Śląski Kopciuszek

Tekst
Z serii: Joanna Gryzik #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Oleńce, mojej siostrze z wyboru,

dla której ta opowieść ma szczególne znaczenie.

Czułość jest głębokim przejęciem się

drugim bytem,

jego kruchością, niepowtarzalnością,

jego nieodpornością na cierpienie

i działanie czasu.

Olga Tokarczuk

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Mała Joanka śniła jakiś koszmar.

Rzucała się w pościeli, na czoło wystąpiły jej kropelki potu, głośno jęczała i wyraźnie wzywała ojca.

Ojciec nie żył.

Dzień wcześniej, w zimny, marcowy poranek 1845 roku został pochowany na cmentarzu parafialnym w Biskupicach.

Wraz z suchym trzaskiem wieka trumny dla jej matki zamknął się etap względnej stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa. Względnej, bo i tak żyli z dnia na dzień i nie starczało do następnej wypłaty.

Krzyki dziewczynki zbudziły matkę, która w pierwszej chwili nie wiedziała, co się dzieje.

Nie ma nic gorszego niż pierwszy, ledwie szarzejący świt po pogrzebie; ta złudna nadzieja, że może to wszystko było tylko złym snem, a zaraz potem – poczucie bezlitosnej prawdy.

Wystraszonej, na poły śpiącej jeszcze Antonii Gryzik początkowo wydawało się, że płacz córki dobiega wprost z tamtego grobu, ze świeżo zasypanego grobu męża.

Oblał ją zimny pot, gwałtownie wstała z pościeli i przeżegnała się nabożnie. Kilkakrotnie, by dodać sobie odwagi.

Po omacku podeszła do oddzielonego kotarą kąta izby, gdzie spały obie jej córki, Joanna na starym szezlongu i Karolina – w drewnianej kolebce, opatulona koronkowym becikiem.

Nie wiedziała, co zrobić – czy zbudzić Joankę, czy raczej dać jej się wykrzyczeć? Z trudem schyliła się i podniosła lichą kołderkę, która spadła na podłogę. Przysiadła na brzegu łóżka, popatrzyła otępiała na spoconą, wykrzywioną bólem twarzyczkę dziecka. Z narastającym przygnębieniem uświadomiła sobie, że Joanka ma już trzy latka i w przeciwieństwie do młodszej, ledwo dwumiesięcznej Karoliny, najwyraźniej mocno odczuła stratę ukochanego ojca.

„Nie wrzeszcz, nie wrzeszcz, bo jego już nie ma i nigdy nie będzie! Nie wstanie z grobu, nie ożyje, zostawił nas w kompletnym ubóstwie, bez jednego złamanego talara i bez jakiegokolwiek sensu! Po prostu wziął i umarł! – myślała z goryczą, tuląc do siebie zapłakaną dziewczynkę. – Twój tatulek wystawił nas, wszystkie trzy, do wiatru. Nie wiem, za co będziemy teraz żyć; bo jedyne, co mi zostało w spadku po nim, to te głupie kolorowe kwiaty na lichej grządce obok chlewika… Zawsze go do kwiatów ciągnęło. Lepiej by zrobił, gdyby zamiast nich uprawiał marchewkę, kapustę albo kartofle, przynajmniej byłoby teraz co do gęby włożyć, albo gdyby zakopał tam jakieś pieniądze na czarną godzinę”.

– I teraz właśnie przyszła na nas czarna godzina! – Antonia bezwiednie powiedziała to na głos i córka otworzyła oczy.

– Mamulko moja! – wyszeptała. – Chcę do tatusia…

– Pójdziemy do niego jutro, Joasiu, zaraz z rana, ze świeżymi kwiatami – resztką sił zdobyła się na anielską wręcz cierpliwość. – Sama dla niego nazrywasz kwiateczków w ogródku… Ale teraz śpij, bo rano będziesz miała podkrążone oczy i usmarkany nos. A tato nie lubił widzieć cię zapłakaną, pamiętasz? No, już, Joanko, cichutko, twój płacz słychać w całej Porembie… Śpij już, śpij, bo jeszcze mi zbudzisz Karolinkę…

Rozdział 2

Carl siedział przy biurku i nie robił nic.

Świeca w starym matczynym lichtarzu dawno się wypaliła i w izbie było ciemno dosłownie jak w lochu.

Siedział i rozkoszował się niezachwianą pewnością, że nikt mu w tej chwili do gabinetu nie wlezie i nie zaproponuje na przykład zapalenia nowej świecy.

Jego gospodyni, Emilia, dawno już połapała się w obowiązującym, niepisanym, a żelaznym harmonogramie dnia i nawet gdyby się waliło, o tej porze nie ośmieli się zakłócić jego spokoju.

Co więcej, nie pozwoli nikomu innemu tego uczynić.

W najgorszym zaś razie sięgnie po starą, wysłużoną miotłę, trzymającą wartę w kącie sieni i z werwą, która nieraz i jego samego zadziwiła, pozbędzie się intruza.

Między innymi za to jej płacił – i to sowicie.

„Oni zapewne wyobrażają sobie, że ja tu siedzę zakopany po uszy w papierzyskach i pracuję; te wszystkie głupki przechodzące po szychcie obok mego domu, wyskakujące w górę, jak pajace z pudełka, by zajrzeć przez okno do wnętrza izby i, rzecz jasna, zobaczyć owe stosy talarów, w których się rzekomo pławię! – Carl dziobał wściekle ostrzem cyrkla w kartkę z kalkulacją kosztów. – I jeszcze te ich wstrętne dzieciary wspinające się wieczorami na palce – a jak to za mało, to na drzewo, na płot, a nierzadko wchodzące jedno drugiemu na plecy, by choć raz być świadkiem owej mrożącej krew w żyłach sceny, kiedy to czarne, włochate diabły przybywające prosto z dna piekieł, wsypują mi przez komin całe worki talarów, w zamian za moją duszę…”

Carl otrząsnął się z niechęcią graniczącą z obrzydzeniem. Szczerze nie cierpiał dzieci – i to z wzajemnością.

Odkąd w wieku trzydziestu kilku lat stał się potworem – nie było jednego dnia, by okoliczna dzieciarnia nie naigrywała się z niego, nie wyzywała go, nie drwiła z jego brzydoty, próbując złośliwie naśladować ruchy jego obolałego ciała, nie celowała w niego kamieniami, dużymi kawałami węgla, a nawet końskimi kupami czy krowim łajnem.

Najgorsze zaś było to, iż gdy jedno pokolenie małych bandytów nareszcie po latach dorastało, uspokajało się i – o ironio losu! – w większości trafiało do pracy w jego majątkach, hutach i kopalniach – to pojawiało się nowe, młodsze, które dotąd tylko pilnie obserwowało, i teraz, będąc już niejako organicznie przyuczone do okrucieństwa, stawało się jeszcze bardziej zajadłe.

Upokarzające dla Carla widowiska zaczynały się więc od nowa. Ten schemat utrzymywał się latami.

Być może właśnie to przyczyniło się do jego całkowitego fiaska w stosunkach rodzinnych. Zupełnie nie sprawdził się jako dobry wujek dla swoich siostrzeńców.

Denerwowali go zresztą od urodzenia.

Ciągle awanturujące się i wrzeszczące bez powodu maluchy, zasmarkane, kaszlące, w ogóle chorujące na wszystkie znane ludzkości choroby wieku dziecięcego, leniwe tak, że nawet nie umiały samodzielnie wyleźć za próg, wciąż oczekujące pomocy, bez krztyny odwagi, polotu czy wyobraźni…

Do tego, gdy tylko przejrzały na oczy, omijały Carla szerokim łukiem, za nic nie chcąc się z nim nawet przywitać, o przytuleniu czy zabawie nawet nie wspominając!

Trzy starsze siostry Carla – Marianna, Joanna i Franciszka – zdając sobie doskonale sprawę z tego, jak wielką fortuną zaczyna dysponować ich brat, robiły wówczas co mogły, by relacje rodzinne stały się przynajmniej poprawne.

Poza oczywistymi względami materialnymi było im go po prostu żal. Kochały Carla.

Wspólne, szczęśliwe dzieciństwo upłynęło im niedaleko Zabrza, w Makoszowach, które dzierżawił ich ojciec. To tam pomagały rodzicom wychowywać małego Karlika, przyglądały się, jak dzięki nieprzeciętnym zdolnościom szybko zmienia się w nad podziw inteligentnego ucznia szkoły ludowej w pobliskich Przyszowicach, następnie w wychowanka renomowanego gimnazjum cystersów przy klasztorze w Rudach Raciborskich, potem pilnego ucznia liceum w Opawie, a już później – jak błyskawicznie awansuje ze zwykłego kancelisty i leśniczego na zarządcę dóbr samego hrabiego Karla Franza von Ballestrema, właściciela majoratu Pławniowice–Biskupice–Ruda.

Siostry cieszyły się i dziękowały Najwyższemu, że matka nie doczekała napadu na Carla i nie zobaczyła, w jakim był wtedy stanie i jak potem wyglądał.

I załamywały ręce, gdy stawało się jasne, że po tym piekle, które przeszedł, ich synowie brzydzą się Carlem. Jak bardzo są w dziecięcym okrucieństwie zagorzali, jak go za plecami urągliwie naśladują w jego kalectwie, jak bezlitośnie rechoczą mu w twarz.

Z czasem, gdy ich cierpliwe, matczyne prośby nie przynosiły skutku, zaczęły uciekać się nawet do przekupstwa, a w końcu i kar cielesnych – jednak mimo tego wszystkiego ich syneczkowie nie mieli zamiaru polubić ohydnie wyglądającego wuja.

„On jest szpetny! Brzydki jak noc! Pokraka! Utopiec!” – chlipali uparcie, klęcząc za karę na grochu, wysypywanym przez matki w kącie koło pieca.

Nawet gdy przybywało im lat i powoli docierało do ich tępych głowin, że tylko ten człowiek jest w stanie zapewnić im dobrobyt do końca ich żywota – nie potrafili przełamać się i okazać mu ani krztyny uczucia. Uważali zresztą, że nie jest im to do niczego potrzebne. Nie muszą go lubić.

To prawda, pracowali w jego zakładach – ale siedząc wieczorami na ochlajach w bytomskich szynkach i przepijając swe wypłaty, wyśmiewali kalekiego wuja, oczerniali go i podjudzali przeciwko niemu innych. Nie mieli hamulców. Wiedzieli aż za dobrze, bo cwani koledzy od kieliszka dość szybko im to uzmysłowili, że tak czy inaczej – fortuna bezdzietnego Godulli będzie musiała kiedyś w końcu trafić w ich ręce.

W chciwe, pazerne, lepkie łapy nierobów, pijaków, bawidamków i utracjuszy – jak mówił o nich Carl, z biegiem czasu coraz bardziej rozczarowany siostrzeńcami.

Niechęć i obrzydzenie szły więc tu w obie strony.

Kariera, jaką z rozmachem zrobił w śląskim przemyśle, wielkie pieniądze, genialne inwestycje i odważne pomysły – wszystko to pójdzie wniwecz, gdy tylko jego zabraknie. Czyli już niedługo.

 

Ech, do czorta! Zdecydowanie tego dnia nie potrafił się skupić.

Może to dlatego, że przed południem miał w Bytomiu dosyć męczące spotkanie ze swym starym znajomym, Franzem Gramerem[1], historykiem i wieloletnim kierownikiem miejscowej szkoły katolickiej, a zarazem kronikarzem, piszącym dla wrocławskiej „Schlesische Chronik”. Jak głosiła winieta w tytule tej gazety, był to „organ pogłębiający zainteresowanie prowincją śląską”.

Carl lubił Gramera. Poznali się przez starostę bytomskiego Adolfa von Tieschowitza, u którego Gramer podjął swą pierwszą pracę nauczycielską po przybyciu na Górny Śląsk. Przygnała go tutaj paląca konieczność zarabiania na swoje utrzymanie, gdyż nieoczekiwanie, gdy był studentem filologii niemieckiej, pomarli mu rodzice. Został bez grosza przy duszy i musiał natychmiast przerwać dobre studia na uniwersytecie we Wrocławiu.

Jak się okazało, praca u starosty miała dla Gramera jeszcze jeden niezaprzeczalny plus – w jego domu poznał krewną gospodarza, swoją przyszłą żonę, Wilhelminę von Tieschowitz.

Mimo że był towarzyski i lubił muzykować w gronie znajomych, niechętnie umawiał się w restauracjach czy innych miejscach publicznych, gdzie można by, zdaniem Carla, dobrze zjeść i spokojnie porozmawiać. Był obsesyjnym domatorem – odkąd w latach dwudziestych osiadł z żoną w swoim mieszkaniu przy placu Klasztornym, tak siedział w nim do dziś, i Carl nieco kąśliwie przewidywał, iż pewnie Franzowi przyjdzie w nim umrzeć.

Dzisiejsze ich spotkanie również odbyło się w owym mieszkaniu. Carl pojawił się tam punktualnie. Gramer powitał go z wszelkimi honorami i radosnym uśmiechem.

W „Schlesische Chronik” często pojawiały się pisane przez niego specjalnie dla Carla – a czasem wręcz pod jego dyktando – ogólnokształcące artykuły o rozwoju i perspektywach przemysłu górniczo-hutniczego na Górnym Śląsku. Tym razem Franz miał zamiar zmierzyć się z oszałamiającą karierą przemysłowca.

Jednak jako historyka nie interesowały go ludowe legendy i przaśne żarty pijaków w szynkach, a prawdziwe koleje losu Carla, z naciskiem na socjalny rys w jego kapitalistycznej działalności.

Według Franza Gramera był on wzorowym, na wskroś nowoczesnym pracodawcą. Najlepszym w całym Królestwie Pruskim.

Carla aż korciło, by jak najprędzej wybić mu z głowy pomysł na ów bałwochwalczy artykuł o nim. Dobre kilkanaście minut złościł się i próbował dowieść Franzowi, iż na przykład całe to słynne budowanie familoków dla pracowników oraz zapewnianie im fachowej opieki medycznej wynikało głównie z jego, Carla Godulli, partykularnych interesów! Jako właściciel zakładów doskonale się orientował, że bezdomny i chory robotnik – to żaden robotnik. I w tym, do diabła, cała tajemnica jego filantropii!

Gramer roześmiał się jowialnie.

– Pytanie, drogi Carlu, brzmi: dlaczego nikt inny ze znanych nam licznych przedsiębiorców, za którymi przecież stoją rodowe, niemieckie fortuny, nie wykonuje takiego ruchu? Młody Ballestrem i Donnersmarckowie ani myślą pójść w twoje ślady! Ferajna od Jorga Gieschego z krzykiem zatyka sobie uszy, Winckler się waha… Dbanie o swych pracowników to wciąż jeszcze nie ich interes. Jesteś, bracie, jednorazowym zjawiskiem! Ale zacznijmy od początku; co cię wywindowało, co było momentem zwrotnym? Z pewnością do swej błyskotliwej kariery szedłeś już od dzieciństwa?

Niech dunder świśnie tego Gramera. Diabelna, denerwująca dziennikarska dociekliwość! Carl czuł, że zaraz rozboli go głowa, już pulsowała mu cała jej prawa strona.

Nie chciało mu się wracać do tego, co działo się w jego życiu czterdzieści lat temu, ckliwie wspominać i grzebać się od nowa w tym wszystkim – teraz, gdy już stoi nad grobem!

– Co było zaczątkiem, Carl?

– Nie było niczego takiego – mruknął z rozdrażnieniem.

– Było. Było na pewno!

Cystersi. Najlepsza elitarna szkoła średnia po tej stronie Odry. Carl spędził tam pięć lat.

Zdobył gruntowną wiedzę z zakresu matematyki, chemii, przyrody, geografii, podstaw prawa i polityki, języka francuskiego, łaciny, greki, kaligrafii i religii katolickiej. Mógł korzystać z ogromnej, liczącej dziesięć tysięcy woluminów, biblioteki – jednej z największej na Górnym Śląsku.

Cystersi prowadzili też doskonałe lekcje poglądowe, wyprowadzając młodzież poza szkolne mury. Bowiem wokół klasztoru, w należących do nich jedenastu wsiach, wzorowo funkcjonowały huty żelaza, potasownia, huta szkła, kopalnia rudy, kwitło leśnictwo, rolnictwo, hodowla ryb, bartnictwo, uprawa winorośli, sprawnie działały młyny i browar – a więc uczniowie obok teorii zdobywali rozległą wiedzę praktyczną i ćwiczyli umiejętności zarządzania różnymi dziedzinami.

Zatem kiedy po ukończeniu szkół, około roku 1800, młodziutki Carl zatrudniał się u hrabiego Karla Franza von Ballestrema – umiał więcej niż jego pryncypał.

Od pierwszego dnia błyszczał w hrabiowskim pałacu w Pławniowicach, jako ta gwiazda zaranna w niebiesiech. Awansował w zawrotnym tempie.

Hrabia Ballestrem, były wojskowy, człowiek pięćdziesięcioletni, z natury przyjazny i życzliwy, pozwalał mu na wiele. W końcu, w uznaniu zasług, mianował go zarządcą całego majątku.

W roku 1812 udało się Carlowi przekonać hrabiego, że teraz już nie rolnictwo, a wydobywanie skarbów mineralnych spod ziemi będzie miało kolosalną przyszłość.

Wkrótce potem, według bardzo dobrego projektu królewskiego inżyniera budownictwa przemysłowego, Johanna Friedricha Weddinga, Godulla buduje Ballestremowi hutę cynku „Karl”, nazwaną tak od pierwszego imienia hrabiego.

W 1815 roku, w nagrodę za genialny nadzór nad budową i rozruchem zakładu, otrzymuje od Ballestrema 28 kuksów[2] tej huty. Były to kuksy wolne od wszelkich kosztów i dawały tak znaczny zysk, że od nich rozpoczęła się prosta droga Carla Godulli do tytułu „Króla Cynku”.

W następnych latach Carl nie ustaje w ciężkiej pracy dla hrabiego; kalkuluje, wylicza, inwestuje, przewiduje, planuje… i nie myli się. Nigdy.

Po dwóch dobrze przemyślanych rozbudowach – w roku 1825 cynkownia „Karl” staje się największą i najnowocześniejszą na kontynencie.

Świat oszalał. Okrzyknięto hutę ósmym cudem świata.

Z całej Europy zjeżdżali się przemysłowcy i różnego autoramentu gapie, pragnący zobaczyć ją na własne oczy, a także poznać „niesamowitego człowieka”, jak nazywano Carla – i może, przy okazji, nauczyć się czegoś od niego.

Większość tamtych ciekawskich zwiedzających denerwowała wówczas Carla dokładnie tak, jak teraz Franz Gramer!

Niemal spijał słowa z jego ust, wiercił mu dziurę w brzuchu, z chirurgiczną precyzją wywlekał z niego każdy szczegół, a jeszcze domagał się nieustannej interpretacji faktów.

Basta! Carl wstał i zmusił Gramera do tego samego. Uścisnęli sobie dłonie.

– Jestem zawiedziony, drogi Carlu, że to już koniec tej pasjonującej opowieści!

– Franz, nie żartuj. Naprawdę zawiedziony byłbyś wtedy, gdybym, na skutek dalszych twoich namiętnych indagacji, wyzionął tutaj ducha…

– Jak zawsze udajesz, że wisielczy humor to twoje drugie imię! – Franz, pełen radosnego entuzjazmu podreptał za Carlem do sieni. – Dziękuję ci, to będzie artykuł roku!

– Wątpię, ale nim te żałosne wypociny starego piernika skierujesz do publikacji – przyślij mi, proszę, tekst przez umyślnego.

– Oczywiście, Carl, ma się rozumieć! Pierwsza zasada rzetelnego żurnalisty: glejt od bohatera artykułu! – Franz stuknął obcasami i energicznie zasalutował.

– Salutujesz do pustej głowy… – zauważył ponuro Carl, a wesoły śmiech kolegi odprowadził go do wyjścia.

Mimo wszystko ta przedłużająca się wizyta znużyła go, czym prędzej wsiadł do swojej wygodnej karety i wrócił na ukochane wzgórze w Rudzie. W jego spokojnym domu nikt nie będzie mu zadawał głupich pytań.

Siedział więc teraz i zamiast odpoczywać, biedził się nad tępotą i brakiem życiowych perspektyw swoich siostrzeńców.

Nie mógł pojąć, dlaczego nie kształcili się, nie zechcieli pójść w jego zawodowe ślady, nie rozwijali zainteresowań i nie szukali swych mocnych stron.

„Po prostu to banda leni; od rana do wieczora ganiają za dziewczynami, a potem siedzą w karczmie, chleją alkohol, aż im po brodzie kapie i palą fajki! I tylko czekają na moją rychłą śmierć!” – denerwował się ciągle od nowa Carl, bo kogo jak kogo, ale właśnie pijaków nienawidził najbardziej i najszczerzej, za to, co robią sobie, swoim żonom i dzieciom. Jak bezmyślnie potrafią przepić całą wypłatę i jak bez wstydu upodlają się jako mężczyźni!

– Im większy pijak, tym więcej głodnych dzieci w chałupie! – z goryczą powtarzał Carl i czynnie, nierzadko z użyciem kija, tępił alkoholizm wśród podległych sobie pracowników.

I to chyba była jedyna zgodna z prawdą legenda, krążąca o nim wśród pospólstwa – że Carl Godulla wpadał znienacka do szynków i karczm i swoją słynną kryką, sękatym kijem, dobrze odbijającym się od pijackich pleców, wypędzał stamtąd wszystkich tych górników i hutników, których zatrudniał. Winowajcy trzeźwieli natychmiast i uciekali do domów, aż się kurzyło, a on, rozeźlony do granic wytrzymałości, tłukł o ziemię pozostawiane przez nich w popłochu kufle pełne piwa i butelki z gorzałą.

– Wynocha stąd! – ryczał, a jego głos niósł się po całej Rudzie – Już was tu nie ma! Wracać do rodziny, wy pierońskie chachary![3]

[1] Franz Josef Matias Gramer (1797–1865) – niemiecki historyk, dziennikarz i kronikarz pochodzący z Bolkowa w Karkonoszach, od 1812 roku kierownik państwowej szkoły katolickiej w Bytomiu. Dbał o swych wychowanków, otworzył dla nich miejską bibliotekę, wprowadził zajęcia fakultatywne, a biednym uczniom dawał nieodpłatne korepetycje. W roku 1863 wydał drukiem dzieło swego życia, historiografię Bytomia Chronik der Stadt Beuthen in Oberschlesien.

[2] kuksy – z czeskiego kous – kąsek, kawałek. Tu: udziały w zyskach zakładu przemysłowego

[3] pieroński chachar (określenie śląskie) – alkoholik, degenerat, łachmaniarz

Rozdział 3

Gdyby Carl Godulla, przy wszystkich swych nadprzyrodzonych zdolnościach, posiadał jeszcze dar jasnowidzenia, musiałby wiedzieć, że jedną z cech, łączących go z Joanką Gryzik, zanim się jeszcze spotkali, było śnienie koszmarów.

Obojgu dawało się to solidnie we znaki.

Mechanizm kłopotów ze snem był podobny; Joanka w koszmarach płakała po ukochanym, przedwcześnie zmarłym ojcu, a Carl płakał po sobie – po tym obiecującym, robiącym oszałamiającą zawodową karierę, wykształconym, postawnym i pożądanym przez kobiety młodym mężczyźnie.

Jak wielu innych w rudzkiej okolicy, ojciec Joanki był pracownikiem huty cynku u Godulli, jednak przemysłowiec nie znał tej rodziny i nie wiedział o istnieniu dziewczynki.

A malutka Joanka, będąc wrażliwym dzieckiem, od ukończenia drugiego roku życia regularnie budziła się po nocach, majacząc o przerażających strzygach i obleśnych, podstępnych bebokach[4], które to indywidua potrafiły wprawić w popłoch nawet niejednego z dorosłych.

Po stracie ojca wszystko to jeszcze bardziej się nasiliło.

A do tego druga córka Antonii, Karolinka, także budziła się do karmienia o swych naturalnych niemowlęcych porach.

Antonia, która w tej sytuacji notorycznie zarywała noce i rano wstawała nieprzytomna, zaczęła poważnie myśleć o szukaniu dla znerwicowanego, starszego dziecka jakiejś znachorki czy choćby zielarki.

„Może trzeba odczynić zły urok, który ktoś rzucił na Joankę, może podać specjalną mieszankę ziołową, podług tajemnego receptu przygotowaną, albo nawet zamówić różę…?” – zastanawiała się zgnębiona Antonia.

Wprawdzie nie miała ani grosza odłożonego na takie leczenie, jednak pilnie i gorączkowo szukała wyjścia.

Pewnego ranka szczęśliwie przyszła jej na myśl Emilia Lukas, jej szczera przyjaciółka – i powoli nieśmiała nadzieja zawitała w skołatane serce młodej wdowy.

– Emilia, no, naturalnie, że też wcześniej na to nie wpadłam! Milka moja kochana! – cieszyła się głośno ze swego konceptu, chodząc po izbie z maleńką Karoliną na rękach.

– Milka? Milka-ciocia?… – Podniosła główkę Joanka, bawiąca się w kącie izby z szarym, młodziutkim kotem. Machała mu przed nosem szeleszczącym papierkiem przywiązanym do długiej nitki, którą trzymała, a zwierzątko uparcie próbowało tę „myszkę” złapać. – Moja Milka-ciocia?

 

– Tak, właśnie ona! – przytaknęła podekscytowana matka i niezbyt uważając, niemal wrzuciła do kolebki uśpione niemowlę. Na szczęście się nie obudziło.

„Milka to już na pewno trzyma coś w szufladzie swej komody, pod wykrochmalonymi obrusami! – myślała z coraz większą radością. – Toć na stałe pracuje u samego Godulli, nigdy nie narzeka na tego dziwoląga i wbrew temu, co ludzie gadają, dobrze jej się u niego powodzi… No, i co najważniejsze: Milka bardzo lubi Joankę, zawsze ją bierze na kolana i zabawia, to może… może i pożyczy dla niej na znachora…?”

Pomysł z Emilią pojawił się parę dni po tym, jak Antonia, wykończona brakiem snu, włożyła do koszyka najokazalsze jajka z grzędy w swoim skromnym kurniku, i zwróciła się o pomoc do hebamy Lichociny, położnej, tej samej, która odebrała obydwa jej ciężkie porody.

Stara kobieta mieszkała samotnie na skraju wsi, między ubogą Porembą a resztą świata. Od lat jej jedynym towarzyszem był wielki, czarny kocur o nienaturalnie błyszczącej sierści i jaskrawożółtym spojrzeniu; okoliczni mieszkańcy twierdzili, że pazurami potrafi w kilka chwil wydłubać człowiekowi oczy. Omijano go z daleka.

Powszechnie było wiadomym, że Lichocina zna się na dzieciach, jak nikt inny w całej Porembie i Biskupicach – i że zawsze znajdzie dobrą radę. Szeptano też, że umie „zamawiać różę” – odprawić nad chorym dzieckiem pewien prawieczny rytuał, znany tylko wybrańcom. Wiedziano, że nawet samo mówienie o tym jest niedozwolone, a nawet niebezpieczne; że jest to magiczna czynność owiana tajemnicą, otoczona zmową milczenia. Tylko wtedy działała.

Jednakowoż starsi ludzie, którzy nie bali się już niczego co ziemskie, opowiadali swoim wnukom w długie, zimowe wieczory, że „zamawianie róży” ma niewytłumaczalną i niewyobrażalną moc, że w grę wchodzi starożytne zaklęcie i że jest ono przekazywane w precyzyjnie określony dzień, w wielkim sekrecie, wyłącznie z matki na córkę. Szeptano po wsiach, że tym dniem jest wigilia Bożego Narodzenia.

Lichocina skinęła głową na powitanie Antonii, przyjęła od niej jaja i bez słowa podzięki odłożyła je na półkę w spiżarni. Oddała pusty koszyk i ręką wskazała drogę przez sień do obszernej kuchni z przylegającą do niej ładną, choć skromną jadalnią. Antonia rozejrzała się nabożnie po pomieszczeniach; w porównaniu z jej nędzną, komorniczą, jednoizbową chałupą dom położnej wydawał się pałacem.

Kobieta zdjęła lekko przybrudzony kuchenny fartuch, rzuciła nim w kąt, po czym usiadła ciężko na małej ryczce[5] przy oknie.

Ruchem kościstej dłoni przywołała do siebie Joankę. Dziecko podeszło, niepewnie oglądając się na stojącą przy drzwiach matkę.

Hebama pochyliła się nieco do przodu i uważnie, spod opadających powiek, przyjrzała się Joance, trzymając ją za obie ręce.

W przedłużającej się ciszy słychać było przelatującą muchę. Stara kobieta raptownie nabrała powietrza, jakby jej go nieoczekiwanie zabrakło w płucach. Mruknęła coś, ale niezrozumiale. Kremowa chustka na jej głowie zsunęła się nieco, odsłaniając niesforne, niczym żyjące własnym życiem, kosmyki włosów. Były rude, jak u czarownicy. Antonia pomyślała z nagłym przestrachem, że niepotrzebnie tu przyszła. I jeszcze, jak głupia, przywiodła tu własne, niewinne dziecko!

Lichocina westchnęła głośno i pokiwała głową. Rude loki rozkołysały się na wszystkie strony.

– Ma duże, myślące oczy… bardzo rzadkiego koloru – powiedziała jakby do siebie, wolno wypuściła z uścisku rączki Joanki i wstała.

Zauważyła spłoszone wejrzenie Antonii i szybko, energicznym ruchem, poprawiła chustkę na głowie. Kręcone strąki posłusznie schowały się pod materiał.

Badanie Joanki na tym się skończyło.

I jedyne, co hebama na odchodnym przykazała niepocieszonej Antonii, to by podawać dziewczynce przed snem kubek świeżego mleka z miodem oraz by jej nocną koszulkę co wieczór spryskiwać wodą lawendową. To powinno ją uspokoić i przynieść zdrowy sen. Dodała, że nikomu nie zaszkodzi też wieczorne zmówienie modlitwy za dusze w czyśćcu cierpiące.

– Na pewno będziemy się z Joanką modlić za owe duszyczki! – przyrzekła bez specjalnego entuzjazmu Antonia, zbierając się do wyjścia. Joanka natychmiast podbiegła do niej i ukryła twarz w matczynych obszernych spódnicach. Chyba przestraszyła się trochę tego spotkania z obcą kobietą. Dotyku szorstkich dłoni i jej przenikliwych oczu. Poza tym, nie wiedzieć czemu, bardzo się bała, że matka ją tu zostawi.

Lichocina nie odezwała się już więcej, ale wciąż spoglądała na Joankę.

„O co też jej może chodzić? Czyżby odkryła w dziecku jakąś straszną chorobę i z litości nie mówiła mi prawdy?…”

Speszona tym Antonia próbowała zebrać myśli i przypominając sobie znoszoną, płócienną nocną koszulinę córki, pośpiesznie dodała:

– I nie zapomnę też o praniu jej koszuli w wywarze z kwiatu lawendy. Na szczęście kilka dorodnych krzaczków tego ziela posadził i pielęgnował w ogródku mój nieodżałowany mąż, zanim wziął i umarł… – spróbowała podtrzymać rozmowę, ale stara kobieta nie podchwyciła tematu. – A więc… pójdziemy już. Zostańcie z Bogiem, Lichocino!

Hebama tylko uniosła dłoń w niedbałym geście pożegnania i stojąc nieruchomo w progu chaty, patrzyła, jak odchodzą. Postronnemu obserwatorowi mogłoby się zdawać, że je hipnotyzuje.

Joanka mimo woli odwracała się do niej kilkakrotnie, za każdym razem z niepokojem ściskając matczyną rękę.

I choć kobieta stała wciąż tam, w drzwiach swego domu, dziewczynka miała nieodparte wrażenie, że równocześnie bezszelestnie idzie za nimi, skrada się, jest tuż-tuż za ich plecami…

Antonia nie zwracała na dziecko uwagi.

„Ale mi stara poradziła! – myślała zła, szybko pokonując drogę powrotną do domu. Dziewczynka niemal biegła, chcąc dotrzymać matce kroku. – Niepotrzebnie straciłam tyle jajek! Trza mi było lepiej jajecznicy z nich dzieciom nasmażyć! l co się tak dziwnie w tę Joankę wpatrywała przez cały czas? Jak sroka w kość! Albo jakaś wiedźma!… Tylko bez uroku, bez uroku! – Przeżegnała się bojaźliwie. – Tak, Lichocina posunęła się w latach i już chyba ogłupiała na starość! O miodzie mi będzie gadała! Skąd ja, Jezusie Nazareński, znajdę teraz pieniądze jeszcze na miód?…”

Odpowiedź była prosta; Antonia nie ma na miód, więc ten element leczenia dziecka w sposób oczywisty odpada. Samo mleko będzie musiało wystarczyć, a i to nie codziennie. Już i tak była poważnie zadłużona u gderliwego rozwoziciela mleka…

A najgorsze było to, że nie miała też na znachora czy nawet na zwykłą babkę-zielarkę! Czyżby to znaczyło, że już do końca życia nie prześpi spokojnie ani jednej nocy? I nikt, nikt się nie ulituje nad jej wdowią niedolą…?

Po kilku następnych ciężkich i bezsennych nocach zdesperowana Antonia uznała, że rzeczywiście nie pozostaje jej już nic innego, jak pójść po prośbie do Emilki Lukas.

W końcu znają się od wieków; jeszcze z dziecinnych czasów w Sadowie! Przyjaźń to przyjaźń!

Kobiety muszą się wspierać w swym ciężkim żywocie – bo między Bogiem a prawdą, tylko one są w stanie wzajemnie się zrozumieć!

Chłop nijak ci baby nie ogarnie, nawet swojej własnej. Choćby z nią przeżył i pięćdziesiąt lat!

No tak, ale Milka też nie ma wsparcia mężczyzny, jest sama jak palec i od lat ciężko u strasznego Godulli na swój chleb powszedni pracuje…

Antonia zebrała się w sobie.

No i co z tego, że ma wewnętrzne opory?

Musi to zrobić, musi się przemóc i zdobyć pieniądze, choćby nie wiem jak było jej wstyd wobec zaradnej przyjaciółki!

Od głupkowatych skrupułów nie przestaną Joasi dusić nocne zmory!

Trzeba działać, zwłaszcza że wprowadzone w życie zalecenia Lichociny na razie nie odniosły większego skutku, chyba poza tym jednym: że odtąd wokół Joanki unosił się delikatny zapach, przywodzący na myśl letnią łąkę z kwitnącą w słońcu lawendą.

[4] beboki (śl.) – straszydła, złośliwe potwory porywające niegrzeczne dzieci; występują w wielu śląskich podaniach

[5] ryczka (śl.) – małe, niskie krzesełko bez oparcia, bardzo popularne na Śląsku do dziś; wygodne przy obieraniu warzyw, czyszczeniu butów, itp. – używane przez dorosłych i dzieci