło w kolano. Podskoczył, nachylił się. Był to rozbity garnek. Ze złością odrzucił go Antek na środek fal.

– A sczeźniej!

Stał wytrwale, pomimo że woda sięgała mu do pół brzucha. Słońce powoli rozdzierało chmury. Jakiś promyk przedarł się i zaczął migotać w płynącej wodzie.

– Tyż – wzruszył ramionami Antek, patrząc z pogardą na słońce – wybrało się!

Nagle uwagę jego zaprzątnął jakiś wir, który tworzył się o kilkadziesiąt kroków od niego, około tego drzewka, z którego Antek ułamał gałąź.

Fale płynęły, rozbijały się o drzewko, kręciły się, szarpały. Robiło to wrażenie, iż o drzewko zatrzymał się jakiś przedmiot znacznych rozmiarów, który opierał się sile wody i nie chciał posunąć się naprzód.

Rudawa jednak, pewna swej mocy i zagarniająca wszystko pod swą władzę, rzucała się z coraz większą wściekłością na tę niespodziewaną zaporę.

– Ki diabeł? – wyszeptał Antek, posuwając się z wolna ku drzewu.

– W ślepiach mi się dwoi. Toć to z daleka jakby dużo kwiecia rozmaitych kolorów i coś złotego jak zboże... Ki diabeł? Co mi też ta Rudawa niesie?

Rozdział III

Księżniczka o złotych włosach

Potrącany przez fale, z wolna posuwał się Antek naprzód. Im więcej zbliżał się do owego tajemniczego przedmiotu szarpanego przez wodę, tym więcej ciekawość jego rosła.

Fala rozsypywała i zbierała znów do siebie, jakby liście zielone mieniące, jakby kłosy złote, a wśród tej zieleni coś bielało, to znów jakby ogromny fioletowy kwiat ukazywało się i nikło. Chwilę Antek czuł wielką trwogę.

– Takem wyzywał złotości i jakowychś bogactw... kto wie, co mi ta diabeł w tej przeklętej powodzi przed ślepia naraja – pomyślał i ręka, którą już kierował z gałęzią, opadła mu na wodę.

Może to go zły kusi takimi mamidłami po to, aby go w wodę wciągnąć – kto wie.

Ciarki przeszły po chłopaku.

Drżał, ale oczu oderwać nie mógł, tak go to wabiło i ciągnęło ku sobie.

A tymczasem woda przybierała ciągle i Antek tak stojąc na miejscu nie opatrzył się, jak zanurzył się już po pas. Uczucie zimna przywiodło go do przytomności.

– Trza się na coś namyśleć, bo jeszcze mnie psiokrew zaleje – pomyślał, strząsając się z tej martwoty.

– A jeśli to skarb... – rozważał – kto wie. A zresztą bierz diabli diabła, już ja sobie z nim poradzę, byle tylko coś mi w łapę grubo wpadło. Rozstawił silnie nogi, wyciągnął rękę i zarzucił gałąź.

Kilkakrotnie ponowił swe usiłowania, nie mogąc dopiąć celu. Nie mógł dosięgnąć owych barwnych przedmiotów, migających szybko w wodzie. Rozróżnił jednak, że to były części sukien kobiecych o jasnych kolorach.

– Jaki tłumok z kieckami – pomyślał i podwoił usiłowania.

Słońce błyszczało znów promieniem i nagle pomiędzy wirującymi w mętnych toniach płatami coś zamigotało jak gwiazda i sypnęło światłem, i kolorowymi iskrami. Antek aż zmrużył oczy i cofnął się olśniony.

– Gwiazda spadła czy co! – wyszeptał przecierając mokrą ręką oczy.

Lecz to podnieciło jego chęci. Z całym wysiłkiem zarzucił gałąź i wreszcie udało mu się zaczepić o długie, złotawe jakby nici, które się o pień drzewa owinęły.

Pociągnął lekko, bojąc się zerwać tę złotą przędzę i na chwilę zabrakło mu po prostu tchu w piersiach. Z wody wynurzyła się teraz głowa i biust kobiety młodziutkiej, bladej jak opłatek twarzy.

Oczy przymknięte, złote włosy dokoła czoła rozpuszczone przez fale, czyniły ją podobną do jakiegoś zjawiska, wyłaniającego się nagle spośród wody.

Algi i inne wodorosty, trawy, kawałki wikliny poczepiały się dokoła jej głowy. Mech śliski spływał po jej szyi. Pomiędzy tą zgniłą zielenią znów coś sypnęło promiennymi skrami. Głowa wynurzyła się kilkakrotnie i zapadała w rude fale, opierając się jakby na żółtej aureoli. Dokoła ramion rozwiewały się po wodzie różowe jakby skrzydła. Biust był owinięty liliową draperią jedwabną.

Tego zjawiska nie spodziewał się czarny Antek i nie był na nie przygotowany.

Nie wypuścił jednak z dłoni trzymanej gałęzi.

– Księżniczka jaka, czy co? – wyszeptał oczarowany pięknością tego widziadła.

Równocześnie jednak cała prawda przesuwała mu się przed oczy.

– Topielica!

Szukał skarbu, znalazł trupa. Trup ten jednak był tak czarująco piękny, taki niezwykły, że Antkowi zdawało się, iż to jakaś zaczarowana księżniczka chyba spod wody wypłynęła – taka księżniczka, o jakiej czytał kiedyś w książce, którą mu pan „inspektor Ślimak” na gwiazdkę darował.

Tamta z bajki miała także złote włosy i gwiazdy w uszach, i naokoło szyi, a ubrana była w takie jedwabie, co lśniły jak listki róż i tulipanów takich, jakie tylko na wystawie u Freegowej albo Michalskiej zobaczyć można.

Antek zawsze marzył, ażeby choć raz zobaczyć taką cudną pannę, ale pan „inspektor” śmiał się z niego i mówił, że takie księżniczki tylko w bajce się znachodzą. A tu nagle Rudawa przynosi Antkowi takie widziadło i choć martwa ta panna, ale śliczna i ma złote włosy, i gwiazdy się pomiędzy nimi świecą.

Wszystko to trwa bardzo krótko, bo woda zewsząd napływa i kołysze trupem księżniczki, i Antkiem, i drzewkiem, które łamie się, gnie i trzeszczy.

– Nie zostawię jej tu! – postanawia Antek – zabiorę ją ze sobą!

Ale jak?

Należy trupa wyciągnąć na wyższe miejsce Błoń, tam, gdzie woda jeszcze nie dosięgła. Tylko, że uwiązł w gałązkach drzewka i Antkowi trudno się tam zbliżyć, aby go wyplątać.

Potem strach go trochę ogarnia. W oddali ta kobieta poruszana falami robi chwilami wrażenie żywej istoty...

A jeżeli to zasadzka, jeżeli Rudawa wysłała jaką swoją topielicę po to, aby Antka oplątać i utopić...

Nie wiadomo!

Czy tak, czy tak, Antek „księżniczki” tu nie zostawi. Jeżeli to czarownica na jego zgubę zesłana, pozna ona, co to jest czarny Antek.

 

Weźmie ją w plen i tak ludziom pokaże.

A jeśli to biedna jaka topielica, to lepiej przecież uczciwy mieć będzie pogrzeb i w ziemi zaśnie, niż żeby miała zgnić w wodzie jak jakie szczenię albo wiązka siana.

Antek zaczyna z forsą ciągnąć ku sobie trupa. Przez długą chwilę usiłowania jego pozostają bezowocne. Wreszcie przypadek przychodzi mu z pomocą. Trup nie odczepia się od drzewka, ale drzewko, już nadłamane poprzednio przez Antka, łamie się do reszty i nagle topielica na gałęziach drzewka jakby na tratwie spływa, kierowana gałęzią Antka na suchsze miejsce, gdzie ją zmordowany i drżący ze wzruszenia i zimna chłopak wyciąga.

Gdy topielica okazała się teraz cała, ludzka groza ogarnęła Antka.

Zrozumiał, że ma do czynienia z trupem prawdziwym, nie żadną zwodnicą Rudawy.

W coraz jaśniejszym świetle dnia mógł Antek dokładnie przyjrzeć się swej „złotowłosej księżniczce”, bo choć chłopakowi trupa Rudawa przyniosła, niemniej przeto ta martwa, śliczna kobieta była dla wyobraźni Antka ciągle „złotowłosą księżniczką”.

Inaczej bowiem sobie księżniczki wyobrazić nie mógł.