ProcesTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Proces
Proces
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 31,89  25,51 
Proces
Proces
E-book
16,80 
Szczegóły
Proces
Proces
Audiobook
Czyta Michał Białecki
19,90  14,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Zirytowany przemierzał pokój tam i z powrotem, w czym mu nikt nie przeszkadzał, podciągnął mankiety, obmacał sobie pierś, przygładził włosy, przeszedł obok trzech mężczyzn, powiedział:

– Ależ to nie ma sensu – na co się odwrócili i popatrzyli na niego życzliwie, ale z powagą, a on wreszcie zatrzymał się przy stole nadzorcy. – Prokurator Hasterer jest moim dobrym przyjacielem – rzekł – czy mogę do niego zatelefonować?

– Oczywiście – powiedział nadzorca – tylko nie wiem, jaki to miałoby sens? Chyba że ma pan z nim omówić jakąś prywatną sprawę.

– Jaki sens? – zawołał K. bardziej zdumiony niż rozgniewany. – Ależ kto pan jest? Pan chce widzieć sens, a dopuszcza się największego bezsensu. To doprawdy może przyprawić o rozpacz. Ci panowie najpierw mnie napadli, a teraz siedzą i stoją naokoło i każą mi popisywać się przed panem. Jaki to ma sens telefonować do prokuratora, gdy jestem rzekomo aresztowany? Dobrze, nie będę telefonował.

– Ależ proszę – powiedział nadzorca i wskazał ręką na przedpokój, gdzie był telefon. – Proszę, może pan zatelefonować.

– Nie, już teraz nie chcę – rzekł K. i podszedł do okna.

Naprzeciw całe towarzystwo stało jeszcze u okna i tylko jego zbliżenie się zmieszało nieco obserwatorów. Starzy chcieli się podnieść, lecz znajdujący się za nimi człowiek uspokoił ich.

– Tam są także tacy widzowie! – zawołał K. całkiem głośno do nadzorcy i pokazał ich palcem wskazującym. – Precz stąd! – krzyknął potem do nich.

Wszyscy troje zaraz się też cofnęli o kilka kroków, oboje starzy nawet jeszcze za mężczyznę, który zasłonił ich swoim szerokim ciałem i wnosząc z ruchu ust, mówił coś niezrozumiałego na odległość. Całkiem jednak nie zniknęli, lecz zdawali się czekać na sposobność, kiedy będą mogli znowu zbliżyć się do okna.

– Natrętni, niewychowani ludzie! – powiedział K., odwracając się od okna. Nadzorca prawdopodobnie zgadzał się z nim, co K. stwierdził, jak mu się zdawało, spojrzeniem z ukosa. Ale równie dobrze mógł niczego nie słyszeć, gdyż jedną rękę silnie przycisnął do stołu i był widocznie zajęty porównywaniem długości palców. Obaj strażnicy siedzieli na kufrze przykrytym ozdobną kapą i tarli sobie kolana. Trzej młodzi ludzie wsparli się rękoma o biodra i patrzyli wokół bez celu. Było cicho jak w jakimś opustoszałym biurze.

– A więc, moi panowie! – zawołał K. i przez chwilę było mu tak ciężko, jakby dźwigał ich wszystkich na barkach. – Sądząc z zachowania się panów, moja sprawa jest chyba zakończona. Jestem zdania, że najlepiej będzie nie mówić więcej o słuszności czy niesłuszności waszego postępowania i zakończyć rzecz pojednawczo przez wzajemny uścisk dłoni. Jeśli i pan jest tego zdania, to proszę.

K. przystąpił do stołu nadzorcy i wyciągnął rękę. Wciąż jeszcze przypuszczał, że nadzorca ujmie ją, ale ten wstał, wziął okrągły, twardy kapelusz, który leżał na łóżku panny Bürstner, i obiema rękami nasadził go sobie ostrożnie na głowę, jak to się robi zwykle przy przymiarce nowych kapeluszy.

– Jak proste wydaje się panu wszystko – mówił przy tym do K. – Więc mamy sprawę zakończyć ugodowo, myśli pan? Nie, nie, to doprawdy niemożliwe. Z drugiej strony, nie chcę przez to wcale powiedzieć, że powinien pan zwątpić. Nie, dlaczegóż by? Pan jest tylko aresztowany, nic więcej. Miałem to panu oznajmić, zrobiłem to i widziałem także, jak pan to przyjął. Na tym na dzisiaj dość i możemy się pożegnać, zresztą tylko na razie. Przypuszczam, że zechce pan teraz pójść do banku.

– Do banku? – spytał K. – Sądziłem, że jestem aresztowany. – K. pytał z pewną przekorą. Mimo że jego ręka nie została przyjęta, czuł się coraz bardziej niezależnym od wszystkich tych ludzi, zwłaszcza odkąd nadzorca się podniósł. Igrał teraz z nimi. Miał zamiar, na wypadek jeśli odejdą, zbiec za nim aż do bramy i zaofiarować im swoje aresztowanie. Dlatego powtórzył jeszcze: – Jak mogę pójść do banku, skoro jestem aresztowany?

– Ach tak – rzekł nadzorca już w drzwiach – pan mnie źle zrozumiał. Pan jest aresztowany, pewnie, ale nie powinno to panu przeszkadzać w wykonywaniu zawodu. I nie powinno to również wpłynąć na codzienny tryb pańskiego życia.

– W takim razie nie jest tak straszną rzeczą być aresztowanym – powiedział K. i przystąpił blisko do nadzorcy.

– Nigdy nie byłem innego zdania – odpowiedział nadzorca.

– Wobec tego zdaje mi się, że i zawiadomienie mnie o uwięzieniu nie było tak bardzo konieczne – rzekł K. i podszedł jeszcze bliżej. Także i inni się zbliżyli. Wszyscy zebrali się teraz w jednym miejscu przy drzwiach.

– To było moim obowiązkiem – rzekł nadzorca.

– Głupi obowiązek – powiedział K. nieustępliwie.

– Być może – odpowiedział nadzorca – ale szkoda tracić czas na takie rozmowy. Przypuszczałem, że chce pan pójść do banku. A ponieważ pan zważa na każde słowo, dodam: nie zmuszam pana, przypuszczałem tylko, że pan sam zechce pójść do banku. Chcąc zaś panu ułatwić powrót, o ile możności bez zwrócenia uwagi, trzymałem tu w pogotowiu tych trzech panów, pańskich kolegów.

– Jak to?! – zawołał K. i popatrzył na nich ze zdziwieniem. Ci tak mało charakterystyczni, anemiczni młodzi ludzie, których zachował w pamięci tylko jako grupę koło fotografii, byli rzeczywiście urzędnikami jego banku, co prawda nie kolegami, to już była przesada, dowodząca luki we wszechwiedzy nadzorcy, bądź co bądź byli niższymi urzędnikami. Jak mógł K. to przeoczyć? Jak musiała być pochłonięta jego uwaga strażnikami i nadzorcą, że nawet nie poznał tych trzech! Sztywnego,wywijającego rękami Rabensteinera, blondyna Kullicha z głęboko osadzonymi oczyma oraz Kaminera z jego nieznośnym grymasem; uśmiechem wywoływanym przez chroniczny skurcz mięśnia.

– Dzień dobry! – rzekł po chwili K. i podał rękę trzem panom, którzy poprawnie się ukłonili. – Zupełnie panów nie poznałem. Idziemy więc do roboty?

Panowie skinęli z uśmiechem, skwapliwie, jakby przez cały czas tylko na to czekali, i gdy K. oglądał się za kapeluszem, który został w jego pokoju, wszyscy trzej rzucili się na poszukiwanie, jeden za drugim, co wskazywało jednak na pewne zakłopotanie. K. stał spokojnie i patrzył za nimi przez dwoje otwartych drzwi. Ostatnim był naturalnie obojętny na wszystko Rabensteiner, który zamachnął się tylko z elegancją do biegu. Kaminer podał kapelusz i K. musiał wyraźnie stwierdzić, na co już w banku nieraz zwrócił uwagę, że uśmiech Kaminera nie pochodził z rozmysłu, co więcej, że nie mógł on w ogóle nigdy śmiać się umyślnie. W przedpokoju otworzyła drzwi całemu towarzystwu pani Grubach, która wcale nie wyglądała na osobę poczuwającą się bardzo do winy, i K. spojrzał, jak zazwyczaj, na szelki jej fartucha, które tak niepotrzebnie głęboko wrzynały się w jej potężne ciało. Na dole K., spojrzawszy na zegarek, postanowił wziąć auto, aby nie powiększać zbytecznie już i tak półgodzinnego opóźnienia. Kaminer pobiegł na róg po auto, tamci dwaj najwyraźniej starali się K. zabawiać, gdy nagle Kullich wskazał bramę kamienicy z przeciwka, bramę, w której właśnie pojawił się ów wysoki mężczyzna z jasną, ostrą bródką i jakby w pierwszej chwili nieco zmieszany tym, że ukazał się teraz w całej swej wielkości, cofnął się do ściany i oparł się o nią. Starzy z pewnością byli jeszcze na schodach. K. gniewało, że Kullich zwrócił jego uwagę na tego człowieka, którego już sam przedtem zauważył, ba, którego nawet oczekiwał.

– Proszę tam nie patrzeć! – wybuchnął, nie spostrzegając, jak dziwaczne było takie odezwanie się do dorosłych ludzi. Ale nie potrzebował się tłumaczyć, gdyż właśnie zajechało auto, wsiedli i pojechali. Wtem przypomniał sobie K., że wcale nie zauważył wyjścia strażników i nadzorcy. Nadzorca zasłonił mu trzech urzędników, a ci znowu teraz nadzorcę. Nie było to dowodem wielkiej przytomności umysłu i K. postanowił dokładniej się pod tym względem obserwować. Mimo to raz jeszcze odwrócił się mimo woli i wychylił poza oparcie tylnego siedzenia, aby może zobaczyć jeszcze nadzorcę i strażników. Ale zaraz znowu się wyprostował, oparł się wygodnie w kącie auta, nie starając się już nikogo szukać. Wbrew wszelkim pozorom potrzebował właśnie teraz otuchy, ale panowie wydawali się znużeni. Rabensteiner patrzył z auta w prawo, Kullich w lewo, pozostawał tylko szczerzący zęby Kaminer, z którego śmiać się zabraniało niestety ludzkie miłosierdzie.

Tej wiosny zwykł był K. spędzać wieczory w ten sposób, że po pracy, jeśli to jeszcze było możliwe – siedział w biurze przeważnie do dziewiątej godziny – szedł na przechadzkę, sam lub z urzędnikami, a później wstępował do piwiarni, gdzie zasiadał przy jednym stole ze starszymi przeważnie panami, zazwyczaj do godziny jedenastej. Zdarzały się jednak odstępstwa od takiego rozkładu dnia, jeśli dyrektor banku, który wysoko cenił K. jako zdolnego pracownika i człowieka godnego zaufania, zaprosił go na przejażdżkę automobilem lub do swej willi na kolację. Oprócz tego raz w tygodniu odwiedzał K. pewną dziewczynę imieniem Elza, która przez całą noc do późnego rana była zajęta jako kelnerka w winiarni, a w dzień przyjmowała wizyty, leżąc w łóżku.

Lecz tego wieczoru – dzień zbiegł szybko na natężonej pracy i na wielu życzeniach urodzinowych, serdecznych i pełnych czci – K. chciał natychmiast pójść do domu. W ciągu wszystkich krótkich przerw w pracy dziennej myślał o tym, nie zdając sobie dokładnie sprawy ze swoich myśli, miał wrażenie, że wypadki ranne spowodowały wielki nieporządek w całym mieszkaniu pani Grubach i że właśnie jego obecność jest niezbędna do przywrócenia porządku. Jeśli raz porządek zostanie przywrócony, zniknie wszelki ślad tych zdarzeń i wszystko wróci do swego starego trybu. Zwłaszcza nie należało bać się niczego ze strony owych trzech urzędników, którzy włączyli się z powrotem w wielką machinę urzędniczą banku i nie można było dostrzec, aby się zmienili. K. nieraz przywoływał ich do swego biura, pojedynczo i razem, tylko w tym celu, by ich obserwować, i za każdym razem odprawiał ich uspokojony.

 

Gdy o wpół do dziesiątej wieczór przyszedł do domu, gdzie mieszkał, spotkał w bramie wyrostka, który stał, rozkraczywszy nogi i palił fajkę.

– Kto pan jest? – spytał natychmiast K. i zbliżył swoją twarz do twarzy chłopaka: w mroku sieni nie było widać dokładnie.

– Jestem synem stróża, proszę wielmożnego pana – odpowiedział chłopak, wyjął fajkę z ust i usunął się na bok.

– Synem stróża? – spytał K. i stuknął niecierpliwie laską o podłogę.

– Wielmożny pan sobie czegoś życzy? Czy mam pójść po ojca?

– Nie, nie – odparł K., w głosie jego brzmiało coś jak przebaczenie, jak gdyby chłopak zrobił coś złego, ale on mu przebacza. – Już dobrze – rzekł i poszedł dalej, lecz nim wstąpił na schody, jeszcze raz się obejrzał.

Mógł pójść wprost do swego pokoju, ponieważ jednak chciał pomówić z panią Grubach, od razu zapukał do jej drzwi. Siedziała z pończochą na drutach przy stole, na którym leżał jeszcze cały stos starych pończoch. K. usprawiedliwiał się z roztargnieniem z powodu późnej pory, ale pani Grubach była bardzo uprzejma i nie chciała słuchać jego usprawiedliwień; jemu, mówiła, służy rozmowa o każdej porze, wie przecież, że jest jej najlepszym i najsympatyczniejszym lokatorem. K. rozejrzał się po pokoju, znowu wszystko wróciło do dawnego stanu, naczynia od śniadania, które rano stały na stoliku przy oknie, były już także uprzątnięte. „Ręka kobieca potrafi w cichości wiele zdziałać”, pomyślał, on by pewnie prędzej stłukł filiżanki, aniżeli je wyniósł. Popatrzył na panią Grubach z odcieniem wdzięczności.

– Dlaczego pani jeszcze tak późno pracuje? – spytał.

Siedzieli razem przy stole, a K. zanurzał od czasu do czasu ręce w pończochy.

– Mam wiele roboty – rzekła – dzień mój należy do lokatorów; jeśli chcę doprowadzić moje rzeczy do porządku, zostają mi tylko wieczory.

– A dzisiaj pewnie przysporzyłem pani jeszcze dodatkowej pracy?

– W jaki sposób? – spytała z ożywieniem, odkładając robotę na kolana.

– Mam na myśli tych ludzi, którzy tu byli dziś rano.

– Ach, tak – rzekła i znowu zapadła w swój zwykły spokój. – To mi nie przyczyniło wiele roboty.

K. przypatrywał się w milczeniu, jak wzięła z powrotem do rąk pończochę. „Wygląda, jakby była zdziwiona, że ja o tym mówię – myślał – uważa za niewłaściwe wszczynanie rozmowy o tym. Tym bardziej powinienem to zrobić, tylko ze starą kobietą mogę o tym mówić”.

– A jednak przyczyniło to na pewno pracy – powiedział potem – ale to już się nie powtórzy.

– Nie, to już nie może się powtórzyć – zapewniła i uśmiechnęła się do K. prawie boleśnie.

– Myśli pani to poważnie? – spytał K.

– Tak – rzekła ciszej – ale przede wszystkim nie powinien się pan tym zbytnio przejmować. Nie takie rzeczy dzieją się na świecie! Ponieważ pan ze mną z takim zaufaniem rozmawia, drogi panie, mogę panu wyznać, że podsłuchiwałam trochę pod drzwiami i że obaj strażnicy powiedzieli mi to i owo. Przecież tu chodzi o pańskie szczęście, a ono mi rzeczywiście leży na sercu, więcej, niż mi przystoi, bo przecież jestem tylko pana gospodynią. A więc słyszałam coś niecoś, ale nie mogę powiedzieć, żeby to było coś bardzo złego. Nie. Pan jest wprawdzie aresztowany, lecz nie tak, jak to bywa aresztowany złodziej. Jeśli się aresztuje złodzieja, wówczas jest źle, ale takie aresztowanie... Wydaje mi się, że jest to jakby coś uczonego – pan wybaczy, jeśli mówię coś głupiego – otóż wydaje mi się, że jest to jakby coś uczonego, czego wprawdzie nie rozumiem, ale czego się też nie musi rozumieć.

– To wcale niegłupie, co pani powiedziała, pani Grubach, i ja jestem po części pani zdania, tylko osądzam to wszystko jeszcze ostrzej niż pani i uważam to po prostu już nie za coś uczonego nawet, lecz w ogóle za nic. Zostałem znienacka napadnięty, oto wszystko. Gdybym zaraz po przebudzeniu się wstał, nie dając się zbić z tropu nieobecnością Anny i bez względu na kogokolwiek, kto by mi zaszedł drogę, udał się do pani, gdybym po prostu zjadł tym razem wyjątkowo śniadanie w kuchni, kazał sobie przynieść ubranie z mego pokoju, słowem, gdybym postępował rozsądnie, nic by się w ogóle nie było stało i wszystko, co później zaszło, zostałoby w zarodku stłumione. Ale człowiek tak mało jest przygotowany na to, co się może zdarzyć. W banku na przykład jestem przygotowany, wykluczone, aby mogło mnie tam spotkać coś podobnego. Tam mam własnego woźnego, telefon miejski i biurowy stoją przede mną na stole, przychodzą ludzie, strony i urzędnicy, a poza tym i przede wszystkim mam tam ustawicznie kontakt z pracą, dlatego zachowuję przytomność umysłu i wprost sprawiłoby mi przyjemność znaleźć się tam w podobnej sytuacji. Teraz wszystko już minęło i właściwie nie chciałem już nawet o tym mówić, chciałem tylko usłyszeć sąd pani, sąd kobiety rozumnej, i jestem zadowolony, że się zgadzamy. Ale teraz musi mi pani podać rękę, taka zgoda musi być podkreślona uściskiem dłoni.

„Czy poda mi rękę? Nadzorca nie podał mi jej” – myślał i patrzył na kobietę inaczej niż przedtem, badawczo. Wstała, bo on wstał, była lekko zmieszana, gdyż nie wszystko, co K. powiedział, wydało jej się zrozumiałe. Wskutek zmieszania powiedziała jednak coś, czego zupełnie nie chciała i co nie było na miejscu.

– Niech pan sobie tego nie bierze tak bardzo do serca, drogi panie – rzekła, w głosie miała łzy i naturalnie zapomniała mu podać rękę.

– Nie przypuszczałbym, że tak to sobie wezmę do serca – rzekł K. nagle znużony, widząc bezwartościowość wszystkich przytakiwań tej kobiety.

W drzwiach zapytał jeszcze:

– Panna Bürstner jest w domu?

– Nie – odparła pani Grubach i uśmiechnęła się przy tej suchej informacji ze spóźnionym, ugrzecznionym żalem – jest w teatrze. Czy pan sobie od niej czegoś życzy? Może ja to mogę z nią załatwić?

– Drobnostka, chciałem zamienić z nią tylko parę słów.

– Niestety nie wiem, kiedy przyjdzie, gdy jest w teatrze, wraca zwykle późno.

– To przecież całkiem obojętne – rzekł K. i już ze spuszczoną głową odwrócił się ku drzwiom, aby odejść. – Chciałem się tylko przed nią usprawiedliwić, że zająłem dzisiaj jej pokój.

– To zbyteczne, drogi panie, pan jest zbyt uprzejmy, panna Bürstner przecież o niczym nie wie, od wczesnego ranka nie była w domu, a i tak jest już wszystko doprowadzone do ładu, sam pan widzi – i otworzyła drzwi do pokoju panny Bürstner.

– Dziękuję, wierzę – rzekł K., podszedł jednak do otwartych drzwi.

Księżyc oświecał ciemny pokój cichym światłem. O ile można było widzieć, wszystko rzeczywiście było na swoim miejscu, nawet bluzka nie wisiała już na klamce okna. Dziwnie wysokie wydawały się poduszki na łóżku, leżały częściowo w poświacie księżyca.

– Panna Bürstner przychodzi często późno do domu – rzekł K. i popatrzył na panią Grubach, jak gdyby ona za to ponosiła odpowiedzialność.

– Jak to zazwyczaj młodzi ludzie – odrzekła usprawiedliwiająco pani Grubach.

– Pewnie, pewnie – rzekł K. – ale można przebrać miarę.

– Można – odpowiedziała pani Grubach – jak bardzo ma pan rację! Może nawet w tym wypadku. Nie chcę oczerniać panny Bürstner, jest to dobra, miła dziewczyna, uprzejma, staranna, punktualna, pracowita, wszystko to bardzo cenię, ale powinna być naprawdę dumniejsza i bardziej nieprzystępna. Już dwa razy widziałam ją w tym miesiącu na odległych ulicach i za każdym razem z jakimś innym mężczyzną. Strasznie mi nieprzyjemnie, ale, dalibóg, mówię to tylko panu, inna rzecz, że będę jednak zmuszona pomówić o tym i z samą panną Bürstner. Zresztą nie tylko to stawia mi ją w podejrzanym świetle.

– Pani jest na całkiem fałszywej drodze – rzekł K. wściekły i prawie nie umiejąc się pohamować – zresztą pani widocznie zrozumiała też źle moją uwagę o pannie Bürstner, wcale nie o tym myślałem. Nawet otwarcie ostrzegam panią przed powiedzeniem najmniejszego słówka pannie Bürstner, pani jest całkowicie w błędzie, znam pannę Bürstner bardzo dobrze i nic z tego, co pani powiedziała, nie jest prawdą. Zresztą, może posuwam się za daleko, nie wstrzymuję pani, może jej pani powiedzieć, co pani chce. Dobranoc.

– Panie K. – odezwała się błagalnie pani Grubach i pospieszyła za nim aż do jego drzwi, które już otworzył. – Wcale nie chcę jeszcze z nią mówić, chcę ją naturalnie tymczasem dalej obserwować, tylko z panem podzieliłam się moimi spostrzeżeniami. Ostatecznie leży to w interesie każdego lokatora, jeśli dbam o dobrą reputację pensjonatu, nic innego nie było moim zamiarem.

– Dobra reputacja! – zawołał K. jeszcze przez szparę drzwi. – Jeśli pani chce utrzymać dobrą reputację pensjonatu, powinna pani mnie pierwszemu wypowiedzieć! – Po czym zatrzasnął drzwi, nie zwracając już uwagi na ciche pukanie.

Ponieważ jednak nie miał ochoty do spania, postanowił czuwać i przy tej sposobności zbadać, kiedy przyjdzie panna Bürstner. Może wówczas uda się, choćby to nawet było niewłaściwe, zamienić z nią parę słów. Gdy siedział przy oknie i przymknął zmęczone oczy, myślał nawet chwilę o tym, by ukarać panią Grubach, namówić pannę Bürstner i wspólnie z nią wypowiedzieć mieszkanie. Ale natychmiast wydało mu się to straszliwą przesadą, podejrzewano by wprost, że chodzi mu o zamianę mieszkania z powodu rannych wydarzeń. Nie byłoby nic głupszego, myślał, a przede wszystkim bardziej bezcelowego i podłego.

Gdy mu się uprzykrzyło wyglądanie na pustą ulicę, położył się na kanapie, uchyliwszy poprzednio drzwi na korytarz, by móc widzieć z kanapy każdego, kto wchodzi do mieszkania. Mniej więcej do jedenastej godziny leżał cicho, paląc cygaro. Od tej chwili jednak nie mógł już wytrzymać u siebie i wszedł do przedpokoju, jak gdyby mógł tym przyspieszyć przyjście panny Bürstner. Wcale mu na niej tak bardzo nie zależało, nawet nie mógł sobie przypomnieć, jak wygląda, ale chciał z nią mówić i drażniło go, że przez późny powrót i ona nawet wnosi jeszcze na zakończenie tego dnia nieład i niepokój. Ona była również winna, że nic dziś wieczorem nie jadł i poniechał zamierzonej wizyty u Elzy. I jedno, i drugie dałoby się jeszcze naprawić przez pójście do lokalu, w którym była zajęta Elza. Chciał to uczynić później, po rozmowie z panną Bürstner.

Minęło pół do dwunastej, gdy posłyszał czyjeś kroki na klatce schodowej. K., który cały czas puszczał wodze swym myślom i w przedpokoju jak we własnym mieszkaniu chodził głośno tam i z powrotem, schronił się za drzwi swego pokoju. To wróciła panna Bürstner. Przy zamykaniu drzwi, drżąc z zimna, naciągała jedwabny szal na wąskie ramiona. K. wiedział, że za chwilę wejdzie do swego pokoju, do którego naturalnie w nocy nie mógl wtargnąć, musiał więc teraz do niej przemówić, ale na nieszczęście zapomniał zapalić w swoim pokoju światło, przez co jego wyjście z ciemnej głębi pokoju mogło wyglądać na napad, co najmniej zaś musiało mocno przestraszyć. Bezradny i nie mogąc tracić ani chwili czasu, szepnął przez uchylone drzwi:

– Proszę pani. – Brzmiało to jak prośba, nie jak wołanie.

– Czy tu ktoś jest? – spytała panna Bürstner i obejrzała się zdziwiona.

– To ja – rzekł K. i zbliżył się.

– Ach, pan K.! – rzekła panna Bürstner, uśmiechając się. – Dobry wieczór – i podała mu rękę.

– Pragnąłbym z panią zamienić kilka słów, czy pozwoli pani teraz?

– Teraz? – spytała panna Bürstner. – Czy musi to być teraz? To chyba trochę dziwne.

– Czekam już na panią od dziewiątej godziny.

– No tak, byłam w teatrze i nic o panu nie wiedziałam.

– Przyczyna, dla której pragnę z panią pomówić, zaszła dopiero dziś rano.

– No cóż. W takim razie nie mam zasadniczo nic przeciwko temu, chyba to tylko, że padam wprost ze zmęczenia. Więc proszę na kilka minut do mego pokoju. Tu w żadnym razie nie możemy rozmawiać, obudzimy przecież wszystkich, a to byłoby mi bardziej jeszcze nieprzyjemne ze względu na nas niż na ludzi. Proszę poczekać, aż zaświecę u siebie, a potem zgasić światło tu. – K. wykonał to polecenie, następnie czekał jeszcze, aż go panna Bürstner cicho wezwała do swego pokoju.

– Proszę usiąść – rzekła i wskazała na otomanę, ale sama mimo zmęczenia, na które się uskarżała, stała oparta o poręcz łóżka; nie zdjęła nawet swego małego, ale przeładowanego kwiatami kapelusza. – Więc o co panu chodzi? Jestem rzeczywiście ciekawa. – Skrzyżowała lekko nogi.

– Pani może powie – zaczął K. – że sprawa nie była aż tak nagląca, by ją teraz omawiać, ale...

– Wstępy puszczam zawsze mimo uszu – rzekła panna Bürstner.

– To ułatwia moje zadanie – rzekł K. – Pani pokój był dziś rano, do pewnego stopnia z mojej winy, trochę w nieładzie, zrobili to obcy ludzie wbrew mojej woli, a jednak, jak powiedziałem, z mojej winy; chciałem prosić o wybaczenie.

 

– Mój pokój? – spytała panna Bürstner i zamiast na pokój popatrzyła badawczo na K.

– Tak jest – rzekł K. i spojrzeli sobie oboje po raz pierwszy w oczy. – Sposób, w jaki to się stało, niewart słów.

– Ale właśnie to jest ciekawe – rzekła panna Bürstner.

– Nie – powiedział K.

– Wobec tego – rzekła panna Bürstner – nie chcę wdzierać się w cudze tajemnice; skoro obstaje pan przy tym, że to nic ciekawego, to i ja nie będę temu przeczyła. A wybaczam tym chętniej, że nie widzę ani śladu nieporządku. – Położyła ręce płasko na biodrach i przeszła się po pokoju. Zatrzymała się przy macie z fotografiami. – Niech pan patrzy – zawołała – moje fotografie są rzeczywiście poprzewieszane. To bardzo nieładnie. A więc jednak był ktoś niepowołany w moim pokoju.

K. skinął głową i przeklinał w duchu Kaminera, tego urzędniczynę, który nigdy nie umiał pohamować swej głupiej, bezmyślnej ruchliwości.

– Dziwne – rzekła panna Bürstner – że jestem zmuszona zabronić panu tego, czego pan sobie sam powinien był zakazać, mianowicie wchodzenia do mego pokoju w czasie mojej nieobecności.

– Wyjaśniłem przecież pani – rzekł K. i podszedł także do fotografii – że to nie ja dopuściłem się tego przekroczenia, ale ponieważ pani mi nie wierzy, muszę wyznać, że komisja śledcza sprowadziła trzech urzędników bankowych, a z tych jeden, którego przy najbliższej sposobności usunę z banku, dotykał prawdopodobnie fotografii. Tak, była tu komisja śledcza – dodał K., ponieważ panna Bürstner patrzyła na niego pytającym wzrokiem.

– W pańskiej sprawie? – spytała panna Bürstner.

– Tak – odpowiedział K.

– Niemożliwe! – zawołała panna Bürstner i roześmiała się.

– A jednak – rzekł K. – czy sądzi pani, że jestem niewinny?

– No, niewinny... – powiedziała – nie chcę tak z miejsca wydawać sądu, może brzemiennego w skutki, zresztą nie znam pana przecież, w każdym razie trzeba by już być ciężkim zbrodniarzem, aby ściągać zaraz na kark komisję śledczą. Ponieważ jest pan jednak wolny – a przynajmniej z pańskiego spokoju wnoszę, że pan nie zbiegł z więzienia – nie mógł się pan dopuścić żadnej zbrodni.

– Tak – rzekł K. – ale komisja śledcza mogła przecież uznać, że jestem niewinny albo nie tak winny, jak przypuszczała.

– Pewnie, to być może – rzekła panna Bürstner bardzo uważnie.

– Widzi pani – powiedział K. – pani nie ma wiele doświadczenia w sprawach sądowych.

– Nie, nie mam – rzekła panna Bürstner – już nieraz tego żałowałam, bo chciałabym wiedzieć wszystko, a właśnie sprawy sądowe niezwykle mnie interesują. Sąd ma jakąś dziwną siłę atrakcyjną, prawda? Ale na pewno uzupełnię moje wiadomości w tym kierunku, bo w przyszłym miesiącu wstępuję jako siła kancelaryjna do biura adwokata.

– To bardzo dobrze – rzekł K. – będzie mi pani mogła pomóc w moim procesie.

– Być może – rzekła panna Bürstner – owszem, lubię stosować moje wiadomości w praktyce.

– Ja też myślę o tym całkiem poważnie – rzekł K. – a przynajmniej na wpół poważnie, jak i pani. Aby wziąć adwokata, na to sprawa jest zbyt błaha, ale doradca bardzo mi się przyda.

– Tak, lecz jeśli ja mam być doradcą, muszę wiedzieć, o co chodzi – rzekła panna Bürstner.

– W tym sęk – rzekł K. – iż sam tego nie wiem.

– Więc pan sobie zażartował ze mnie – rzekła panna Bürstner rozczarowana. – Było całkiem zbyteczne wybierać sobie na to tak późną porę. – I odeszła od fotografii, gdzie tak długo razem stali.

– Ależ, droga pani – rzekł K. – bynajmniej nie żartuję. Że też pani nie chce mi wierzyć! To, co wiem, powiedziałem już pani. Nawet więcej, niż wiem, bo to nie była komisja śledcza, tylko ja ją tak nazwałem, gdyż nie wiem, jak ją nazwać inaczej. Nie było śledztwa, zostałem tylko aresztowany, ale przez komisję.

Panna Bürstner siedziała na otomanie i znowu się roześmiała.

– Więc jak to było? – spytała.

– Okropnie – rzekł K., ale już nie myślał o tym, zupełnie porwany widokiem panny Bürstner, która oparła głowę na jednej ręce – łokieć spoczywał na poduszce otomany – podczas gdy drugą rękę powoli przesuwała po biodrze.

– Marny dowcip – rzekła panna Bürstner.

– Jaki dowcip? – spytał K. Zaraz jednak przypomniał sobie, o czym była mowa, i zapytał: – Mam pani pokazać, jak to było? – Chciał wykonać ruch, a przecież nie odchodzić od niej.

– Jestem już zmęczona – rzekła panna Bürstner.

– Pani przyszła tak późno – powiedział K.

– Więc na koniec spotykam się jeszcze z wyrzutami, ale też słusznie, bo nie powinnam była wpuścić tu pana. Jak się okazało, nie było to wcale konieczne.

– Było konieczne, teraz dopiero pani to zobaczy – rzekł K. – Czy mogę odsunąć stolik nocny od pani łóżka?

– Cóż panu wpadło do głowy? – spytała panna Bürstner. – Oczywiście, że nie!

– Wobec tego nie mogę pani pokazać – rzekł K. zirytowany tak, jak gdyby wyrządzono mu niesłychaną szkodę.

– No, jeśli panu to konieczne do odtworzenia sceny, to proszę sobie wysunąć stolik, byle cicho – rzekła panna Bürstner i dodała po chwili słabszym głosem: – Jestem tak zmęczona, że pozwalam na więcej, niż powinnam.

K. ustawił na środku pokoju stolik i zasiadł za nim.

– Pani musi sobie dokładnie uzmysłowić podział ról, to bardzo ciekawe. Ja jestem nadzorcą, tam na kufrze siedzą dwaj strażnicy, przy fotografiach stoją trzej młodzi ludzie. Na klamce okna, zaznaczam nawiasem, wisi biała bluzka. A teraz zaczynamy. Prawda, zapomniałem o mnie, najważniejszej osobie: a więc ja stoję tu przed stolikiem. Nadzorca rozparł się, siedzi nadzwyczaj wygodnie, nogę założył na nogę, ramię zwiesił, o tu, przez poręcz, bezprzykładny gbur, że drugiego takiego trudno znaleźć. A teraz już naprawdę zaczynamy. Nadzorca woła, jak gdyby musiał mnie budzić, wprost krzyczy. Niestety muszę, jeśli chcę to pani uzmysłowić, także krzyczeć, zresztą wykrzykuje tylko moje nazwisko.

Panna Bürstner, która przysłuchiwała się śmiejąc, położyła palec wskazujący na ustach, aby zapobiec krzykowi, ale już było za późno. K. był zanadto przejęty swoją rolą, krzyknął przeciągle: „Józef K.” – zresztą nie tak głośno, jak groził, tak jednak, że jego nagle z ust wyrwane wołanie zdawało się dopiero stopniowo rozbrzmiewać w pokoju.

Wtem dało się kilka razy słyszeć pukanie do drzwi z sąsiedniego pokoju, silne, krótkie, miarowe. Panna Bürstner zbladła i położyła rękę na sercu. K. przeraził się szczególnie mocno, ponieważ jeszcze przez chwilę nie był zdolny myśleć o czymś innym, jak tylko o porannych wydarzeniach i o dziewczynie, której je przedstawiał. Ledwie się opanował, podbiegł do panny Bürstner i wziął ją za rękę.

– Niech się pani nie boi – szepnął – wszystko zaraz wyjaśnię. Kto to jednak może być? Tu obok jest przecież pokój, w którym nikt nie śpi.

– Przeciwnie – szepnęła mu do ucha panna Bürstner – od wczoraj śpi tu siostrzeniec pani Grubach, kapitan. Nie ma akurat innego pokoju wolnego. Sama o tym zapomniałam. Że też pan musiał tak krzyczeć! Jestem niepocieszona.

– Nie ma powodów po temu – rzekł K. i gdy opadła teraz na poduszkę, pocałował ją w czoło.

– Co pan robi! – zawołała i już zerwała się spiesznie. – Odejdź pan, odejdźże, czego pan chce, przecież on podsłuchuje pod drzwiami i wszystko słyszy. Jak pan mnie męczy!

– Odejdę nie prędzej – rzekł K. – aż się pani nieco uspokoi. Przejdźmy w inny kąt pokoju, tam on nas nie usłyszy. – Panna Bürstner dała się zaprowadzić.

– Proszę zrozumieć – rzekł – że jest to wprawdzie dla pani przykrość, ale bynajmniej nie ma niebezpieczeństwa. Pani wie, że gospodyni, która jest przecież w tej sprawie osobą decydującą, zwłaszcza że kapitan to jej siostrzeniec, bardzo mnie szanuje i we wszystko, co mówię, bezwzględnie wierzy. Zresztą jest ode mnie zależna, bo pożyczyłem jej większą kwotę. Każdą pani propozycję dla wyjaśnienia naszego sam na sam przyjmuję, jeśli tylko będzie jako tako przekonująca, i zaręczam, że zmuszę panią Grubach nie tylko do oficjalnego przyjęcia mego wyjaśnienia, ale także do rzeczywistej i szczerej wiary w jego prawdziwość. Mnie proszę absolutnie nie oszczędzać. Jeżeli chce pani rozpuścić pogłoskę, że napadłem panią, to przedstawię to pani Grubach w ten sposób, a uwierzy w to, nie tracąc do mnie zaufania, tak bardzo jest do mnie przywiązana. – Panna Bürstner patrzyła przed siebie na podłogę, cicha i jakby załamana. – Dlaczego pani Grubach nie ma uwierzyć, że napadłem panią? – dodał. Widział przed sobą jej włosy, rozdzielone przedziałkiem, puszyste, ujęte z tyłu w mocny węzeł, rudawe włosy. Miał nadzieję, że zwróci na niego spojrzenie, ale nie zmieniając postawy, powiedziała tylko: