Śląski Kopciuszek

Tekst
Z serii: Joanna Gryzik #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Coś tu się dzieje poza jego wiedzą, coś niedobrego.

Otworzył obydwa okna, to z lewej, południowe i to na wprost drzwi, zachodnie, przed którym stało jego biurko. Nabrał głęboko powietrza i usiadł w swym wielkim fotelu z zielonego pluszu, oparłszy głowę o poduszki. Jak zawsze w chwilach nerwowego napięcia rozbolała go jego lewa, sztywna noga, więc zaciskając zęby, uniósł ją i położył wyżej, na wygodnym podnóżku. Przyniosło to oczekiwaną ulgę.

Nie do wiary! Jak tu pozostać przy zdrowych zmysłach?

Skąd, do licha ciężkiego, wzięło się tutaj, w jego domu, dziecko? Czy to jedno z tych, które biegają za nim z wrzaskiem i kamieniami w łapskach?

Kim jest nieznana dziewczynka w czerwonej sukience?

Wzruszył ramionami, zniecierpliwiony.

Przynajmniej tyle mu się na razie wyjaśniło, że nie ma omamów słuchowych, co zresztą byłoby niezłym kompletem do jego ślepego oka.

A zatem to był głos tej dziewczynki, rankiem, pod drzwiami sypialni! To ona przerwała najpiękniejszy sen, jaki mu się kiedykolwiek przyśnił. Bezlitośnie odebrała fioletowe kwiaty po które już, już sięgał!

Swoją drogą bardzo ciekawe, co robiły wtedy Troy i Graf, jego dwa wielkie i groźne brytany, które zakupił za ciężkie pieniądze specjalnie po to, by nie dopuszczały do niego obcych! Cała Ruda drżała przed nimi ze strachu; wiedział doskonale, że po cichu nazywano psy „bestyjami z piekła rodem”, omijano go z daleka, gdy z nimi wychodził, a tymczasem te okrutne straszydła wpuściły mu dzisiaj nieznanego dzieciaka pod jego osobiste pokoje – i nawet nie szczeknęły!

Kto odpowiada za zdemoralizowanie jego psów? I za wtargnięcie obcej dziewczynki do tego domu? Kto się ośmielił? Najprawdopodobniej ktoś ze służby.

Który z tych darmozjadów?… Kto mu się tak jawnie, w żywe oczy przeciwstawił?

Zgrzytając na głos zębami, pomyślał, że kara chłosty nie była wcale takim złym pomysłem!

Wstał i zaczął wściekle krążyć po gabinecie.

On, stary chłop, całe niemal życie obywający się bez baby, któremu wikt i opierunek bezkonfliktowo zapewniała gospodyni Emila Lukas – sprawiedliwie, choć z zachowaniem właściwego mu rozsądku opłacana, a więc on, Carl Godulla, przeciwnik kobiet i dzieci, ich mężów i ojców, w ogóle przeciwnik całej bezrozumnej ludzkości, miałby przyjmować pod swym dachem jakieś pannice?

O cóż tu chodzi? Nie miał pojęcia.

Mógł się jedynie pocieszać, że ta mała w czerwonej sukienczynie tylko odwiedziła kogoś z jego nielicznej, domowej służby. Przyszła na chwilę i zaraz sobie pójdzie.

Dobrze, a co, jeśli to podrzutek albo – i to będzie z pewnością jeszcze gorsze! – jeśli się zgubiła? Może przynajmniej wie, jak ją mianują? I skąd pochodzi? Wówczas łatwiej mu pójdzie odszukanie jej rodziców… Czy taka malutka dziewczynka w ogóle może to wszystko wiedzieć?

Ach, dość!…

Czekają go teraz z pewnością same kłopoty.

Dziecko oznacza kłopoty.

A on jest już na takie ekstrawagancje zdecydowanie za stary. Zbyt chory i zmęczony. Wypalony. Wściekły.

Do kroćset! Całe życie nie cierpiał takich sytuacji!

Uzmysłowił sobie teraz, jak szczerze ma dosyć ludzi i ich problemów. Mężczyzn pijących alkohol, podczas gdy w domach płakały ich bezradne kobiety i głodne dzieci! Nieuczciwych urzędników, gardzących każdym, kto się do nich zwracał bez pełnej kabzy. Znachorów żerujących na niewiedzy chorych. Bogobojnych damulek, które obgadywały wszystko, co nawinęło się pod ich okna. Kłusowników panoszących się po lasach i dziesiątkujących zwierzynę, w tym nawet ptaki w okresie lęgu!

A już najbardziej męczyli go niesubordynowani pracownicy…

Zaraz, zaraz, gdzie jest Emila? To ona!

To przecież ona rano rozmawiała z tym dzieckiem – tuż pod drzwiami jego sypialni, więc zapewne to ona je tu bezczelnie wprowadziła, łamiąc wszystkie pisane i niepisane zasady obowiązujące w tym domu! Właśnie, przecież podpisała mu, nieomalże krwią palca swojego, że będzie bezwzględnie respektować jego potrzebę prywatności!

Tak. Pozwolił tej służącej na zbyt wiele.

Prócz niej i jego, Carla, nikt więcej nie miał tu wstępu, tylko ona dostała wszystkie klucze. I, jako żywo, to się dzisiaj zmieni!

– Panno Emilio! – ryknął na cały dom, tak ostro, że jego głos odbił się szerokim echem od pięknych mahoniowych mebli w tym pokoju – od oszklonej, wypełnionej książkami biblioteki, wysokiego zegara z cyferblatem zdobnym w złoconą mapę świata i łaciński napis „tempus fugit”, solidnej, gabinetowej szafy na dokumenty, obrazów w złoconych ramach, przedstawiających włoskie pejzaże, oraz wąskiego szezlongu pod oknem, przykrytego gustowną, paryską kapą w czarne i złote kropki.

Na owym właśnie starym szezlongu miał teraz najszczerszą ochotę położyć się, zamknąć oczy i wreszcie spokojnie umrzeć. Albo wyjść przed dom, paść w tym swoim najlepszym płaszczu na ziemię i poczołgać się na najbliższy cmentarz!

– Słucham, panie Godulla! Wołaliście mnie? – dał się słyszeć zza zamkniętych drzwi dziwnie cienki dyszkant Emilii Lukas. Była zdenerwowana, poczuł to, nawet jej jeszcze nie widząc. Takim głosem mówiła zawsze wtedy, gdy miała coś na sumieniu; równocześnie zwracając się do niego formą „za dwoje”, w liczbie mnogiej, co go zresztą dodatkowo rozwścieczało.

Carl znał ją od lat i właściwie nie musiał już dalej pytać. Była winna.

Otworzył drzwi gabinetu i nie zapraszając gospodyni do środka, spojrzał jej prosto w oczy. Zauważył, nie bez satysfakcji, jak momentalnie zbladła.

Nigdy dotąd nie zdarzyło się, by trzymał ją w drzwiach jak intruza.

– Wołaliście mnie? – powtórzyła jeszcze piskliwiej, czym doprowadziła go już do furii.

– Tak! Istotnie, wołałem! – warknął. – Czyje jest to dziecko? I co tutaj robi? Czyżby pani zapomniała, na co umawialiśmy się przy zatrudnianiu pani w moim domu? Przecież własnoręcznie podpisała pani zgodę na moje warunki! A może konsumuje pani za dużo masła, że ma już pani aż tak poważne kłopoty z pamięcią…?

– Nie miałam jej gdzie zostawić, panie Godulla! Proszę, wysłuchajcie mnie! Ona nie będzie przeszkadzać, przysięgam, jak mi Boga przy śmierci trza! Ledwo od wczoraj jest u mnie na wychowaniu. Jej matka… Ona… ona nie mogła jej już dłużej w domu trzymać…

– Ale co ja mam do tego?

– Ja wszystko opowiem! To dziecko nazywa się Joanna Gryzik, panie, ma tylko cztery latka, jest półsierotą. Jej ojciec pracował u pana w hucie cynku…

– I co? – zeźlił się Carl. – Zapił się na śmierć?

– Nie, rok temu umarł na suchoty. Pluł krwią i dusił się tygodniami, a dziecko cały czas było przy tym i nie rozumiało, co się dzieje. To straszna śmierć… – Zamilkła, bo nagle, pewnie ze zdenerwowania i strachu o Joankę, zachciało jej się płakać.

Zaskoczyło ją to tym bardziej, że nie pamiętała już, kiedy ostatni raz uroniła choć łzę.

Carl przyglądał jej się przez dłuższą chwilę w milczeniu.

– Niech pani wejdzie do środka – powiedział bezbarwnym głosem.

Rozdział 7

Emilia Lukas, kobieta w kwiecie wieku, od dawna czuła wolę bożą, i to całym swoim jestestwem.

Aż bywało jej czasem z tego powodu wstyd i wtedy czym prędzej biegła do kościelnej suchatelnicy[8], by się porządnie wyspowiadać.

Pochodziła z rodziny, w której kobiety były postawne, zdecydowane i wiedziały, czego chcą. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że nie dawały sobie w kaszę dmuchać i były po prostu cwane.

Uroda Emilii też była niepospolita: ciemne włosy, ciemna oprawa niebieskich oczu, z wyglądu – rocznik szczęśliwie nie do odgadnięcia, subtelne, choć dość ostro zarysowane brwi, wydatny, ale prosty w linii nos i ładne usta z kącikami nieznacznie wygiętymi ku dołowi.

Była zgrabna i potrafiła być zalotna jak dzierlatka, więc mogła się podobać i ciągle jeszcze zwracano na nią uwagę.

Zwłaszcza w święta, uroczystości rocznicowe i w odpusty parafialne, kiedy cała ulica prowadząca do kościoła zamieniała się w targowisko próżności.

Gdy tak szła między straganami obwieszonymi lizakami, pańską skórką, kokosankami i makrołnami – mężczyźni z lubością cmokali za nią, a nawet gwizdali przeciągle.

W któryś odpust miejscowy dowcipniś, skradając się za Emilą, nadmuchał dużą, papierową torbę po słodyczach i rozbił ją jednym uderzeniem dłoni; efektem tego był wystrzał jak z armaty i kobieta aż podskoczyła, krzyknąwszy donośnie. Wywołało to oczywiście radosny rechot wśród panów, ale i ona miała poczucie humoru. Śmiali się razem. Takie chwile dodawały jej kobiecego animuszu.

Odkąd jednak pracowała i mieszkała u Carla Godulli, jej możliwości jako panny do wzięcia znacznie się ograniczyły.

Przede wszystkim miała niewiele czasu dla siebie; jej pracodawca, z powodu swego wielorakiego kalectwa, był więcej niż wymagający, a kierowanie kilkorgiem dochodzących, leniwych służących oraz parą chciwych dostawców mleka, masła i sera – zabierało jej więcej niż połowę dziennej dawki energii.

Coraz bardziej utwierdzała się więc w ponurym przekonaniu, że tu, w domu Godulli, woli bożej tak łatwo nie wypełni.

Jej sytuacja nieco się zmieniła na lepsze, gdy pan nieoczekiwanie zatrudnił oficjalistę, kogoś w rodzaju sekretarza, niejakiego Antoniego Gemandera, mężczyznę wprawdzie dużo młodszego od niej, ale za to stanu wolnego. Emilia uznała, że jest interesujący. Jak dotąd jednak nie reagował on na wysyłane w jego kierunku wyrafinowane sygnały.

Oczywiście, nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, by rajcować samego Carla Godullę.

Matko jedyna! Jeszcze jej życie było miłe!

Poza tym, wszyscy wiedzieli, bo od wielu lat było to tajemnicą poliszynela, że „Diabeł z Rudy” nigdy się nie ożeni.

 

I że powodem bynajmniej nie jest jego szpetna, przerażająco okaleczona twarz, niewładna ręka czy sztywna noga. Ponoć było coś jeszcze.

Jednak Emilia całkowicie pomijała w myślach ten niebezpieczny temat.

Zadowolona z zarobków szczyciła się, że jest gospodynią u samego „Króla Cynku” i nawet w najskrytszych marzeniach nie pragnęła zostać jego żoną. Znała swoje miejsce.

W ten sposób legendarne stosy złotych talarów, na których ponoć siedział, nie miały dla niej najmniejszego znaczenia.

Lubiła pieniądze, ale nie do tego stopnia, by się swemu panu narazić. I, Boże uchowaj, by z powodu głupich panieńskich mrzonek stracić taką intratną posadę!

Pan Godulla zrobił z niej swoją pierwszą służącą i tylko jej jednej ufał właśnie dlatego, że nigdy dotąd nie przekroczyła żadnej z granic, które wytyczył.

I dopiero teraz ten krach z malutką Joanką Gryzik!

Emilia siedziała na brzeżku krzesła w jego gabinecie i prawie nie oddychała. Pan zajął swój zielony, pluszowy fotel przy biurku, naprzeciw niej, pochylając się nieco do przodu. Dzieliło ich zaledwie kilkanaście centymetrów.

Jego zdrowe, lewe oko nabrało stalowogranatowej barwy i od dobrej chwili wiązało Emilię spojrzeniem tak, że dokładnie rozróżniła w nim kolejno odcienie goryczy, złości, rozczarowania, ale także – choć to nie do pojęcia – jakąś nutę żalu.

– Przykro mi, ale będziesz musiała oddać to dziecko tam, skąd je wzięłaś. Nie jesteśmy tu sierocińcem ani ochronką przyklasztorną – powiedział cicho, nie spuszczając z niej wzroku.

Kobieta wiedziała, że pan im spokojniejszy, ty bardziej wściekły.

– Panie Godulla, ona będzie za dnia siedziała jak myszka w moim pokoju, do chwili, aż skończę pracę! Ma pan na to moje słowo, nawet jej pan nie będzie widywał! Najwyżej czasem posiedzi ze mną w kuchni, bo chciałabym pomalutku przyuczyć ją do pomocy – ale pan przecież i tak do kuchni, jak rok długi, nie wchodzi, panie Godulla… – Emilia odważyła się na przedstawienie mu sytuacji i robiła to pośpiesznie, mając wyjątkowo dobrą pamięć i pełną świadomość, że za chwilę może stąd wylecieć z hukiem, jak niejeden już interesant, który okazał się zbyt denerwujący. – Ona jest bardzo grzeczna, panie Godulla, i nie sprawia żadnych kłopotów! Znam ją od dnia jej narodzin!

– Proszę mi łaskawie wyjaśnić, jaka matka oddaje, tak po prostu, lekką ręką, swoje własne dziecko? – wycedził z głęboką pogardą. – Czy to, nie daj Bóg, pani krewna?

Emila, której zupełnie nie było do śmiechu, pomyślała, z bladym przebłyskiem humoru, że pogarda w głosie pana miała taki ciężar i siłę, że pokonując odległość i prawa fizyki, mogłaby dotrzeć w tej chwili do Antonii i powalić ją na kolana w jej własnej chałupie.

– Panie Godulla, to jest moja przyjaciółka, Antonia Gryzikowa z domu Hayn, z Sadowa koło Lublińca. Jej mąż Johann pochodził spod Rybnika, z Radlina. Był biedokiem, chłopem bez skrawka ziemi, mieszkali więc kątem i nie wiodło im się za dobrze, dlatego pozwalałam jej czasem dorobić sobie tu, w pana domu… Bywała dochodzącą służącą, sprzątaczką. Niemal nie musiałam jej sprawdzać. Sprzątała akuratnie i bardzo szybko!

– Tak, to prawdziwy wyczyn! – mruknął niechętnie Godulla.

– Jak mówiłam, rok temu została wdową, nie ma środków do życia i musi jak najszybciej wyjść za mąż. Znalazła sobie nawet takiego jednego absztyfikanta – Stephan Schieron się nazywa. Ale, panie Godulla… tam jest jeszcze jedno dziecko, ledwo roczna Karolina, siostra tej tu Joanny. Więc ten Schieron, czy jak mu tam, odgrażał się, że nie będzie robił, jak osioł, na dwójkę nie swoich dzieci i starszą córkę kazał jej oddalić… Bo inaczej w ogóle się z nią nie ożeni!

Emilii zabrakło tchu i umilkła speszona, bo Carl Godulla nie patrzył już teraz na nią, tylko mocno, miarowo uderzał ostrym końcem cyrkla w tekturową teczkę z dokumentami, leżącą przed nim na biurku.

– A więc właściwie to sierota, a nie półsierota, jak twierdziłaś na wstępie? – Podniósł głowę i przestał stukać.

Emila przytaknęła skwapliwie i z trudem przełknęła ślinę. Dopiero w tej chwili dotarło do niej, że właściwie jej pan ma rację: Joankę najpierw osierocił ojciec, a teraz opuściła matka!

– W taki niecny sposób nie potraktowała żadnego ze swych dzieci nawet moja suka Raja, a kilkakrotnie rodziła! – Carl wstał od biurka i zaczął kuśtykać od okna do drzwi i z powrotem, jakby zapominając, że ma w gabinecie gościa. Skąd przyszła mu do głowy Raja, ukochana sunia z dziecięcych lat? Czy może ona też tam była, na tej kwietnej łące w dzisiejszym śnie? Biegała wraz z nim, jak kiedyś?… Nie potrafił sobie przypomnieć.

Emilia nie wiedziała, czy wyjść po cichu z gabinetu i zostawić pana samego, czy czekać, aż będzie jakiś ciąg dalszy tej trudnej rozmowy. Wybrała to drugie.

Patrząc nieruchomo na piękny, mahoniowy blat biurka, analizowała w głowie decyzję o przygarnięciu Joanki i dziwiła się własnej niefrasobliwości.

Znała Godullę, było jej doskonale wiadomym, że on potrafi wpaść w dziką furię. Krzyczał wtedy i rzucał przedmiotami o ścianę, a nierzadko i w przerażonych delikwentów, wysyłając ich do wszystkich diabłów.

Wiele potrafił darować, lecz nie cierpiał ludzkiej głupoty i bezmyślności. A już chyba najbardziej braku odpowiedzialności przy podejmowaniu decyzji.

Gospodyni czuła, że co najmniej jedną z tych cech właśnie się nieopatrznie wykazała.

Wczoraj w ubogiej chacie Antonii uległa emocjom, jakby miała ze dwanaście lat, i wzięła cudze dziecko, nie licząc się z konsekwencjami. Żywiła naiwną nadzieję – choć przecież tak często bywa ona matką głupich – że Carl Godulla jest tak zawalony papierami i zajęty robieniem pieniędzy, że nawet nie zauważy mysich warkoczyków Joanki. Niestety.

Zauważył natychmiast, zorientował się, że biega mu po domu obce dziecko i teraz kategorycznie każe je oddać wyrodnej matce.

Ten zraniony przez życie wilkołak o potwornym obliczu prawdopodobnie jednak nie ma serca.

– Gdzie ona teraz jest? – dobiegło ją jego pytanie. Brzmiało tak, jakby je zadał z dna głębokiej studni.

– W moim pokoju, panie Godulla.

– Proszę wrócić do swoich obowiązków i po skończonej pracy przyprowadzić ją tutaj. – Ciężko usiadł za biurkiem i dał jej znać, że rozmowa skończona. Wyglądał na bardzo zmęczonego.

Emilia bezszelestnie skierowała się do wyjścia. Była już przy drzwiach, kiedy zawołał za nią:

– Panno Emilio! Niech pani przyśle do mnie Gemandera. Jak najprędzej.

„Gemandera chętnie!” – pomyślała niemal figlarnie, co nawet jej samej nie pasowało do obecnej sytuacji, więc dłużej nie zwlekając, pobiegła w kierunku, gdzie mieścił się mały pokoik sekretarza. Zapukała i weszła, nie czekając na jego zaproszenie.

Siedział przy oknie, nogi wyprostował daleko przed siebie, a słońce oświetlało mu twarz i ramiona. Miał rozczochraną czuprynę i trzymał w zębach kopiowy ołówek. Przeglądał pilnie jakieś papierzyska; na stoliku leżały ich całe stosy.

No cóż, chyba jednak zaczęła podkochiwać się w panu sekretarzu, bo na jego widok serce omal nie wyskoczyło jej z falującej piersi.

Spojrzał pytająco, więc opanowała się i sucho, wręcz ostro powtórzyła mu polecenie pana.

Natychmiast, jak na wystrzał z pistoletu, pozbierał się, wstał, poprawił na sobie skromną, znoszoną kamizelkę i wybiegł, nie zwracając już na Emilię uwagi. A przecież niemal otarł się o nią w drzwiach!

To było przykre; po raz kolejny okazało się, że obiekt westchnień nie przejawia żadnego zainteresowania jej bujną kobiecością. I nie wiedziała, czy to się kiedykolwiek zmieni.

A tymczasem nie podobał jej się żaden, dosłownie żaden inny mężczyzna w okolicy! Wszystko to wiejskie głupki. I nikt z nich nie jest poważnym sekretarzem!

Zatem musi być cierpliwą i na razie odłożyć na dalszy plan snute w zaciszu swojego łóżka romantyczne marzenia o tym młodzieńcu. O gorącym narzeczeństwie, rychłym zamążpójściu, o dzwonach w biskupickim kościele i posiadaniu upragnionego potomstwa płci obojga.

Wprawdzie wciąż jest jeszcze młoda, ale lat nieubłaganie przybywa.

Zdawała sobie aż za dobrze sprawę z tego, że póki co, nadobny Antoni Gemander jest ślepy jak kret i głuchy jak pień – a jej zegar biologiczny bije, jak ten w gabinecie pana Godulli…

W tej niepewnej sytuacji najlepszym wyjściem może się okazać właśnie opieka nad podwójnie osieroconą Joanką Gryzik.

I w dodatku będzie ją mieć od razu „gotową” – czteroletnią córeczkę – bez potrzeby przechodzenia przez ciążowe niedogodności i męki porodu.

Tyle kobiet w okolicy umarło, wydając na świat swoje dzieci!

„Jeśli ja to biedne i miłe memu sercu dziewczątko przysposobię, dam jej swoją miłość, troskę i dobrze wychowam – to na starość na pewno będę miała z niej pociechę i wsparcie!” – Emilia Lukas aż klasnęła w dłonie.

Teraz tylko trzeba sprawić, by ta maleńka sierotka zamieszkała w domu diabła.

Diabła, który był królem cynku.

[8] suchatelnica (śl.) – konfesjonał

Rozdział 8

– Panno Emilio, proszę jeszcze na chwilę… – Jego polecenie zatrzymało ją w drzwiach, gdy już wychodziła, trzymając za rączkę małą Joankę.

Odwróciła się i natychmiast zasłoniła dłonią oczy, bo w tej właśnie chwili, w oknie za jego plecami, zajarzyło oślepiająco czerwone, zachodzące słońce. Sylwetka pana Godulli na tym tle wyglądała złowieszczo; niczym ponury posąg szatana ulepiony ze smoły z samego dna piekieł.

Kiwnęła mu głową jak ślepiec, wyprowadziła dziewczynkę i kazała jej poczekać na korytarzu.

Graf i Troy, dwa czarne jak noc potwory, rottweilery sprowadzone przez Godullę z południowej Bawarii, zerwały się natychmiast z legowiska pod drzwiami i stanęły po obu stronach dziecka, liżąc je na przemian po twarzyczce i rączkach. Joanka zapiszczała cicho, ale po krótkiej chwili bez cienia strachu objęła psy ramionami. Od wczoraj zdążyła już skraść serca obydwóm psim stróżom pana Godulli.

– Pilnujcie jej jak oka w głowie, wy dwa czorty! – rozkazała im szeptem Emilia i pośpiesznie wróciła do gabinetu, zamykając za sobą drzwi.

Podeszła do biurka i spojrzała na Godullę pytająco, z narastającym niepokojem. Przeglądał jakieś papiery. Czyżby zmienił zdanie?

„Maryjko Przenojświętszo dopomóż!”

– Słucham, panie Godulla…?

Powoli podniósł głowę.

– Panno Emilio, perfumuje pani małą dziewczynkę? – zapytał z niedowierzaniem.

Emilia potrzebowała kilku sekund, by opanować się i nie zacząć fruwać po gabinecie ze szczęścia.

– Ależ nie, gdzieżby tam! – zawołała uradowana, że jej malutki podstęp tak pięknie się udał. – Joanka miewała kłopoty ze snem, śniła koszmary i budziła się w środku nocy z płaczem, więc za radą położnej, która zna się na dzieciach, co wieczór trzeba spryskać jej włosy i nocną koszulkę wodą lawendową, żeby spokój na nią przyszedł od tego ziela…

– I co, odnosi to jakiś skutek? Pomogło?

– Tak, panie Godulla! Bardzo pomogło! – Oczywiście za skarby tego świata nie zamierzała się przyznać, że dziś z premedytacją uczyniła to także tuż przed przyjściem z Joanką do jego gabinetu. Wiedziała, że on lubi ten zapach, więc po południu, kiedy ważyły się losy, lekko pokropiła olejkiem z lawendy główkę dziecka.

Nie ośmieliła się też na przypomnienie panu, że przecież on sam w czasie swych nocnych zwidów dobrze reaguje na działanie lawendowej kąpieli…

Pokiwał głową i dał jej znak, że to wszystko, a ona niemal tanecznym krokiem wróciła do czekającej za drzwiami Joanki.

Carl, nieco oszołomiony, został sam ze swymi myślami, które boleśnie przewalały mu się teraz przez głowę.

Dotąd nawet nie podejrzewał, że w ogóle może wymyślać takie głupoty, on, przemysłowy wizjoner wielkiego formatu, handlujący cynkiem z połową tego świata!

Stoi już niemal nad grobem, a pozwala sobie na emocje właściwe jakimś egzaltowanym pensjonarkom!

Co za brednie? Jaki znak, jakie pokrewieństwo dusz? Że dziecko ryczy po nocach jak dzikie? I że oboje są sami na świecie, niechciani przez nikogo? Że lawenda…?

„Koniec tego!” – uderzył zdrową pięścią w blat biurka i wstał.

To się nie mieści w głowie. Miał dzisiaj rano odbyć naprawdę ważne spotkanie z pewnym majstrem z cynkowni; miał postawić na baczność tego obłudnego krętacza i nauczyć go moresu na resztę jego nędznego żywota – a tymczasem siedzi tu, udziela audiencji swej niepoczytalnej gosposi i… zaraz. Zaraz.

 

Jak jego matka mówiła na takie dziewczynki, co to ledwo od ziemi odrosły?…

Kukulątko.

Tak, i chyba nie dotyczyło to tylko małych dziewczynek. „Kukulątkiem” w czuły sposób nazywała pewne małe stworzenia, ale które – tego sobie Carl w tej chwili za Boga jedynego przypomnieć nie potrafił. Cały czas miał przed oczami tylko Joankę.

No o co jeszcze chodziło matce z tym Kukulątkiem?

Nazwa wskazywałaby na podobieństwo do porzuconego przez kukułkę dziecka; a więc szerzej rozumując, o jakieś maleństwa potrzebujące przytulenia, szczególnej opieki – o kocięta, kurki, kaczątka… czort jeden wie, co tam jeszcze? Może młode ptaki wyrzucone z gniazda…?

Nawet nie zauważył, jak jego myśli odbiegły niepokojąco daleko, w szczęśliwą krainę dzieciństwa, kiedy świat był jeszcze pierwszy i piękny.

Kiedy matka łagodnym głosem rozstrzygała wszystkie jego problemy. Kiedy był kochany przez bliskich.

Nie zaglądał tam już od lat, unikał tego jak żywego ognia, nie potrzebował wspomnień, nie chciał ich – jakby od razu był stary, zgorzkniały, pokaleczony i pochłonięty bez reszty gromadzeniem bajecznej fortuny. Pokazaniem wszystkim, że zostanie królem.

Nie było to łatwe. Swoi mu nie ufali i mieli go za diabła, a jego nocne eksperymenty chemiczne, nierzadko połączone z prawdziwymi fajerwerkami i dziwnym dymem z komina, tylko pogłębiały tę niechlubną opinię.

W całej Rudzie wierzono święcie, że on, bogacz nad bogacze, z pewnością zaprzedał duszę mocom piekielnym. Bo niby skąd taki kuternoga wziąłby tyle pieniędzy? Na pieniądze trzeba ciężko harować, a on, chociaż nic nie robi, to czego się tknie, zaraz zamienia mu się w złoto!

„Żodyn sie tu jeszcze tak pryndko niy dorobił, żodyn!” – zwykli mawiać rudzianie i kiwali znacząco głowami. Czarna legenda o Carlu Godulli krążyła zwłaszcza po okolicznych karczmach i szynkach, gdzie prawdziwą karierę towarzyską robił pewien człowiek, który, regularnie pojony przez chętnych słuchaczy darmowym alkoholem, „przysięgoł sie na Nojświyntszo Paniynka”, że na własne oczy widział, jak w pewną bezksiężycową, ciemną noc cała horda diabłów siedziała na dachu domu Godulli i kolejno wsypywała mu przez komin worki złotych talarów!

Nie było najmniejszego sensu, by w tej sytuacji próbować im tłumaczyć, czym są eksperymenty chemiczne albo operacje finansowe!

Tymi wszystkimi karczemnymi bredniami Carl nie zaprzątał sobie umysłu; jednak bardziej od śląskiej niepokoiła go ta druga, „państwowa” strona.

Nie dawało się ukryć, iż w większości Niemcy gardzili Carlem – głównie z powodu czystej, wysublimowanej zawiści – choć przecież od wielu lat systematycznie rozwijał im przemysł ciężki i pobudzał gospodarkę. Wskutek jego działań zaczęła się ona na Śląsku przemieniać z feudalnej w coś nowego, jeszcze nienazwanego, nieśmiałego, ale silnego w swej ekspansji.

Na oczach wszystkich ten nieobliczalny piekielnik urzeczywistniał swój autorski, odważny pomysł na użycie zasad autarkii – sokratejskiej dążności do polegania na sobie samym, przetransponowanej do ekonomii jako samowystarczalność gospodarcza. Nie zważając na ryzyko, budował nowoczesne przedsiębiorstwo przemysłowe, w którym poszczególne elementy są ze sobą ściśle powiązanie: rolnictwo, produkcja żywności dla pracowników, gospodarka leśna, wydobycie węgla i galmanu, hutnictwo cynku i żelaza, eksploatacja glinki, transport, handel krajowy i międzynarodowy, produkcja własnych narzędzi.

Nie było drugiego takiego przemysłowca w całych Prusach. Jak mieli go lubić?

I żeby to jeszcze był rdzenny Niemiec, ale nie, to zwykły Ślązak! Ze wschodnich rubieży!

Mijały lata, fortuna i osiągnięcia Carla rosły, a oni wciąż nie mogli mu darować, że ot, tak, wyszedł z ojcowskiej zagrody i po prostu, niemal bez wysiłku ich wszystkich dogonił. Mimo brzydoty, kalectwa i nieszlacheckiej proweniencji.

Kim w końcu, donnerwetter[9], był jego ojciec? Nadleśniczym?… Dzierżawcą majątków rycerskich?… Dzierżawca! Wielkie mecyje!

Niechaj ten kulawy dziwak będzie sobie bogaty i nieprzeciętnie zdolny! Niech buduje Riesenwerk, swe wielkie dzieło na chwałę państwa pruskiego!

Niech cieszy się przemożnym wpływem na śląski przemysł cynkowy i węglowy i niech zatrudnia te swoje osławione tysiące robotników!

A skoro jest aż tak naiwny i głupi, to może nadal stawiać dla owej tłuszczy pracownicze budynki mieszkalne i dawać darmową opiekę medyczną przy swoich zakładach.

Bóg z nim! Oni na pewno nie mają najmniejszego zamiaru czynić podobnie! Nie na to harują w pocie czoła, żeby rozpuszczać majątek na pracowników!

I nie dopuszczą do tego, by parweniusz wyznaczał im kierunki. Niedoczekanie!

Carl Godulla jest i pozostanie dla nich nikim. Przyszedł dosłownie z lasu.

Wszyscy ci utytułowani, arystokratyczni przemysłowcy na swój rodowy majątek pracowali bowiem przez pokolenia. Byli obrzydliwie karni i posłuszni. Przeszli bezlitosny, pruski, zimny chów. „Ordnung muss sein!”[10] – słyszeli od kolebki. Carl utrzymywał nawet, że to przykazanie każdy porządny Niemiec słyszy jeszcze przed odcięciem mu pępowiny.

A mimo to nie mieli takiego polotu, odwagi i takiej, jak on, ręki do interesów. Jedynej zdrowej – dla ścisłości – ręki!

Niektórym z nich przecież doradzał, po cichu bardzo liczono się z jego zdaniem.

Mówiono od lat, że tylko na geniuszu Godulli stał cały wielki sukces hrabiowskiej rodziny Ballestremów. Oni wprawdzie go odkryli, jako zdolnego młodzieńca, ale to on zrobił z nich potentatów przemysłowych, zapewniał im dalszy rozwój i bezpieczeństwo finansowe.

I spokojnie, niemal równocześnie z hrabiowskim, tworzył i umacniał swoje własne imperium! Pracował dzień i noc, przez długie lata.

Wszyscy konkurenci zachodzili w głowę, jak to możliwe, że Carl Godulla tak dobrze rozumie fenomen rynków kapitałowych, potrafi jak nikt inny obracać finansami, wyczuwać koniunkturę? I niestraszne mu podatki!

Paradoksalnie nie przysporzyło mu to jednak niemieckich przyjaciół, bezustannie szydzono z jego wyglądu, doszukiwano się ciemnych stron, państwo pruskie krytykowało go, że w swoich folwarkach i zakładach nadmiernie wykorzystuje chłopów, król Fryderyk Wilhelm IV udawał, że nie wie, iż Carl Godulla stara się u niego o zasłużoną nobilitację.

Carlowi przypomniał się dzisiejszy sen.

Ta bajeczna łąka za domem rodzinnym w Makoszowach! Nigdy nie kwitła tak pięknie. Jeszcze teraz widział te nieziemskie kolory, ich soczystość i łagodne kołysanie się liliowych i ciemnoczerwonych kwiatów. Może rzeczywiście jest diabłem? Kto śni takie rzeczy? Jak to możliwe, że wyraźnie pamięta zapach tej łąki? I czy w ogóle sny bywają kolorowe i pachnące…?

Jeśli we śnie był na powrót tam, w szczęśliwym czasie, to może jest to zapowiedzią odwrócenia się złego losu, przerwania złej passy?

„Gdy długo jest źle, to znak, że musi się w końcu zacząć dziać dobrze i że człowiek już dość wycierpiał!” – to też jego matka. Powtarzała to zawsze wtedy, gdy komuś w rodzinie źle się wiodło i nie kończyły się przeciwności.

Carl nie mógł teraz zrozumieć, dlaczego nigdy dotąd o tym nie pomyślał; matczyne słowa niosły przecież coś, czego nie miał przez wszystkie te trudne i samotne lata – nadzieję.

A dzisiaj to właśnie on dał nadzieję Joance Gryzik, czteroletniej dziewczynce znikąd.

Nadzieję na lepszą przyszłość. Oczywiście był świadom, że mała nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół niej dzieje, nie rozumie, że decydują się jej losy, nie wie, gdzie trafiła i kim on jest.

Podejrzewał, że upłynie dobrych parę lat, zanim to wszystko pojmie.

Jedno było pewne i okazało się od razu, gdy tylko pojawiła się z Emilią w jego gabinecie: nie bała się go.

A stała blisko, jak mało kto; niemal twarzą w twarz. I nie cofnęła się ani nie skrzywiła z obrzydzeniem, jak czynili to od zawsze jego siostrzeńcy!

W tym właśnie Carl dojrzał największą swoją szansę; że oto ta nieznana dziewczynka jakimś niewiarygodnym cudem nie czuje do niego wstrętu.

„Najprawdopodobniej nikt nie zdążył jej jeszcze starym Godullą postraszyć! – pomyślał z przekąsem. – Nikt jej nie uprzedził, że oto wchodzi do domu potwora”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?