ZamiećTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Rozdział jedenasty

Rozdział dwunasty

Rozdział trzynasty

Rozdział czternasty

Rozdział piętnasty

Rozdział szesnasty

Rozdział siedemnasty

Rozdział osiemnasty

Rozdział dziewiętnasty

Rozdział dwudziesty

Rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty trzeci

Rozdział dwudziesty czwarty

Rozdział dwudziesty piąty

Rozdział dwudziesty szósty

Rozdział dwudziesty siódmy

Rozdział dwudziesty ósmy

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Rozdział trzydziesty

Rozdział trzydziesty pierwszy

Rozdział trzydziesty drugi

Rozdział trzydziesty trzeci

Rozdział trzydziesty czwarty

Rozdział trzydziesty piąty

Rozdział trzydziesty szósty

Rozdział trzydziesty siódmy

Rozdział trzydziesty ósmy

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Rozdział czterdziesty

Rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty drugi

Rozdział czterdziesty trzeci

Rozdział czterdziesty czwarty

Rozdział czterdziesty piąty

Rozdział czterdziesty szósty

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Tytuł oryginału: Whiteout

First published in Great Britain in 2019 by STRIPES PUBLISHING LIMITED

An imprint of the Little Tiger Group

1 Coda Studios, 189 Munster Road,

London SW6 6AW

Text copyright © Gabriel Dylan, 2019

Cracked glass photo © Shutterstock/Emilia Kun

Cover copyright © Stripes Publishing Limited, 2019

Redaktor prowadzący: Anetta Radziszewska

Redakcja: Katarzyna Malinowska

Korekta: Zuzanna Leska

Opracowanie okładki: Kamil Pruszyński

DTP: Katarzyna Piątek

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.,

Warszawa 2020

All rights reserved

Wydanie I

Wszystkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości lub fragmentów książki możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8154-651-5

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

00-807 Warszawa, Al. Jerozolimskie 94

tel. 22 379 85 50, fax 22 379 85 51

e-mail: wydawnictwo@zielonasowa.pl www.zielonasowa.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dla żony, która zmusiła mnie do pogoni za marzeniami.Także dla dwóch małych chłopców, którzy – mamnadzieję – nigdy nie zapomną o swoich marzeniach.

Rozdział pierwszy

„Jeśli coś pójdzie nie tak – pomyślał Charlie – to przynajmniej będzie to szybka śmierć”.

Pochylił się i zatrzymał tuż przed miejscem, w którym stok opadał w nicość. Ostrożnie ustawił deskę na szczycie głębokiej zaspy. Kiedy spojrzał w dół, poczuł falę paniki. Zobaczył niewielkie uliczki i przycupnięte obok nich budynki tłoczące się w dolinie znajdującej się wiele kilometrów niżej, ledwie widoczne zza nisko wiszących chmur. W końcu oderwał od nich oczy, wbił wzrok w śnieg, a potem wsunął stopy w rozpadające się wiązania. Deska była już bardzo poobijana, wręcz popękana, miała też zajechane, tępe krawędzie. Na jej wierzchniej części, czyli top sheecie, kiedyś uśmiechał się przerażająco szkielet w błękitnej pelerynie. Dziś widać było jedynie mnóstwo rys i zadrapań uniemożliwiających podziwianie obrazka.

Charlie wsunął ostatni pasek na miejsce, zaciągnął wiązanie i wyłączył kawałek Biffy Clyro grzmiący w słuchawkach. Nagła cisza zaszumiała mu w głowie. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, i odchylił się, próbując wyczuć pokrywę śnieżną.

W ciągu ostatnich sześciu miesięcy tysiące razy wyobrażał sobie ten widok. Nieoczekiwanie okazał się on znacznie bardziej spektakularny. Przejście z jednej strony szczytu na drugą zajęło mu większą część popołudnia, ale wysiłek się opłacił.

Tutaj, kawał drogi od hoteliku, w którym się zatrzymali, otaczały go bezkresne pustkowia. Rozciągający się u jego stóp południowy stok przypominał nietknięty park rozrywki otulony idealnie gładkim śniegiem. Naprzeciwko – i dookoła – piętrzyły się skalne szczyty oraz szerokie, choć opustoszałe lasy.

I tylko brakowało mu kogoś, z kim mógłby się podzielić wrażeniami.

Ostrzegano ich, żeby nie oddalali się na własną rękę. Instruktorzy byli wyjątkowo przeczuleni na tym punkcie i wiele razy podkreślali konsekwencje naruszenia tej zasady.

Lawiny. Śmierć. Skały. Śmierć. Mróz. Śmierć.

Wybierajcie!

Charliego zupełnie to nie ruszało.

Chociaż miał przed sobą austriackie Alpy w pełnej, ale bezludnej krasie, wciąż myślał o czekającym go zderzeniu z ponurą rzeczywistością.

Jeszcze cztery dni.

I przynajmniej trzy z nich zniszczy potężna zamieć śnieżna, która zmierzała w ich kierunku.

Zaklął i spojrzał na stromy spadek znajdujący się może metr od zaspy, na której ustawił deskę. Siedząc i patrząc w dół zbocza, z którego zamierzał zjechać, nabrał wątpliwości. Nie był już taki pewien, czy to wykonalne. Serce łomotało mu w piersi, jakby właśnie przebiegł maraton, i nie był to efekt wysiłku związanego z wdrapaniem się na szczyt.

Nagle w głowie usłyszał cichy głos.

Może był jakiś powód, dla którego nikt nie zjeżdżał z południowego zbocza.

Może instruktorzy mieli rację.

Może ta przygoda nie skończy się dobrze.

 

Zagryzł dolną wargę, czując, jak uchodzi z niego pewność siebie. Nie miał po co wracać do domu. Nic go tam nie czekało oprócz kłopotów. Co gorsza, w najbliższym czasie nie mógł liczyć na zmianę sytuacji.

Kiwnął głową i stanął na desce. Zaczął na niej podskakiwać, żeby się rozgrzać, i usłyszał pod stopami przyjemne skrzypienie śniegu. Po raz kolejny rzucił okiem na rozciągające się przed nim pole białego puchu i wyobraził sobie, że sunie w dół stoku przyprawiającego o zawrót głowy, potem traci równowagę i uderza o skałę. Łamie nogę. Leży na śniegu aż do zapadnięcia zmroku, a nagie, bezgwiezdne niebo powoli wysysa z niego życie.

Charlie wziął kolejny haust alpejskiego powietrza. W sumie mógłby zawrócić i zrezygnować ze zjazdu. Mógłby ponownie przejść przez szczyt i wybrać prowadzącą do wioski czerwoną lub niebieską trasę. Znał ryzyko. Jednak wiedział, że jeśli coś pójdzie nie tak, nikt nie będzie za nim tęsknił.

Chrzanić to!

Żeby nie dać sobie czasu na zmianę decyzji, zrównał nos deski z krawędzią stoku i przeniósł cały ciężar ciała na jej przód. Zaczął się ześlizgiwać ze stoku. Kiedy deska nabrała tempa i osiągnęła punkt, po przekroczeniu którego nie było już powrotu, Charlie przysiągłby, że usłyszał za sobą głos. Słowa niesione przez wiatr. Było już jednak za późno. Mógł tylko spojrzeć przed siebie, lekko ugiąć nogi i pozwolić grawitacji działać.

Popędził w dół.

Miał wrażenie, że przez całą wieczność swobodnie szusuje zboczem. Wiatr szumiał mu w uszach, serce łomotało, a świat rozmywał się w szaleńczym pędzie. Wyczuł moment, gdy deska próbowała wyrwać mu się spod nóg, i wbił pięty w śnieg. Od razu też się przechylił i wykonał ostry skręt. Szybko odwrócił się w prawo i ruszył w przeciwną stronę, pozwalając wysłużonemu sprzętowi trzeszczeć pod stopami. Śnieg rozpryskiwał się na boki i gryzł go co chwila w osłoniętą skórę twarzy.

Za każdym razem, gdy za bardzo się rozpędzał, hamował piętami lub palcami i od razu czuł, że zwalnia. Potem zawsze przyspieszał, niemal nieświadomy tego, że krzyczy – z jego płuc wydobywały się długie, radosne piski. Pęd zamieniał zamarznięty krajobraz w niewyraźny kalejdoskop szarości i bieli. Charlie mógł się skupić wyłącznie na desce i jej zakręconym tańcu na górskim zboczu.

Przy szóstym czy siódmym skręcie wyłapał niski hurkot, jak gdyby grzmot sunący przez dolinę. Nie zwalniając, przeniósł ciężar ciała na przednią krawędź, przykucnął i rozsunął ręce na boki, próbując złapać równowagę. Zaryzykował spojrzenie w górę, w stronę, z której dochodził huk.

W jego stronę pędził czysty chaos. Obejmująca cały horyzont olbrzymia fala kamieni i śniegu sunęła z łoskotem w dół, przysłaniając szare niebo i wyrzucając w powietrze chmurę odłamków wymieszanych z lodem. Charlie poczuł żółć podchodzącą mu do gardła.

Widok sprawił, że serce szybciej mu zabiło. Zaledwie jeden raz, ale to wystarczyło, żeby stracił koncentrację. Deska zakrawędziowała i poślizgnął się, upadając głową w śnieg. Uderzenie zerwało mu gogle i Charlie runął z nogami w górze. Od razu stracił orientację.

Nie miał czasu na strach.

Kiedy zsuwał się na plecach w dół stoku, otaczał go i przenikał oszałamiający łoskot, który stale się zbliżał. Ostatkiem sił zdołał wbić nogi w śnieg. Krawędź jego deski znowu zaczęła pracować. Świat wokół niego zwolnił, ale chłopak nie miał czasu na analizowanie sytuacji. Jedynie zauważył, że śnieg dostaje mu się pod koszulę, wpada do spodni i wpycha się do ust. Zatrzymał się i przyklęknął, próbując zaczerpnąć oddechu.

Huk był teraz wszędzie – w jego głowie, piersi. Przechodził przez jego ciało jak prąd. Charlie zdołał jeszcze zerknąć w prawo i zobaczyć olbrzymią falę śniegu. Uderzyła w niego i... wszystko zgasło.

Rozdział drugi

Nico usłyszał ten huk, kiedy wracał do wioski. Właśnie oswajał się z myślą, że na przekór wszystkiemu przeżył kolejny dzień bez choćby jednej złamanej kostki, kiedy głęboki, niepokojący odgłos, przypominający pomruk odległego trzęsienia ziemi, poruszył całą doliną.

Po plecach przebiegł mu dreszcz. Chłopak podchwycił spojrzenie Stefana, ale nie dostrzegł w nim jakiegokolwiek niepokoju.

– Zagrzmiało? – zapytała jedna z uczennic, atrakcyjna dziewczyna, która – o ile się nie mylił – nazywała się Leandra.

Niewiele o niej wiedział. Chodzili razem na plastykę i kojarzył jej obrazy wiszące na szkolnym korytarzu, jednak nigdy nie odważył się do niej odezwać. Widział ją za to kilka razy w bibliotece i przysłuchiwał się jej rozmowom, zerkając znad jednego z monitorów.

Gęste, czarne włosy wsunęła pod ciężkawy pomarańczowy kask narciarski. Duże, ciemne oczy pobłyskiwały niespokojnie zza popękanej szybki.

Stefan pokręcił głową.

– Nie. To lawina. Zeszła gdzieś po drugiej stronie góry, z dala od tras narciarskich. Tam nikt nie jeździ. Naprawdę nie ma się czym przejmować.

Kilkoro uczniów zrobiło wielkie oczy, a Nicowi przemknęło przez myśl, że być może przedwcześnie poczuł ulgę. Stefan uśmiechnął się rozbawiony.

– Zimą schodzi tu wiele lawin. Niektóre sami wywołujemy za pomocą dynamitu, żeby położone niżej trasy były całkowicie bezpieczne. Przy tej ilości śniegu, jakiej spodziewamy się tutaj w ciągu kilku następnych dni, pewnie jeszcze parę razy usłyszycie ten grzmot.

Jeden z chłopaków, Ryan, spojrzał na Stefana. Mierzył grubo ponad metr osiemdziesiąt i posturą przypominał byka. Cóż, należał do tych osób, w których ciele Nico z przyjemnością odrodziłby się po śmierci. W rodzinnym mieście był kapitanem drużyny rugby, królem szkolnych korytarzy i coraz jaśniej błyszczącą gwiazdą ostatnich klas liceum. I chociaż potrafił zachowywać się jak dupek, to tego unikał – nawet w stosunku do takich nerdów jak Nico. Od przyjazdu do Austrii był koleżeński i wszystkich traktował z szacunkiem. Nie miał też żadnych problemów ze słuchaniem poleceń Stefana.

Poza tym urodził się sportowcem. Jazdę na nartach opanował już po kilku dniach, czego Nico potwornie mu zazdrościł. Pod względem umiejętności zdecydowanie się wyróżniał.

– Myślisz, że wybierzemy się jutro na stok? Ta burza zapowiada się na tak straszną, jak mówią?

Stefan wzruszył ramionami.

– Co prawda dla tej części Alp zawsze przesadzają z prognozami, ale dobrze to nie wygląda. Jeśli prognozy nie kłamią, nie wystawimy nosa za drzwi. Bo jeśli rzeczywiście spadnie tyle śniegu, ile zapowiadają, nawet ich nie otworzymy.

Jakby na potwierdzenie słów instruktora z nieba spadło kilka płatków śniegu. Nico zadarł głowę i zobaczył, że szare chmury ustąpiły miejsca znacznie groźniej wyglądającemu, wręcz sinemu półmrokowi.

Ryan strzepnął płatek, który wylądował na jego włosach, i poprawił czapkę.

– A więc nadchodzi zamieć... Jesteś pewien, że nie możemy pobiegać przed powrotem do pokoi?

– Obawiam się, że wystarczy ruchu na dzisiaj. Wciągniemy coś na stołówce, a potem napalimy w kominku. Będzie... Jak wy to mówicie w Anglii? Przytulnie. Dobrego słowa użyłem? – spytał instruktor i poprowadził grupkę uczniów uliczkami Kaldgellan w stronę hoteliku na uboczu.

Przez nadchodzący zmierzch i coraz grubszą warstwę chmur stopniowo robiło się ciemnej. Za każdym razem, gdy wracali z kolejki górskiej, latarnie uliczne i lampiony świeciły jasnym blaskiem, a w oknach większości sklepów migały lampki choinkowe.

Tego dnia trasa prowadząca do hotelu była zaskakująco mroczna. Drewniane okiennice witryn starannie zamknięto, światełka zaś zgaszono.

Kiedy dotarli do centrum wioski, Nico zauważył grupkę wyraźnie poruszonych ludzi upychających dobytek na saniach. Rozpoznał wśród nich kilku miejscowych, których znał z widzenia. Prawdopodobnie jeszcze przed nadejściem burzy zamierzali zjechać kolejką w dolinę. Nico w ciągu dnia tak strasznie zmarzł, że niewiele kojarzył, mimo to usłyszał o nadchodzących opadach i ich konsekwencjach dla całej wycieczki.

Podskoczył, gdy w jedynej kawiarni w wiosce zatrzaśnięto okiennicę. Stefan zauważył właściciela lokalu, otyłego, całkiem przyjaznego mężczyznę po pięćdziesiątce, uwijającego się przed wejściem do ciemnego budynku. Kiedy ten spojrzał na zegarek, instruktor uniósł dłoń, dając grupie sygnał do zatrzymania się.

– Hej, Marlon, dlaczego wszystko się dziś zamyka? Dokąd się wybieracie?

Umęczony właściciel lokalu spojrzał na niego przekrwionymi oczami i pokręcił głową.

– Po prostu uciekamy przed nadciągającą burzą. Nie chcę tu utknąć na najbliższe trzy dni, a przecież podczas zamieci nie da się zejść. Podobno wiatr ma być tak silny, że zamkną kolejkę... Cóż, nie zamierzam siedzieć tu jak jakiś więzień. Sorry, ale dziękuję.

Nico poczuł nerwowe kłucie w żołądku, a Stefan uśmiechnął się szeroko.

– A co z kasą, którą mógłbyś zarobić? W hotelu zostanie blisko trzydziestu uczniów. Pomyśl o ciastkach i cappuccino, bez których przecież się nie obejdą!

Marlon nie odpowiedział. Nawet się nie uśmiechnął. Nico patrzył, jak mężczyzna odwraca się i pospiesznie mocuje bagaże w tylnej części poobijanych drewnianych sań.

Stefan wzruszył ramionami i spojrzał na uczniów.

– Co będziemy jutro robić, jeśli nie da się jeździć na nartach? – zapytała wysoka i szczupła Ellie.

Nico chodził z nią do podstawówki i wciąż pamiętał, jak nie radziła sobie z paskudnym rozwodem rodziców. Tańczył z nią nawet na dyskotece w siódmej klasie... Potem jednak – powoli wchodząc w dorosłość – stracił z nią kontakt.

Stefan uśmiechnął się do niej.

– Jestem przekonany, że coś wymyślicie. W najgorszym wypadku wymkniecie się na zewnątrz i ulepicie bałwana. Sam planuję się wyspać. W przyszłym miesiącu wracam na uczelnię. Mam do zaliczenia jeszcze kilka egzaminów. Jutro ostatnia szansa, żeby bez wyrzutów sumienia się pobyczyć i powylegiwać w łóżku.

Ellie wciąż wpatrywała się w niego błękitnymi oczami, a kryjący się w nich podziw wywołał u Nica zazdrość. Dziewczyna była naprawdę ładna, chociaż lepiej wyglądała bez tony makijażu. Gruby wełniany kaptur zasłaniał część jej twarzy, jednak nawet w półmroku widział skórę pokrytą zbyt grubą warstwą sztucznej opalenizny oraz okrągłe kolczyki kołyszące się wśród kosmyków długich, lekko falujących, ewidentnie rozjaśnionych włosów.

– Też chcę pójść na uniwerek. Studiować modę w Londynie. Najpierw jednak muszę poprawić stopnie. Moi rodzice twierdzą, że nie mam szans, bo dzieciaki z naszej części miasta nie pasują do uniwerku. A jeśli nie będę miała co najmniej trójek na próbnym, to mnie wywalą z domu i każą iść do pracy. Chciałabym im udowodnić, jak bardzo się mylą.

Stefan ponowie wyczarował swój ujmujący uśmiech.

– Dasz radę. Musisz tylko uwierzyć w siebie.

Z ciemności wyłoniła się kolejna osoba. Nico zauważył, że Stefan macha do niej dłonią ukrytą w ciepłej rękawiczce.

– Hej, Matthias, ty też nie zostajesz na wieczornego drinka?

W hotelu w Kaldgellan pracowało czterech instruktorów. Matthias był najstarszym z nich. Nico słyszał, jak Stefan wspominał jednemu z uczniów, że mężczyzna całe życie spędził w tej odizolowanej alpejskiej wiosce i nigdy na dłużej jej nie opuszczał. Po zapadnięciu zmroku spotykał się z pozostałymi instruktorami w hotelowym barze, gdzie dzielił się z nimi zasłyszanymi anegdotkami i narzekał na koszmarne umiejętności niektórych gości, w tym – jak sądził Nico – także i jego. Teraz jednak starszy mężczyzna pokręcił głową.

– Nie, ja... nie mogę zostać. To... sprawy rodzinne. Muszę zjechać w dolinę, a jeśli nie zrobię tego dzisiaj...

Matthias przerzucił narty przez ramię i chciał coś dodać, ale po namyśle pokręcił głową. Spojrzał w górę na równomiernie prószący śnieg. Przez chwilę się nie odzywał i w kiepskim świetle Nicowi wydawało się, że mężczyzna drży.

Potem jedna z potężnych dłoni Matthiasa wystrzeliła do przodu i poklepała Stefana w ramię.

– Moja grupa jest już w hotelu. Rozgrzewają się. Powinieneś zabrać tam swoją. Jesteś świetnym kolesiem, Stefan. Uważaj na siebie przez kolejnych kilka dni. I wypij wieczorem moje zdrowie, dobrze?

Matthias był burkliwym, brodatym Austriakiem, jednym z tych, którzy mogliby uprawiać zapasy z niedźwiedziami. Ale dziwny wyraz jego twarzy zaniepokoił Nica. Stefan też to chyba dostrzegł, bo zbliżył się do starszego kolegi.

– Hej, nawet jeśli będzie ciężko, to sobie poradzimy. Chcesz, żebym został teraz z tobą? Możemy pogadać o twoich sprawach...

Mężczyzna pokręcił głową i zsunął potężną dłoń z jego ramienia. Kiedy Nico przysłuchiwał się tej rozmowie, reszta grupy się rozgadała. Niektórzy uczniowie krążyli dookoła, inni wpatrywali się w sypiący coraz mocniej śnieg. W Alpach byli od zaledwie trzech dni i chociaż kilka razy już padało, to nigdy jeszcze aż tak intensywnie.

 

Matthias nachylił się w stronę Stefana.

– Nie. Po prostu muszę zejść z gór. Opiekuj się tym stadkiem. Życzę szczęścia. Powinienem dotrzeć do kolejki, zanim wiatr przybierze na sile. Zerwał się znacznie wcześniej, niż zapowiadali.

Ruszył w stronę starego jeepa z błyszczącymi łańcuchami na kołach. Nie oglądając się, wskoczył do środka, zatrzasnął drzwi, uruchomił silnik i ruszył przez śnieg.

Stefan obserwował go ze zdziwioną miną.

– Wszystko w porządku?

Instruktor bez przekonania pokiwał głową, wciąż obserwując tylne światła samochodu pędzącego w stronę stacji kolejki górskiej. Dopiero po chwili spojrzał na Nica, nieudolnie ukrywając irytację. Rano ostrzegał, że będzie zimno, a mimo to chłopak wyszedł na stok w samej bluzie, na którą naciągnął koszulkę z Walking Dead. Zgodnie z przewidywaniami Stefana Nico dygotał cały dzień.

– Tak, nic mi nie jest. Za to ty chyba przemarzłeś.

Ruchem głowy wskazał znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej hotel Panoramic, nieco przysadzisty, obskurny dwupiętrowy budynek, w którym się zatrzymali.

– Chodźcie, jesteśmy już prawie na miejscu. Wejdźmy lepiej do środka, zanim ten śnieg naprawdę zacznie padać.

Rozdział trzeci

Charlie nie mógł przestać śnić. Przeniósł się w czasie – może rok wstecz albo nieco wcześniej ‒ do jednej z najgorszych chwil w swoim życiu. Otaczające go powykręcane twarze dzieliła chwila od przemienienia się w coś jeszcze bardziej potwornego.

Siedział razem z pracownikiem socjalnym w ciasnym gabinecie dyrektora i słuchał coraz gorszych wiadomości. Grad słów wydobywających się z ust nauczyciela przypominał ostrzał armatni.

Zapadająca ciemność. Gasnąca fala posztormowa. Brak większych nadziei. Koniec poszukiwań.

Chłopak chciał się przenieść jak najdalej od tego miejsca. Od tego wspomnienia.

I nagle przeniósł się. Ból przedarł się przez jego sen, najpierw ćmiący, a potem dużo ostrzejszy. Charlie miał wrażenie, że na szyi zaciska mu się pętla. Nie dławił go jednak smutek, ale coś namacalnego, wręcz fizycznego, uciskało go tuż pod jabłkiem Adama. Tak na dobre obudził go dźwięk jego dławienia się. Potem zrozumiał, że ktoś ciągnie go do tyłu, w stronę światła. Brutalnie szarpie go za kołnierz.

Otworzył oczy i wszystko wróciło. Niezwykle szybki zjazd ze stoku, huk gdzieś nad głową, potężna fala śniegu i odłamków skalnych spadająca na niego i unosząca niczym dryfującą kłodę drewna. Odkaszlnął, wypluł trochę śniegu i wziął głęboki oddech. Uświadomił sobie, że dotąd jedynie walczył o tlen. Że desperacko go pragnął.

Przetoczył się na kolana i uniósł głowę. Zobaczył krajobraz zupełnie nieprzypominający tego, który przed chwilą podziwiał. Tam, gdzie rozciągały się mięciutkie, nieskalane ludzką stopą połacie świeżego śniegu, leżała teraz wielka breja. Zupełnie jakby niewidzialne koparki przeorały zbocze, wręcz wywróciły je do góry nogami. Tu i tam spod zasp wystawały odłamki szarych skał. Przypominały Charliemu miny. W mig zrozumiał, jak wielkie miał szczęście, że zakończył tę przygodę w jednym kawałku.

Tańczące wokół płatki śniegu tworzyły delikatną mgiełkę. Charlie odkaszlnął, splunął i spróbował wstać. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że ma towarzystwo.

Kilka metrów dalej zauważył człowieka obserwującego go zza lustrzanych gogli. Kawałek dalej, na stoku, stał skuter śnieżny. Charlie domyślił się, że nieznajomy zauważył schodzącą lawinę i ruszył mu na pomoc. Teraz uniósł dłoń i odsunął szalik zasłaniający usta.

– Co ty sobie, do cholery, myślałeś?

Kaptur i gogle wciąż zasłaniały twarz nieznajomego, jednak głos zdradził Charliemu, że ma do czynienia z kobietą. Mówiła surowym, nieco kanciastym angielskim. W jej tonie słychać było złość.

Charlie próbował odpowiedzieć, ale ku swojemu zaskoczeniu nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Odkaszlnął po raz kolejny, otarł twarz i włosy ze śniegu, a potem pokręcił głową.

– Kiedy? – wykrztusił.

Dziewczyna uniosła gogle i spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Dummkopf[1]! Tutaj? Na stoku? Teraz? Co ty sobie myślałeś?

Splunął pod swoje stopy. Na zrytej pokrywie śnieżnej pojawiła się plama lodu i krwi. Bardzo bolała go głowa, jednak zadarł ją i mrużąc oczy, spojrzał na padający śnieg. Potem ze znużeniem przeniósł wzrok na dziewczynę.

– A co tobie do tego?

Szare oczy nieznajomej błysnęły złowrogo. Skoczyła do przodu i jej pięść wylądowała na jego szczęce. Cofnął się zaskoczony i z trudem utrzymał równowagę. Dziewczyna pogroziła mu palcem.

– Jak to co? Musiałam tu zjechać i wyciągnąć cię spod śniegu. Przecież byś się udusił! Scheisse, nie zasługujesz na dalsze życie! Wy, idioci, zjeżdżacie tutaj przeświadczeni, że jesteście tacy super. A co, jeśli na dole byli jacyś narciarze? Albo turyści? Jak myślisz, co by zrobili, gdybyś zrzucił im na głowy tę całą górę?

Dziewczyna była wściekła i Charlie na wszelki wypadek cofnął się o krok. Potem uświadomił sobie, że jedną nogę wciąż ma przypiętą do deski snowboardowej. Niezgrabnie się pochylił i ją uwolnił. Drugie wiązanie puściło i zapewne znajdowało się pod śniegiem, razem z jego goglami, rękawiczkami i słuchawkami. Pewnie nigdy już ich nie odzyska. Ostrożnie podniósł się i westchnął.

– Wiedziałem, że jestem tu sam. Nikogo nie naraziłem na niebezpieczeństwo. I przykro mi, że musiałaś tu zjechać i mnie ratować.

Nieznajoma spojrzała na jego deskę i pokręciła powoli głową.

– Ten sprzęt ma z dwadzieścia lat. Pochodzi jeszcze z lat dziewięćdziesiątych. Prawdziwy zabytek. Nie powinieneś tutaj jeździć. Co ty w ogóle wiesz o górach? Czy kiedykolwiek wcześniej postawiłeś nogę na śniegu? Wracaj do swoich angielskich przyjaciół. Im szybciej stąd wyjedziecie, tym lepiej!

Charlie czuł złość, ale też się wstydził swojego zachowania. Odezwał się, zanim zdołał przemyśleć swoje słowa.

– Znam góry i potrafię dobrze jeździć. A deska należała do mojego taty. Owszem, jest stara, ale potrafię wyczarować na niej więcej niż ci wszyscy ludzie, których widziałem tu w tym tygodniu. Naprawdę przykro mi, że musiałaś zjechać ze szlaku i wykopać mnie spod śniegu. Nie planowałem tego. Za kilka dni wracam do domu i chciałem po prostu rozejrzeć się po okolicy.

Dziewczyna zaśmiała się, chociaż nie wyglądała na rozbawioną.

– Zatem już się rozejrzałeś, prawda? Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś podczas tej małej wycieczki, na której spuściłeś w dół pół stoku. Na pewno wiedziałeś, że to teren zamknięty. Ludzie ginęli w tych górach. Naprawdę wielu nie wróciło. Także moich bliskich. Słyszałam, co pierwszego dnia Stefan mówił swojej grupie. Nikt nie może tutaj zjeżdżać, chyba że chce skończyć sześć stóp pod ziemią.

Charlie pokiwał głową. Czuł się pusty w środku i ogromnie zmęczony, a jednocześnie miał wrażenie, że boli go całe ciało. Nie miał ochoty na kłótnię. Pragnął wrócić do hotelu i chociaż na chwilę znaleźć się w łóżku.

– Posłuchaj... Przepraszam, naprawdę. Nie chciałem nikogo zdenerwować...

Dziewczyna posłała mu znaczące spojrzenie i ruszyła w stronę skutera śnieżnego. W połowie drogi zatrzymała się i odwróciła.

– To po co to zrobiłeś? Dla emocji? Żeby się przechwalać przed kumplami?

Charlie dotknął tej części szczęki, w którą go uderzyła. Znów pokręcił głową.

– Nie mam kumpli. Nawet gdybym miał, to i tak bym im o tym nie opowiedział.

– Więc o co ci chodziło? Chciałeś się zabić? – fuknęła nieznajoma.

Przez chwilę patrzył jej w oczy, pozwalając, żeby jej słowa do niego dotarły. Potem poczuł, że jego wzrok zasnuwa mgła. Przetarł twarz wierzchem dłoni. Zamiast jej odpowiedzieć, pochylił się, podniósł uszkodzoną deskę i ruszył w dół zbocza. W niektórych miejscach zaspy miały dobre pół metra, dlatego szło się z trudem. Mimo to oddalał się od dziewczyny.

Z każdą chwilą robiło się coraz ciemniej. Widoczne w oddali pomarańczowe światła wioski migotały na tle mroku. „Dotarcie do Kaldgellan zajmie mi pewnie kilka godzin”, pomyślał, uświadamiając sobie szaleństwo swojego planu.

Po kilku minutach usłyszał warkot silnika i się odwrócił. Po chwili skuter śnieżny dziewczyny zatrzymał się tuż obok niego. Nie dostrzegł jej oczu, a jedynie swoje rozmazane odbicie w lustrzanych goglach nieznajomej. Miał skołtunione, przyprószone śniegiem włosy i brązowe oczy, w których krył się jakiś żal.

Kiedy się odezwała, z jej tonu zniknęła złość.

– Zapada zmrok, a zamieć raczej nie przejdzie bokiem – powiedziała pozbawionym emocji głosem. – Jeśli zamierzasz zejść z tej góry, a później przedrzeć się przez dolinę, możesz się potknąć i wywołać kolejną lawinę albo po prostu zamarzniesz. Nie chcę mieć cię na sumieniu.

Wskazała miejsce za swoimi plecami.

– Wsiadaj i módl się, żebym nie była na tyle wkurzona, aby cię zrzucić gdzieś po drodze.