Underground

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


U-metro

– Nie, tylko nie Wesołe Kiełbaski – wyjęczał Urban, kiedy dotarliśmy na miejsce. Patrzył przy tym na migający szyld, na którym pan Kiełbaska tańczył z butelką Keczupu, a z oddali obserwowała go nieśmiała pani Musztarda. Jak tylko szyld błysnął, następowała zmiana i teraz pan Kiełbaska trzymał w objęciach panią Musztardę. Nie była to szkoła animacji wysokich lotów. Wręcz przeciwnie, szyld celowo miał sprawiać wrażenie retro z poprzedniego wieku.

– Nigdy nie jadłem tego gówna. – Cejnar splunął i podrapał się po nosie paznokciem małego palca prawej ręki. Miał za nim co najmniej stuletni brud.

– Gotowane ludzkie mięso jest zdrowe i ma prawie taką samą wartość kaloryczną jak wieprzowina. – Ślizgacz wzruszył ramionami.

Zapewne nazywał się inaczej, ale nikt tego nie wiedział. Wszyscy nazywali go po prostu Ślizgacz. Nosił okulary w wielkich oprawkach i starał się robić wrażenie inteligentnego. Za to czasami dostawał od innych najemników w ryj. I znowu mógł udawać, że ma przewagę moralną. I robił to. Dopiero co powklejał sobie z powrotem zęby i zlepił szczękę. No bo miał ubezpieczenie w GEZ-ie, w którym podobno przez dwadzieścia lat robił za ochroniarza. Miał gnojek szczęście.

– Możecie się na chwilę zamknąć? – odezwał się dron wielkości ważki, trzepocząc w niewielkiej odległości od nas. Głos należał do kapitana Adama. Pracował dla Agencji Bezpieczeństwa, która zapłaciła za nasz nalot na fabrykę podejrzaną o przetwarzanie ludzkiego mięsa. Chłopaki z Bezpieczeństwa nie lubili brudnej roboty. Dlatego większość nalotów na terenie undergroundu była wykonywana przez najemników. Byli tańsi, a kiedy któremuś z nich się coś stało, pozostali kompani dzielili się jego zarobkiem, który potem przepijali na jego cześć w barze Hemingway. To znaczy, zazwyczaj. Bo gdyby trafiło na takiego zasrańca jak Ślizgacz, to piłoby się za to, żeby spalił się w piekle zaraz po tym, jak stado diabłów wyrucha mu dupę widłami.

– Vachten, czy mógłbyś tych debili jakoś ogarnąć, żeby się tam nawzajem nie powystrzelali? – brzmiał nadal głos z drona. Wzruszyłem ramionami, ale potem zdałem sobie sprawę, że mikrokamera drona rejestruje tylko część otoczenia, co nie musi oznaczać, że również moją gębę, więc wymamrotałem chłodno, że spoko, i wyciągnąłem spluwę. Była zdecydowanie najmniejsza ze wszystkich – stary, dobry K22 ze słowackiej fabryki broni Grand Power. Miał kaliber 0.22. Większość niedoświadczonych ludzi mogłaby go nie docenić właśnie z powodu pocisków małego kalibru. Ale kiedy wiedziało się, jak i gdzie strzelać, można było trafić człowieka równie niezawodnie jak z dziewięciomilimetrowego glocka. W dodatku miał magazynek na dziesięć nabojów i ryczał jak suka, której facet załadował po raz pierwszy w anal bez smaru. W walce na małej przestrzeni był doskonały i wciąż nie do pokonania. Sto lat temu podobnych gnatów używali izraelscy komandosi. Wówczas był to model Beretta wz. 71. Cichą, elegancką broń można było łatwo nosić w ukryciu, a co najważniejsze, była bardziej niezawodna niż ta większego kalibru. Słowackie cacko było podobne. Poza tym w trakcie wojny mieliśmy ich sporo do dyspozycji, i chociaż był to pistolet niemal prehistoryczny, to w ruinach Ostrawy stał się bliski memu sercu.

Ślizgacz trzymał włapach broń maszynową Heckler&Koch, Cejnar też. Były tak stare i tak o nie fatalnie dbali, że prawdopodobieństwo oddania z nich więcej niż trzech strzałów z rzędu było takie jak to, że zawładnie nami Cesarstwo Nigeryjskie. Urban odbezpieczył swój nowy CZ65.

– Czekacie na pisemny rozkaz? – warknął głos z drona.

– W porządku, przygotujcie się – powiedziałem i podszedłem do tylnych drzwi siedziby Wesołych Kiełbasek. Znajdowała się w pobliżu stacji U-metra Hřibova, gdzie przecinały się żółta, zielona i fioletowa linie metra. Stary Kiełbaska miał swoje oddziały prawie przy całej trasie U. Nie miał ich przy liniach naziemnych i powietrznych – pewnie wiedział, co robi.

– Dobra, chodźmy – szepnąłem, umieszczając detonator na pokrytych rdzą metalowych drzwiach. Parę nanocząsteczek żelaza zaiskrzyło z pudełka i pod działaniem tlenu pożarło zamek i jego okolice. Po usunięciu zamka drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem. Kopnąłem w nie i weszliśmy do środka.

* * *

Zimno i cisza. Tylko w oddali buczał jakiś wentylator lub silnik. Szedłem pierwszy, za mną Urban, Ślizgacz, a na końcu Cejnar. Prześlizgnęliśmy się korytarzem oświetlonym tylko migającymi świetlówkami, a po chwili dotarliśmy do kolejnych metalowych drzwi. Chwyciłem klamkę – nie były zamknięte.

– Czekacie na coś? – odezwał się bezlitosny głos z drona.

Oparłem się pokusie walnięcia nim w ścianę. Kapitan Bezpieczeństwa, Karel Adam, którego głos rozbrzmiewał w dronie, płacił nam zbyt dobrze, żebym kazał mu się pierdolić. Ale prosił się o to mocniej, niż uległy niewolnik u stóp dominy, błagający ją o wbicie obcasa w swój odbyt.

Kopnąłem w drzwi i wpadliśmy do środka.

– O, Boże – wyjęczał Urban i natychmiast zaczął wymiotować.

– Stary, jest grubo – dodał Ślizgacz.

* * *

Ludzkie ciała leżały pokryte żelem. Każde miało podłączone do prawej ręki odżywianie dożylne. Ludzie spali, czy też byli w stanie hibernacji. Kroplówki musiały być naszpikowane opiatami albo musieli im wyłączyć ośrodki bólowe za pomocą zaaplikowanych nanocząsteczek, albowiem w kilku miejscach ciała nie miały skóry. Na tych miejscach rosły sobie swobodnie kawałki mięsa i ludzie wyglądali jak spuchnięte zmutowane potwory. Ktoś się z nimi obrzydliwie genetycznie zabawił. Z ich ciał wyrastały po prostu nowe mięśnie. Gdy osiągały odpowiedni rozmiar, ktoś je odkrawał, aby uzyskać niezbędny surowiec.

– Wesołe Kiełbaski… kurwa – powiedział, rzygając Urban.

– Gówno widzę. Co tam macie? – odezwał się dron.

– Fabrykę ludzkiego mięsa – odpowiedziałem.

– Kurwa, tak myślałem – zabrzmiał głos bezpieczniaka, podczas gdy ja podszedłem do następnych drzwi i otworzyłem je.

– Co, do cholery…? – powiedział zaskoczony facet w gumowym fartuchu rzeźnika. Stał właśnie nad kolejnym ciałem leżącym w żelowej kadzi i odkrawał krwawy płat ludzkiego ciała na kiełbaski. Gdy tylko mnie zobaczył, puścił przerośniętą rękę kobiety i podbiegł do mnie. Nie był sam. Za nim biegło kolejnych pięciu facetów uzbrojonych w bardzo ostre i bardzo długie narzędzia rzeźnicze. Odsunąłem się na bok, aby nie przeszkadzać najemnikom, i wystrzeliłem w niego dwie kulki. Spowolniły go, ale nie zatrzymały. Był to przecież kawał chłopa i było dla niego jasne, że w tej chwili rozgrywa się gra: my albo oni.

– Argh! – ryknął i zamachnął się długim zakrwawionym nożem.

– Bum! – dostał ode mnie jedną w udo i zaraz drugą w kolano. A potem ze strasznym rykiem runął na ziemię. Przewrócił przy tym kadź z ciałem zanurzonym w żelu.

– Ra-ta-ta-ta! – ryknął pistolet maszynowy Ślizgacza. Teraz oberwał drugi rzeźnik. Ale po tych czterech strzałach umilkł. Pobił swój rekord. Ślizgacz zabluzgał tak strasznie, że wyrzuciliby go nawet ze Zreformowanego Katolicko-Prawosławnego Kościoła świętego Pavla Novotnego, który przecież opierał się na wulgarnych słowach, i zrobił kilka strategicznych kroków z powrotem do drugiego pomieszczenia. Ja w tym czasie załatwiłem trzeciego gościa, strzelając mu prosto w szczękę.

– Na ziemię, kutasy, zanim was wszystkich pozabijamy! – krzyknąłem i na wszelki wypadek strzeliłem kolejnemu rzeźnikowi w brzuch. Atakująca fala w gumowych fartuchach zatrzymała się. Po chwili Cejnar i Urban stanęli u mojego boku, celując w tych pracowników pana Kiełbaski, którzy dotąd nie oberwali. Urban ciągle jeszcze porzygiwał.

– Vachten, co tam, kurwa, wyrabiasz? – odezwało się z drona.

– Kontroluję sytuację – odpowiedziałem, trochę niepewnie.

– Nie, ty nie kontrolujesz sytuacji, tylko walisz w chuja. Usuń tych debili i szybko znajdź starego Kiełbaskę. Sąd i tak dałby im karę śmierci, więc po co obciążać ten pieprzony system, kurwa – zarządził Adam.

Rzeźnicy zrozumieli. Spojrzeli po sobie i znów puścili się do ataku. Otworzyliśmy zaporę ogniową. Mimo to jednemu z mężczyzn udało się skaleczyć Cejnara w rękę. Bryzgnęła z niej krew. Kolejny przyskoczył do mnie, ale zrobiłem unik i kopnąłem go lewym kolanem w głowę. Coś mu w niej zachrzęściło i runął na ziemię. Dobiłem go kulą w kręgosłup. Chociaż ten cios kolanem może by wystarczył. Moje kolano było z nanochromu – prezent od rządu po tym jak mnie wywlekli z ruin Ostrawy. Być może była to ostatnia rzecz, za jaką zapłacił rząd Republiki Czeskiej, zanim trafił na śmietnik historii, czyli na emigrację do Pilzna, co praktycznie znaczyło to samo. Cejnar dobił pozostałych. Mierzył celnie i z dużym doświadczeniem. Oszczędzał na nabojach, a nie na ich życiu. Przeskoczyliśmy przez trupy i otworzyli śmy drzwi chłodni. Ogromnej chłodni. Kurewsko wielkiej chłodni, pełnej zmielonego ludzkiego mięsa z przeznaczeniem na Wesołe Kiełbaski.

* * *

– Tam jest napisane: dziesięć procent mięsa z kurczaka! – wrzasnął Urban i spoglądając na kawałki mięsa w metalowych skrzyniach, znów się porzygał.

– Nie żryj przed akcją – wyszczerzył się złośliwie Ślizgacz i rozejrzał się po chłodni. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane, znów zaczął kozaczyć. To swoje zacinające się gówno miał przewieszone przez ramię. Ktoś powinien wyjaśnić temu debilowi, jak dbać o swoją broń.

 

– Tutaj go nie znajdziemy – warknąłem i skierowałem się w stronę kolejnego korytarza. Pachniało tu gotowanym mięsem z sekretną mieszanką siedmiu rodzajów przypraw – tak przynajmniej było napisane na plakatach reklamowych pana Kiełbaski. To znaczy pachniałoby mi to, gdybym nie wiedział, skąd pochodzi ten zapach. Jednak w tej chwili fabryka była pusta, podobnie jak maszyny do produkcji kiełbas. Chyba wiedziałem, co jest powodem. Ludzie, którzy pracowali w fabryce, nie wiedzieli, skąd pochodzi mięso, a nie mieli dostępu do zaplecza. Wracali dopiero, kiedy ci (już teraz martwi) faceci leżący przed chłodnią przygotowali im wystarczającą ilość surowca do napchania flaków.

– Raz zeżarłem ich dziesięć. To było na przyjęciu na cześć mojego bratanka. Przyjęli go do szkoły, sponsorowanej przez DEZATEG – westchnął Urban i splunął resztką soków żołądkowych.

– Cisza – powiedziałem i wszyscy mnie posłuchali. Trochę pod wpływem Adama, a trochę dlatego, że jedyny z tej bandy byłem na wojnie. Całkiem możliwe, że na najbardziej popieprzonej wojnie w historii Europy, która zakończyła się po prostu dlatego, że wszyscy przestali się nią interesować, łącznie z tymi, którzy w niej walczyli; ale nadal była to wojna z samolotami, rakietami, artylerią, dronami bombowymi i całym tym mega drogim chłamem, który ostatecznie można sobie wsadzić w dupę, kiedy pośrodku ruin facet musi stanąć naprzeciwko innego faceta, zaraz po tym, jak wszędzie zabrakło gazu i prądu, a wszystkie te supernowoczesne zabawki ktoś zabrał z nieba.

W korytarzu pojawił się napis Biura ze strzałką wskazującą na drewniane drzwi, na których pożółkła ze starości ulotka informowała, że pan Kiełbaska rozpoczął sprzedaż Wesołych Kiełbasek. Na drzwiach, które mijaliśmy wcześniej, na małych plastikowych kiełbaskach 3D były napisy: Księgowość, Kasa, Marketing i PR. Spróbowałem otworzyć drzwi w ostatnim biurze. Nie dało się. Wahałem się przez chwilę, ale w końcu zostawiłem detonator w kieszeni. Od nanocząsteczek mogłyby się zapalić drzwi.

– Ślizgacz, wyważ je – powiedziałem.

Cejnar zachichotał, Urban przewrócił oczami.

– Idź w pizdu – warknął Ślizgacz. Wzruszyłem ramionami i wyważyłem drzwi. Tam czekał na nas pan Kiełbaska. Nie sprawiał wrażenia zbyt wesołego. Był martwy.

* * *

– Glock z tłumikiem. Musiał usłyszeć strzały i zdał sobie sprawę, co i jak – powiedział Ślizgacz i zaczął przeszukiwać szuflady biura. Glock leżał na ziemi pod ręką pana Kiełbaski. Jak się ten sześćdziesięcioletni tłuścioch z łysą głową, stylizujący się na dobrodusznego producenta łakoci, naprawdę nazywał – tego pewnie nie domyślała się nawet jego żona, pani Kiełbaskowa. Ona też pewnie wkrótce przeżyje szok. Wyszła za niego kilka tygodni temu, zaraz po wygraniu programu CN Praga szuka najładniejszego tyłeczka. Podszedłem do Kiełbaski i dotknąłem jego ciała. Było jeszcze ciepłe.

– Znaleźliście Kiełbaskę? – odezwał się dron.

– Tak, zabił się – odpowiedziałem.

– No i dobrze, zaoszczędziliście na nabojach. Wynoście się stamtąd. Wyślę tam sprzątaczy. Wasza praca dobiegła końca – zabrzęczał dron, okrążył pomieszczenie i poleciał w stronę drzwi, którymi weszliśmy. Cejnar wzruszył ramionami i spojrzał na Ślizgacza, który ciągle grzebał w papierach.

– No co, wyczyszczą tu wszystko, że najmniejszy atom nie zostanie, możemy sobie zabrać coś na pamiątkę – oświadczył Ślizgacz i napchał sobie kieszenie długopisami.

– Nie zgrywaj prezydenta, idziemy* – warknąłem i ruszyłem za dronem. Minęliśmy ciała i dojrzewające ludzkie mięso w kadziach.

– Co się z nimi stanie? – zapytałem drona, kiedy przechodziliśmy obok kadzi z żelem.

– To nie twój problem. Macie już swoje korony na kontach, więc wynocha i trzymać gębę na kłódkę albo…

Przerwałem mu:

– Albo nam te pieniądze znikną z kont, znikną też nasze konta i my również znikniemy.

– I to jest właśnie twój problem, jesteś ciekawski i nie wiesz, kiedy się zamknąć – westchnął bezpieczniak przez drona. Wyobraziłem sobie jego krzywy uśmiech. Przy neonie dron w końcu nas opuścił. Kiełbaska akurat dawał czadu z butelką Keczupu.

– Skoczymy na piwo? Pod Cycatą Pavlíną mają nowe Niemki. Te emigrantki robią za pięćdziesiąt halerzy niesamowite rzeczy – rzucił Cejnar.

– Nie, stary, nie chodzę z nikim na piwo. – Wzruszyłem skonsternowany ramionami. Nieuprzejmość nadrabiałem szczerością. Urban z Cejnarem spojrzeli na Ślizgacza, potem na siebie, aż w końcu Cejnar pokręcił głową:

– Tak, głupi pomysł, no to cześć.

Ślizgacz roześmiał się i zdjął z ramion plecak, który cały czas miał na sobie, zapakował do niego automat, a następnie pudełko z napisem Wesołe Kiełbaski premium, które chapsnął po drodze, jak te długopisy.

– Kurde – westchnąłem i bez dalszego gadania wolałem zniknąć w przeciwnej ulicy.

* * *

Cejnar z Urbanem nie byli debilami i pewnie przeżyłbym to piwo z nimi, ale ja nie lubiłem rozmawiać z ludźmi. To znaczy z większością ludzi. Kiedy człowiek poświęcił im kilka zdań więcej, to zaraz myśleli, że jesteśmy przyjaciółmi i kończyło się to zaproszeniem na rodzinny obiad z biegającymi wokół irytującymi bachorami. To już bym wolał iść na piwo ze Ślizgaczem. Z nim człowiek miałby przynajmniej pewność, że żonę ma porządnie nadmuchaną, w gorszym przypadku żywą, ale spętaną kajdanami w piwnicy.

* * *

Wlazłem do U-metra. Śmierdziało tam tak samo jak zawsze. Oparłem się o plastikowy słupek i rzuciłem okiem na poprzylepiane na nim karteczki z wiadomościami. Metro było ich pełne, podobnie jak ludzi, którzy spali na siedzeniach lub pod nimi. Kiedy po zakończeniu wojny dowlokłem się do Pragi, też przez jakiś czas w nim mieszkałem. U-metro jeździło za darmo. Każdy, kto żył na dnie lub jeszcze głębiej, mógł z niego korzystać. Wspaniały gest troski Rady Korporacji o mieszkańców najszczęśliwszego miasta świata. Jeśli dla kogoś przypadkiem nie byłoby to wystarczająco jasne, mrugało to w feedzie CN dość często. City News dla pewności leciały w każdym wagonie w dwóch miejscach. Obraz był wyświetlany na tylnej szybie, a następnie holograficznie na suficie. Z głośników w całym pojeździe dobiegał głos prezenterki, która zapowiadała, co nowego wydarzy się w wieczornych serialach, a pod tym leciały nagłówki z wiadomościami. Ignorowałem to, jak większość pasażerów. Tylko jeden facet z głową na wpół ogoloną i z tatuażem Rycerzy Piekielnej Strzały gapił się na to z zainteresowaniem. Najwyraźniej zapodał sobie piekielny strzał. Wolałem poprzeglądać wiadomości poprzyklejane na słupku.

Wesoła Molly! Obsłużę każdego. Mam dwie cipki. Nie poznasz, która jest sztuczna! Każdego wieczoru stoję na rogu Příbramskiej i Krushakovej.

VEP zrobi ci pranie mózgu. Zaprogramują cię tak, abyś zabił swoje dziecko. Mnie się to stało!

Cybernetyczny seks! Stacja metra Zwycięstwo, firma „U niedźwiadków" oferuje cyberpukanko i nielicencjonowane cyberprostytutki! Taniej nigdzie nie znajdziesz!

Rekrutuję ludzi na budowę. Finansowane przez ARKAS. Szukaj Gejzy. Podziemie Vladislavskie 4567.

Podczas czytania w oczach ciągle migotał mi feed CN: „Rada przyjęła plan poprawy życia mieszkańców miasta. Wyższe emerytury dla każdego, kto przepracuje 20 lat w korporacji. Burmistrz przyjął plan z entuzjazmem!". Starałem się nie zwracać na to uwagi, ale transmisja była stale ulepszana, aby nikt nie mógł jej nie zauważyć, i z całej siły błyskała mi po siatkówce oka, i ze wszystkich sił ryczała w uszach. Ale ludzki mózg i tak zawsze wyprzedza technologię i uczy się ignorować to, co mu nie leży. Udało mi się to wszystko jakoś zepchnąć w tło i skupić się na ogłoszeniach. Pozostali pasażerowie byli w podobnej sytuacji, też woleli czytać wiadomości na karteczkach, w tym szalone rewelacje, teorie spiskowe i rozliczenia między byłymi kochankami. Niektórzy desperaci przyłączali nawet mały pornonadajnik, który wyświetlał domowe filmiki porno (tym, którzy chcieli i tym, którzy nie chcieli), w których główne role grali ci, którzy byli celem papierowych oszczerstw. Możliwe, że niektóre kawałki były nawet prawdziwe. Może i tak. Jednak nikt już w to nie wierzył i w tym był problem. Wszystko jest kłamstwem. Wszystko. Nikt nie wierzył już w to, co czytał, co słyszał, ani nawet w to, co widział. Zrobienie filmiku o tym, jak burmistrz Sierbach zabawia się z psem, nawet mnie zajęłoby nie więcej niż minutę. W sieci można było znaleźć do tego kilkanaście programów, które były ciągle udoskonalane. W przeciwieństwie do filmików, te papierowe ogłoszenia robiły wrażenie prawdziwych. Ktoś prawdziwy, ktoś konkretny, musiał wziąć do ręki kawałek czegoś, a innym czymś coś na nim napisać, podczas gdy w sieci to mógł być program, wirus, albo ktokolwiek, kto kontrolował sieć, to znaczy Pranet, czyli praski Internet. A potem musiał tu przyjść i przykleić tę rzecz. Było w tym coś prawdziwego.

– Hej, stary, zeskanowałem cię i twoje zdrowie jest na poziomie C4. Dołącz do Agencji Bezpieczeństwa! Zarobisz kupę koron!

Odwróciłem się w kierunku, skąd dobiegał głos. Należał do małego drona, na którym odznaczał się emblemat Bezpieczeństwa. W pewnym sensie były to miejskie jednostki policji, ale opłacało je pięć korporacji, które kontrolowały większość praskich biznesów i tworzyły Radę Korporacji. Radę, która właściwie rządziła miastem. Z reguły wszystko, co wymyśliła Rada, składająca się z dyrektorów DEZATEG-u, VEP-u, ARKAS-u, PRAGUETECH-u i GEZ-u, burmistrz już tylko zatwierdzał. Tym sposobem Dieter Sierbach rządził formalnie Pragą od dwudziestu lat. Co pięć lat wygrywał wybory elektroniczne z przewagą dziesiątek procent. Ale w życiu nie spotkałem nikogo, kto głosowałby w wyborach online. Nikt z mojego otoczenia nie wierzył, że wypełnienie dwóch pól na monitorze może cokolwiek zmienić.

– Hej, stary, wiem, że masz dobry słuch, więc nie ignoruj mnie. Agencja Bezpieczeństwa daje pięćdziesiąt koron za rekrutację. Zapewni ci też mieszkanie i bilet na S-metro!

– Pierdol się – warknąłem i walnąłem ręką w dron. Odleciał na metr ode mnie, po czym znowu ustabilizował się w powietrzu, zabrzęczał wściekle i zaczął dręczyć młodego chłopaka, który ostentacyjnie drapał się po jajach. Miał na uszach gigantyczne staromodne słuchawki, więc nie zwracał uwagi ani na CN ani na rekrutacyjnego drona, który agresywnie krążył mu przed oczami.

Wysiadłem z U-metra na stacji Veleslavín. Porządnie odetchnąć mogłem dopiero po półkilometrowym przedzieraniu się pomiędzy barakami i przybudówkami, które powstawały w tym ciągle rozrastającym się podziemiu dla wciąż napływających nowych mieszkańców. Bez względu na to, czy pochodzili ze wsi, czy nie, życie na poziomie S było dla nich zbyt drogie. Poziom S zaczynał się tak około dwudziestego piętra praskich drapaczy chmur. Prowadziła tamtędy ekspresówka i S-metro. Co więcej, czasami było stamtąd widać prawdziwe niebo. Niżej nie można go było zobaczyć już praktycznie nigdy. Chociażby dlatego, że przyćmiewały go wszechobecne oświetlenia fluorescencyjne. „Darmowe światło dla wszystkich mieszkańców poziomu U. Tylko dzięki Radzie Korporacji!" zamrugało od czasu do czasu na feedzie CN.

Przedarłem się przez uliczki tak wąskie, że mogłaby nimi przejechać co najwyżej riksza, aż wreszcie wydostałem się z metra na ulicę. Wyglądało tutaj tak samo jak pod ziemią i śmierdziało podobnie, ale każdy, kto tu mieszkał przez kilka lat, wiedział, że wyszedł z totalnego gówna w codzienne gówno dnia codziennego.

Zadźwięczał mój zegarek komórkowy. Nie odebrałem telefonu, ale wkrótce pojawił się hologram gęby Adama. Chłopaki z Bezpieczeństwa to umiały. Po prostu sami odbierali telefon. Człowiek nie mógł ich zignorować.

– Kurwa, kutasie, mam tu zgłoszenie, że zaatakowałeś nasz dron rekrutacyjny! – zaryczał.

– Są coraz bardziej agresywne. Mało mi nie wleciał do ucha – odpowiedziałem.

– Gówno. Mam nagranie – oświadczył i puścił nagranie mnie samego sprzed dziesięciu minut.

Milczałem. Adam mnie wkurzał. Nagrywał mi interesy i myślał, że jestem „jego człowiekiem". Byliśmy razem na wojnie. Nawet w jednej jednostce – żandarmerii wojskowej. Ale podczas gdy on wypełniał papiery, siedząc bezpiecznie na tyłach, mnie wysłali na pierwszą linię i jakoś tak się zdarzyło, że miał wtedy miejsce ostatni prawdziwy polski atak, a ja utknąłem okrążony z K22, z walizką dowodów i przenośnym wykrywaczem prawdy.

– Słyszysz mnie, kurwa? Pracujesz dla mnie. Twoja wpadka jest moją wpadką – ciągnął dalej w zegarku hologram Adama.

– Nie pracuję dla ciebie. Po prostu mnie najmujesz, a to jest różnica, kapitanie – odparłem spokojnym głosem i spojrzałem na ekran CN. Na nim właśnie Albert Viktor, szef Rady Korporacji otwierał nowy szpital gdzieś w okolicy stacji S-metra Kolín. Obok niego stał jego syn o tym samym imieniu oraz żona. Mogła mieć około siedemdziesiątki, ale dzięki operacjom plastycznym i terapii genowej wyglądała na dwadzieścia. Z kolei dyrektor DEZATEG-u pielęgnował swój wizerunek charyzmatycznego, nieco posiwiałego mężczyzny po pięćdziesiątce.

 

– Usunę to, kurwa, ale nie sprawiaj więcej kłopotów. Z Kiełbaską dobrze się spisałeś, ale za tę akcję obcinam ci dziesięć procent z uzgodnionej premii – oświadczył zrezygnowany bezpieczniak i wyłączył się.

– Ty fiucie! – Splunąłem, a kiedy zniknął, przyspieszyłem. Zmierzałem w stronę Czerwonego Wzgórza. Wcześniej była tam też stacja metra, ale ludzie zbyt szybko i w niekontrolowany sposób dostawiali wokół niej kolejne przybudówki, aż trzy lata temu zawaliła się. Była z tego niezła zadyma. Bezpieczeństwo aresztowało każdego, kto mieszkał w okolicy, a większość z tych, którzy mieszkali w tym rejonie, już nie wróciła. Mówiono, że przenieśli ich gdzie indziej – na peryferie miasta, gdzie był problem z dostawami i ludzie z poziomu U harowali w fabrykach sztucznego mięsa, żeby coś z tego włożyć do własnego żołądka. W każdym razie stacja metra Czerwone Wzgórze zniknęła ze wszystkich przewodników, wykazów połączeń, z sieci zniknęła także każda wzmianka na jej temat. W takich sprawach Rada była niezwykle skuteczna. Dlatego nikt nie ufał sieci. To była oficjalna, czysta piękna tablica informacyjna. Nawet porno było na niej jakieś takie zbyt błyszczące.

Na CN pojawiła się reklama: „Nowe Wesołe Kiełbaski! W składzie jeszcze więcej prawdziwego kurczaka! Wesołe Kiełbaski de luxe od koncernu ARKAS!". Pan Kiełbaska tańczył tam z butelką Keczupu, tak jakby jego pierwotny właściciel nie skończył z przestrzeloną czaszką. ARKAS był naprawdę szybki w przejęciu. Przypuszczam, że gdybym teraz w sieci wyszukał firmę „Wesołe Kiełbaski", to prawdopodobnie to konsorcjum widniałoby jako właściciel marki od samego początku. Komu teraz będzie obciągać kiełbaskę pani Kiełbaskowa, nie miałem pojęcia i nic mnie to nie obchodziło. Wierzyłem, że jej idealny tyłek nie zginie w tym świecie.

– Ej, proszę pana, może ma pan ochotę na Wesołą Kiełbaskę? Mamy je teraz w promocji, zanim przywiozą nam wersję de luxe. Kupuj, bo już ich nie będzie! – krzyknął do mnie Murzyn z budki. Stało przy niej dwoje dzieci, które ładowały w siebie hot dogi z ketchupem.

* * *

Wolałem przyspieszyć i zatrzymałem się dopiero przy Kafejce Krwawego Alego. Ali był Persem i prowadził tu kawiarnię, gdzie robił kawę ze wszystkiego, co możliwe, nawet z prawdziwej kawy. Chociaż nie miał tego w ofercie. Jedzenie z autentycznie naturalnych surowców można było sprzedawać wyłącznie na podstawie licencji wydawanej przez Urząd Burmistrza. Ale ja i Ali kumplowaliśmy się od wielu lat i należałem do jego stałych klientów. Kawiarnia była zrobiona ze starego autobusu. Kawałek stąd miał piwnicę, w której uprawiał hydroponicznie kawowce i prażył najlepszą kawę, jaką kiedykolwiek piłem. Nie miałem pojęcia, skąd brał wodę. Woda była powodem, dla którego nikt bez licencji nie mógł produkować żywności w tradycyjny sposób. To była najdroższa i najcenniejsza rzecz, jaką miała Praga. I jak na europejskie standardy miała jej dużo. Dlatego tak wielu ludzi przeprowadziło się tutaj w ciągu ostatnich dwudziestu lat, sprzedając wszystko, co mieli, tylko po to, by kupić obywatelstwo. Większość żywności była produkowana przemysłowo na bazie hodowli laboratoryjnej – a żywność naturalna, przynajmniej taka, która zawierała chociażby częściowo prawdziwe mięso lub warzywa, była warta fortunę. Dlatego też różne bystrzachy szukały sposobów jak na tym zarobić. Kiełbaska z całą pewnością nie był ani pierwszy ani ostatni.

– Zbożową z? – zapytał mnie Ali, kiedy oparłem się o ladę. Usiadłem na skórzanym siedzeniu, które pozostało tu z oryginalnego autobusu i skinąłem głową. „Zbożowa z" była kodem dla prawdziwej kawy. Wyciągnąłem nogi i rzuciłem koszulę przez oparcie. W knajpce siedzieli tylko dwaj kolesie, którzy popijali zamiennik kawy w formie instant od firmy Wesoły Murzynek, a za nimi trzy starszawe damy nabierały powoli łyżeczkami z kopca bitej śmietany. Wnioskując z ich rozmarzonych spojrzeń, prawdopodobnie wspominały stare czasy.

– Na Minę? – zapytał Ali, stawiając przede mną prawdziwą kawę. Wdychałem jej odurzający zapach. Właściwie to nie miałem ochoty na kawę. Ale musiałem poczuć coś innego niż gotowane ludzkie mięso i smród U-metra.

– Lepiej nie, i tak jestem jej winny więcej, niż pozwala na to przyzwoitość. – Pokręciłem głową i rzuciłem pięćdziesiąt halerzy na stół. Można było za to kupić jedzenia na tydzień, ale ta kawa serio była tego warta. Ali szybko schował monetę do kieszeni i w zamian rzucił mi na stół małą papierową ulotkę.

Północny rytuał cybernetycznych czarodziejek! Sobota 14. grudnia w zamkniętym metrze na Czerwonym Wzgórzu!

– Ile ci płacą? – zapytałem.

– Halerz za dziesięć ulotek. Ale połowę i tak wyrzucam do kosza. Daję to tylko ludziom, którzy tego zaraz nie wypaplają bezpieczniakom – szepnął.

Wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę i podpaliłem ulotkę. Raz dwa spłonęła, a popiół spadł na podłogę.

– Nie będzie ze mnie pociechy. Kiedy poczuję nudę, skoczę do Wesołej Molly. Podobno teraz ma dwie cipki – odpowiedziałem i ponownie wciągnąłem w nozdrza aromat prawdziwej kawy.

– Phi, Jaśmina ze stacji metra Kolbenova ma trzy cipki i dwa otwory analne. Kuzyn przeleciał je wszystkie. Mówi się na to „złota piątka Jaśminy" – zachichotał Ali, a potem odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi. Do drzwi ładował się właśnie Jezus. Miał na sobie tradycyjne czerwone ubranie Mikołaja, czapkę z dzwoneczkami, a w ręce duży krzyż z laminatu.

– Zakaz żebrania – powiedział do niego Ali i zastąpił mu drogę.

– Hou, hou, hou, wesołych świąt Bożego Narodzenia, zbieram na sierotki – kontynuował odważnie Jezus.

– Jestem buddystą i sierotki mnie nie interesują, chyba że mają czternaście lat i sztuczne cyce jak donice. Spadaj stąd, Jezusie, żebym ci nie wsadził tego krzyża w dupę – powiedział Ali groźnym tonem. Wyglądał przy tym jak Poncjusz Piłat i Judasz razem wzięci. Zbawiciel się poddał i wycofał się z drzwi autobusu.

– Że też nie jest mu w tym gorąco – westchnąłem. Było prawie dwadzieścia stopni. Dość ciepło jak na grudzień. Zazwyczaj w tym czasie było około piętnastu, a ludzie nie śmierdzieli tak bardzo jak latem, kiedy to na dole na poziomie U było około pięćdziesięciu stopni.

– Niczego pod tym nie ma. Widziałem go wczoraj jak pokazywał kutasa damom, co przychodzą do mnie na kakao z bitą śmietaną. – Ali machnął ręką, a ja dopiłem swoją kawę. Po raz ostatni zaciągnąłem się zapachem skorupy zasychającej wewnątrz kubka, postawiłem go na stole i żegnając się milcząco, wyszedłem. Do domu nie miałem dalej niż dwie ulice, a po drodze trzech, może czterech Jezusów.

* Prezydent Republiki Czeskiej Václav Klaus, wizytując w Chile, podczas konferencji prasowej ukradł pióro konsularne.