Jak tęcza

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gabriela Zapolska

Jak tęcza

Saga

Jak tęczaZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 1902, 2020 Gabriela Zapolska i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726426649

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

I.

Gdy Helena wzięła do ręki parasolkę i stanęła przed dużą szafą, w której drzwiach wprawione było lustro, mimowoli uśmiechnęła się radośnie.

Nie — nie brzydła wcale przez czas trwania żałoby, przeciwnie — zdawało się jej, że smukłość jej postaci nabrała jakichś bardziej artystycznych linii.

Jasna popielata suknia angielska, wybornie skrojona, zapięta szczelnie na dwa rzędy guzików, przylegała do gorsu i bioder. Od paska zwieszał się na łańcuszku cały pęk srebrnych drobiazgów, pomiędzy któremi otwarte lusterko połyskiwało jak gwiazdka.

Helena odłożyła parasolkę i szybko lusterko zamknęła, poczem znów się do zwierciadła zwróciła i ująwszy fałdy, szeroko rozkładającej się u boku sukni, śledziła czy widać z pod fałd koronkę spódnicy z grubej materyi liońskiej, szarej, przeciętej deseniem wielkich liliowych irysów.

Czy nie zawcześnie ten lila kolor wmieszany w popielatą barwę stroju — przemknęło jej przez głowę.

Nie — nie zawcześnie. Cóż znowu! Lila — „demi-deuil“, to przecież wiadomo. Och, dosyć tych ciężkich czarnych sukien i czarnych spódniczek! Dosyć tej żałobnej krepy, wlokącej się za nią od półtora roku, jak chmura! Zdawało się jej zawsze, że jest po prostu brudną, czarną od tych kirów, od tych wełn, które drapały jej delikatne ciało.

Dziś, w to letnie południe, gdy cały Lwów tonął w złocie słonecznem, ona ośmieliła się zrzucić ze siebie szaty wdowie i włożyła po raz pierwszy jasną sukienkę „genre tailleur“, która na nią czeka w szafie już od dwóch tygodni.

Chciała ją dopiero włożyć na drogę, gdy już pojedzie do Reichenhallu, ale gdy otworzyła szafę i ręka jej natrafiła na miękką, śliczną, angielską tkaninę, gdy zamigotały przed nią dwa rzędy owych srebrnych, delikatnie ażurowych, guziczków stanika, Helena nie mogła oprzeć się pokusie.

Tem gorzej — ubierze się dziś jeszcze jasno.

Ubierze się, napoiwszy przedtem waporyzatorem brzeg sukni, swoim ulubionym Cherry Bloosomem, pomieszanym z ambrą. Weźmie także popielaty Windhorst z białemi skrzydełkami i perłowe rękawiczki. En tout-cas ze srebrną rączką, popielate, mieniące, leży na pułce szafy lustrzanej od dwóch tygodni. Weźmie i en-tout-cas. Tem gorzej. Nie jest w stanie oprzeć się pokusie.

Cóż znowu! Nie jest przecież starą, jakkolwiek skończyła dziś właśnie lat trzydzieści. Ma jeszcze prawo do życia i „on“, jeżeli ją widzi, gniewać się za to nie będzie.

Choć kto wie... „on“ nie lubił, gdy ona ubierała się jasno. Mówił, że przyzwoite kobiety noszą na ulicy ciemne suknie. Lecz „on“ był chory — a choroba Brighta wyrabia w człowieku strasznie nerwowe usposobienie.

„Jemu“ się wszystko niepodobało. Nie wolno jej było grać, niewolno śmiać się, nie wolno przyjmować kogokolwiek, nie wolno nigdzie bywać. Sam jeździł dwukrotnie do Karlsbadu. Jej brać nie chciał. Odsyłał ją wtedy na wieś do swojej siostry. Ciężki był charakter... z pewnością, gdyby ją zobaczył tak ubraną, nie pozwoliłby jej przejechać się po mieście...

I Helena mimowoli ogląda się ku drzwiom. Zdaje się jej, że ciemna portyera podniesie się i w progu stanie „on“ — ten zmarły mąż... zły, chmurny, z oczyma świecącemi fosferycznie, z najeżonemi włosami, z twarzą nadzwyczaj podobną do fotografii Ibsena.

Przejmuje ją trwogą — zdaje się jej, iż rzeczywiście zmarły stoi za progiem, nerwowo więc przyciska guzik elektrycznego dzwonka i stoi nieruchoma, czekając aż ktoś ze służby pokaże się we drzwiach.

Portyera rozchyla się.

Pojawia się panna służąca, dziewczyna wysoka, płaska, trochę dziobata.

— Wielmożna pani dzwoniła?

— Tak — odpowiada nerwowo Helena — czy Józef zajechał.

— Od kwadransa.

Helena bierze znów parasolkę i kieruje się ku wyjściu.

Przechodząc koło panny służącej stara się iść pewnym krokiem, bo zdaje się jej, że dziobata dziewczyna gani w duszy ten nieprawidłowy przeskok z żałobnych kirów do jasnej toalety. Lecz Julka jest dawną i układną sługą. To ona umie czytać w oczach Heleny. I natychmiast — układnie:

— Och! jak wielmożna pani dobrze zrobiła kładąc jasną suknię — mówi słodkim głosem — na dworze tak gorąco... a potem wielmożnej pani tak w jasnych kolorach ślicznie...

Helena uradowana uśmiecha się łaskawie. Jej niezdecydowany charakter potrzebuje aprobaty nawet sługi. Czemprędzej wynagradza Julkę darowując jej żałobne suknie.

— Zabierz, zabierz, sprzedaj albo zrób co chcesz... niech je więcej nie widzę!

Julka kiwa głową.

— Dobrze, zabiorę, rączki całuję... Ja wiem, to może dokuczyć taki karawan. Wielmożna pani i tak za długo w żałobie chodziła...

Helena już wyszła na schody ładnie utrzymane, czyste, zafroterowane. Na wszystkich piętrach drzwi ozdobne, solidne, były zamknięte. Po za drzwiami cisza, na schodach także cisza kościelna. Przez kolorowe szyby okna słońce wpadało całą tęczą i słało się snopem na stopnie. W tęczę tę weszła Helena i wzrokiem ogarnęła całą klatkę schodową.

— To wszystko... moje! — pomyślała z jakąś radością.

I nagle serce jej wezbrało wdzięcznością dla tego męża, który umierając zapewnił jej tak dostatni byt, uczynił ją panią pięknej kamienicy, w której nigdy zamożnych lokatorów nie brakło.

Postanowiła pojechać na cmentarz. Tak, pojedzie — zawiezie „mu“ trochę kwiatów, pomodli się. I tak miała być na cmentarzu przed wyjazdem zagranicę. Równocześnie prawie przychodzi jej na myśl, że każe dać na schodach dywan z czerwonemi szlakami. Lokatorowie się ucieszą bo „on“ nigdy nie chciał zgodzić się na dywan na schodach, nazywając dywany gniazdami mikrobów. Mimo to u nich — w mieszkaniu było mnóstwo dywanów, makat i portyer.

— Aż dusi! — pomyślała wychodząc do bramy.

W bramie spotkała stróża Anzelma w brudnej liberyjnej kurtce. Zgromiła go, bo kupiła mu dwa garnitury płócienne w paski ażeby chodził czysto ubrany. Anzelm tłumaczył się, iż jest przy „robocie“. Helena pogroziła mu, rada skończyć tę dyskusję, gdyż dziś nie miała ochoty gniewać się na kogokolwiek. Lecz Anzelm zatrzymał ją w chwili, gdy miała już wyjść na ulicę.

— A to proszę wielmożnej pani gospodyni ten młody pan z drugiego znów chce żeby mu zamurować jedno okno.

— Zamurować?...

— Tak! on mówi, że mu za jasno i zawsze to okno czarną płachtą zaciąga, ale mówi, że się mu to przykrzy i każe sobie zamurować.

Helena wzruszyła ramionami. Ten młody Weryho sam nie wie co wymyśleć. Skarży się, że mu za widno. Radby siedzieć w piwnicy. Helena tego nie może zrozumieć. Ona pragnie jasności, słońca — od chwili gdy mąż umarł odsłania portyery, firanki spina szpilkami, tak ją ciemnica panująca w jej mieszkaniu męczy.

— I proszę wielmożnej pani gospodyni, ja nawet nie wiem czy to się da zamurować? Przecież to trzeba będzie całe okno wyjąć... — mówi stróż wzruszając ramionami.

Ach ten Weryho! on jeden jej przysparza najwięcej kłopotu ze wszystkich lokatorów. Kawaler ma mały pokoik, do którego jest wchód przez ganek. I ciągle mu coś brakuje. A to... chodzą mu lokatorowie po ganku koło okien, a to znów grają na fortepianie a on nie może czytać swego d’Anunzia, a to drzewa w sąsiednim ogrodzie zanadto jęczą jesienią po nocy...

— Może by najlepiej wielmożna pani wymówiła mu mieszkanie — proponuje Anzelm.

Wymówić mieszkanie — jemu — temu słodkiemu Jurkowi, temu złotowłosemu chłopcu, który jak promień przesuwa się przez jej życie z ruchami rozpieszczonego miłego kociaka... nie, cóż znowu!...

— Niech się Anzelm do tego nie wtrąca! — odpowiada Helena sucho, ja pójdę sama obejrzeć czy okno da się zamurować...

Gdy wypowiedziała te słowa, ogarnia ją jakieś zmieszanie. Nigdy jeszcze nie była u Weryhy nawet w charakterze gospodyni domu. Miałaby ochotę się cofnąć, lecz Anzelm już idzie przez dziedziniec i mówi.

— Proszę za mną... ja mam klucz bo właśnie posprzątałem u panicza.

Za chwilę są pode drzwiami mieszkania Jurka. Anzelm otwiera drzwi kluczem i Helena wchodzi, ciągle zmieszana jakby popełniała jakiś zły uczynek. W pokoju panuje duża równowaga duchowa, pomimo, że jest pusty i niema w nim człowieka ten kąt zamieszkującego. Meble ubogie i banalne, ale rozstawione z jakimś charakterem. Na ścianach rysunki kobiecych głosów łagodnie szkicowanych. Nad łóżkiem duża fotografia ślicznego dwuletniego dziecka, dziewczynki o rozmarzonych oczach. To dziecko ma wyraz tak smutny i rozumny, że od razu przykuwa do siebie, mówiąc dużo w swem milczeniu.

— To jego córka! — objaśnia nagle Anzelm, a Helena niecierpliwym ruchem manifestuje zdenerwowanie na dźwięk tego brutalnego głosu, przerywającego jej wrażenie, jakie odniosła przestępując ten pokój. Na stole leży książka. Helena zbliża się. To kult piękna — nazwisko Ruskina powtarza się na każdej kartce. Jedno okno zasłonięte czarną zasłoną — sprawia, że w tym pokoiku panuje jakieś wrażenie oddalenia się od świata — czegoś wyodrębnionego od hałasu i rażącego światła. Helena radaby tu zostać sama choć chwilę. I krótko, szybko nakazuje stróżowi wyjść na ganek.

 

— Wyjdźcie! — mówi i nie patrzy na Anzelma, aby nie psuć sobie nastroju jego brudną kurtką i wolem gardłem, które mu z pod rozchylonej koszuli wychodzi.

Jest teraz sama, ale nie porusza się z miejsca. Czuje bowiem w tym pokoiku to samo co ją ogarnia zawsze, skoro Weryho jest przy niej. Jakie to uczucie, tego określić nie umie. Ot — upalny skwarny dzień — a nagle zaciemnieje pod stopami czarna smuga cienia.

I w ten cień gdy się wejdzie, następuje dziwne uczucie ulgi. To ją ogarnia, takie uczucie cienia, w które weszła jej dusza. W tym pokoju panuje takie same orzeźwiające uczucie. Tu jest daleko od szpetoty ludzkiej, tu coś dobrego, pięknego panuje w przestrzeni. Co? niewiadomo. Ot! może piękność samego Weryhy, może ten łagodny ton jego głosu, wdzięk jego poruszeń, czar dziewczęcy jego uśmiechu. A może jego duchowa strona przepojona tym ekstraktem piękna, jakie on umiał tak zręcznie z każdego objawu życia wyciągać. Helena nie wie, ale czuje to i mimowoli uśmiecha się. Przymyka oczy, rada pod tem wrażeniem pozostać jak najdłużej tak samo, jak w chwili, gdy Weryho ma odchodzić od niej, zatrzymuje go i prosi „zostać jeszcze chwilkę“.

I teraz pragnie „zostać jeszcze chwilkę“ ona w tej ciszy pokoiku o zasłoniętem oknie, o książce otwartej na stole, o fotografii smutnego dziecka nad łóżkiem.

Lecz iść musi i wyrywa swą duszę siłą prawie z tego kąta i uprowadza ją w blask słońca, w gwar życia, w rozdrabnianie siebie i tego co jest najlepsze na cząstki, które po świecie bez pożytku fruwają i giną gdzieś w odmęcie — na przepadłe — na marne.

––––––––––

II.

Za chwilę Helena jedzie powozikiem w stronę cmentarza Łyczakowskiego.

Wstąpiła do sklepu i kazała uwiązać sobie całą masę purpurowych storczyków i pomieszać je z paprocią.

Kwiaty zrzuciła na dywanik kauczukowy, wyścielający dno powozu i siedzi wyprostowana, rozkoszując się ze zmiennością właściwą jej charakterowi gwarem ulicznym i migającemi sylwetkami przechodniów.

Wjeżdża na ulicę Piekarską pod baldachimem swej jasnej parasolki, żałując, że nie spotkała nikogo znajomego. Teraz, gdy oswoiła się z tą jasną suknią, radaby pokazać się wszystkim i dzielić się z nimi jakąś radością i pragnieniem życia, które się jej w piersiach coraz więcej budzi. Przytem lubi jeździć powozem. Nie zna się na koniach i nie jest sportsmanką. Ale ten ruch — w bezruchomości, to jakieś rwanie się naprzód, co lot przypomina, sprawia jej nerwową ulgę.

Chorowała w zimie na zapalenie opłucnej i pozostało jej pewne zmęczenie ogólne, które czyni ją leniwą. Nie lubi chodzić, jazda jedynie sprawia jej prawdziwą przyjemność. Będąc czysta jak biała kotka, nienawidzi tramwajów i dorożek. Lubi swój powóz tak, jak lubi swoją własną wannę. Zdaje się jej, że wolałaby poprzestać na suchym kawałku chleba, a nie pozbyłaby się swoich koni i powozu. Przytem to ją odcina od tłumu, to ją wyodrębnia, to ją wywyższa niejako i nie dozwala zetknąć się z tymi „nieznajomemi“, którzy po ulicach chodzą.

Bo Helena lubi „ulicę“, ale zdaleka, jakby z loży teatralnej. I tak ją zna — nie inaczej.

Zajechała przed cmentarz.

Baby siedzące na nizkich stołeczkach podniosły lament.

— O Jezu! Jezu! wołały — a jakaś zawodzić zaczęła — nad duszami zmarłych ulituj się Boże!...

Helena szybko zebrała fałdy sukni i dzwoniąc brelokami, zawieszonemi u paska, przestąpiła bramę. Zaraz zwróciła się na prawo i pewnym, śmiałym krokiem po dobrze znanych alejach iść zaczęła.

Na cmentarzu ptaki znużone upałem poukrywały się w gałęzie drzew. Kwiaty na grobach rozwijały się lub więdły pod promieniami słońca. Jakaś kobieta w żałobie oczyszczała mogiłkę małego dziecka z chwastów.

Przy niej na ziemi leżały na papierze nasiona nasturcyi.

W oddali, bardzo nawet daleko rozmawiały monotonnie dwie kobiety, dozorujące grobów. W powietrzu była woń nieokreślona, woń właściwa blizkościom garbarń i cmentarzy. Duszą czuło się tu robotę nowego życia z ruin starego istnienia, rozkwit z kałuży rozkładu. Po nad tą pracą rozciągała się tajemnicza skorupa ziemi, zazdrosna i nieprzejrzana.

Helena stanęła przy grobie męża.

Był to bardzo porządny, solidny nagrobek, właściwy dla właściciela domu i obywatela lwowskiego. Zamożność zmarłego rozpierała grób i wydostawała się na zewnątrz. Grobowiec był bezmyślny i banalny.

Helena czuła tę banalność, ale jeszcze wtedy była tak przygnieciona wpływem, jaki na nią nieboszczyk wywierał, iż na inny zdecydować się nie mogła. Przytem Helena była chwilami uparcie logiczna. Zdawało się jej, że grobowiec trochę więcej „śmiały“ mógłby nie zgadzać się ze wspomnieniem postaci, którą kryło wieko trumny. I dlatego wybrała płytę gładką, dużą, ciężką, piaskową. Na niej kazała wznieść obelisk z czarnego marmuru i wyryć napis dużemi złotemi zgłoskami. Na rogach ustawiono dwie latarnie weneckiej roboty i Helena, patrząc na nie, przypominała sobie zawsze latarnie swego powozu.

Grób jednak Gronowicza imponował dostatkiem i przyzwoitością. Miał w sobie coś z porządnej kamienicy, do której „żebrakom i domokrążcom“ wstęp wzbroniony. Przed grobem Helena kazała postawić ławkę, na której dawniej siadywała dość często.

Czyniła to jednak niechętnie. Nie doznała bowiem nigdy spokojnej kontemplacyjnej zadumy, siedząc na tej wygodnej ławce, przed tym burżuazyjnym grobem. Modliła się najczęściej, ale czyniła w tem zadość obowiązkom. Czuła, iż wdowa powinna modlić się przy grobie męża. Czuła i dlatego się modliła.

I dziś usiadła na ławce, złożywszy poprzednio pęk czerwonych storczyków na piaskowej płycie.

Gorąco się wzmagało, słońce biło teraz prosto całym żarem na jej głowę. Lekka materya parasolki nie osłaniała jej dostatecznie. Zaczęła odmawiać modlitwę, ale przerwała ją natychmiast. Czuła, że krople potu występują jej na twarz. Otarła je chusteczką, poczem odłożywszy parasolkę, odczepiła od breloków srebrną puszkę z pudrem i upudrowała się sumiennie.

— Włosy mi się rozfryzują! pomyślała — poczem nagle zgorszona swem postępowaniem, przybrała minę poważną, pomimo, że wszystko w niej aż kipiało od życia, nerwowej siły i chęci istnienia.

Zasznurowała jednak usta i wpatrzyła się w czarny obelisk grobowca.

— Jadę! — myślała — jadę do Reichenhallu bo tak mi kazał doktór, tak mi kazał — inaczej... bym nie pojechała. Szkoda pieniędzy, potem... sama jechać w świat... nie, nie mam ochoty... nie cieszę się wcale.

Urwała tę myśl, bo w myślach jej równocześnie nurtowała druga myśl, która gromiła ją za tę nieszczerość, za to pozowanie przed zmarłym.

— Nie kłam, cieszysz się, że jedziesz, sama tę myśl poddałaś lekarzowi — rada jesteś wyrwać się w świat, podróże były zawsze twojem marzeniem.

Obejrzała się z trwogą.

Zdawało się jej, że ta druga myśl to on, to ten z trumny, z pod ziemi mówi do niej swoim trochę ochrypłym głosem.

Wstała i chwilę jeszcze pozostała tak przy grobie niezdecydowana, czując, że razem z jasną suknią zerwał się ostatni węzeł, który ją łączył z wspomnieniem tego człowieka, do którego nie miała nawet czasu, przywiązać się jak należało.

— Nie moja w tem wina! — wyrzekła prawie pół szeptem a w myśli dodała — zresztą, cóż? byłam mu wierna i cierpliwa, teraz nosiłam żałobę, przyniosłam kwiatów, przyszłam się pożegnać... cóż mogę więcej?...

Pochyliła się jeszcze nad płytą i jakby chcąc wypełnić ostatnie swe obowiązki, oczyszczała kamień z listków akacyi, które wiatr nawiał z sąsiedniego drzewa. Poczem niepewnym wzrokiem ogarnęła cmentarz.

— Tak prędko tu nie przyjdę — pomyślała — muszę się napatrzeć.

Ze stoku góry widać było po za oparkanieniem dolinę i znów piętrowe tarasy wzgórz, na których ciągnęły się czerwone zabudowania fabryczne. Tu i owdzie strzelała w górę igła kominu. Niebieskawe smugi wlokły się po szarawych wzgórzach. W oddaleniu kępy drzew zdawały się prawie szafirowe. Natomiast niebo było całe aż białe, jak rozpalone żelazne sklepienie.

Helena wzrokiem wybiegła po za ten mur cmentarny i nagle uczuła chęć wyrwania się z tego miasta umarłych, z tej powodzi grobów, krzyży, więdnących kwiatów, płaczących brzóz i akacyi, z tej jednej łzawnicy, z tej urny olbrzymiej, w której rozsypywały się w proch szkielety ludzkie.

— Pójdę... niechcę... niechcę... — wołała w myślach gwałtownie.

I tak, jak z pokoju Weryhy ona wywlokła swą duszę precz, w świat pomiędzy ludzi, tak teraz jej dusza wlokła ją i pędziła zdala od mogił i grobów.

— Nie czas ci jeszcze, nie czas... — mówiła dusza, a Helena szeleszcząc jedwabiami spódnic, biegła w stronę bramy, za którą widać było na ulicy stojący jej ciemny powozik, parę smukłych koni i sylwetkę stangreta w czarnej eleganckiej liberyi siedzącego nieruchomo na koźle.

––––––––––

III.

— Czy wielmożna pani każe podać herbatę?

— Nie, zadzwonię... — odpowiedziała Helena.

Usiadła na fotelu koło okrągłego stołu i zdawała się na coś czekać. Spoglądała na zegar, na drzwi. Nagle wstała i podeszła do okna. Ulica Zygmuntowska, na której mieszkała, była pusta. Wieczór nadchodził powoli, ale miał w sobie jakąś monotonię, rozpaczliwą pustkę, coś, co jej duszę przeszyło boleśnie. Zdawało się jej, gdy przechyliła się przez okno, że jakaś część jej życia ulata nagle i rozprasza się w przestrzeni. Z przeciwległych okien dolatywały ją tony fortepianu.

L’Altalena... pomyślała i przymknęła oczy.

Była to włoska piosenka o dziwnym niepokojącym motywie. Helena słyszała ją teraz w lecie codziennie o zmroku, gdy z okien otwartych dolatywały dźwięki fortepianów. Kilkakrotnie chciała kupić nuty tej piosenki i grać ją sama, grać do znużenia tak motyw ten męczył i mordował ją po prostu swoją banalną niezwykłością. Ale nigdy nie odważyła się grać jej sama. Miała jakąś zabobonną trwogę, gdy słyszała tę l’Altalenę; zdawało się jej, że tuż po za nią jest jakaś groźna postać, jakiś czarny płaszcz tragedyi jej życia, coś, przed czem uciecby nie mogła, jakaś sieć, w którą dusza jej oplącze się tak, że gdy wyrwie się, pozostaną już tylko strzępy trupie...

Helena słucha l’Altaleny, oczy ma zamknięte, bo nawet w pustkę ulicy patrzeć się boi. A tak bardzo się boi, że zapomina o Reichenhallu, o tem, że ma na sobie nowy lila szlafrok, że ma już pieniądze na drogę... tylko słucha l’Altaleny, którą jęczy w oddali jakiś nieznany fortepian i czuje się bardzo samą, bardzo bezsilną wobec jakiejś groźnej, niewidzialnej potęgi.

Nagle łagodny, spokojny głos mówi:

— Jaka pani dziś ładna!

Helena odwraca się szybko.

— Och!... to pan... jakże to dobrze!...

Weryho stoi przed nią, oczy ma trochę zmrużone, patrzy na nią tak z pod rzęs i uśmiecha się dziwnym, sennym, pobłażliwym uśmiechem Budhy.

— Ładna pani! — powtarza, a ręka jego drobna, kobieca, gładzi poufale mięką tkaninę szlafroka.

Helena jednak powtarza uparcie.

— Och, jak to dobrze!...

On zrozumiał stan jej nerwów.

— Znów ta trwoga? czego? czego?... chodź pani, usiądźmy na swoich dawnych miejscach.

Prowadzi ją w róg salonu, gdzie sobie urządzili „kąt“. Są tam dwa fotele angielskie ciemnozielone, kryte aksamitem i na biegunach. Sam Weryho rysunek ich znalazł w Studio Olone, przyniósł i do zrobienia tych foteli nakłonił.

Pomiędzy fotelami jest nizki stolik. Na nim dzienniki, książki, papierosy w ryneczce z saskiej starej porcelany.

Ten cały kąt oddzielony od reszty salonu wysokim parawanem z zielonego grubego płótna pomalowanego w lila irysy.

— Tak! — mówi Weryho, sadzając Helenę na fotelu — w naszym kącie pani się niczego nie boi... Co? ha?...

Helena już uspokojona śmieje się cicho.

— Nie... minęło. To resztki mego osłabienia. Gdy wrócę z Reichenhallu, będę już zupełnie zdrowa. Prawda?

Lecz on nie odpowiada.

Zasiadł wygodnie w fotelu i patrzy proszącym wzrokiem.

— A mój papieros? — pyta przechylając głowę.

Ona śmiejąc się powstaje, wyjmuje z ryneczki papieros, wkłada go do ust Weryhy i zapaloną zapałkę przytyka do papierosa.

— Ty... leniwcze!...—mówi z wymówką starszej siostry, karcącej rozpieszczonego dzieciaka.

On pali papierosa powoli i kołysze się na fotelu.

— A pani wie... ja dostałem to miejsce w prokuratoryi skarbu!

Helena cieszy się naprawdę. Tak lubi Weryhę, że wszystko, co jego dotyczy, obchodzi ją bardzo. Natychmiast jednak wyobraża sobie to delikatne stworzenie wtrącone w zapleśniałą piwnicę biurokracyi i żal ją ogarnia wielki za jego swobodą.

 

— Ale co ty biedaku będziesz tam robić w tej prokuratoryi... to nie dla ciebie.

Weryho milczy.

Ładna twarz jego, regularnie ładna z aureolą jasnych włosów przebija się chwilami przez biały obłoczek papierosowego dymu. Na zielonkawem tle parawanu robi wrażenie bardzo delikatnego pastelu.

Helena mówi dalej.

— Ja chciałabym żeby z ciebie był... artysta.

— Ja jestem nim — odpowiada Weryho.

— Ty?

— Ja. I widzi pani, ze mnie jest może lepszy artysta niż ten, który to miano jak etykietę sobie na czoło przybija... A w dodatku jestem czystej wody renesans. Ja rzeźbię, maluję, cyzeluję, jestem poetą słowa, linii, barw, tonów... O, w tej chwili, ja patrząc na panią jestem twórcą arcydzieła. Pani taka smukła w tych lila draperyach, na zielonem tle, po którem strzelają irysy, ręce pani białe, przejrzyste, długie, oparte na ciemno-zielonych poręczach fotelu, stopy toną w fałdach, nad głową cała piana złotawych włosów, z pod nich dwie ciemne plamy oczów... Naokoło pani moja myśl poetyzuje, snuje się całymi obłokami i harmonią melodyjną przepełnia mi duszę. Ja w tej chwili panią rzeźbię, maluję, śpiewam i to wszystko jak prawdziwy arystokrata-esteta, nie dla tłumu, wszystko dla siebie, zazdrośnie, w malachitowej czarze na samem dnie mej duszy.

Helena milczała.

On mówił powoli, łagodnie, leniwo z troszką ironicznej domieszki. Ale czuła, że on mówi prawdę. I czuła, że tę prawdę mówił i dalej.

— Czy w prokuratoryi skarbu, czy gdziekolwiek, ja nic nie uronię z mego artyzmu... niech mi pani wierzy. Skoro mi przyjdzie ochota tworzyć, jeśli nie znajdę podatnego gruntu dokoła siebie, to ja mam w swej duszy cały magazyn, cały zapas takich mar, z których mogę sobie tworzyć arcydzieła. I to mi najzupełniej wystarczy. Cóż! mogę siedzieć cały dzień w biurze a to niema nic do rzeczy. Ja swoje artystyczne „ja“ zachowam i rozwijać będę w cieplarni mej siły twórczej. I w tem cała moja siła.

Tak — bezwarunkowo, on jest silny pomimo swej pozornej leniwej słabości — myślała Helena Silniejszy jest odemnie. Umie się zamknąć w sobie, umie sobie wystarczyć, umie uspokoić się, a ja szarpię się, rzucam, trwożę... pragnę. Potrzebuję zewnętrznych wrażeń a gdy mam je — nie umiem chłonąć je w siebie i zrobić sobie z nich ów zapas, w którym on czerpie owe estetyczne ciepło, stwarzające dokoła niego ten „spokój“ w jakim żyje.

— Ja panu zazdroszczę! — mówi Helena, jakby reasumując swoje myśli.

— Tak! — odpowiada Weryho — tak... mnie można zazdrościć, ja potrafię cierpliwie żyć... a to nie wszyscy umieją.

— Nie wszyscy... ja pierwsza...

— Tak, pani... i bardzo mi pani żal. Mówiła mi pani, że lubi pani jechać w powozie i patrzeć na ludzi jak z teatralnej loży. Niech pani tak jedzie spokojnie powozem i przygląda się samej sobie i temu co los z panią robić będzie. Widzi pani my jesteśmy jak... gałęzie grzew. Wicher nami gnie to w tę to w ową stronę. Lepiej obserwować wicher niż walczyć z nim.

— O! — protestuje Helena — ja chcę, ja muszę mieć własną wolną wolę.

Po ustach Weryhy przesunął się uśmiech.

— Wolna wola?... czy pani wie co z panią będzie za kwadrans?

— Wiem, wypiję z panem herbatę i będziemy dalej rozmawiać.

— To tylko przypuszczenie... gdzież pewność?

Ażeby go przekonać Helena dzwoni i za chwilę Julia podaje herbatę stawiając filiżanki na małym stoliczku. Przyjął się zwyczaj picia tej herbaty popołudniowej tu, w salonie przy małym stoliczku lakierowanym na zielono.

Weryho bierze filiżankę i krzywi się niesmacznie.

Helena to skrzywienie chwyta w lot.

— A... chodzi o filiżankę.

— Uhm... ciągle ze szkła, ja tego znieść nie mogę.

Helena zakłada ręce wysoko po nad głową, z rąk jej spadają szerokie rękawy szlafroka, cały tors wygina się smukłą zgrabną linią.

— Czekaj... — mówi z uśmiechem — ja to wszystko zmienię. Wszystko przywiozę z Wiednia inne, secesyjne, świeże.

— Pani to wszystko powyrzuca!

W Helenie nagle coś się zrywa, pierś jej rozsadza.

— Tak!... tak!... — woła namiętnie — precz z tem! precz! mnie tu wszystko dusi, dławi, męczy. Wszystko musi być nowe, inne, świeże, wesołe...

Przymknęła oczy i nagle dodała prawie szeptem.

— Może się wtedy już nie będę bała!

Osunęła się znów na fotel i siedziała tak zapatrzona przed siebie. Weryho postawił filiżankę na stoliku, powstał i bez przyczyny chodził powoli po salonie. Mrok zapadał i z nim jakieś uczucie nadzwyczajnej melancholii wkradało się do tego kąta. Fortepiany w sąsiednich kamienicach umilkły.

Nagle Weryho stanął przed Heleną i nie pochylając się, oczyma swemi sennemi twarz jej ogarnął.

— Pani nie masz religii pamiątek... — wyrzekł powoli — pani nigdy nie będziesz szczęśliwa...

— Czy w tem szczęście? — rzuciła Helena.

— W pamięci? tak.

— Ja sądzę przeciwnie. Rzucić wszystko co dręczyło precz, nawet wspomnienie i biedz tam gdzie wszystko nowe...

— Oh! Oh!...

Weryho umilkł i znów wolno po pokoju chodził. Helena siedziała nieruchoma, z głową przechyloną i oddychała ciężko. Było jej gorąco, nerwy w niej grały.

Wreszcie Weryho znów się zatrzymał naprzeciw niej.

— Dobrze... — wyrzekł jakby odpowiadając na jakąś myśl ukrytą — dobrze, a kiedyż pani wróci?

Ona śmiać się zaczęła gwałtownie.

— Kiedy? ho! ho!... nie wiem — skoro mi pieniędzy zabraknie, a może skoro mi sił nie stanie...

On zatopił w nią swój wzrok, który nagle ożywił się i nabrał wyrazu.

— I czego pani będzie po świecie szukała?

Helena milczy. Namyśla się. Prawda — czego ona właściwie szukać będzie. Wrażeń?... Nie. I nagle, bezwiednie prawie woła jakby tryumfującym głosem — jakby zwiastującym wreszcie jakieś odkrycie głębi swej duszy.

— Miłości!

I szybka następuje odpowiedź Weryhy.

— Jakiej?...

A ona z uśmiechem rzuca mu z oczyma na wpół przymkniętemi.

— Takiej... jak tęcza!

Słowa te wpadają pomiędzy nich dwoje pozornie puste i bez znaczenia, lecz coś przed wzrokiem ich dusz migoce całą gamą barw, rozpływa się w przestrzeni.

Jak tęcza!

On nie żąda tłumaczenia, on ją odczuł, zrozumiał.

Wie, że to ma być miłość pełna, złożona po prostu z całej gamy uczuć od purpury namiętności aż do ciemni rozpaczy. Ona także tak zrozumiała to określenie, które wydarła z jej ust jakaś nieznana siła i oboje milczą teraz, a pomiędzy nimi niewidzialna tęczowa smuga miłości ściele się niby morze o zachodzie słońca i ciągnie i wabi...

Ściemnia się już prawie zupełnie. W kątach salonu tworzą się jakby ciemne pieczary — tu i ówdzie widać jeszcze szkielety palm.

Pierwsza Helena budzi się z zamyślenia.

— Pal... mówi do Jurka, czemu nie palisz?

Ona sama nie pali, ale lubi upajać się dymem tytoniowym, który rozpływa się po salonie.

Lecz on nie sięga ręką po papierosa — i bardzo wolno odchodzi ku oknu — staje w niem i opiera się o ramę.

— Gorąco ci? — pyta Helena — mnie także gorąco...

Nie idzie jednak do okna. Siedzi na fotelu kołysząc się lekko. Ogarnia ją uczucie jakiejś błogości. Jest u siebie, cisza... spokój. Niedaleko ktoś jej życzliwy. I w tej samej chwili rodzi się w niej niepokój czy dobrze robi jadąc od tej ciszy i spokoju, goniąc za tą tęczą...

Uczucie to przejmuje ją wielką przykrością i dawne wrażenie trwogi, które powraca z nową siłą — przez otwarte okno słychać jak ktoś znów zaczyna grać L’Altalenę.

— Och!... — wyrywa się jej z piersi prawie z jękiem.

Nie wie sama jak wstała, jak podeszła do okna i znalazła się obok Weryhy. Kurczowo chwyciła go za rękę.

— Znów się boję!... — wyrzekła zaciskając zęby.

On nic nie odpowiedział, tylko bardzo szerokim pięknym gestem przygarnął ją do siebie, poczem oczy jej, usta, szyję, długo, spokojnie całować zaczął.

Ją w pierwszej chwili ogarnęło uczucie niewypowiedzianej ulgi i błogości — potem chciała się bronić, lecz czuła, iż przerwie bardzo ładną, oardzo szlachetną chwilę swojego i jego życia i instynktem wiedziona nie uczyniła tego. Zamknęła oczy i stała biernie z rękami opuszczonemi wzdłuż ciała.

— Teraz się niczego nie boję! — myślała z radością.

Jego twarz była ciągle marmurowo spokojna, tylko oczy pokryła jakby mgła. Całował tą milczącą kobietę jakby we śnie, pojąc się ekstazą, wrażając w pamięć każden pocałunek. Oboje byli bardzo bladzi, bardzo spokojni i powoli zupełny cień owinął ich postacie.