ProcesTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Proces
Proces
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 31,89  25,51 
Proces
Proces
E-book
16,80  13,27 
Szczegóły
Proces
Proces
Audiobook
Czyta Michał Białecki
19,90  15,72 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału:

Der Prozess

Na okładce:

fotografia Franza Kafki, 1923

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNICH

© by Siedmioróg

ISBN 978-83-66620-61-2

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Opracowanie wersji elektronicznej

Anton Gaitanzhy – WhiteLabel 2020

Wrocław 2020

SPIS ROZDZIAŁÓW

WSTĘP

ROZDZIAŁ I Aresztowanie – Rozmowa z panią Grubach – Potem panna Bürstner

ROZDZIAŁ II Pierwsze przesłuchanie

ROZDZIAŁ III W pustej sali posiedzeń – Student – Kancelarie

ROZDZIAŁ IV Przyjaciółka panny Bürstner

ROZDZIAŁ V Siepacz

ROZDZIAŁ VI Wuj – Leni

ROZDZIAŁ VII Adwokat – Fabrykant – Malarz

ROZDZIAŁ VIII Kupiec Block – K. wypowiada adwokatowi

ROZDZIAŁ IX W katedrze

ROZDZIAŁ X Koniec

WSTĘP

Tylko niewiele drobnych opowiadań ujrzało światło dzienne za życia Kafki. Niesłychane poczucie odpowiedzialności, najwyższa religijna miara, jaką przykładał do swej twórczości, nie pozwalały mu uspokoić się przy żadnym osiągnięciu, kazały zarzucać dzieło za dziełem swej natchnionej i szczęśliwej twórczości. Tylko mała gmina przyjaciół zdawała sobie już wówczas sprawę, że dojrzewa tu twórca wielkiego formatu, sięgający do ostatecznych zadań, walczący o rozwiązanie najgłębszych problemów bytu. Twórczość nie była dlań celem samym w sobie, ale drogą do zdobycia najwyższej prawdy, do znalezienia właściwej drogi życia. Jest tragedią tego losu, że życie to, pnące się z rozpaczliwą żarliwością do światła wiary, nie znajduje jej i uchodzi mimo wszystko w ciemność. Tym tłumaczy się testament przedwcześnie zmarłego, skazujący cały jego dorobek literacki na zniszczenie. Max Brod, ustanowiony przez Kafkę wykonawcą testamentu, decyduje się, wbrew tej ostatniej woli, wydać uratowaną część spuścizny literackiej w szeregu tomów, które ugruntowują pozycję Kafki pomiędzy reprezentatywnymi duchami pokolenia.

Cała ta bogata i intensywna twórczość, od samego początku gotowa i dojrzała, była od pierwszej chwili natchnionym sprawozdaniem i świadczeniem ze świata głębokich doświadczeń religijnych. Wzrok Kafki, zafascynowany raz na zawsze przez pozażyciowy, religijny sens rzeczy – zgłębia z nigdy niesytą dociekliwością strukturę, organizację, głębokie porządki tej ukrytej rzeczywistości, przemierza pogranicza, gdzie życie ludzkie styka się z bytem boskim. Jest on piewcą i wielbicielem porządku boskiego, piewcą dziwnego zaiste gatunku. Najzjadliwszy oszczerca i satyryk nie mógłby tego świata odmalować w tak karykaturalnej deformacji, w kształtach tak pozornie kompromitujących i absurdalnych. Wzniosłość porządku boskiego nie może być, według Kafki, oddana inaczej, jak siłą ludzkiej negacji. Porządek ten jest tak dalece pozaludzki, tak daleko przekraczający wszelkie ludzkie kategorie, że miarą jego wzniosłości staje się siła dezaprobaty, sprzeciwu i żywiołowej krytyki, jaką człowiek przeciwstawia tym wysokim instancjom. Jakże inaczej mógłby reagować byt ludzki na uzurpację tych mocy, jak nie protestem, niezrozumieniem, druzgocącą krytyką?

Takiej druzgocącej krytyce poddaje bohater Procesu całą organizację „sądownictwa” podczas pierwszego przesłuchania sądowego. Atakuje on je namiętnie, grozi pozornie skutecznie, z oskarżonego przechodzi do roli oskarżyciela. Pozorna konsternacja sądu, jego cofanie się i bezradność znamionująca zasadniczą niewspółmierność tej wzniosłości z kategoriami ludzkimi – podnieca zuchwalstwo i zapał reformatorski bohatera. Tak reaguje ludzkie zaślepienie na inwazję tych mocy, na konfrontację z nimi: wzmożonym samopoczuciem, ową antyczną hybris, która jest nie przyczyną, ale produktem ubocznym gniewu boskiego. Józef K. czuje się stokrotnie wyższym nad sąd, jego rzekome matactwa i machinacje przejmują go wstrętem i pogardą. Przeciwstawia im człowieczą rację stanu, cywilizację, pracę. Śmieszne ześlepienie! Cała jego wyższość i racja nie obronią go przed nieubłaganym postępem procesu, który sięga w jego życie jakby ponad tym wszystkim. Czując zaciskający się coraz ciaśniej dookoła siebie pierścień procesu, nie przestaje Józef K. marzyć o tym, że możliwe jest jednak obejście go, życie poza jego obrębem, łudzi się, że można coś pokątnie wskórać u Sądu przez kobiety, które są, według Kafki, łącznikiem między ludzkim a boskim, przez malarza-żebraka, mającego rzekomo stosunki z Sądem. Kafka piętnuje w ten sposób i ośmiesza niestrudzenie problematyczność i beznadziejność poczynań ludzkich w stosunku do porządku boskiego.

Błędem Józefa K. jest, że upiera się on przy swej racji ludzkiej, zamiast poddać się bez zastrzeżeń. Trwa w swym uporze, układa bez końca swoje podanie, w którym, dzień po dniu, chce wykazać bez luki swe ludzkie alibi. Wszystkie te usiłowania i „środki prawne” wpadają w zagadkową próżnię, nie dosięgają wysokich instancji, dookoła których krążą. Obcowanie człowieka z tym niewspółmiernym, wichrowato-rozbieżnym światem pozostaje na zawsze nieporozumieniem, wymijaniem się, ślepym uderzeniem obok.

W przedostatnim rozdziale, który jest jakby kluczem całej powieści, wyłania się w przypowieści kapelana więziennego inny jeszcze aspekt sprawy: to nie prawo ściga winnego człowieka, ale człowiek szuka przez całe życie „wejścia do prawa” i rzecz wygląda tak, jakby to prawo kryło się przed człowiekiem, osłaniało szczelnie swą niedostępność i świętość, licząc zarazem, jakby potajemnie, na świętokradczy zamach, na wtargnięcie człowieka. Obrona prawa, której w przecudownej egzegezie tej przypowieści podejmuje się kapelan, przesuwa się tuż obok sofistyki, zakrawa na perfidię i cynizm – najcięższa próba, na jaką wystawiona może być miłość prawa, najwyższe samozaparcie, do jakiego wznieść się ona potrafi.

Kafka pokazał w tej powieści wtargnięcie prawa w życie człowieka, pokazał je niejako in abstracto. Nie uczynił tego konkretnie na podkładzie rzeczywistego, jednostkowego losu. Nie dowiadujemy się do końca, na czym polegała wina Józefa K., nie poznajemy tej formy prawdy, jaką życie jego miało wypełnić. Kafka daje jedynie atmosferę zetknięcia życia ludzkiego z pozaludzką, najwyższą prawdą, jego klimat i aurę. Genialny czyn artystyczny tej powieści leży w tym, że Kafka znalazł dla tych spraw nieuchwytnych i niewyrażalnych w języku ludzkim – jak gdyby adekwatną cielesność, jakiś materiał zastępczy, w którym buduje i wyprowadza aż do najdrobniejszych szczegółów strukturę sprawy.

Te poznania, wglądy i wniknięcia, którym Kafka pragnie dać tu wyraz, nie są jego wyłączną własnością, są one wspólnym dziedzictwem mistyki wszystkich czasów i narodów, która je wyrażała zawsze w języku subiektywnym, przypadkowym, w języku umownym pewnych gmin i szkół ezoterycznych. Tu po raz pierwszy stworzona została mocą poetyckiej magii jakaś rzeczywistość równoległa, jakieś ciało poetyckie, na którym demonstrują się te sprawy – nie merytorycznie wprawdzie, ale w ten sposób, że nawet niewtajemniczony może odczuć dreszcz i powiew ich dalekiej wzniosłości, że dany mu jest pewien poetycki adekwat ich istotnego przeżycia.

W tym znaczeniu jest metoda Kafki, stworzenie równoległej, sobowtórnej rzeczywistości, zastępczej, właściwie bez precedensu.Ten sobowtórny charakter swej rzeczywistości osiąga on za pomocą pewnego rodzaju pseudorealizmu, godnego osobnego studium. Kafka widzi niezwykle ostro realistyczną powierzchnię rzeczywistości, zna on niejako na pamięć jej gestykulację, całą zewnętrzną technikę zdarzeń, sytuacji, ich zazębianie się i przeplatanie, ale jest to dla niego luźny naskórek bez korzeni, który zdejmuje jak delikatną powłokę i nakłada na swój transcendentny świat, transplantuje na swą rzeczywistość. Jego stosunek do rzeczywistości jest na wskroś ironiczny, zdradliwy, pełen złej woli – stosunek prestidigitatora do swej aparatury. Symuluje on tylko dokładność, powagę, wysiloną precyzję tej rzeczywistości, ażeby ją tym gruntowniej skompromitować.

Książki Kafki nie są alegorycznym obrazem, wykładem albo egzegezą doktryny, są one samoistną rzeczywistością poetycką, okrągłą, ze wszech stron zamkniętą, w sobie uzasadnioną i spoczywającą. Poza swymi mistycznymi aluzjami i intuicjami religijnymi żyje dzieło własnym poetyckim życiem – wieloznaczne, niezgruntowane, przez żadne interpretacje niewyczerpane.

Powieść niniejsza, której rękopis M. Brod otrzymał w r. 1920 od autora – nie jest dokończona. Kilka fragmentarycznych rozdziałów, mających znaleźć swe miejsce przed końcowym rozdziałem, wydzielił on z powieści, opierając się na oświadczeniu Kafki, że proces ten in idea jest właściwie nieskończony i że dalsze jego perypetie nie wniosłyby już nic istotnego do zasadniczego sensu sprawy.

 

Bruno Schulz

ROZDZIAŁ I Aresztowanie – Rozmowa z panią Grubach – Potem panna Bürstner

Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany. Kucharka, pani Grubach, jego gospodyni, przynosząca mu śniadanie codziennie około ósmej godziny rano, tym razem nie przyszła. To się dotychczas nigdy nie zdarzyło. K. czekał jeszcze chwilę, widział ze swego łóżka starą kobietę z przeciwka, która obserwowała go z niezwykłą ciekawością, potem jednak głodny i zdziwiony zadzwonił. Natychmiast ktoś zapukał i wszedł mężczyzna, którego jeszcze nigdy w tym mieszkaniu nie widział. Był wysmukły, a jednak silnie zbudowany, miał na sobie czarne, obcisłe ubranie podobne do stroju podróżnego, zaopatrzone w różne kieszenie, fałdy, guziki i sprzączki oraz pasek, tak że wyglądało nadzwyczaj praktycznie, mimo iż nie było wiadome, do czego by mogło służyć.

– Kto pan jest? – zapytał K. i natychmiast podniósł się w łóżku.

Mężczyzna jednak zbył to milczeniem, jak gdyby i tak trzeba było pogodzić się z jego obecnością, i spytał tylko:

– Pan dzwonił?

– Niech mi Anna przyniesie śniadanie – powiedział K. i starał się tymczasem, milcząc i natężając uwagę, dociec, kim właściwie jest ów człowiek. Ale ten nie liczył się z jego ciekawością, lecz podszedł do drzwi, które na pół uchylił, aby komuś, kto widocznie stał tuż za nimi, powiedzieć:

– On chce, by Anna przyniosła mu śniadanie.

W pokoju przyległym dał się słyszeć chichot, ale sądząc z głosu, trudno było poznać, czy to śmiała się jedna osoba, czy więcej. Choć obcy człowiek nie dowiedział się właściwie nic, czego by już przedtem nie wiedział, zwrócił się do K., oznajmiając:

– To jest niemożliwe.

– O, to coś nowego – powiedział K., wyskoczył z łóżka i wdział szybko spodnie. – Chcę jednak zobaczyć, kto tam jest w sąsiednim pokoju, a pani Grubach odpowie mi za to zakłócenie spokoju! – Wprawdzie natychmiast uczuł, że nie powinien był tego głośno mówić i że przez to uznaje do pewnego stopnia prawo nieznajomego do nadzoru, jednak nie wydawało mu się to teraz ważne. W każdym razie tak to widocznie nieznajomy zrozumiał, gdyż powiedział:

– Nie zechciałby pan raczej tu zostać?

– Nie chcę ani tu zostać, ani z panem rozmawiać, dopóki pan mi się nie przedstawi.

– Nie miałem nic złego na myśli – rzekł nieznajomy i otworzył teraz dobrowolnie drzwi. Sąsiedni pokój, do którego K. wszedł wolniej niż chciał, wyglądał na pierwszy rzut oka prawie tak samo, jak poprzedniego wieczora. Było to mieszkanie pani Grubach. Może w tym przeładowanym meblami, makatami, porcelaną i fotografiami pokoju było dziś nieco więcej miejsca niż zazwyczaj, ale nie można tego było zauważyć od razu, tym bardziej że główna zmiana polegała na obecności jakiegoś mężczyzny, siedzącego przy otwartym oknie z książką, znad której teraz podniósł głowę.

– Powinien pan był zostać w swoim pokoju! Czy Franciszek panu tego nie powiedział?

– Ale czego pan chce ode mnie, u licha? – rzekł K., wodząc oczami od nowego nieznajomego do tego, którego nazwano Franciszkiem, a który został w drzwiach. Przez otwarte okno znowu widać było w przeciwległej kamienicy starą kobietę, która z prawdziwie starczą ciekawością podeszła do okna, aby w dalszym ciągu wszystkiemu się przypatrywać.

– Ależ chcę widzieć panią Grubach – powiedział K., zrobił ruch, jakby się wyrywał obu ludziom, którzy stali przecież daleko od niego, i chciał pójść dalej.

– Nie – rzekł człowiek przy oknie, rzucił książkę na stolik i wstał. – Nie wolno panu odejść, pan jest przecież aresztowany.

– Tak to wygląda – rzekł K. – Ale za co? – spytał potem.

– Tego panu nie możemy powiedzieć. Proszę pójść do swego pokoju i czekać. Wdrożono już dochodzenie i w swoim czasie dowie się pan o wszystkim. Wychodzę już poza instrukcje, rozmawiając z panem tak uprzejmie. Ale spodziewam się, że tego nie słyszy nikt oprócz Franciszka, a ten jest wbrew wszelkim przepisom aż zanadto grzeczny wobec pana. Jeśli pan dalej będzie miał tyle szczęścia, ile obecnie przy wyznaczaniu strażników, to może pan być całkiem spokojny.

K. chciał usiąść, lecz zauważył, że w całym pokoju nie było miejsca do siedzenia z wyjątkiem krzesła przy oknie.

– Pan się jeszcze sam przekona, jak dalece to wszystko jest prawdą – powiedział Franciszek i zbliżył się do niego wraz z drugim mężczyzną. Zwłaszcza ten ostatni przewyższał znacznie K. wzrostem i klepał go raz po raz po ramieniu. Obaj zbadali koszulę nocną K. i orzekli, że teraz będzie musiał włożyć o wiele gorszą, ale że oni tę koszulę, jak i całą jego pozostałą bieliznę, przechowają i zwrócą, jeśli jego sprawa zakończy się pomyślnie.

– Lepiej będzie, jeśli pan odda te rzeczy nam aniżeli do magazynu – powiedzieli – bo w magazynie zdarzają się często sprzeniewierzenia i oprócz tego sprzedaje się tam po jakimś czasie wszystkie przedmioty, bez względu na to, czy dochodzenie jest już ukończone, czy nie. A jak długo trwają tego rodzaju procesy, zwłaszcza w ostatnich czasach! Dostałby pan co prawda w końcu pewną sumę ze sprzedaży, ale suma ta jest po pierwsze niewielka, bo przy wyprzedaży rozstrzyga nie tyle wysokość ceny wywoławczej, ile wysokość łapówki, po drugie zaś kwota ta, jak doświadczenie uczy, maleje dalej z roku na rok, przechodząc z ręki do ręki.

K. nie zwracał prawie uwagi na te rady; prawa dysponowania własnymi rzeczami, prawa, które może jeszcze posiadał, nie cenił wysoko, o wiele ważniejsze było, aby zdać sobie sprawę ze swego położenia. W obecności jednak tych ludzi nie mógł się nawet zastanowić, potrącany co chwila niemal po przyjacielsku brzuchem jednego ze strażników – mogli to być chyba tylko strażnicy – ale gdy podnosił wzrok, widział zupełnie z tym grubym ciałem nieharmonizującą suchą kościstą twarz z grubym, w bok skrzywionym nosem, twarz, która ponad jego głową porozumiewała się spojrzeniem z towarzyszem. Co to byli za ludzie? O czym mówili? Jakiej władzy podlegali? K. żył przecież w państwie praworządnym, wszędzie panował pokój, wszystkie prawa były przestrzegane, kto śmiał go we własnym mieszkaniu napadać? Zawsze był skłonny wszystko lekko traktować, wierzyć temu, co najgorsze, dopiero kiedy ono nań spadło, nie zabezpieczać się na przyszłość, choćby zewsząd groziły niebezpieczeństwa – w tym jednak wypadku nie wydawało mu się to właściwe. Można było wprawdzie wziąć to wszystko za żart, gruby żart, który mu, z niewiadomych powodów, może z okazji jego dzisiejszej trzydziestej rocznicy urodzin, spłatali jego koledzy z banku. To było naturalnie możliwe. I może wystarczyło tylko roześmiać się strażnikom w twarz, aby i oni się roześmiali, może to byli tylko posłańcy z rogu ulicy – w istocie byli trochę do nich podobni – mimo to od pierwszej chwili, niemal odkąd spostrzegł strażnika Franciszka, był zdecydowany nie wypuszczać z ręki żadnego swego atutu. Z tego, że później powiedzą, iż nie zna się na żartach, niewiele sobie robił. Co prawda, nie było w jego zwyczaju wyciąganie nauk z doświadczenia – dobrze sobie przypominał pewne same przez się nic nieznaczące wypadki, w których, inaczej niż jego znajomi, świadomie i bez najmniejszej troski o możliwe następstwa zachował się ostrożnie i za to w rezultacie został ukarany. To nie powinno się było powtórzyć, przynajmniej tym razem. Jeśli to była komedia, był zdecydowany wziąć w niej udział.

Na razie był jeszcze wolny.

– Przepraszam – rzekł i szybko przeszedł pomiędzy strażnikami do swego pokoju.

– Wygląda na rozsądnego – usłyszał za sobą uwagę strażników.

W swoim pokoju otworzył natychmiast szuflady biurka. Wszystko leżało tam w największym porządku, ale właśnie legitymacji, których szukał, nie mógł w zdenerwowaniu znaleźć. W końcu znalazł swoją kartę rowerową i chciał z nią pójść do strażników, lecz potem wydał mu się ten papier zbyt błahy i po dalszych poszukiwaniach znalazł wreszcie swoją metrykę. Gdy wrócił do sąsiedniego pokoju, otworzyły się właśnie drzwi naprzeciwko, chciała nimi wejść pani Grubach. Widział ją tylko krótką chwilę, bo zaledwie poznała K., zmieszała się widocznie, przeprosiła, cofnęła się i nadzwyczaj ostrożnie zamknęła drzwi za sobą. K. zdołał zaledwie jeszcze powiedzieć:

– Ależ proszę wejść.

I oto stał ze swoimi papierami na środku pokoju, patrzył jeszcze na drzwi, które się już nie otworzyły, i zerwał się przestraszony dopiero na zawołanie strażników, którzy siedzieli koło otwartego okna i jak K. teraz zauważył, spożywali jego śniadanie.

– Dlaczego nie weszła? – spytał.

– Nie wolno jej – odpowiedział wyższy strażnik – jest pan przecież aresztowany.

– Jakże mogę być aresztowany? I do tego w taki sposób?

– Znowu pan zaczyna – powiedział strażnik i zanurzył kromkę chleba z masłem w słoiku z miodem. – Na takie pytania nie odpowiadamy.

– Będziecie mi na nie musieli odpowiedzieć – powiedział K. – Oto moje dokumenty, pokażcie mi teraz wasze, a przede wszystkim rozkaz aresztowania.

– Miły Boże – rzekł strażnik – że też pan nie umie stosować się do swego położenia. Jakby uwziął się pan drażnić nas bez potrzeby, choć jesteśmy teraz prawdopodobnie bliżsi panu od wszystkich pańskich bliźnich.

– Tak jest w istocie, niech pan nam wierzy – dodał Franciszek, nie podnosząc do ust filiżanki kawy, którą trzymał w ręku, lecz patrząc na K. długim, jakby pełnym znaczenia, choć niezrozumiałym spojrzeniem.

K. wbrew własnej woli wdał się w wymianę spojrzeń z Franciszkiem, potem uderzył jednak w swoje papiery i rzekł:

– Tu są moje dokumenty.

– Cóż one nas obchodzą? – zawołał teraz wyższy strażnik. – Pan się zachowuje gorzej niż dziecko. Czego pan chce? Czy myśli pan, że pan szybciej wygra swój ciężki, przeklęty proces dyskutując z nami, strażnikami, o legitymacji i nakazie aresztowania? Jesteśmy tylko skromnymi funkcjonariuszami nieznającymi się na dokumentach, mamy tyle z pańską sprawą wspólnego, że musimy przez dziesięć godzin dziennie pilnować pana i za to nam płacą. Oto wszystko, czym jesteśmy, tyle jednak potrafimy zrozumieć, że wysokie władze, którym służymy, informują się, nim zarządzą aresztowanie, bardzo dokładnie o powodach uwięzienia i o osobie uwięzionego. Nie może w tym zajść żadna pomyłka. Nasza władza, o ile ją znam, a znam tylko najniższe służbowe stopnie, nie szuka winy wśród ludności, raczej wina sama przyciąga organy sądowe, które ją wówczas ścigają, jak mówi ustawa, i wysyłają nas, strażników. Takie jest prawo. Gdzie więc może tu zajść jakaś pomyłka?

– Nie znam tego prawa – powiedział K.

– Tym gorzej dla pana – odrzekł strażnik.

– Ono istnieje chyba jedynie w waszych głowach – powiedział K. Chciał w jakiś sposób wkraść się w myśli strażników, zmienić je na swoją korzyść, zakorzenić się w nich. Lecz strażnik odpowiedział surowo:

– Pan je jeszcze na sobie odczuje.

Franciszek wmieszał się i rzekł:

– Patrz, Willem, on przyznaje, że tego prawa nie zna, a równocześnie twierdzi, że jest niewinny.

– Masz zupełną rację. Ale on sobie niczego nie da wytłumaczyć – powiedział drugi.

K. nie odpowiadał już nic. „Czy mam się dać bałamucić tym najniższym funkcjonariuszom? – myślał – sami przyznają, że nimi są. Przecież gadają o rzeczach, których zupełnie nie rozumieją. Ich pewność siebie pochodzi jedynie z głupoty. Kilka słów, które zamienię z kimś sobie równym, o wiele lepiej mi wszystko wyjaśni niż długie rozmowy z tymi gburami”. Przeszedł się kilka razy po wolnej części pokoju tam i z powrotem. Widział, jak naprzeciwko stara kobieta przyciągnęła do okna jakiegoś starca w wieku jeszcze bardziej podeszłym, obejmując go ramieniem. K. postanowił skończyć z tym widowiskiem.

– Zaprowadźcie mnie do waszego przełożonego – powiedział.

– Dopiero na jego życzenie, nie prędzej – odpowiedział strażnik nazywany Willemem. – A teraz radzę panu – dodał – pójść do swego pokoju, zachowywać się cicho i czekać na dalsze rozporządzenia. Radzimy panu nie zajmować się bezużytecznymi myślami, tylko skupić się, gdyż będzie pan jeszcze musiał sprostać niemałym wymaganiom. Nie obchodzi się pan z nami, jak zasłużyliśmy na to naszą uprzejmością, zapomniał pan, że bądź co bądź jesteśmy w porównaniu z panem wolnymi ludźmi, a to jest niemała przewaga. Mimo to jesteśmy gotowi, jeśli pan ma pieniądze, przynieść panu skromne śniadanie z kawiarni naprzeciwko.

K. stał chwilę cicho, nie odpowiadając na tę propozycję. Być może, gdyby otworzył drzwi do następnego pokoju albo nawet do przedpokoju, nie ośmieliliby się go powstrzymać, może byłoby najprostszym rozwiązaniem sytuacji, gdyby posunął się do ostateczności. Ale może też rzuciliby się na niego, a raz schwytany i obalony, straciłby całą przewagę, jaką dotąd nad nimi pod pewnym względem zachował. Dlatego z ostrożności postanowił zdać się na rozwiązanie, które musiało przyjść naturalnym biegiem rzeczy, i wrócił do swego pokoju. Ani z jego strony, ani ze strony strażników nie padło już żadne słowo.

 

Rzucił się na łóżko i wziął z umywalni piękne jabłko, które przygotował sobie wczoraj wieczorem na poranny posiłek. Teraz stanowiło ono jego całe śniadanie, w każdym razie, o czym się po pierwszym kęsie przekonał, o wiele lepsze od śniadania z brudnego baru, które by otrzymał z łaski strażników. Czuł się dobrze i bezpiecznie. Wprawdzie opuścił dziś przed południem pracę w banku, ale mógł łatwo to usprawiedliwić dzięki stosunkowo wysokiemu stanowisku, jakie tam zajmował. Czy powinien podać prawdziwy powód nieobecności? Miał zamiar tak zrobić. Gdyby mu nie uwierzono, co było w tym wypadku łatwo zrozumiałe, mógłby powołać na świadków panią Grubach albo oboje staruszków z przeciwka, którzy teraz pewnie spieszyli do przeciwległego okna. Dziwiło to K., przynajmniej z punktu widzenia strażników, że zapędzili go do tego pokoju i zostawili samego tu, gdzie przecież miał wszelkie możliwości odebrania sobie życia. Równocześnie jednak zastanawiał się, tym razem z własnego punktu widzenia, czy miał w istocie powód do takiego kroku. Czy dlatego, że ci dwaj siedzieli obok i sprzątali mu sprzed nosa śniadanie? Byłby ten krok czymś tak bezsensownym, że już wskutek tej bezsensowności nie byłby w stanie go uczynić, nawet gdyby miał nań ochotę. Gdyby ograniczoność strażników nie była tak rażąca, można by przypuszczać, że i oni byli tego samego zdania i nie widzieli niebezpieczeństwa, zostawiając go samego. Mogli teraz, jeśli chcieli, widzieć, jak podszedł do szafki ściennej, gdzie przechowywał dobrą wódkę, jak naprzód wychylił jeden kieliszek zamiast czegoś gorącego na śniadanie, a następnie drugi dla dodania sobie odwagi, ten drugi jedynie z przezorności, na wszelki wypadek.

Wtem wstrząsnął nim krzyk z sąsiedniego pokoju tak gwałtownie, że zadzwonił zębami o szkło.

– Nadzorca wzywa pana! – zawołano.

Tym, co go przestraszyło, był krzyk, ten krótki, urywany, żołnierski wrzask, o który by nigdy strażnika Franciszka nie posądzał. Sam rozkaz był mu pożądany.

– Wreszcie! – odkrzyknął, zamknął szafkę i natychmiast pobiegł do sąsiedniego pokoju.

Tam stali obaj strażnicy i, jakby się to samo przez się rozumiało, zagnali go z powrotem do jego pokoju.

– Co wam przyszło do głowy! – wołali – w koszuli chcecie iść do nadzorcy? Każe was obić, i nas w dodatku.

– Puśćcie mnie, do diabła! – wołał K., którego już przyparli do szafy. – Nie można wymagać ode mnie odświętnego stroju, skoro napada się na mnie w łóżku.

– Trudna rada – powiedzieli strażnicy, którzy zawsze, ilekroć K. podnosił głos, uspokajali się, nawet wprost smutnieli, co go mieszało i poniekąd otrzeźwiało.

– Śmieszne ceremonie – mruczał jeszcze, ale już zdjął ubranie z krzesła i trzymał je chwilę w obu rękach, jakby poddawał je ocenie strażników. Potrząsnęli głowami.

– To musi być czarne ubranie – powiedzieli.

Na to K. rzucił ubranie na ziemię i sam nie rozumiejąc, w jakim sensie to mówi, powiedział:

– Przecież to jeszcze nie jest rozprawa główna.

Strażnicy uśmiechnęli się, lecz obstawali przy swoim:

– To musi być czarne ubranie.

– Jeśli przez to przyspieszę sprawę, niech już będzie – powiedział K., otworzył sam szafę i szukał długo pomiędzy garniturami, wybrał najlepszy czarny żakiet, który swoim krojem wywołał sensację wśród znajomych, wyciągnął także inną koszulę i zaczął się starannie ubierać. W skrytości ducha sądził, że udało mu się przyspieszyć całą sprawę przez to, że strażnicy zapomnieli zmusić go do kąpieli. Obserwował ich, czy sobie tego może jednak nie przypomną, ale oni oczywiście wcale na to nie wpadli, natomiast Willem nie zapomniał wysłać Franciszka do nadzorcy z doniesieniem, że K. się ubiera.

Gdy był już zupełnie ubrany, musiał przejść obok Willema przez pusty pokój sąsiedni do następnego, którego dwuskrzydłowe drzwi były już na oścież otwarte. Ten pokój, jak K. dobrze o tym wiedział, zamieszkiwała od niedawna niejaka panna Bürstner, stenotypistka, która zwykła była bardzo wcześnie wychodzić do pracy, późno wracała do domu i z którą K. zamienił był zaledwie parę razy pozdrowienia. Teraz wysunięto na środek pokoju stolik nocny sprzed jej łóżka, niby stół na rozprawie sądowej, i za nim zasiadł nadzorca. Założył nogę na nogę i jedno ramię oparł na poręczy krzesła.

W jednym kącie pokoju stali trzej młodzi ludzie i przypatrywali się fotografiom panny Bürstner, zatkniętym w wiszącą na ścianie trzcinową matę. Na klamce otwartego okna wisiała biała bluzka. Z okna naprzeciw znowu wychylali się oboje starzy, ale grupa powiększyła się, bo za nimi stał znacznie od nich wyższy mężczyzna z rozpiętą na piersiach koszulą, który przebierał palcami w swojej rudawej, spiczastej bródce.

– Józef K.? – spytał nadzorca, może tylko po to, aby ściągnąć na siebie jego latający wzrok.

K. przytaknął.

– Pan jest zapewne bardzo zaskoczony wypadkami dzisiejszego rana? – spytał nadzorca i przesunął przy tym obiema rękami kilka przedmiotów leżących na stoliku: świecę, zapałki, książkę i poduszeczkę na szpilki, jakby to były przedmioty potrzebne mu do rozprawy.

– Pewnie – odparł K. i ogarnęło go miłe uczucie zadowolenia, że wreszcie ma do czynienia z człowiekiem rozumnym i może z nim mówić o swojej sprawie. – Bez wątpienia, jestem zaskoczony, ale znowu nie tak bardzo.

– Nie bardzo zaskoczony? – spytał nadzorca i postawił świecę na środku stolika, grupując wokoło niej inne przedmioty.

– Może mnie pan źle rozumie – spiesznie zauważył K. – Przyznaję – tu przerwał i obejrzał się za jakimś krzesłem. – Mogę chyba usiąść? – zapytał.

– To u nas nie jest przyjęte – odpowiedział nadzorca.

– Przyznaję – rzekł K. już bez dalszej przerwy – że jestem bądź co bądź bardzo zaskoczony, ale gdy się żyje na świecie trzydzieści lat i samemu musi się przez życie przebijać, jak to mnie przypadło w udziale, człowiek staje się odporny i nie bierze już tak poważnie żadnych niespodzianek. Zwłaszcza takich, jak ta dzisiejsza.

– Dlaczego zwłaszcza takich, jak ta dzisiejsza?

– Nie mówię, że uważam to wszystko za żart, na to poczynione przygotowania wydają mi się jednak zbyt daleko idące. Należałoby wmieszać w to wszystkie osoby pensjonatu, a także was wszystkich, a to by przekraczało granice żartu. Nie chcę więc mówić, że to jest żart.

– Całkiem słusznie – powiedział nadzorca i obliczał, ile jest zapałek w pudełku z zapałkami.

– Z drugiej jednak strony – ciągnął dalej K. i zwrócił się przy tym do wszystkich, a chętnie byłby się nawet zwrócił jeszcze do tych trzech przy fotografiach – z drugiej jednak strony cała ta sprawa nie może być bardzo ważna. Wnioskuję to z tego, że jestem wprawdzie oskarżony, ale nie mogę znaleźć najmniejszej winy, o którą można mnie było oskarżyć. Ale i to jest drugorzędną sprawą. Kto mnie oskarża? – oto zasadnicze pytanie. Jaka władza prowadzi dochodzenie? Czy pan jest urzędnikiem? Nikt z was nie ma munduru, chyba że pańskie ubranie – tu zwrócił się do Franciszka – zechce ktoś uważać za mundur, ale i ono jest raczej strojem podróżnym. W tych kwestiach żądam wyjaśnień i jestem przekonany, że po ich otrzymaniu najserdeczniej się rozstaniemy.

Nadzorca opuścił na stół pudełko z zapałkami.

– Pan jest w wielkim błędzie – rzekł. – Ci panowie i ja stoimy w tej sprawie całkiem na uboczu, co więcej, my o niej prawie nic nie wiemy. Choć byśmy nosili nawet najbardziej przepisowe mundury, nie pogorszyłoby to ani trochę stanu pańskiej sprawy. Nie mogę też bynajmniej powiedzieć panu, czy jest pan oskarżony, sam tego nie wiem. Pan jest aresztowany, oto wszystko, więcej nie wiem. Może strażnicy nagadali co innego, w takim razie było to tylko czcze gadanie. Ale chociaż nie odpowiem na pańskie pytania, to jednak radzę panu mniej zajmować się nami i tym, co się z panem stanie, natomiast więcej myśleć o sobie. I lepiej nie robić tyle hałasu z tą pańską niewinnością, bo to psuje niezłe wrażenie, jakie pan na ogół sprawia. Powinien pan też być powściągliwszy w słowach. Prawie wszystko, co pan przedtem powiedział, można było po pierwszych paru słowach wywnioskować z pańskiego zachowania, zresztą nie było to nic dla pana szczególnie korzystnego.

K. wpatrzył się w nadzorcę. Dostawał nauczki jak w szkole, i w dodatku może od człowieka młodszego od siebie! Za swoją otwartość został ukarany naganą! A o przyczynach aresztowania i o tym, kto je nakazał, nie dowiedział się niczego.