Magia grudniowej nocyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Copyright © Gabriela Gargaś, 2018

Copyright © by Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o., 2018

Redaktor prowadzące: Adriana Biernacka i Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografie na okładce: © catalina.m | Shutterstock

Kon­wer­sja: Grze­gorz Ka­li­siak

ISBN 978-83-7976-074-9

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Dorosłam i… Ile marzeń zaprzepaściłam, ile przegapiłam spadających gwiazd? A kiedyś, jako dziewczynka, nieustannie wgapiałam się w niebo i wypatrywałam komet. Jak bardzo wierzyłam, że moje marzenia się spełnią! Dlaczego przestałam wierzyć? Chciałabym w te święta Bożego Narodzenia uwierzyć na nowo. Na nowo stać się dzieckiem, z gonitwą myśli w głowie i tą radością oraz ufnością.

Rzeczy przyziemne to jedno… a marzenia to coś zupełnie innego. Je trzeba mieć. Koniecznie. Są promykiem słońca w pochmurny poranek.

Czas ucieka, jestem coraz starsza. Muszę zwolnić teraz na kilka chwil. Na ten magiczny czas. Nie chcę być tak do bólu dorosła, dojrzała. Chcę… Chcę upiec pierniczki i udawać, że mąka jest śnieżnym pyłem, chcę zapomnieć o wszystkich zmartwieniach, o niezapłaconych rachunkach, o liście zakupów. Na chwilę można, przecież świat się nie zawali. Nadchodzą święta.

Prolog

„Czy tylko mnie się to zdarza?” — pomyślała Amelia. „Są takie dni, kiedy marzę, by nikogo na swojej drodze nie spotkać. Kiedy wyglądam jak milion dolców i czuję się piękna, radosna, nie spotykam nikogo znajomego. Nikogusieńko. A kiedy przemykam między domami nieuczesana, z czerwonym nochalem, nieumalowana… bach, wszyscy znajomi po drodze”.

Nagle zza zakrętu wyłonił się ON. Wyglądał, jakby wyszedł z jakiegoś ważnego spotkania. „Stalowy płaszcz podkreśla błękit jego oczu. A ja?” — Amelia zaczęła nerwowo rozglądać się na boki, jakby szukała ucieczki. W głowie kłębiło jej się mnóstwo myśli. „Jak sierotka Marysia albo Kopciuszek, ale nie ten na balu, tylko ten, który wraca do domu objuczony sprawunkami. Byle tylko mnie nie zauważył!”

Spuściła głowę. „Może wskoczę w zaspę i będę udawała bałwana?”

Stanęła, bojąc się wykonać jakikolwiek ruch. I nagle usłyszała:

— Cześć.

I to „cześć” sprawiło, że jej serce mocniej zatrzepotało.

— Cześć! — Spojrzała na Marka, uśmiechnęła się. Nie widzieli się od trzech tygodni. Amelia unikała go, nie odbierała od niego telefonów; jednym słowem chciała o nim zapomnieć, bo przecież była Patrycja.

Wymienili kilka uprzejmości. Kobieta czuła, że nie tylko nos ma zaczerwieniony od kataru i ciągłego wydmuchiwania, teraz jeszcze rumieniec wypełzł jej na policzki. Marek taksował ją wzrokiem, a ona wciąż uśmiechała się niemrawo. Siatki wbijały jej się w palce.

— Co słychać? Gdzie lecisz? — zapytał.

— A… tak sobie, po zakupy wyszłam.

„Czy ja się uczesałam, umyłam zęby? Miałam skoczyć tylko po bułki. To nic, że z bułek zrobiło się też mleko, masło, karkówka, bo taka ładna i chuda, że grzech nie wziąć”. Miała wrócić do domu i się ogarnąć.

A tutaj na drodze on.

— Pomóc ci? — zaproponował.

— Nie, nie. Dam sobie radę.

— A może jednak?

Wreszcie pokiwała głową.

Ruszyli w stronę domu. On z siatkami, ona dreptała koło niego. Jej myśli wciąż zaprzątała niestaranna fryzura. „Może powinnam zaprosić go na kawę? To tylko kawa. Powspominamy dawne czasy. To znaczy niedawne. Nie, wykluczone. Podłoga się klei i śmierdzi przypalonym mlekiem. Muszę grać niedostępną”.

Jeśli zechce zacząć coś od nowa, musi o nią powalczyć. Żadnych kaw. Żadnych.

Stanęli przed drzwiami wejściowymi.

— Może napijemy się kawy? — zaproponował znienacka.

— Ka… kawy? — zapytała zdziwiona.

Zima w Bieszczadach jest zupełnie inna od tej w mieście. I przychodzi wcześniej. W mieście niekiedy nie widać tej zimy. Chowa się w ulicznych korkach. Śnieg posypany solą i piaskiem zamienia się w breję. Niebo sine jest od smogu. A tutaj, w Złotkowie, czuć tę zimę — i przede wszystkim widać. Zmrożone gałązki drzew błyszczą w zimowym słońcu. Turkusowe niebo połyskuje nad głowami. Kilkucentymetrowa warstwa śniegu przyjemnie chrzęści pod stopami. Góry i pagórki, pola i połoniny pokryte są białym puchem. Bieszczadzki świat się skrzy. A w „Różanym Pensjonacie” jest ciepło i przytulnie.

Michalina otworzyła drzwi i weszła do domu. Siatki z zakupami odłożyła na stół. Zrzuciła kurtkę, szalik i kozaki i weszła do salonu. Rozpaliła w kominku. Ogień przyjemnie trzaskał, kiedy zajmował polana.

Kiedyś Michalina z niecierpliwością czekała na wiosnę. Kilka lat temu pokochała jednak zimę. Każda pora roku jest potrzebna; mroźna zima decyduje o pokaźnych plonach latem. Pogładziła się po lekko wystającym brzuchu. Zawsze kiedy pomyślała o tym, że zostanie mamą, ogarniała ją radość, dopiero potem serce jej się ściskało, gdy docierało do niej, że będzie matką — samotną.

Była zdziwiona tym, że Przemek odszedł. Nagle, bez pożegnania. Potem dowiedziała się o ciąży. Dzwoniła do niego, pisała. Żadnej odpowiedzi. Dopiero po kilku tygodniach oddzwonił i powiedział, że widział ją, kiedy całowała Artura. Chciała mu to wytłumaczyć, ale się rozłączył. Nie miała pojęcia, co zrobić; to babcia Zosia namówiła ją do tego, by mu powiedziała, że zostanie ojcem. O dziwo się ucieszył. Obiecał pomóc, ale z nią nie chciał mieć nic wspólnego.

Bolało. Usta się śmiały, ale w sercu pozostał jakiś żal, tłumiony żal do siebie, że jej się nie chciało, że się nie starała, że nie wyszło…

Historia, jakich wiele. Ktoś kogoś oszukał, ktoś odszedł, ktoś czegoś nie dopowiedział, ktoś coś źle zrozumiał. Może rzeczywiście powinna mu wszystko wyjaśnić? Tylko że on przecież nie chciał słuchać.

„Tyle razy ode mnie odchodziłeś. Czekałam na ciebie z utęsknieniem. Zapominałam. Tyle razy zapominałam…” — rozmyślała Zofia, otulona wełnianym kocem w kratę. „A nie powinnam. Powinnam pamiętać cię wyraźnie. Czuć cię. Zapachy, smaki, przeszłe emocje… To wszystko już za mną. Wracasz nocą, w snach. Uśmiecham się do ciebie. Pamiętam ten uśmiech od ucha do ucha i nos nakrapiany piegami, i taniec boso na trawie mokrej od porannej rosy. I to, jak zrywałam peonie! Kocham te pękate kwiaty o bladoróżowych płatkach. I pamiętam pierwszą miłość, burzliwą, szaloną, namiętną, która miała wypisane szaleństwo na twarzy. I te pocałunki w maju, pod kwitnącym kasztanem. Oburzone spojrzenia nadętych matron, kiedy nie mogliśmy od siebie rąk oderwać. Pamiętam, choć czasem zapominam. Bo dziś jest inaczej. Dzisiaj jestem starą kobietą, nie boję się tego określenia. Stara. Ale kiedyś przecież byłam młoda…

Ja też robiłam dużo rzeczy niechcący, a inne chcący, bo ich pragnęłam; tylu rzeczy chciałam, choć może nie powinnam! Teraz uśmiecham się na ich wspomnienie.

Odchodzisz i wracasz. Pozwalam ci odejść. Nie można niczego i nikogo zatrzymywać na siłę. Siedzisz sobie na dnie mojej duszy, w zakamarku serca. Wiem, że kiedy będę chciała, wrócisz. Z dźwiękiem jakiejś melodii, w czyimś uśmiechu, w zapachu bzu.

Moje WSPOMNIENIE”.

Rozdział 1

Michalina kochała zimę w Bieszczadach. Owinąwszy się ciaśniej szlafrokiem, podeszła do okna. Mimo iż był listopad, w górach zima rozpanoszyła się już na całego. Na szybach mróz wymalował piękne wzory: drobne siateczki niczym hafty richelieu. Gruba warstwa śniegu pokrywała krzaki rosnące wokół płotu. Ulicą naprzeciwko, po której z rzadka jeździły samochody, nikt teraz nie chodził. Michalina miała ochotę wzuć kozaki i przejść się po ulicy. Czuć, jak śnieg trzeszczy pod ciężarem jej stóp. Sporo już przytyła, mimo iż to była dopiero końcówka pierwszego trymestru ciąży. Śnieg padał coraz gęściej, a wielkie płaty wirowały w ciepłym świetle latarni.

Zawsze kiedy zbliżały się święta, wspominała rodziców. Mamę, która zmarła, gdy Miśka miała osiemnaście lat, przez co dziewczyna musiała zająć się młodszym braciszkiem, i tatę, który ich opuścił. Zjawiał się czasami w Złotkowie, by po chwili odjechać w nieznane. Taki już był. Wolny ptak.

Była siódma trzydzieści rano. Zaraz zacznie się rozwidniać. Michalina postanowiła się przebrać i pójść do sklepu, a następnie wstąpić do „Cynamonowych Serc”. Nazajutrz w pensjonacie miał się pojawić kolejny gość, więc Miśka musiała posprzątać, wyprać pościel, ułożyć menu. Ubrała się i wyszła.

Od kilku dni ludzie ją irytowali. Czasami czyjeś zachowanie doprowadza człowieka do furii. A w ostatnim czasie, gdy hormony buzowały, Michalina też miała ochotę wybuchnąć. Jak dziś. Stojąc w kolejce do kasy, nagle poczuła coś na plecach. Odwróciła się i zobaczyła kobietę — nie, nie kobietę, babę: tak Miśka o niej pomyślała — która pchała się na nią z zakupami.

— Przepraszam panią, ale moje plecy to nie zajezdnia wózków — fuknęła.

— Oj, coś pani taka delikatna?

Michalina odwróciła się do nieznajomej.

— Tu chodzi, droga pani, o czystą przyzwoitość. Chce pani stanąć w kolejce przede mną, czy co?

Wiedziała, że nie powinna zaczynać dyskusji, ale była tak podminowana, że nie mogła się powstrzymać.

 

— Stoję za panią i tu mi dobrze. — Korpulentna kobieta wzięła się pod boki.

— To niech pani co chwila tym wózkiem nie wjeżdża w moje plecy. To już nie PRL, towaru starczy dla każdego.

— Patrzcie państwo, jaka księżniczka się znalazła! Na ziarnku grochu w dodatku, taka delikatna!

Michalina zacisnęła zęby i więcej się nie odezwała.

Ale później było już tylko gorzej. W drodze powrotnej jakaś wielka ciężarówka jechała blisko pobocza i ochlapała ją śnieżną breją. Miśka poczuła mokrą chlapę nawet za kołnierzem kurtki. Miała ochotę przystanąć i drzeć się wniebogłosy.

Weszła do domu. Na przedpokoju pojawił się Bartek ze szczoteczką w ustach.

— Nie wiesz, że zęby się myje w łazience, a nie chodzi po domu z kapiącą z buzi pianą?

— Mhm — mruknął chłopiec.

Po kilku chwilach pojawił się w pokoju.

— Czemu się czepiasz?

— Bo mi plamy z pasty zrobisz na dywanie. Jakbyś był rozsądny, tobym się nie czepiała.

— Ty też łazisz po domu, myjąc zęby. Od kogoś się tego nauczyłem. — Puścił do siostry oko.

— Ty już nie bądź taki mądry — rzuciła w odpowiedzi, choć w jednej chwili wyparowała z niej cała złość.

Chłopiec pstryknął palcami.

— Nie pstrykaj mi tu, tylko jazda do szkoły. — ­Michalina zerknęła na zegarek. Była ósma czterdzieści pięć, Bartek zaczynał lekcje o dziewiątej.

Chłopiec usiadł na podłodze i zaczął wkładać buty. Nie mógł rozplątać sznurówek.

— Co ty tu jeszcze robisz? — Miśka wyleciała na korytarz jak burza.

— Próbuję rozsupłać sznurówki.

— Panienko Przenajświętsza, miej mnie w swojej opiece. — Jego siostra wyrzuciła ręce do góry.

Po chwili kucnęła obok brata i mu pomogła.

— Czy ty zawsze musisz się spóźniać? Pieron jeden — mamrotała pod nosem.

— Nie spóźniam się. Po prostu dziwne rzeczy po drodze mnie zatrzymują.

— No, to idź już do szkoły.

— Zrobiłaś mi kanapki?

Michalina pędem ruszyła w stronę kuchni.

— Jasna cholera! — zaklęła.

— O czym ty myślisz?

No właśnie: Michalinie wydawało się ostatnio, że w ogóle nie myśli. Że ciąża spowodowała, że ma papkę zamiast mózgu.

Dobrze, że mięso już upiekła, boby je jeszcze dzisiaj spaliła. Westchnęła głęboko i w tym samym momencie strzelił suwak jej spódnicy. Jeszcze tego brakowało! Odnotowała w myślach, żeby zakupić ubrania ciążowe. W pasie powoli przybywało jej centymetrów, na razie niewiele, ale jednak. Wyszykowała Bartka do szkoły i wyszła do kawiarni.

Pół godziny później Michalina była na zapleczu „Cynamonowych Serc”. Babcia Zofia wyrabiała już ciasto, podobnie jak Wiktoria, córka przyjaciółki Miśki, Amelii.

— Cześć, dziewczyny! — Właścicielka pensjonatu sięgnęła po cieplutką babeczkę z kremem budyniowym i cynamonem.

— Cześć! — odpowiedziały w tym samym momencie pani Zofia i Wiktoria.

Miśka omiotła wzrokiem zaplecze. Jak zawsze panował tutaj porządek. Kilkukilogramowy worek z mąką stał pod ścianą. Obok niego w mniejszych woreczkach poustawiane były dekoracje do ciast. Na półce pyszniły się przyprawy. Na stole — półmisek z pokrojoną, jeszcze ciepłą karpatką. Na sam widok tych łakoci Michalina poczuła, jak ślina napływa jej do ust. Sięgnęła po dwa kawałki ciasta i zaczęła opowiadać o swoim irytującym poranku.

— Po pierwsze, musisz ograniczyć słodycze. — Babcia Zosia spojrzała na pyszności, które jej wnuczka nałożyła sobie na talerz. — Jak cukier kocham, co za dużo, to niezdrowo. A po drugie, ty pewnie też irytujesz niektórych ludzi — stwierdziła rzeczowo.

— Ja?

— A nie? — Babcia Zofia podeszła do lodówki, by wyjąć śmietanę.

Michalina wzięła kęs ciasta. Ale że jak to: ona irytująca? No dobrze, czasami, ciut, ciut.

Na przykład kiedy Bartek nie chce, by go odprowadzała do szkoły, a ona się upiera i niekiedy idzie za nim jak ten cień, chociaż wie, że to głupie. O buziaku przed szkołą nie ma mowy, już się do tego przyzwyczaiła. Ale czasami woła za Bartkiem, macha mu i przesyła jednego w locie. I tak; wtedy on jest poirytowany jej zachowaniem.

— Trochę jestem — przyznała wreszcie. — Ale to przez ciążę.

— Ciąża, nie ciąża, każdy z nas potrafi ostro wkurzyć — wtrąciła się Wiktoria.

Zaśmiały się we trzy.

— To kiedy przyjeżdża twój gość? — zwróciła się do wnuczki Zofia.

— Jutro.

— Za dziesięć minut otwieramy. Idź do stolika, a ja przyniosę ci herbaty.

— Wywalasz mnie stąd? — Miska zgarnęła talerzyk i dołożyła sobie ciasta.

— Dbam o to, byś nie przytyła czterdziestu kilo do końca ciąży, bo potem ciężko ci będzie podnieść tyłek, żeby wstać w nocy do maluszka. No, sio mi stąd!

Michalina usiadła przy stoliku i spojrzała w okno.

Zadzwonił telefon, a Amelia doskoczyła do niego z nadzieją, że to Marek.

— Halo? — rzuciła do słuchawki.

— Tu ja, Miśka.

— Aaaa — jęknęła Amelia.

— Jakoś nie słyszę entuzjazmu. Masz żal, że dzwonię?

Kobieta usiadła na kanapie.

— Myślałam, że to Marek — przyznała.

— Przepraszam, że cię zawiodłam.

Przyjaciółka roześmiała się, choć nie było w tym przesadnej wesołości.

— Jak sobie radzisz? — zapytała Michalina.

— Jakoś.

— To znaczy ani źle, ani dobrze? — W jej głosie pobrzmiewała troska.

— Trafiłaś. Marek jest zaabsorbowany pomocą Patrycji, a ja poszłam w odstawkę.

Na moment w słuchawce zapanowała cisza.

— W takim razie mam dla ciebie propozycję: miejsce na krześle obok mojego w „Cynamonowych Sercach”. Babcia serwuje dzisiaj ciepłą szarlotkę z rodzynkami i cynamonem. I karpatkę, i gorącą czekoladę z waniliową pianką.

— Idę.

Zaśmiały się, tym razem obie.

— A ty jak? — Amelia przełożyła słuchawkę do drugiego ucha.

— No cóż… Przemek codziennie do mnie dzwoni i dopytuje o mój stan, ale jest na mnie zły. Wydaje mi się, że zależy mu na dziecku, na mnie już niekoniecznie.

— A mnie się wydaje, że jemu się wydaje, że ty wciąż kochasz Artura. Sama mówiłaś, że widział, jak go pocałowałaś.

Miśka westchnęła.

— Artur… Ja chyba nie potrafię o nim zapomnieć.

— Chyba będziesz musiała. Po pierwsze, za kilka miesięcy przyjdzie na świat twoje dziecko, a po drugie, Artur… Sama wiesz, jaki on jest.

— No wiem, wiem. Dobra, czekam tu na ciebie, przychodź, zanim sama spałaszuję te wszystkie pyszności!

Rozdział 2

Kobiety siedziały przy stoliku i delektowały się słodyczami.

— Głowy nie umyłam — westchnęła ciężko Miśka.

— No i? — Amelia podniosła wzrok znad swojego talerzyka z szarlotką.

— Powinnam umyć. Wczoraj był wieczór mycia. Latem myję rano, a zimą wolę wieczorem, żeby mnie nie zawiało.

— Aha… — Amelia przeżuwała kawałek ciasta. — No i?

— Mam tłusty łeb, a jutro goście przyjeżdżają.

— Kochana, że tak ci przerwę… Czy ty robisz obliczenia, kiedy myć włosy?

— No tak. A ty nie?

Amelia zastanawiała się przez moment.

— Niekiedy tak. Masz rację. Myję co drugi dzień i na przykład potrzebuję mieć czystą główkę na niedzielę, więc cyrkuluję tak, żeby umyć ją we wtorek, czwartek i sobotę. A jeśli zaczynam odliczanie od poniedziałku, to mi plan bierze w łeb. Tłusty łeb.

Parsknęły zgodnie. Potem przez chwilę popijały w ciszy herbatę.

— A jak się czuje przyszła mamuśka? — zagadnęła Amelia.

— Daj spokój, nie wiedziałam, że można być tak podminowanym.

— Oj, można. Przy Wiktorii tak nie miałam, ale przy Mary Ann to denerwowało mnie wszystko i wkurzali wszyscy. Oczywiście w tych dniach, kiedy nie zalewałam się łzami.

Pokiwała głową, wracając wspomnieniami do tamtych dni. Michalina postanowiła zmienić temat.

— Nie przeszkadza ci czasami, że tu utknęłaś? Taka zwyczajność ci nie przeszkadza?

— Nie? Dlaczego? — Amelia dolała sobie herbaty z dzbanka do filiżanki. — Podoba mi się tutaj. Jestem w Złotkowie dopiero od pięciu miesięcy i jak na razie jestem zachwycona spokojem i ciszą. Tym wszystkim, co się dookoła mnie dzieje. Mniej jestem zachwycona moim związkiem… albo i niezwiązkiem. Nie wiem, jak to nazwać, ale wierzę, że to się zmieni. — W duszy Amelii kłębiło się mnóstwo emocji. — Tyle że nie mam pojęcia, czy na dłuższą metę będzie mi odpowiadał taki styl życia.

— Dużo młodych dziewczyn stąd wyjechało, bo brak perspektyw, bo nuda, bo zbyt zwyczajnie. A mnie się ta zwyczajność podoba. Co jest złego w zwyczajności? — Michalina dotknęła swojego brzucha. Uśmiechnęła się do Amelii.

— Nic. Absolutnie nic.

— Ja w tej zwyczajności dostrzegam wszystkie diamenciki, które rzuca mi los. Ciszę, spokój, piękno Bieszczad. Zdrowie, to, że ktoś mnie kocha i ja kogoś kocham. Obcowanie z naturą. To, że robię to, co lubię. Czuję wiatr we włosach, płatki śniegu na nosie, ciepło buchające z kominka. Łapię szczęście, fruwające, uciekające niczym barwne motyle. Wsłuchuję się w mój wewnętrzny głosik, który podszeptuje mi różne fajne rzeczy… — Miśka zaśmiała się. — Chyba przesadziłam z tą poetyckością.

— Nie. Pięknie powiedziałaś.

— Kiedyś się bałam, że jeśli tu utknę, w tej małej mieścinie, to wszystko zaprzepaszczę. Nieprawda. Wiem już, czym jest szczęście. Przez rolety mojej zwyczajności niekiedy obserwuję innych. Tych, którzy wybrali inaczej. Czasami dech mi w piersi zapiera, ileż to oni ciekawych rzeczy porobili. A na niektórych patrzę i kiwam tylko głową z pewną refleksją. I po co to wszystko? — Michalina przerwała. Rozprostowała nogi. Rozmasowała bolącą łydkę. — Oczywiście mam też takie dni, kiedy się zastanawiam, po co i mnie to wszystko. Ten pensjonat, goście, którzy… powiedzmy sobie szczerze… niekiedy mnie denerwują: a to mają wymagania, jakby przyjechali do Hiltona, a to rura pęknie, a to kibel się zatka. Wtedy się zastanawiam: po cholerę? A jak mi przyszedł ostatnio rachunek za gaz, to myślałam, że mnie z butów wyrwie.

— A jak urodzisz dziecko? Zastanawiałaś się, co dalej? — Amelia spojrzała na przyjaciółkę z troską.

— Zastanawiałam się… Samotnej matce nie jest łatwo.

— A Przemek?

— Przemek, tak jak ci mówiłam przez telefon, zapewnia, że mi pomoże. Ale wiesz, jak to z pomocą na odległość. Pampersa przez Skype’a nie zmieni. Będę musiała nadal prowadzić pensjonat. Babcia Zosieńka powiedziała, że mi pomoże w opiece nad dzieckiem. Teraz w „Cynamonowych Sercach” pracują Kasia i Wiki, więc jest łatwiej. Damy radę. Przeniosę się ponownie do krainy kupek, kaszek, mleka i pieluch… ale będzie fajnie. Kiedy opiekowałam się Bartkiem, byłam dziesięć lat młodsza, a przecież zajmowałam się nim od początku. Teraz jestem starsza i dojrzalsza. Inne to będzie macierzyństwo. — Zamyśliła się. — A jakie ty masz plany? Wciąż myślisz o zakupie dworku?

— Tak. — Amelia uśmiechnęła się i potarła dłonią o dłoń. — Czuję, że on ma w sobie jakąś tajemnicę, jakąś intrygującą historię. On jakby do mnie woła, że muszę tam coś zrobić.

Dwa miesiące wcześniej Amelii przyszedł do głowy szalony pomysł, żeby kupić tajemniczy dworek na obrzeżach Złotkowa. Na razie tylko sobie marzyła, ale może… może… W Bieszczadach na nowo odważyła się marzyć.

— A co takiego byś tam widziała? — zainteresowała się Michalina.

— Sama nie wiem. Może otworzę spa? Sprzedałam mieszkanie w Londynie, a to chyba najdroższe miasto w Europie, mam też trochę gotówki, którą chciałabym zainwestować. Myślałam o kawiarni, ale jedna już jest i raczej wykosiłaby każdą konkurencję. — Powiodła ręką dookoła, uśmiechając się ciepło. — Są też dwie sieciówki. Tyle wystarczy. Chciałabym stworzyć coś nowego, niepowtarzalnego; coś, co pozwoliłoby mi zacząć na nowo — zapaliła się.

Jej oczy po raz pierwszy tego dnia migotały łagodnym blaskiem.

Wieczorem po zamknięciu kawiarni pani Zosia siadała przed kominkiem w domu Michaliny i ogrzewała skostniałe stopy w cieple ognia.

Nagle do pokoju wszedł Bartek. Spojrzał na babcię, która miała przymknięte powieki.

— O czym myślisz? — zapytał.

— O zbliżających się świętach. — Na twarzy pani Zofii pojawił się szeroki uśmiech. — Najbardziej lubię zapachy, smaki i dźwięki Bożego Narodzenia, gdy już powoli się zbliża. Szelest papieru, w który owija się prezenty, dźwięki kolęd, gwar przy stole, a nawet drobne sprzeczki. Z twoją mamą zawsze się sprzeczałyśmy w całej tej gonitwie. Zapachy suszonych grzybów, cynamonu, ciast, świerku. I goździków wbitych w pomarańcze.

 

— Wy, kobiety… — Bartek złapał się za głowę.

— No nie powiesz, że nie lubisz smaków świąt? — Pani Zofia otworzyła oczy i spojrzała na niego uważnie.

— Oj, babciu, już mi ślinka cieknie na samą myśl o świątecznych potrawach. Smak serniczka, Miśkowej sałatki śledziowej, bigosu, nawet barszczu, chociaż na co dzień za nim nie przepadam! To jest to, co tygryski lubią najbardziej!

— Raczej co twój brzuszek lubi.

— Co racja, to racja. Tak tylko się mówi.

— I jak tu nie kochać świąt?

I nie czekając na odpowiedź chłopca, Zofia kontynuowała:

— A to miłość jest najważniejsza w tym wszystkim. Zawsze jest ważna, ale w Boże Narodzenie najważniejsza. Nie ma nic ważniejszego od miłości. Wiesz, Bartusiu, czasami trzeba wiedzieć, że nieraz w pogoni za prezentami tracimy z oczu cenniejsze rzeczy, diamenty codzienności, które dostajemy w darze. Ludzie kolekcjonują rzeczy materialne, tyle że na koniec okazuje się, że ich worek wypełniony jest kamieniami. Każdy z nas niesie ze sobą taki niewidzialny worek.

— A twój worek, babciu?

— Jest w nim też trochę kamieni. — Babcia Zofia zachichotała. — Ale poza nimi uzbierałam wiele cennych diamentów. Dziękuję Bogu, losowi, przeznaczeniu, moim wyborom, że je mam. To narodziny córki, wnucząt, to mój kochany mąż, to moja kawiarnia, to to miejsce na ziemi, Bieszczady…

Bartek przewrócił oczami.

— Chyba nigdy nie zrozumiem kobiet — westchnął. — Tylko miłość i miłość, i rodzina im w głowie.