Niegrzeczne last minute

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Niegrzeczne last minute
Niegrzeczne last minute
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,80  55,84 
Niegrzeczne last minute
Niegrzeczne last minute
Audiobook
Czyta Alicja Karat, Bartosz Głogowski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ja, morze i on

Anna Langner

I see the way you move

It’s fluid

Be here by my side

Got nothing to hide

Tash Sultana

Jungle

Sztorm

Piotr był wspaniały i wciąż nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. Kiedy trzy miesiące temu powiedziałam koleżankom, że umówiłam się z mężczyzną poznanym w portalu randkowym, zaczęły się śmiać. Kompletne ich nie rozumiałam. Przecież w dzisiejszych czasach to nic niezwykłego.

– Dzięki za wsparcie – ironizowałam. – Mamy podobne zainteresowania i sporo pisaliśmy na czacie. Może nie będzie tak źle?

– Kamila, ale powiedz, jak on wygląda. Ile byś mu dała punktów? – Ola zagryzła wargę i wyglądała na bardziej podekscytowaną ode mnie.

– Jest niezły. Takie soczyste osiem na dziesięć.

– Poważnie?! Może podrasowuje fotki, jak te wszystkie laski z Instagrama. – Monika jak zwykle była sceptyczna. – Nie rozumiem, dlaczego taka mądra i ładna kobieta jak ty szuka faceta w portalu randkowym.

– Bo wszyscy, których poznałam w realu, okazali się do dupy. Poza tym nie szukam związku na siłę. Spotkam się z nim i zobaczymy, co z tego wyniknie. To jak? Wypijemy za moją randkę z panem Gorąca Ósemka? – Spojrzałam na przyjaciółki i uniosłam kieliszek w geście toastu.

Dziewczyny nie wyglądały na przekonane, ale uśmiechnęły się szeroko i stuknęły ze mną.

Ten toast chyba przyniósł mi szczęście, bo nie dość, że randka z Piotrem okazała się fantastyczna, to nasza znajomość nie zakończyła się na jednym spotkaniu. Minęły trzy miesiące, a ja angażowałam się coraz bardziej. Wprawdzie oboje sporo pracowaliśmy i nie mieliśmy zbyt dużo czasu dla siebie, ale wystarczająco, bym zdążyła polubić jego poczucie humoru i te roziskrzone brązowe oczy.

W końcu nadeszło lato, a wraz z nim urlop i pierwsza okazja do wspólnego wyjazdu. Byłam wniebowzięta, gdy Piotr oświadczył, że dostosuje swoje wolne do mojego i wybierzemy się gdzieś razem. Celowałam w jakieś egzotyczne wyspy, jednak nie chciałam go stawiać w niezręcznej sytuacji – wiedziałam, że zarabia mniej ode mnie i nie stać go na drogie wczasy. Byłam nawet gotowa zapłacić za jego pobyt, ale stanowczo się temu sprzeciwił. No tak, męskie ego nie mogło ucierpieć.

Ostatecznie poszliśmy na kompromis i wybraliśmy Bałtyk. Znalazłam w Łebie piękny apartament z widokiem na plażę i ogromnym tarasem. Okłamałam Piotra i powiedziałam, że kosztował połowę prawdziwej kwoty.

Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście – byliśmy w Łebie tylko we dwoje, a termometry wskazywały dwadzieścia sześć stopni w cieniu. Miałam ogromne oczekiwania – chciałam odpoczynku, poznawania się bliżej i namiętnego seksu. Z naciskiem na to ostatnie.

Po obfitym obiedzie w jednej z lepszych miejscowych knajpek wróciliśmy do apartamentu, by odświeżyć się przed popołudniowym spacerem. Planowałam romantyczne podziwianie zachodu słońca, przytulanie się na kocu i gorącą kontynuację w naszym pokoju.

Piotrek poszedł się zdrzemnąć, więc skorzystałam z okazji i zrobiłam sobie długą kąpiel z bąbelkami. Czułam się rozpieszczona całym tym dniem – począwszy od plażowania, a skończywszy na wyśmienitym homarze i pysznym białym winie. Choć obiad kosztował majątek, obiecałam sobie, że nie będę nam niczego żałować.

Po kąpieli wsmarowałam w skórę balsam i postanowiłam zafundować Piotrowi namiętną pobudkę. Rozsunęłam poły szlafroka i wyszłam z łazienki. Daję słowo, ten mężczyzna tak na mnie działał, że ostatnio chodziłam wiecznie napalona i w dodatku z głową w chmurach.

Jęknęłam zawiedzona, gdy zobaczyłam na łóżku tylko pomiętą pościel. Wyszłam na taras, później sprawdziłam w kuchni, ale Piotra nigdzie nie było. Usiadłam zawiedziona na łóżku i zauważyłam swoją walizkę. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że moje ubrania leżały porozrzucane i pomięte. Ogarnął mnie dziwny niepokój. Zajrzałam do kieszonki, w której trzymałam zapasowe karty kredytowe, i z przerażeniem odkryłam, że wszystkie zniknęły. Szybko sięgnęłam po torebkę. Dłonie mi drżały, kiedy szukałam portfela, ale go nie znalazłam. Telefonu też nie było.

Najpierw pomyślałam, że może ktoś nas okradł, ale szybko się zorientowałam, że zniknęły wszystkie rzeczy Piotra. Nawet pieprzona szczoteczka do zębów. Jakim cudem nie zauważyłam niczego wcześniej?! Przeklęłam głośno, gdy dotarło do mnie, jaką jestem idiotką.

– Dałam się porobić jak dziecko – wymamrotałam do siebie i nagle uświadomiłam sobie, że Piotr prawdopodobnie zna mój PIN do karty. Gdy za coś płaciłam, zawsze stał blisko. Pewnie bez trudu zapamiętał kombinację cyfr, którą wbijałam na terminalu.

Nie czekałam ani chwili dłużej. Zbiegłam na dół, tak jak stałam, w szlafroku, i poprosiłam oniemiałą recepcjonistkę o możliwość skorzystania z internetu i telefonu. Szybko odnalazłam numer do swojego banku i zablokowałam wszystkie karty. Niestety, przemiła pani konsultantka poinformowała mnie, że z mojego konta zdążyło zniknąć kilka tysięcy złotych. Dzięki Bogu miałam wykupione ubezpieczenie, była więc szansa, że pieniądze zostaną mi zwrócone. Wiedziałam, że Piotr wyczyściłby moje konto doszczętnie, gdyby nie fakt, że ustawiłam dzienne limity wypłat i transakcji.

To jednak nie straty finansowe bolały mnie najbardziej, a raczej to, że mężczyzna, z którym od trzech miesięcy byłam blisko, okazał się podłym oszustem. Sukinsynem, który wykorzystał moją naiwność. Robiło mi się niedobrze na samą myśl, że jego zainteresowanie mną wynikało z zimnej kalkulacji, a w łóżku byłam tylko jego zabawką.

Wpisałam imię i nazwisko Piotra w wyszukiwarkę, ale nie znalazłam żadnych konkretnych informacji na jego temat. Spanikowana recepcjonistka zaglądała mi przez ramię.

– Czy chce pani zgłosić to teraz policji?

– Nie… to znaczy nie wiem, na pewno nie teraz. Mam urlop, do cholery, i nie mam zamiaru zmarnować go na składanie wyjaśnień policji! Zajmę się tym później – wyrzuciłam z siebie rozkojarzona.

Urlop? Dobre sobie. Właściwie jedyne, na co miałam teraz ochotę, to spakować się i wrócić z podkulonym ogonem do Poznania.

– Ten mężczyzna wymeldował się jakąś godzinę temu.

– Ha, co za spryciarz… – Pokręciłam zdegustowana głową.

– I panią też wymeldował.

– Mnie też?! – Spojrzałam na kobietę przerażona, a ona smutno przytaknęła.

– Mówił, że nie są państwo zadowoleni z poziomu naszych usług i że zmieniają państwo hotel.

– I chyba mu pani nie uwierzyła, prawda?

– Pokazał pani dowód. Mówił, że jest pani zajęta pakowaniem bagaży i prosiła, by on to załatwił. Proszę wybaczyć, ale jeszcze dziś rano widziałam państwa… przytulających się, więc niczego nie podejrzewałam.

– Ale… czy to znaczy, że muszę się stąd wyprowadzić?

– Bardzo mi przykro. Chętnie zaproponowalibyśmy pani inny apartament, ale wszystko mamy zajęte.

– To proszę mnie zostawić w moim pokoju! – powiedziałam ostrym tonem, a obecni w recepcji ludzie spojrzeli na mnie z zaciekawieniem.

– Niestety, ktoś już go zabukował. Klient przyjeżdża dziś wieczorem. Jak tylko się państwo wymeldowali, wprowadziłam zmiany w systemie. Oferta naszego hotelu jest na wielu stronach bookingowych, więc szybko znalazł się nowy chętny na ten apartament.

– Chyba pani żartuje… – rzuciłam ledwo słyszalnym szeptem.

– Mamy środek sezonu i promocje na apartamenty dwuosobowe, przykro mi. – Kobieta spojrzała na mnie współczująco.

– Zostałam bez pieniędzy, bez telefonu i nie mam gdzie mieszkać. Co pani zdaniem mam teraz zrobić?!

– Proszę zadzwonić na policję, oni na pewno pani pomogą…

– Taa, jasne. Zaraz się spakuję i już mnie tu nie ma. Niech mi pani da pół godziny – burknęłam, odwróciłam się na pięcie i poszłam do windy.

Zgłoszenie sprawy na policję byłoby najrozsądniejszym wyborem. Wróciłabym do domu i spróbowała zapomnieć o tym całym upokorzeniu. Ja jednak nie chciałam tego robić, przynajmniej jeszcze nie teraz. Ten skurwiel pewnie właśnie na to liczył – że zabierze mi wszystko i w dodatku zepsuje mi urlop. Wiedziałam, że oszuści matrymonialni nie mają skrupułów.

Po moim trupie! Należał mi się chociaż jeden pełny dzień nad morzem.

Nie minęło trzydzieści minut, a ja byłam spakowana i wraz ze swoją czerwoną walizką opuszczałam hotel. Nie miałam pieniędzy, kart do bankomatu ani telefonu, tylko kilka fatałaszków i kosmetyków. No świetnie. Jakby tego było mało, pogoda zaczynała się psuć. Mimo to uparłam się, że pójdę na plażę. Chciałam zrobić na przekór Piotrowi i parszywemu losowi, który ze mnie zadrwił.

Im bliżej byłam celu, tym większą czułam frustrację. Wiatr się wzmagał, a na niebie kłębiły się ciemne chmury. Roześmiani ludzie chowali się w eleganckich knajpkach i popijali latte, na które jeszcze niedawno było mnie stać. Rozdrażniona naciągnęłam na głowę kaptur dresowej bluzy i przyspieszyłam kroku.

Gdy dotarłam na miejsce, morze było chyba tak samo wściekłe jak ja, bo kotłowało się spienione i atakowało brzeg agresywnymi falami. Choć wiał silny wiatr, powietrze było przyjemne, a piasek wciąż nagrzany od porannego słońca. Podwinęłam nogawki dżinsów i zakopałam walizkę w piasku.

 

Nie dam gnojowi satysfakcji. Może złamał mi serce i zepsuł urlop, ale w morzu się wykąpię, choćby nie wiem co. Albo chociaż zanurzę nogi do kolan.

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Plaża była opustoszała, więc bez skrępowania ruszyłam w stronę wody. Zbliżała się pora obiadowa. Pogoda wciąż się pogarszała, więc nic dziwnego, że ludzie znajdowali sobie ciekawsze zajęcia niż plażowanie. Tylko ja byłam frajerką, która nie wiedziała, co ze sobą zrobić.

Przełknęłam łzy upokorzenia i weszłam do morza. Ledwo dotknęłam palcami wody, już miałam ochotę się wycofać, bo była przeraźliwie zimna. Coś jednak pchało mnie do przodu, jakaś zawziętość, potrzeba udowodnienia sobie, że mimo przeciwności potrafię być silna. Zacisnęłam zęby i ruszyłam przed siebie.

Mój plan zanurzenia się do kolan diabli wzięli, gdy się zorientowałam, że fale są ogromne. Jedna z nich właśnie mnie zaatakowała i zmoczyła od stóp do głów. Pisnęłam przerażona i zaczęłam się wycofywać, ale ślizgałam się na mokrych kamieniach, a fale nie odpuszczały. Byłam przerażona. Umiałam pływać, ale morze i jego siła całkiem mnie zaskoczyły.

– Zwariowałaś?! Wracaj na brzeg! – Usłyszałam nawoływanie, które stłumił szum wody. Odwróciłam głowę, ale nim zdążyłam cokolwiek zobaczyć, kolejna fala przysłoniła mi widok.

Zdołałam usłyszeć jedno soczyste przekleństwo, a potem musiałam skupić się na łapaniu oddechu i na tym, by nie zakrztusić się wpadającą do ust wodą. Naprawdę chciałam wrócić na brzeg, ale z trudem utrzymywałam równowagę. Odwrócenie się i zrobienie kroku było nie lada wyczynem. Nim jednak zdążyłam cokolwiek zrobić, poczułam na ciele ciepłe dłonie. Chwyciły mnie mocno i zdecydowanie, po czym podniosły, zupełnie jakbym ważyła tyle co torebka cukru.

Zazgrzytałam zębami, gdy owiało mnie chłodne morskie powietrze. Ktoś niósł mnie, idąc szybkim krokiem przez fale, ale byłam zbyt przerażona, by podnieść głowę i na niego spojrzeć. Zresztą wszystko działo się zbyt szybko – ledwo zdążyłam wziąć głębszy oddech, a już stałam na piasku. Zniknęły silne ramiona i gorący oddech, który rytmicznie ogrzewał mnie podczas drogi na brzeg.

Trzęsłam się z zimna, byłam przemoczona i skołowana. I jeszcze zawstydzona, bo jakiś obcy facet właśnie mnie uratował.

– Turyści! Jak nie w klapkach w góry, to do morza w sztorm! – wycedził.

Spojrzałam na niego wystraszonymi oczami. Był wysoki, miał na sobie wiatrówkę i dżinsowe szerokie bermudy. Zjechałam wzrokiem niżej i nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na umięśnione, opalone łydki.

– Co to miało być? Takie fantazyjne wakacyjne samobójstwo czy jak?! – zapytał rozwścieczony i wykręcił nogawki swoich spodni, z których kapała woda.

– Chciałam tylko zamoczyć nogi – powiedziałam zgodnie z prawdą, jednocześnie zdając sobie sprawę, jak idiotycznie to brzmi. Mój głos drżał, bo wciąż było mi cholernie zimno.

Mężczyzna się roześmiał, ale to nie był przyjemny śmiech. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak pustą pannę, która nie ma za grosz rozumu.

– Włóż to. Cała się trzęsiesz. – Zarzucił mi na ramiona swoją kurtkę, którą przyjęłam z wdzięcznością. W tych okolicznościach włożyłabym na siebie nawet zdechłego lisa, byleby tylko mnie ogrzał. – To twoje? – Wskazał czerwoną walizkę, która wystawała z piasku.

Pokiwałam głową i na miękkich nogach ruszyłam w jej kierunku.

– Dopiero przyjechałaś? – Nieznajomy stanął obok mnie.

– Nie… musiałam opuścić hotel. – Te słowa z trudem przeszły mi przez gardło. Już wystarczająco się przed nim upokorzyłam. Co miałam mu teraz powiedzieć? Hej, tak się składa, że jestem idiotką, bo okradł mnie chłopak z portalu randkowego, który udawał, że mnie kocha.

– A więc jesteś bezdomna, tak? – Mężczyzna zmrużył oczy i przyjrzał mi się z uwagą.

– Tylko chwilowo. – Uniosłam dumnie głowę, chociaż tak naprawdę chciało mi się płakać. – Dzięki, że mi pomogłeś. Nie spodziewałam się, że fale będą aż tak wysokie – wyjąkałam i ruszyłam przed siebie. Walizka była niemiłosiernie ciężka i na piasku stawiała opór. A do tego byłam przemoczona, więc musiałam wyglądać żałośnie, taszcząc tego czerwonego potwora.

– A ty dokąd?

Przystanęłam zdziwiona.

– Po pierwsze masz moją kurtkę i nie myśl, że ci ją podaruję. A po drugie jesteś bezdomna. Sama to przed chwilą powiedziałaś. Dokąd niby chcesz pójść?

Wzruszyłam ramionami, bo nie miałam pojęcia.

– Jest zimno, a ty jesteś przemoczona. Musisz się wysuszyć, włożyć ciepłe ubrania. Jeśli chcesz, możemy iść do mnie.

Musiałam zrobić głupią minę, bo na mój widok mężczyzna pokręcił głową i się roześmiał.

– Bez dwuznacznych skojarzeń. Jeśli bardzo się obawiasz być ze mną sam na sam, możemy iść do jakiejś knajpy. Chociaż szczerze mówiąc, nie wyglądasz zbyt wyjściowo.

Przewróciłam oczami, słysząc jego „komplement”, ale nie miałam zamiaru oponować.

– Może być u ciebie – wymamrotałam. Byłam zmęczona, zmarznięta i burczało mi w brzuchu.

Nieznajomy uśmiechnął się krzywo, odwrócił się do mnie plecami i ruszył przed siebie. Zupełnie jakby nie obchodziło go, czy podążę za nim, czy nie.

Wlokłam się przez plażę i zastanawiałam się, co ja najlepszego wyrabiam. Nie znałam go. Koleś był małomówny i sprawiał wrażenie gbura. A co, jeśli chce mnie skrzywdzić? W końcu już raz zaufałam niewłaściwej osobie. Miałam tylko nadzieję, że mój limit przyciągania oszustów i krętaczy się wyczerpał.

Spojrzałam na plażę, która teraz przypominała raczej przedsionek piekieł niż słoneczny raj. Było szaro, buro i coraz ciemniej, bo na niebie kłębiły się groźne chmury. Spienione, wściekłe fale uderzały o brzeg, piasek wyziębiał stopy, a mewy skrzeczały nieprzyjemnie nad głową.

Przypomniałam sobie Piotra i nasze dzisiejsze przedpołudnie, które spędziliśmy właśnie tutaj w jakże odmiennych okolicznościach. Wylegiwałam się na ręczniku, łapałam promienie słońca, a on kradł mi pocałunki. Teraz wszystko się zmieniło – morze, które dzisiejszego ranka było spokojne i skąpane w promieniach słońca, teraz wydawało się wrogo do mnie nastawione. Nie było Piotra, luksusowego hotelu i dobrej zabawy. Zostałam tylko ja, mój podły humor i czerwona walizka. I jeszcze ten dziwny facet.

Przypływ

Zatrzymaliśmy się przed budynkiem znajdującym się niedaleko zejścia na plażę. W pierwszej chwili pomyślałam, że ten, kto w nim mieszka, musi być szczęściarzem, bo codziennie widzi z okna morze, jednak zmieniłam zdanie, gdy zobaczyłam odłażący tynk i zniszczone dachówki. Nigdy w życiu nie chciałabym tutaj mieszkać.

– Moje mieszkanie jest na poddaszu. Uważaj na schodach. Kilka desek jest połamanych – rzucił lakonicznie nieznajomy. – I daj mi to. – Westchnął, po czym wyrwał mi z rąk walizkę.

Lepiej późno niż wcale, dupku – pomyślałam, ale szybko się za to zganiłam.

Facet prawdopodobnie uratował mi życie. Kto wie czy zdołałabym sama wrócić na brzeg. Tymczasem ja marudziłam, że nie był dżentelmenem i nie pomógł mi wcześniej nieść bagażu. Cóż, Piotr był dżentelmenem, a mimo to okazał się draniem.

Wchodziłam powoli po drewnianych, trzeszczących schodach i gapiłam się na szerokie plecy nieznajomego. Nie mogłam go rozgryźć. Był dziwny, małomówny i miałam wrażenie, że żałował tego, że mi pomógł.

– Nie ma tu luksusów, do jakich pewnie przywykłaś. Ale jest ciepło i czysto – oznajmił, gdy weszliśmy do mieszkania.

Pomieszczenie było duże, z wysokimi sufitami i dużymi oknami. Nie przypominało przytulnego gniazdka, raczej jakiś lokal w trakcie remontu. Ściany były białe i puste. W oknach nie było zasłon, a na podłogach dywanów. Mieszkanie składało się z jednego dużego pokoju połączonego z kuchnią i, jak się domyślałam, z łazienki. Zdziwiłam się, jak niewiele było w nim mebli i sprzętów – jedynie materac, zapewne służący za łóżko, regał z książkami, a pod ścianą kartony, w których prawdopodobnie znajdowały się ubrania i rzeczy osobiste mężczyzny.

– Skąd wiesz, że przywykłam do luksusów? – zapytałam, rozglądając się z zaciekawieniem.

– Bo widzę. Mieszkam nad morzem od urodzenia i umiem rozpoznać bogatych turystów. – Facet chwycił ręcznik i zaczął wycierać nim swoje mokre włosy.

Dopiero teraz zwróciłam na nie uwagę. Były w kolorze ciemnego piasku i prawie sięgały ramion. Pasowały do jego apetycznej opalenizny.

Apetycznej opalenizny?! Chyba woda dostała mi się do mózgu, bo moje myśli skręcają nie w te rejony, co powinny.

– Jeśli próbujesz wyciągnąć ode mnie pieniądze w zamian za pomoc, to wybacz, ale nie mam przy sobie ani grosza. Zostałam okradziona – powiedziałam trochę zbyt ostro.

– Żartujesz?! Pomogłem ci bezinteresownie – burknął i odwrócił się do mnie plecami.

Zrobiło mi się głupio. Uraziłam go tym tekstem, zanim zdążyłam pomyśleć. Zabawne, że u mężczyzny, który mi pomógł, dopatrywałam się złych intencji, a nie zauważyłam ich u oszusta matrymonialnego.

– Masz, wytrzyj się. Możesz iść do łazienki, ściągnąć mokre ciuchy, a ja dam ci coś swojego na przebranie. – Rzucił mi drugi ręcznik.

– Nie trzeba, w walizce mam pełno ubrań.

Facet kiwnął głową, po czym poszedł do swojej prowizorycznej kuchni i włączył czajnik. Dziwny człowiek. Właśnie powiedziałam mu, że zostałam okradziona, a on nie zapytał mnie o nic więcej. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam do łazienki. W czystych, świeżych ubraniach poczułam się odrobinę lepiej. Przeczesałam palcami włosy i umyłam twarz, która nadal była opuchnięta od płaczu.

Gdy wyszłam, mężczyzna krzątał się po kuchni. Stał do mnie tyłem i nawet na mnie nie zerknął. Przynajmniej miałam okazję, by dokładniej mu się przyjrzeć. Wyglądał na trzydzieści może trzydzieści pięć lat, był wysoki i dobrze zbudowany. Dżinsowe bermudy wisiały na jego szczupłej sylwetce i wciąż były mokre. Musiał ćwiczyć albo pracować fizycznie, bo ręce miał żylaste i wyglądały na silne. Jego skóra miała odcień złocistego brązu, a krótka broda dodawała mu powagi. Pomyślałam, że przypomina trochę Travisa Fimmera w Wikingach. A umówmy się, wraz z moimi koleżankami oglądałyśmy ten serial głównie dla seksownych bohaterów.

– Nawet nie wiem, jak masz na imię – wypaliłam, przestępując z nogi na nogę. Nie czułam się swobodnie w jego obecności.

– Olaf. – Odwrócił się w moją stronę i dopiero teraz zauważyłam, że trzyma w dłoniach talerze z jedzeniem. – Gówniane imię. Jak bałwan z tej bajki Disneya. Matka miała specyficzny gust.

Uśmiechnęłam się. Było w tym postawnym, groźnie wyglądającym mężczyźnie coś rozbrajającego. Nawet gdy żartował, to marszczył brwi i robił srogą minę.

Nigdy nie gustowałam w tego typu facetach – z zarostem, dłuższymi włosami, w luźnych, rozmemłanych ubraniach. Tyle że ten stojący przede mną nie wyglądał na zaniedbanego, a raczej na takiego, który nie musi się starać, by wyglądać seksownie. Osiąga taki efekt nawet w spłowiałej bluzie i za luźnych bermudach. Nie potrzebuje drogich perfum i wyprasowanej koszulki polo od Lacoste, która swoją drogą jest tak pretensjonalna, że aż boli.

– A ty? – mruknął w moim kierunku, jakby poznanie mojego imienia nie było dla niego niczym ważnym.

– Kamila.

– Kamila… Ładnie. – W końcu na mnie spojrzał, a w jego ustach zabrzmiało to dziwnie miękko, niemal pieszczotliwie.

– A więc, Olafie, dlaczego mi pomogłeś? – zapytałam trochę onieśmielona. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, więc usiadłam na stojącym pod ścianą krześle.

– Pomógłbym każdemu, kto wchodzi do wody w sztorm. Naprawdę nie zauważyłaś czerwonej flagi?

– Przepraszam. Miałam dzisiaj trudny dzień. Chciałam po prostu iść nad morze i pozbierać myśli.

– Gdyby nie ja, to ciebie musieliby zbierać – mruknął, zaciskając usta w wąską linię.

– Przecież już ci podziękowałam. Co jeszcze mam zrobić, by wyrazić swoją wdzięczność, bohaterze? – Przewróciłam oczami.

– Jest jedna rzecz. – Uśmiechnął się zadziornie, a wzdłuż mojego kręgosłupa niespodziewanie przebiegł dreszcz.

Miałam wrażenie, że stojący przede mną mężczyzna na moment zrzucił obojętną maskę i stał się wesołym facetem, który ze mną flirtuje, lecz trwało to tylko chwilę. Nim zdążyłam mrugnąć, znów miał na twarzy grobową minę i patrzył na mnie nieprzeniknionym wzrokiem.

– Koniec gadania, czas na jedzenie. – Wskazał dwa talerze, które przed chwilą postawił na kuchennym blacie.

– Co to? – Podeszłam bliżej i przyjrzałam się potrawie.

 

– Turbot. Świeży, rano złowiony. Powszechnie nazywany flądrą, choć tak naprawdę to nazwa handlowa. – Olaf spojrzał na mnie z rozbawieniem. – No co tak marszczysz nos? Pewnie przywykłaś do homara i innych ekstrawagancji, co?

Zaśmiałam się gorzko, bo przypomniałam sobie, jak jeszcze kilka godzin temu razem z Piotrem jedliśmy homara i popijaliśmy go drogim winem. Byłam szczęśliwa, beztroska i kompletnie nieświadoma nadciągającej katastrofy. Zabawne, jak nieprzewidywalne potrafi być życie i znienacka dać ci w twarz akurat wtedy, gdy ty wyszczerzasz zęby w uśmiechu.

– Nie jestem rozkapryszoną paniusią, która nie zna smaku zwykłej ryby, jeśli o to ci chodzi. Wygląda bardzo apetycznie i chętnie zjem. Po prostu lubię wiedzieć, co mam na talerzu – wyjaśniłam i sięgnęłam po sztućce.

– W takim razie jedz już i nie gadaj.

Pokręciłam głową, gdy usłyszałam w jego głosie naganę. Co było nie tak z tym facetem?

– Rozumiem, że zostajesz na noc – rzucił po chwili, a ja omal nie zakrztusiłam się jedzeniem.

Obserwowałam, jak odstawia pusty talerz na kuchenny blat i podchodzi do okna. W szyby zacinał deszcz i powoli zapadał zmrok. Na samą myśl o tym, że w taką pogodę miałabym wyjść na zewnątrz, przeszły mnie dreszcze.

– Jestem dla ciebie kimś obcym. Naprawdę nie musisz…

– Nie muszę, ale chcę – wszedł mi w słowo, nadal wpatrzony w zawieruchę za oknem. – Nie traktuj tego w kategoriach jakiejś ogromnej przysługi. Nawet największego wroga nie wywaliłbym na zewnątrz w taką pogodę.

Zdziwiona uniosłam brwi. Okej, koleś dał mi jasno do zrozumienia, że pomaga mi raczej z poczucia przyzwoitości i nie mam się w tym doszukiwać żadnych zalążków przyjaźni ani dobrego serca. Nie musiał jednak mówić tego tak dosadnie.

– Jutro z samego rana mnie tu nie będzie. Prześpię się tylko, a potem pojadę na policję, zgłoszę kradzież. Może zadzwonię do matki. Wprawdzie jest teraz na Barbadosie, ale pewnie coś wymyśli. Albo nie… zadzwonię do Pauliny. To moja najlepsza przyjaciółka. Wyśle po mnie samochód i…

– I wrócisz do tego swojego wygodnego, luksusowego życia, co? – przerwał mi. Miałam wrażenie, że patrzy na mnie z rozbawieniem.

– O co ci chodzi? – Odstawiłam z brzdękiem talerz na blat.

Byłam na niego zła. Ciągle sugerował, że lubię się pławić w luksusach. Jakby to była moja wina, że rodzice mieli pieniądze i opłacili mi porządne studia, dzięki którym zdobyłam doskonale płatną posadę. Do wszystkiego doszłam uczciwie i nie miałam zamiaru kajać się tylko dlatego, że byłam bogatsza niż przeciętna Polka.

– O nic. Jesteś przecież na wakacjach i sądząc po wielkości walizki, przyjechałaś na minimum tydzień. Chociaż z wami, kobietami, nigdy nic nie wiadomo. Nie mam pojęcia, kto cię okradł, ale naprawdę tak chcesz to rozegrać? Przerwać urlop i wrócić do domu z samymi złymi wspomnieniami?

– Pewnie, że chętnie bym została, ale jakbyś zapomniał, Sherlocku, jestem spłukana i bez dachu nad głową. Nie mam nawet pieprzonego telefonu. Jak sobie to wyobrażasz? Że przez tydzień będę koczować na plaży i łowić ryby, by mieć co jeść?! – Uniosłam się, podczas gdy on był oazą spokoju.

– W sumie czemu nie. – Kąciki jego ust podjechały do góry.

– Słucham?!

– Człowiekowi nie potrzeba wiele, by się zrelaksować i wypocząć. To marketingowcy wmówili nam, że nie będziemy mieć udanych wakacji bez drogich drinków, dmuchanego flaminga i najnowszego iPhone’a.

– Aleś ty mądry… – wymamrotałam, ale on chyba udawał, że mnie nie słyszy.

– To, czego potrzebujesz do szczęścia, już masz. Widzisz to stąd i masz do tego kilkadziesiąt metrów. Morze. Przecież dla niego tutaj przyjechałaś, prawda? No, chyba że dla homara, luksusowych wycieczek jachtem i wypasionego hotelowego basenu.

Milczałam. To, co mówił, było tak proste i banalne, a jednak dotarło do mnie dopiero teraz. No i rozgryzł mnie. Moje urlopy zazwyczaj tak właśnie wyglądały – miało być bogato i wygodnie.

– Coś sugerujesz? – Spojrzałam na niego spode łba.

– Tylko tyle, że nie wytrzymałabyś nawet trzech dni na urlopie bez wygód. Bez telefonu, wielkiej wanny, apartamentu i drogiego jedzenia. A gwarantuję ci, że żadna z tych rzeczy nie jest ci potrzebna, by spędzić zajebisty urlop.

– Nie wytrzymałabym?! – Wzięłam się pod boki. Koleś miał talent – ledwo mnie znał, a już popisowo doprowadzał mnie do szału. – Oczywiście, że bym wytrzymała!

– Jaaasne. Jeden dzień.

– Trzy dni na pewno! Co ja mówię, tydzień! Wytrzymam tydzień!

Nie miałam pojęcia, czy Olaf prowokował mnie specjalnie, ale trafił w czuły punkt. Byłam ambitna i niezbyt odporna na krytykę. Jeśli ktoś mówił, że czegoś nie potrafię, stawałam na głowie, by udowodnić mu, jak bardzo się myli.

– Nie bądź śmieszna. Pewnie nie jesteś przyzwyczajona do jedzenia byle czego i spania byle gdzie.

– Mogłabym się nauczyć… To znaczy, gdybym miała jakiś bezpieczny nocleg, reszta nie byłaby problemem. – Spojrzałam mu wyzywająco w oczy.

– Serio? Nawet bez twoich złotych kart kredytowych, iPhone’a i fotek na Instagram? – Powątpiewając, uniósł brew.

– Nie ironizuj i traktuj mnie poważnie – warknęłam. – I nie rób ze mnie drugiej Paris Hilton.

– Okej, w takim razie zostajesz.

– Słucham?!

– Sama powiedziałaś, że mam traktować cię poważnie, no więc mówię ci, że zostajesz. Potraktuj to jako wyzwanie albo zakład.

Pokręciłam głową, bo nadal nie rozumiałam, o co mu chodzi.

– Możesz tutaj mieszkać, cieszyć się bliskością morza i urlopem. Ale musisz zrezygnować z wszelkich wygód typu telefon. Zresztą to nie problem, bo i tak go nie masz. Poza tym odpuścisz media społecznościowe, drogie jedzenie i jeszcze droższe rozrywki. Spędzisz urlop bez karty kredytowej i bez internetu. Przez trzy dni. Idę o zakład, że nie wytrzymasz nawet jednego.

– Mówisz poważnie? – Brzmiałam jak idiotka, ale musiałam się upewnić, czy on naprawdę proponował mi to, co właśnie powiedział.

– Najpoważniej na świecie. – Zrobił surową minę. – Możesz zadzwonić do banku, do matki czy koleżanki, szybko zdobyć gotówkę, potem zameldować się w luksusowym hotelu. Ale zastanów się, czy naprawdę tak chcesz spędzić swój urlop.

– Nie wiem. Tak jest prosto i przyjemnie. Nigdy nie spędzałam wakacji inaczej – wyjaśniłam. Nie mogłam przestać się gapić na te jego niebieskie oczy.

– Proste przyjemności, za które wystarczy zapłacić, nie cieszą i nie dają takiej satysfakcji, jak te, o które musisz się trochę postarać.

– To jakiś cytat z Paulo Coehlo czy sam to wymyśliłeś? – zapytałam, nie kryjąc sarkazmu.

– Wytłumaczę ci to obrazowo – powiedział, robiąc szelmowską minę. – Gdybyś pozwoliła mi się przelecieć tutaj i teraz, powiedzmy w podzięce za uratowanie życia, moja przyjemność byłaby duża, ale krótkotrwała. Z kolei gdybyś dała mi się przelecieć dopiero za kilka dni, po moich długich staraniach i próbach zdobycia cię, moja przyjemność byłaby o wiele większa, tak samo jak satysfakcja z tego, że mi się udało.

Patrzyłam na niego osłupiała i zastanawiałam się, czy ryba, którą zjadł, nie była przypadkiem nafaszerowana grzybami halucynogennymi. Ten facet gadał od rzeczy.

– Okej, wybacz, jeśli cię przestraszyłem. Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zemdleć – zaczął się tłumaczyć. – Nie chcę cię przelecieć. To był tylko przykład.

– Nie musisz podawać mi TAKICH przykładów – wysyczałam. – Doskonale cię zrozumiałam. Mam żyć tak jak ty – jak pustelnik, bez nowych technologii, pieniędzy i dobrego żarcia. Za to z gapieniem się na morze, medytacjami i tantrycznym seksem.

– Bez przesady, nie żyję jak pustelnik. Chociaż ten seks tantryczny brzmi całkiem nieźle. – Uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana. – Wierz mi lub nie, ale mam telefon, chociaż używam go tylko do rozmów. Z internetu też korzystam, ale z rozsądkiem. Proponuję ci układ…

– I to pewnie nie bezinteresowny…

– Nie przerywaj mi, tylko posłuchaj. Po prostu spróbuj żyć tak jak ja. Z kilkoma niezbędnymi rzeczami i drobnymi w kieszeni. Ugotuj obiad z resztek znalezionych w lodówce, zamiast wydać dwie stówy w knajpie. Idź rano na plażę podziwiać wschód słońca, zamiast wylegiwać się nad wypasionym basenem. Trzy dni. Później zadecydujesz, który rodzaj wypoczynku bardziej ci odpowiada.

– No przecież to nic trudnego. Mnóstwo ludzi tak odpoczywa. – Celowo zrobiłam znudzoną minę.