Pani na Kopicach

Tekst
Z serii: Joanna Gryzik #2
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Płomień rozgryzie malowane dzieje Skarby mieczowi spustoszą złodzieje, Pieśń ujdzie cało, tłum ludzi obiega; A jeśli podłe dusze nie umieją Karmić ją żalem i poić nadzieją, Ucieka w góry, do gruzów przylega I stamtąd dawne opowiada czasy.

Adam Mickiewicz

Rozdział 1

Wszyscy patrzyli tylko na Pannę Młodą.

To była ich Panna Młoda, dziewczyna stąd, znana wszystkim Joanka od Gryzików!

Córka posługaczki i bezrolnego komornika, pamiętali ją, wzrastała przecież na ich oczach! Ochrzczono ją w ich parafialnym kościele w Biskupicach. Niektórzy wspominali nawet, że była wtedy grzeczna jak mały aniołek, a inni wręcz przeciwnie, twierdzili, że przez całą uroczystość wrzeszczała wniebogłosy, tak że jej ojciec, trzymający ją w pożyczonym od dobrych ludzi koronkowym beciku, po wyjściu z kościoła był spocony jak mysz. Jeszcze inni dodawali, że spocony to Gryzik był, ale z powodu suchot.

Dziewczynka, jak wiele innych. Tak samo jak ich własne dzieciaki cierpiała biedę, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet o najtańszych bawidełkach1 mogła tylko pomarzyć, więc od rana do nocy biegała po placu, boso i w jednej spranej sukienczynie, spędzając czas na zabawach z rówieśnikami.

Z zapałem grała w klasy, w talarka, w Rapsa co stracił kapelusz, w głęboką studnię, w konika i woźnicę, w gąski i wilka złego lub też zbierała kwiateczki na pobliskiej łące i czarne jagody w lasku.

Łapczywie wcinała cienkie plasterki ziemniaków, pieczone przez matkę bez omasty, wprost na blasze pieca i oddychała tym samym, coraz bardziej zanieczyszczonym przez huty i kopalnie powietrzem.

Jest jedną z nich. A jednak tak inna.

Wtedy, gdy była dzieckiem, nic nie zapowiadało tego wszystkiego, co miało jej się wkrótce przydarzyć; jak bardzo ślepy los wyniesie ją poza nędzną, przychyloną do ziemi jednoizbową chatynkę, w której się urodziła. Poza podkopalnianą osadę, gdzie ubóstwo było dojmujące.

Szybko zresztą okazało się, że nawet tam zabrakło dla niej miejsca; nie znalazła go przy własnej matce.

Była półsierotą; ojciec zmarł na gruźlicę, gdy miała zaledwie trzy latka. Rok później matka, pragnąc powtórnie wyjść za mąż, oddała ją swojej bezdzietnej przyjaciółce, dobrze sytuowanej Emilii Lukas. Na zawsze.

„Na zawsze”! Tak mówi się w dziecięcych obietnicach i mała Joanka Gryzik też często używała tego zwrotu, gdy ofiarowywała któremuś z sąsiedzkich dzieciaków swój najpiękniejszy, fioletowy kwiateczek zerwany na małej, łysawej łączce za chlewikami, albo znaleziony przy drodze kolorowy papierek po cukierku, skrzętnie schowany jako drogocenny skarb, po uprzednim wygładzeniu go na płasko i odgięciu podniszczonych rogów.

– A pożyczysz mi tego papierka? Tylko na dwie malutkie chwilki! Albo na jedną…? – zapytała Joankę z nieśmiałą nadzieją w błyszczących, bladozielonych oczach jej rówieśniczka z chałupy obok, drobna, zawsze bladziutka jak płótno Hedwig Cichy.

– Dam ci go, Hedwisiu.

– Na zawsze…?

– Na zawsze!

Scence tej przypatrywał się, stojąc w progu chałupy, Johann Gryzik. Odwrócił się do Antonii, swej żony krzątającej się z miotłą po izbie, i powiedział cicho:

– Nasza córka ma dobre serduszko. Właśnie oddała swój skarb innej dziewczynce…

Antonia wzruszyła ramionami. Nie miała głowy do sentymentów; była w drugiej ciąży, męczyły ją nieustanne mdłości, a w ich ubogiej izbie nazbierało się tyle marasu, kurzu i brudu, że można się było o niego przewrócić.

Joanka pamiętała ojca jak przez mgłę, właściwie pielęgnowała w sercu tylko to jedno o nim wspomnienie: gdy na jej prośby podnosił ją z ziemi, i czule przytulając do piersi, szedł przez zawalone kurzymi odchodami i niepotrzebnymi szpargałami podwórko, by postawić ją na zmurszałym, dziurawym daszku kurnika.

Wtedy wydawało jej się to bardzo, wręcz niebotycznie wysoko; stojąc tam, widziała szerokie pola w kierunku na Rudę, latem złote, zimą białe, a za nimi brzeg lasu i zarys pierwszych zabudowań na dalekim wzgórzu. Okoliczni mieszkańcy nazywali to wzgórze „zamkowym”, bo rzeczywiście stał tam jeden z trzech zamków hrabiego Ballestrema, a na lewo od zamku wyłaniały się budynki należące do dworu i rozległy folwark.

Nie mogła wiedzieć, że w jednym z tych domów mieszka jej przyszły opiekun, człowiek, który wkrótce zastąpi jej i ojca, i matkę.

Był już wtedy bajecznie bogaty. To z owego zamkowego wzgórza zawiadywał całym swym wielkim, działającym jak w zegarku koncernem przemysłowym, składającym się z licznych kopalń węgla kamiennego, galmanu, hut cynku, rozległych pól górniczych i prężnie działających majątków ziemskich.

Carl Godulla – potężny magnat, genialny twórca śląskiego przemysłu, człowiek kaleki i samotny.

Nie miała o tym wszystkim pojęcia, a jednak coś kazało jej, małej dziewczynce, z wysokości daszku lichego kurnika patrzeć w tamtym kierunku z dziwną, niezrozumiałą tęsknotą.

– Co, Joanko, mój mały wędrowniczku, ciągnie cię do szerokiego świata? – pytał wesoło tatuś, ale w duchu wcale nie czuł radości; był boleśnie świadom, że za daleko z tego kurnika to jego córeczka nie odfrunie.

A dzisiaj, w dniu ślubu, Joankę Gryzik przejmował wielki żal, że nie ma przy niej ojca, a jeszcze większy, że nie mogła poprosić o błogosławieństwo swego ukochanego dobrodzieja, Carla Godullę, przyjaciela jej dzieciństwa, opiekuna!

To Emilia Lukas-Gemanderowa i wykonawca testamentu Godulli, prawnik Maksymilian Scheffler, udzielili jej uroczystego błogosławieństwa.

Na wyraźne życzenie Panny Młodej uczyniła to także jej matka, Antonia – po trzecim mężu nosząca nazwisko Bonk. Kobieta, która ją kiedyś porzuciła.

Dobroczyńca Joanki, Carl Godulla, zmarł dziesięć lat wcześniej, po długotrwałej i ciężkiej chorobie, we Wrocławiu, szóstego lipca 1848 roku, zdążywszy jednak tuż przed śmiercią wyrazić swą zadziwiającą ostatnią wolę.

W zredagowaniu testamentu pomógł mu wieloletni zaufany przyjaciel, ów wrocławski prawnik Maksymilian Scheffler, a oficjalne podpisanie dokumentów nastąpiło w obecności wrocławskiego Prezydium Królewskiego Sądu Miejskiego, Directorio des Königlichen Stadtgerichts.

Na mocy testamentu cały swój majątek, niewyobrażalną sumę dwóch milionów talarów pruskich, magnat przekazał swej Universalerbin, jedynej spadkobierczyni, wówczas sześcioletniej wychowanicy, Joannie Gryzikównie.

Dwa poprzednie lata była ona pod jego pieczą, wychowywał ją, kształcił i chronił od dnia, kiedy Emilia Lukas, gospodyni, przyprowadziła mu ją do domu. Pokochał Joankę jak rodzoną córkę. Niektórzy z najbliższego otoczenia uważali, że nawet bardziej, gdyż jego miłość do małej była bezwarunkowa; ojcowie zwykli kochać swoje córeczki za coś – za uderzające, rozczulające podobieństwo do matek, za delikatność, urodę, miły, cichy głosik, grzeczność i za posłuszeństwo – zwłaszcza w porównaniu z krnąbrnymi, hałaśliwymi synami.

Carl Godulla kochał Joankę za to, że była.

Po jego śmierci mecenas Scheffler, wyznaczony na egzekutora testamentu, stał się równocześnie głównym opiekunem Joanki. Miał strzec dziewczynki i jej fortuny, aż do uzyskania przez nią pełnoletności. Przysiągł Carlowi, leżącemu na łożu śmierci, że zadba o jego młodziutką dziedziczkę, nie pozwoli, by straciła cokolwiek z tego, co otrzymała, a nade wszystko uchroni ją od wszelkich niebezpieczeństw.

Za jej dalsze wychowanie i wykształcenie z kolei odpowiadać miała Emilia Lukas, którą Joanka darzyła szczerym, dziecięcym uczuciem i nazywała „ciocią Milką”.

Otwarcie testamentu Carla Godulli wywołało prawdziwą burzę w całej Europie; nikt nie chciał uwierzyć, że nieletnie dziecko zasłużyło aż na takie zaufanie testatora.

Uboga dziewczynka ze wschodnich rubieży Królestwa Prus w jednej chwili stała się najbogatszym dzieckiem na kontynencie, właścicielką czterdziestu kopalń węgla kamiennego, dziewiętnastu kopalń galmanu, trzech hut cynku, ponadto znaczących udziałów w dochodowej kopalni galmanu „Maria” oraz w potężnej hucie cynku „Karl”, a także pokaźnego pakietu listów zastawnych i majątków ziemskich na Górnym Śląsku: Szombierki, Orzegów, Bobrek, Bujaków.

– To tak, jakby kataryniarz oddał katarynkę swojej małpce!… – powiedział ktoś, a inni za nim powtarzali, kręcąc głowami ze zdumienia.

Carl umarł, nie pozostawiając po sobie własnych dzieci. Miał za to licznych siostrzeńców. Roszczeniowych i bezwzględnych w swych pazernych oczekiwaniach.

Jeszcze za jego życia latami nie mogli mu darować, że zamiast podzielić się z nimi swym ogromnym, a do tego ciągle powiększającym się majątkiem, co uważali za jedyne sprawiedliwe, kazał im normalnie, jak wszystkim innym łebkom, pracować w swoich zakładach!

Nie mogli tego znieść i szczerze go za to nie cierpieli. Po cóż mu były te miliony, do grobu ich nie zatarga, a żony i dzieci rodzonych wszak nie miał! Dlaczegóż to nie mógł im, swym krewniakom, jedynym spadkobiercom, ulżyć w ciężkiej doli, wypłacając na ten przykład godne, miesięczne datki? Tak godne, by do żadnej roboty wstawać nie musieli!

Azaliż nie byli krwią z jego krwi, kością z kości? Co stało mu na przeszkodzie do takiego chwalebnego gestu? Ubyłoby mu tego krocia?…

Stary sknera! Przebrzydły dusigrosz! Talarów miał tyle, że mógłby nimi wybrukować na złoto całą drogę stąd do Berlina – i z powrotem!…

 

Przy takim podejściu zrozumiałym się stało, iż otwarcie bulwersującego testamentu Carla Godulli było dla siostrzeńców porównywalne z otwarciem ich własnych żył na przegubach rąk.

Znienawidzony wuj najwyraźniej w jakimś dzikim, przedśmiertnym szale niemal pominął ich w swej ostatniej woli, rzucając nędzny ochłap na kwotę dwustu tysięcy talarów – i to jeszcze do podziału między nich wszystkich! Co sobie niby mieli za to kupić? Po tytce kanoldów2…?

Całe okrągłe, ociekające złotem dwa miliony talarów ten bezrozumny diabeł zapisał jakiemuś obcemu, plebejskiemu dziecku, które jeszcze niedawno grzebało się w podkopalnianym błocie! I którego, jak wieść niesie, wyrzekła się własna matka!

Matka jej nie chciała! Czy to o czymś nie świadczy? Od urodzenia musiała być niewiele warta! Czym w takim razie omotała starego?…

Ruszyli szturmem do ataku na małą dziedziczkę, niemal publicznie deklarując, że jeżeli nie uda im się podważyć testamentu, to uduszą ją gołymi rękami, w biały dzień, na oczach tego zarozumiałego, wrocławskiego bubka, Schefflera, i tej krzykliwej starej wrony, Lukasowej.

Skarżyli się, gdzie tylko się dało, łazili po rudzkiej okolicy i ronili sieroce łzy, wzbudzając coraz większe zrozumienie i współczucie w mieszkańcach, a zwłaszcza w kompanach od kieliszka. I tak jak kropla wody drąży skałę, powoli udało im się przenieść niechęć pospólstwa z umarłego Godulli na jego falsche Erbin3.

Równocześnie pisali sążniste skargi do Sądu Powiatowego w Bytomiu, bezskutecznie żądając dodatkowych dziewięciuset tysięcy talarów za zrzeczenie się praw do spadku, następnie o to samo prosili Sąd Apelacyjny w Raciborzu, wreszcie, nic nie wskórawszy, zwrócili się do Sądu Najwyższego w Berlinie, oraz do Ministerstwa Sprawiedliwości, żądając natychmiastowego unieważnienia testamentu. Posunęli się nawet do próby przekupienia regenta Prus, księcia Wilhelma Hohenzollerna, obiecując mu dziesiątą część z odzyskanej fortuny.

Oburzony Simon, królewski minister sprawiedliwości, odpowiedział im sucho, w swoim i księcia regenta imieniu, iż w Berlinie uznano rozpatrywanie ich wniosku za bezsensowne, gdyż nikt tu na oczy nie widział oryginału testamentu rzeczonego Carla Godulli.

Odesłano ich z kwitkiem z powrotem na Śląsk.

Zatem ponownie wobec Sądu Apelacyjnego w Raciborzu użyli ostatecznego argumentu. Dowodzili, iż podpis wuja na testamencie jest sfałszowany, gdyż w niczym nie przypomina widniejącego na dokumentach, którymi oni dysponują.

Wszystko na nic. Maksymilian Scheffler natychmiast przedstawił swoich świadków, członków owej Królewskiej Komisji Sądowej, którzy byli obecni przy spisaniu testamentu we Wrocławiu.

Ich opinia była dla siostrzeńców druzgocąca.

Złożenie podpisu odbyło się zgodnie z lege artis, zaś lekkie drżenie, widoczne w dukcie pisma Carla Godulli, wynikało li tylko z niewyobrażalnego cierpienia, jakiego w ostatnich dniach swego życia doświadczał.

Niestety, tak się nieszczęśliwie złożyło, iż testament zawierał jeden niefortunny zapis, który dawał siostrzeńcom nadzieję; mówił o tym, że w razie gdyby Joanna Gryzik zmarła bezpotomnie, wtedy całość majątku przejdzie na nich i ich zstępnych.

To była pułapka, która umknęła i Carlowi Godulli, i Schefflerowi.

Wszystko zdawało się wskazywać na to, iż siostrzeńcy nie mają najmniejszego zamiaru czekać, czy aby dziewczynka okaże się w przyszłości kobietą płodną.

Dali temu wyraz, odgrażając się już na sali sądowej w Bytomiu, gdzie otwarto i odczytano testament.

Poniekąd słusznie wykoncypowali, że jeśli na przykład wynajmą rzezimieszków do pozbycia się smarkuli – już teraz, dzisiaj, albo najdalej jutro – to dokładnie stanie się zadość literze prawa. Oto sześcioletnia uzurpatorka do należnej im po zbzikowanym wuju fortuny umrze „bezpotomnie”!

To nie było czcze gadanie. Żarty się skończyły.

Wokół dziecka zaczęły się kręcić różne podejrzane, obce osoby; raz omal nie doszło do zamachu na jej życie, gdy tuż pod bramą odziedziczonego po Godulli pałacu w Szombierkach próbowano na siłę poczęstować ją zatrutym cukierkiem. Napastnika przegoniła strzegąca dziecka dzień i noc Emilia Lukas.

Po incydencie z trucizną przerażony Maksymilian Scheffler natychmiast podjął decyzję o ukryciu dziewczynki.

Do ukończenia szesnastego roku życia Joanna Gryzik, dziedziczka po „Królu Cynku”, była zamknięta w klasztorze sióstr urszulanek we Wrocławiu. Odpowiednio opłacane, strzegły jej jak źrenicy oka.

Dziewczynka pobierała nauki na tamtejszej pensji dla panien, a zgodnie ze szczegółowymi instrukcjami Carla Godulli, dotyczącymi sposobu jej kształcenia, miała jeszcze osobistą guwernantkę, której zadaniem było wpajanie jej dobrych manier, ponadto lekarza, dbającego o jej wychowanie zdrowotne, i prywatnego nauczyciela, który poszerzał jej klasztorną edukację.

To prawda, Carl wiecznie siedział w cyfrach, ale bezbłędnie czuł wiatr historii.

Dokładnie zaplanował dziewczynie przyszłość.

Przewidział, że odziedziczona fortuna pozwoli jej kiedyś wejść w hermetyczny świat wielkiej arystokracji; ten sam, który nim wzgardził, choć jedynym, co mogli mu zarzucić, było to, że wyglądał jak diabeł.

Umierając, był przekonany, że ta mądra i dzielna dziewczynka, gdy dorośnie, poniesie jego dziedzictwo w następne, pięknie się zapowiadające, dwudzieste stulecie.

Choć na razie wyglądało to tak, jakby zagrał w rosyjską ruletkę.

Rozdział 2

Być panną młodą.

Zapewne marzą o tym niemal wszystkie dziewczęta w jej wieku, wyjąwszy te, które postanowiły spędzić swe życie w klasztorze.

Ona jednak właśnie zza klasztornych murów wyszła!

Świat wokół niej nagle okazał się taki kolorowy, kuszący, soczysty, różnorodny, pachnący, głośny, pełen obietnic i niespodzianek! Emanujący wolnością.

Być czyjąś narzeczoną?…

Ależ nie zdążyła o tym jeszcze nawet zamarzyć!

Brała kolejny głęboki oddech i z wolna oswajała się z otaczającą ją, wielowymiarową rzeczywistością, próbując zrozumieć prawa, jakie nią rządzą. Na razie nieśmiało obserwowała i dziwiła się wszystkiemu.

Wydawało jej się, że ma przed sobą bardzo dużo czasu.

Jednak życie, jak nieposkromiona rwąca rzeka, płynęło dalej w swoim odwiecznym rytmie, a kolejne, szybko następujące po sobie oszałamiające wydarzenia zawładnęły Joanką bez reszty.

Z biegiem dni miała coraz mniejszą nadzieję, że uda jej się nareszcie odpocząć po latach wyczerpującej, solidnej nauki w klasztornej szkole, po mozolnym przyswajaniu zasad obowiązujących w wyższych sferach i po codziennej, pełnej samozaparcia pracy nad sobą.

Choć minutkę odpocząć!

Także od wspomnień, bo te wracały ze zdwojoną siłą.

Nie wiedzieć czemu, w zupełnie niezrozumiały dla niej samej sposób, przez cały okres przebywania na pensji u urszulanek wciąż wydawało jej się, że zaraz po wyjściu stamtąd wróci z powrotem pod czułą opiekę Carla Godulli. Serdecznego i ukochanego „pana Karlika”, który przyjął ją pod swój dach, gdy nie miała niczego i dwa lata jej sierocego dzieciństwa uczynił czasem spełnionej baśni.

Faktu jego śmierci wzrastająca Joanna długo nie przyjmowała do wiadomości. Nie była w stanie w naturalny sposób przeżyć tej żałoby, ona się dla niej nie kończyła – wciąż widziała tamten otwarty grób na wrocławskim cmentarzu, słyszała głuchy odgłos upadających na wieko trumny białych róż, które rzuciła Carlowi na pożegnanie w ową przerażającą, zimną ciemność – i choć mijały kolejne lata, nie następowało pogodzenie się ze stratą.

Zamiast tego dziewczynka uporczywie uciekała w fikcję, w wyobrażanie sobie, że on nie umarł, nie, to niemożliwe, nigdy-przenigdy, nie zostawił jej, nie mógł przecież tak po prostu umrzeć, tak nieodwołalnie, ostatecznie, tak bez sensu, był na to zbyt dumny, zbyt mądry, zbyt wiele miał jeszcze do zrobienia dla świata!

Z pewnością oszukał wszystkich, miał w tym jakiś cel, ważny powód – może chodziło o tajemne badania naukowe?… – i teraz zerka spod swojego czarnego kapelusza, który czasem pozwalał Joance przymierzać dla zabawy, i czeka gdzieś, dobrze ukryty, by znów przyjść jej z pomocą.

– Tylko zawołasz – szeptała do siebie tuż przed zaśnięciem – a on cię odnajdzie…

Tymczasem regularnie pojawiający się w klasztorze „wujcio” Maksymilian Scheffler tłumaczył Joance z niewysłowioną łagodnością i cierpliwie, że to tylko powstałe z bólu i tęsknoty marzenie.

Liebling4, moja droga dziewczynko! – mówił, ujmując w dłonie jej drobne rączki. – Asumptem do wielkiej żałoby zawsze jest radość! Tak, radość! Kochałaś Carla, a on kochał ciebie – radość z tego buduje twój wielki, nieutulony żal…

Joanka czuła właśnie taki żal.

Żal, a czasem nawet całkiem wyrazistą złość na przytłaczającą niesprawiedliwość losu, jaka ją spotkała! Na dojmującą samotność w sercu. Na to, że nawet Grafa i Troya, dwóch ukochanych psów Carla, nie wolno jej było zabrać do urszulanek – i zostały, biedne, samotne jak ona, u cioci Milki…

W takich chwilach miała ochotę tupać obiema nogami i krzyczeć – krzyczeć tak, by zawaliło się niebo nad dachami Wrocławia. Albo stłuc wszystko, co nadawało się do tłuczenia w jej klasztornym pokoju!

Wszystko, prócz zegara z aniołkiem.

Bo jedynym pocieszeniem w tamtym czasie był dla niej właśnie ów bursztynowy zegar, pierwszy prezent, jaki dostała od Carla Godulli.

Nie zdawała sobie wówczas sprawy z ogromnej wartości rynkowej tego przedmiotu, ale żywo pamiętała swą dziecięcą radość i niedowierzanie, kiedy Carl wręczał jej bursztynowy skarb.

Zegar był jedyną rzeczą, którą zabrała dla siebie z likwidowanego domu opiekuna na zamkowym wzgórzu w Rudzie.

No, prawda, i jeszcze w ostatniej chwili przyjęła tam wzruszający dar – podane jej nieśmiało przez ogrodnika Alojza Karafioła duże, czerwone jabłuszko.

– Weź sie tyn owoc na droga, dziecko, a pamiyntej, że bez ciebie to nom tu bydzie jak bez słońca…

Joanka uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością i dygnęła na pożegnanie.

Wsiadła do powozu i nie oglądając się ani razu za siebie, pojechała z Maksymilianem Schefflerem do pałacu w Szombierkach. Stary ogrodnik długo jeszcze stał na drodze, patrzył w ślad za ukochaną panienką i bezgłośnie płakał.

Nigdy więcej się nie zobaczyli.

Zegar był kominkowy, a więc nie za duży; zmieścił się na rzeźbionej w drewnie ściennej półeczce w klasztornym pokoju i przypominał dziewczynce bajkowy, bezpieczny czas.

Wybijał kuranty nieodmiennie i wytrwale, anonsując kolejne półgodziny i pełne godziny, a jego głos, jak dawniej, brzmiał dyskretnie i kojąco.

Po śmierci Carla, w pierwszych tygodniach pobytu Joanki u urszulanek, ten właśnie zegar usypiał ją swoim bursztynowym tykaniem – kiedy noc stała wysoko, a ona nie miała już siły płakać i w końcu, zmęczona dziecięcym utęsknieniem, przytulała twarz do mokrej od łez poduszki.

Zegar przycichał i strzegł jej snu.

Jeszcze wiele lat później Joanka zastanawiała się, jak to się wtedy działo, jak było możliwe, że nocami ten zegar przestawał wydzwaniać swe kuranty? Zupełnie tak, jakby chciał zapewnić jej ciszę i błogi spokój do samego rana.

A przecież był to stabilny, nakręcany, francuski mechanizm, nie mógł w dzień działać tak, a w nocy inaczej!

Czyż przedmiot może sam decydować o swoich funkcjach? Czy może mieć jakiś rodzaj wolnej woli?

I, co najważniejsze, skąd niby miałby wiedzieć, kiedy ona zasypia, by milknąć?…

Była jednak więcej niż pewna, że to jej się nie śni, że naprawdę dzieje się coś dziwnego, bo gdy czasem wstawała w nocy za potrzebą albo by napić się wody – kuranty milczały jak zaklęte.

Gdy w końcu zwierzyła się z tego cioci Milce, ta wysłuchała jej uważnie i pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Czary pana Godulli! – stwierdziła spokojnie i Joanka, której potrzebne już było jakiekolwiek wytłumaczenie, przyjęła to jako pewnik. Emilia Lukas stanowiła wszak skarbnicę wiedzy o Carlu, przez dwadzieścia kilka lat pracowała jako jego gospodyni i domorosła pielęgniarka zarazem, nikt nie znał go lepiej niż ona.

Zegar okazał się więc nie zwykłym zegarem, a raczej współtowarzyszem dziewczynki. Ostatnim nieprzerwanym ogniwem łączącym ją z Carlem. Strażnikiem na granicy światów.

Zegar miał też miłą jej sercu ozdobę – bursztynowego aniołka, trzymającego w dłoni miniaturową klepsydrę, wykonaną ze szczerego złota i posiadającą szklaną komorę na piasek. Wielokrotnie korciło Joankę, by przekręcić klepsydrę do góry i zobaczyć, czy żółty piaseczek będzie się przesypywał tak, jak w normalnej klepsydrze, ale bała się, że w ten sposób uszkodzi delikatny element.

 

Twórca zegara umieścił aniołka tuż przy podstawie, pod cyferblatem, jakby spodziewał się, że dopilnuje on punktualności urządzenia.

Tymczasem pilnowała tego Joanka, codziennie starannie nakręcając mechanizm za pomocą kluczyka o ażurowym uchwycie.

Bursztynowy zegar tykał, czas płynął.

Za oknem pokoju u sióstr urszulanek nieśpiesznie następowały po sobie kolejne pory roku; zimy oprószone koronkowymi płatkami śniegu, wiosny pachnące bzem i świeżymi fiołkami, ciepłe letnie dni, złocone bezkresem słonecznych promyków, a wreszcie ciche, oplątane srebrnymi nitkami babiego lata, purpurowe od klonowych liści – tajemnicze jesienie.

Każdego ranka, po przebudzeniu, dziewczynka głaskała główkę zegarowego aniołka, wyobrażając sobie, że daje jej to jakiś tajemny, niemal magiczny kontakt z Carlem; że w tej samej chwili i on wstaje, tam, gdziekolwiek jest, zaczynając swój pracowity dzień. Na pewno nie siedzi bezczynnie! Nie on! Zawsze się śmiał, że „kto dugo lygo, tego chlyb odbiygo”5. Chwalił malutką Joankę, że wcześnie wstaje i niemal skoro świt puka do drzwi jego gabinetu, z dwoma czarnymi rottweilerami u nogi i kilkoma dobrze naostrzonymi ołówkami w rączce. Siadała z psami na miękkim dywanie przed biurkiem Carla, dostawała od niego „do poprawy” plik niepotrzebnych mu już rachunków i razem pracowali do południa, aż Emilia przynosiła im z kuchni obiad.

Joanka cieszyła się każdym daniem, ale najbardziej smakował jej kalafior w słonej panierce. Boże, jak ona zapamiętała smak tamtych koszyczków ugotowanego do miękkości kalafiora, obtoczonych w rozbełtanym, posolonym jajku, a następnie w potartej bułce, opiekanych na patelni w złocistym masełku!… Zakonnice w klasztornej kuchni nie znały tego śląskiego przepisu i serwowały jedynie zupę kalafiorową z ziemniakami i gęstą ajnbryną, zasmażką.


Joanna Gryzik w wieku lat trzynastu, namalowana przez Mikloffiego.

Takie poranne wspomnienia z domu opiekuna na rudzkim wzgórzu dodawały jej siły i od razu z większym zapałem wstawała do codziennych, szkolnych obowiązków.

Bursztynowy zegar tykał, czas płynął.

Mała, pulchna rączka, głaszcząca aniołka, powoli przemieniała się w smukłą, dziewczęcą dłoń.

Przez wszystkie te lata na pensji Joanka była ulubienicą sióstr urszulanek. Na pytania radcy Schefflera o jej postępy w nauce niezmiennie odpowiadały, że jest nadzwyczaj pojętną, pilną i niesprawiającą żadnych kłopotów wychowawczych uczennicą.

Opuszczając gościnne dla niej mury klasztoru, była więc nie tylko najbogatszą, ale też doskonale wychowaną i starannie wykształconą, inteligentną panną.

Wiedziała przecież, że nie ma już Carla Godulli.

A jednak poklasztorna pustka uderzyła ją jak obuchem i mimo dobroci i życzliwości państwa Schefflerów oraz niemal matczynej miłości Emilii Lukas-Gemanderowej poczuła się osamotniona i zagubiona.

Aż po tę jedną, zaczarowaną chwilę we wrocławskim teatrze, kiedy przystojny porucznik huzarów, hrabia Hans Ulrich von Schaffgotsch, zdawał się nie umieć oderwać swych jasnobłękitnych oczu od jej twarzy.

Zerknęła teraz, spod białego, koronkowego welonu na swego wybranka, siedzącego wraz z nią przed ołtarzem głównym, w ławce dla nowożeńców, pięknie ustrojonej żywymi kwiatami pomarańczy i zielonym bluszczem.

Odpowiedział jej poważnym, ale pełnym ciepła i szczerości spojrzeniem.

Uśmiechnęli się do siebie równocześnie, z miłością, a on miękko uścisnął jej rączkę w białej rękawiczce.

Na szczęście nie był to mariaż z rozsądku.

Zakochała się po uszy. Z wzajemnością tak widoczną, nieskrywaną i czytelną, że zapierała jej dech w piersiach.

Nawet teraz, siedząc z narzeczonym w ślubnej ławce, nie umiała oswoić się z myślą, że ich zaślubiny nastąpią już za parę chwil, tutaj, w tym parafialnym mariackim kościele, na rynku w Bytomiu, piętnastego listopada 1858 roku.

Dziesięć lat po śmierci Carla Godulli.

By uspokoić nerwy, zapatrzyła się w niezwykły obraz zdobiący ołtarz główny.

Było to Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny pędzla Bonaventury Emlera.

Dzieło powstało w Wiedniu, w 1857 roku, na zamówienie proboszcza Józefa Szafranka – podczas wielkiego remontu kościoła, zakończonego niemal tuż przed ślubem Joanki.

Bonaventura Emler był znanym i dobrze zapowiadającym się wiedeńskim malarzem, rysownikiem i akwaforcistą.

Przyszedł na świat w październiku 1831 roku, w rodzinie złotnika. Bardzo wcześnie zaczął malować, jakby przeczuwając, że musi się śpieszyć. Śmierć zabrała go bowiem w wieku zaledwie trzydziestu jeden lat.

Miał niezwykły talent, poparty systematycznymi studiami w Akademii Sztuk Pięknych w Wiedniu, a także w tamtejszej szkole malarstwa krajobrazowego i kolejno w kilku szkołach mistrzowskich, między innymi u Leopolda Kupelwiesera, Karla von Blaasa i Josefa von Führicha. Zyskał sobie ich wielkie uznanie.

Malując obraz ołtarzowy dla bytomskiej fary, wzorował się na dziełach hiszpańskiego mistrza baroku, Bartolomea Estebana Murillo.

Joanna przyglądała się obrazowi; uduchowionej Matce Bożej, św. Janowi, ulubionemu uczniowi Jezusa, i innym postaciom, których dłonie przyjaźnie unosiły się w górę i sprawiały wrażenie, jakby naprawdę poruszały się w geście machania na pożegnanie.

To mimo woli przywiodło jej na myśl dzisiejszy przejazd wśród wiwatującego tłumu weselną karetą zaprzężoną w dwa belgijskie konie, słynne „godullowe belgioki”, jak nazywali je mieszkańcy Rudy, po dziś dzień pamiętając, że to Carl Godulla sprowadził tu tę piękną, zagraniczną rasę.

Poranek okazał się wyjątkowo ciepły i rześki, jak na środek jesieni.

Nic nie zapowiadało, by miał spaść deszcz, co już od razu powszechnie odczytywano jako dobrą wróżbę dla małżeństwa Śląskiego Kopciuszka z hrabią von Schaffgotsch.

– Jakby tak naszyj Joance, niy dej Panie Boże, polecioł w dziyń ślubu dyszcz, to potym cołkie życie by miała takie opłakane… – wzdychały zafrasowane kobiety, od samego rana siedzące na ławeczkach pod kościołem i tam oczekujące przybycia Państwa Młodych.

– O jakim wy tyż to dyszczu prawicie, przecie słońce świyci! – obruszył się przechodzący obok starszy mężczyzna. – Wy i te wasze babskie tragedyje!

– To żodne tragedyje, ino świynto prowda! A idźcież, chopie, w swoja strona! Co sie wtroncocie niypytani?

– Bo co, niy moga? Rynek jes dlo wszyskich!… – Starszy człowiek poczuł się urażony. – Niy ino wy tu możecie stoć i gupoty prawić!

– Słuchejcie, coś mi przyszło na myśl z tom dzisiejszom piyknom pogodom! – załagodziła sytuację niska, korpulentna kobieta. – To pewnikiem som Godulla, jak downiej, tak i teroz dopomogo swyj wychowanicy!

– Niy wiadomo ino, czy z nieba, czy z piekła… – burknął wciąż nadąsany mężczyzna i nie czekając na strofujące go głosy z tłumu, podreptał w dół bocznej uliczki.

Bytomski kościół mariacki, swą średniowieczną bryłą przypominający nieco Katedrę Notre-Dame w dalekim Paryżu, od kilku już stuleci górował nad rynkiem. Powstał w roku 1231, ufundowany przez księcia opolskiego, Władysława, wyprzedzając tym samym o dwadzieścia kilka lat lokację samego Bytomia na prawach miejskich. Wśród górnośląskich zabytków sakralnych był to więc kościół szczególny: starszy niż samo miasto.

Proboszcz Józef Szafranek był tu dobrym gospodarzem i nie próżnował; zanim zamieścił w wielkim ołtarzu ów obraz Bonaventury Emlera, przez siedem lat przebudowywał kościół, nadając mu neogotycki szlif.

Potrzebował na to dużo pieniędzy, więc w roku 1854 ogłosił z ambony zbiórkę na ów szczytny cel, i wtedy jedną z osób, których olbrzymie datki wsparły dzieło przebudowy, była Emilia Lukas.

Zgodnie z projektem architekta Köpke znacząco poszerzono powierzchnie wewnątrz kościoła, utrzymując gotyckie sklepienia i trójnawowy układ halowy. Wykończono ostrołukami okna, wybito rozetę nad wejściem głównym i podwyższono wieżę kościoła, wieńcząc ją iglicą. Wieża cieszyła teraz oczy mieszkańców wysmukłymi oknami oraz narożnymi, uroczymi wieżyczkami. Donośnie brzmiący głos jej czterech dzwonów niósł się po okolicy.