Miłość to wybór. O terapii współuzależnieńTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

MIŁOŚĆ TO WYBÓR

Robert Hemfelt

Frank Minirth

Paul Meier

MIŁOŚĆ TO WYBÓR

o terapii współuzależnień

PSYCHOLOGIA I WIARA

Przełożyła Renata Towlson


Tytuł oryginału

Love is a choice: The Definitive Book on Letting Go of Unhealthy Relationships Published by arrangement with Thomas Nelson, a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

© Copyright by Robert Hemfelt, Frank Minirth, Paul Meier, 1989, 2019

© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, Poznań 2004

Redaktor – lidia kozłowska

Redaktor techniczny – justyna nowaczyk

Ilustracja na okładce – adam przeniewski/unsplash

isbn 978-83-7906-407-6

Wydanie III, 2019

Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów

W drodze sp. z o.o.

ul. Kościuszki 99, 61–716

Poznań tel. 61 852 39 62

www.wdrodze.pl

sprzedaz@wdrodze.pl

Druk i oprawa: drukarnia totem, Inowrocław

Wydrukowano na creamy 70 g, vol. 2,0

Podziękowania

Autorzy dziękują wszystkim, którzy przyczynili się do publikacji niniejszej książki. Za zachętę i pracę wdzięczni jesteśmy szczególnie Donowi Hawkinsowi oraz naszym żonom, Susan Hemfelt, Mary Alice Minirth i Jan Meier. Chcielibyśmy również podziękować Sandy Dengler – dzięki jej kompetentnej redakcji sporządzane przez lata notatki i studia nad konkretnymi przypadkami utworzyły spójną całość; Janet Thoma za jej edytorską i organizacyjną biegłość; Bruce'owi Barbourowi za ciągłą zachętę i wsparcie; Susan Salmon za edytorską pomoc; Vicky Warren i Kathy Short za niestrudzoną pracę, przepisywanie i korektę kolejnych wersji tekstu oraz Kevinowi Kinbackowi za naukową opiekę.

I

Co to jest współuzależnienie

1

Wątek brzmiący tak prawdziwie

Gladys Jordan przycupnęła na krawędzi krzesła gotowa do ucieczki. Na przemian to splatała, to rozplatała zdeformowane palce, czasem tylko przerywając na chwilę tę czynność, by zdjąć z czoła spadający na oczy, siwiejący kosmyk włosów, po czym znów powracała do niespokojnej pracy dłoni. Akta podawały wiek: 53 lata. Wyglądała na 65.

Na krześle obok niej siedział mąż, John, ze skrzyżowanymi rękoma, lekko pochylony do tyłu, z grymasem na twarzy. Krępy, silny mężczyzna, nie gruby, ale taki co to lubi dobrze zjeść. Zmarszczki wokół oczu i opalenizna zdradzały z górą pięćdziesięcioletni staż pracy na świeżym powietrzu. Był przedsiębiorcą o doskonałej reputacji, zawsze na miejscu, zawsze na czas.

– Jestem tutaj, ponieważ Gladys chciała, bym przyszedł – oświadczył. – Nie sądzę, aby psycholog mógł pomóc. Jest na to za późno.

John Jordan nie okazał słabości.

W klinice Minirth-Meier, mając za sobą lata doświadczeń, dobrze rozumiemy niewypowiedziane obiekcje kryjące się za obronną postawą Johna Jordana, stąd też zaczęliśmy ostrożnie:

– Możesz mieć poczucie, że wizyta u nas to pomyłka. Szukanie pomocy u psychologa czy psychiatry często postrzegane jest jako słabość i nieumiejętność poradzenia sobie z trudną sytuacją; a może brak ci zdrowego rozsądku, przecież tym zajmuje się psychologia. W końcu zdrowi ludzie potrafią kontrolować swoje postawy i emocje. Czy o to chodzi?

– Tak.

– John, wiem, że zbudowałeś swoją firmę od zera.

– Zacząłem zaraz po szkole średniej, miałem tylko jedną używaną ciężarówkę.

– Ile pojazdów masz dzisiaj?

– Siedem ciężarówek, dwie wywrotki, parę furgonetek, ładowarkę i koparkę.

– W głosie Johna słychać było wyraźną dumę – usprawiedliwioną, zdrową dumę.

– Ach tak. Szkoda, że nie jesteś silniejszy. Gdybyś był wystarczająco silny, nie potrzebowałbyś tych wszystkich kosztownych narzędzi. Mógłbyś przenosić ładunki samodzielnie, wyrównywać teren szuflą.

Twarz Johna mieniła się wszystkimi kolorami tęczy. Jej wyraz coraz to się zmieniał, przechodząc od zmieszania poprzez nagłe olśnienie (Aha! Więc o to chodzi! Światełko zabłysło) aż po szelmowskie iskierki w oczach. Dla nas był to pierwszy słaby sygnał, że być może jego wrogość nieco łagodnieje, jednak iskra szybko zniknęła.

– Wiem, co chcesz powiedzieć, że niby poradnictwo to narzędzie, ale i ono nic nie zmieni. Gdybym tylko mógł sam sobie wmówić, że to ma sens, albo gdybym miał większą wiarę – to nie byłoby nas tutaj.

– To nie jest tak. Nie można poruszyć góry za pomocą słowa; potrzeba narzędzi; nie dlatego, że brak nam wiary, ale dlatego, że tak właśnie, tu na ziemi, robi się te rzeczy. Chcemy pomóc tobie i twojej żonie poruszyć górę.

– Gladys – zwróciliśmy się do żony – trzydzieści jeden lat małżeństwa, troje dzieci – dwóch synów i jedna córka. Domyślam się, że wszyscy już na swoim. Co robią twoje dzieci?

Głos Gladys drżał, mówiła ze ściśniętym gardłem, cała roztrzęsiona.

– John junior ma licencjat z zarządzania i założył pralnię chemiczną. Mówi, że ma dużo pracy i mało czasu, ale idzie mu bardzo dobrze. Marsha jest pielęgniarką w Pogotowiu św. Józefa. Lubi, jak coś się dzieje. Świetnie radzi sobie w sytuacjach stresowych. No i James… – tu zwilżyła usta. – On ma pewne problemy, ale w tej chwili jest na odwyku i wszystko będzie dobrze.

– John, rozumiemy, że wiara jest bardzo ważna dla was obojga. Rozwód nie jest brany pod uwagę, czy tak? Moglibyście rozważyć morderstwo, ale nie rozwód.

Kąciki ust niezależnego przedsiębiorcy uniosły się w górę, bardziej jednak w grymasie aniżeli uśmiechu.

– Dobrze to ujęliście – grymas na twarzy Johna zmienił się nagle w prawdziwą łagodność. – Niezgodność charakterów, różnice, których nie daje się pogodzić, to my, od zawsze. Małżeństwo powinno być zaaranżowane w niebie. Nasze nie jest! Gdybyśmy mogli wybrać rozwód – jedno z nas już dawno by odeszło.

Gladys zacisnęła usta.

– Gdybyśmy mieli wybór…

Nagle posmutniała, a jej ręce wykonywały wciąż te same nerwowe ruchy – wyglądała, jakby znalazła się w potrzasku.

John nie słucha. W ogóle nie stara się usłyszeć tego, co mam do powiedzenia. To takie beznadziejne, ciągle walić głową w mur.

John zaoponował:

Ona nie stara się dogadać. Rozmowa to dyskutowanie o dobrych i o złych rzeczach. A ona wszystko krytykuje. W jej oczach jestem kimś, kto nie potrafi nic powiedzieć czy zrobić dobrze. Cokolwiek jej daję, ona chce więcej albo co innego. Nigdy nie jest to właściwa rzecz, nigdy też wystarczająco dobra.

Życie małżeńskie Jordanów nie było usłane różami. Ciągłe kłótnie zniszczyły szczęście domowego ogniska. Oto na krzesłach w odległości półtora metra od siebie siedzi dwoje bohaterów prawdziwej tragedii: dwoje dobrych, szczerych ludzi, którzy chcą tylko wzajemnie się kochać, ale nie potrafią albo nie mogą.

W życiu Jordanów, być może również i w twoim, często obecna jest bolesna zadra, powodująca niewypowiedziane cierpienie i nieszczęście. Szarpie i ciągnie, rozstraja podświadomość, wpływa na ocenę sytuacji i pozbawia możliwości wyboru nawet wówczas, gdy się wydaje, że wybieramy inteligentnie i dobrze. W naszej klinice Minirth-Meier, a także i w innych nazywamy ten wątek współuzależnieniem.

Współuzależnienie

W najszerszym znaczeniu współuzależnienie można zdefiniować jako uzależnienie od ludzi, zachowań bądź rzeczy. Współuzależnienie to fałszywe przekonanie, iż można kontrolować wewnętrzne uczucia poprzez kontrolę ludzi, rzeczy i wydarzeń na zewnątrz. Dla współuzależnionych kontrola lub jej brak jest centralnym aspektem życia. Można być uzależnionym od drugiej osoby. W tej międzyosobowej relacji uzależniony zostaje wplątany w drugą osobę tak mocno, iż jego poczucie własnej tożsamości ulega poważnemu ograniczeniu, przytłoczone tożsamością i problemami drugiego.

Ponadto, uzależnieni mogą stać się jak szalone odkurzacze, wciągające w siebie nie tylko drugą osobę, ale również chemikalia (w pierwszym rzędzie alkohol czy narkotyki) lub rzeczy – pieniądze, pokarm, seks, pracę. Nieustannie starają się wypełnić wielką emocjonalną pustkę wewnątrz siebie. Nasi pacjenci tak opisują ten stan: „czuję się pusty. Czegoś w środku mi brakuje”.

Grupy wzajemnej pomocy

Współuzależnienie po raz pierwszy zostało rozpoznane kilkadziesiąt lat temu, kiedy to terapeuci usiłowali pomóc alkoholikom i ich rodzinom. W czołówce tego współczesnego ruchu byli Anonimowi

Alkoholicy. Założyciele AA zaobserwowali u alkoholików kilka charakterystycznych cech: głęboki uraz w stosunku do Boga, bunt wobec bliskich (poczucie niezależności) przy jednoczesnej dziecięcej zależności od tych, którzy ich otaczali.

Chociaż pierwsi animatorzy ruchu AA mieli bardzo dobry osobisty kontakt z Bogiem, to jednak czuli, że trzeba omijać ten uraz alkoholików w stosunku do Boga przez użycie wyrażenia „Bóg, tak jak go rozumiem” w ich, tak słynnych dzisiaj, dwunastu krokach prowadzących do uzdrowienia. Ich intencją było skoncentrowanie się na potrzebie skorzystania z zewnętrznej pomocy. Uzależnienie alkoholowe było zwalczane krok po kroku, dzień po dniu przez przechodzenie kolejnych stopni i regularną obecność na spotkaniach z kolegami alkoholikami.

Ruch AA odnosił wiele sukcesów w ratowaniu alkoholików, jednak był jeden poważny problem – w rok po odwyku rodziny zaczynały się rozpadać. Pracownicy zdali sobie sprawę, że tak jak alkoholik był uzależniony od alkoholu, tak bardzo często rodzina uzależniała się od alkoholika. Członkowie rodziny nie tylko dostosowali całe swoje życie, ale i całe postrzeganie świata do tego, by znalazło się w nim miejsce dla alkoholika. Umożliwili jej (jemu) podtrzymywanie nałogu; zaprzeczyli istnieniu uzależnienia; ignorowali je; omijali. Szczególnie dzieci to wypaczone życie z rodzicem alkoholikiem uważały za normalne. To było wszystko, co znały. Alkoholik był uzależniony od alkoholu. Rodzina była współuzależniona od alkoholu razem z alkoholikiem. Tak zrodził się termin – współuzależniony.

 

Al-Anon i Alateen1 rozwinęły się, by pomóc nie alkoholikowi, ale jego bliskim. Powstał program pomocy osobom współuzależnionym, którego celem było wspieranie powrotu do normalnego życia, ujrzenia spraw we właściwym świetle, przystosowania do całkiem nowej sytuacji rodzinnej.

Dzisiaj koncepcja uzależnienia i współuzależnienia nie odnosi się tylko do alkoholizmu; obejmuje cały wachlarz używek (takich jak kokaina, marihuana, tytoń, heroina), każdy niemal obsesyjny przymus wykonywania jakichś czynności, a także pewne rodzaje przesadnych zachowań. Zaburzenia jedzenia (na przykład anoreksja, bulimia), uzależnienie od seksu, od wybuchów wściekłości, od pracy, przymus wydawania pieniędzy, krańcowo sztywne i formalistyczne podejście do życia, przymus mycia rąk dziesiątki razy w ciągu dnia – to cała seria uzależnień, które można zaliczyć do tej samej kategorii co alkoholizm. Te zaburzenia, jak i wiele innych silnie dotykają rodzinę i bliskich znajomych – współuzależnionych – którzy mogą cierpieć tak samo, jeśli nie poważniej aniżeli sam uzależniony.

Koncepcja współuzależnienia obejmuje również alkoholika. Słowo „współuzależniony” literalnie znaczy „uzależniony razem z”. Ludzie czasem myślą, że tylko współmałżonek alkoholika jest współuzależniony. To nie tak. Alkoholik jest aktywnie współuzależniony. Jego (jej) uzależnienie dotyczy rzeczy – alkoholu. Mąż czy żona są uzależnieni od drugiej osoby, alkoholika, ale także od natury związku, jako że umożliwiają alkoholikowi pozostawanie w nałogu. Obydwoje w równym stopniu są od siebie uzależnieni – można powiedzieć, są współuzależnieni.

Ostateczna tragedia

Kolejnym problemem, który omówimy szerzej w następnych rozdziałach, jest wielopokoleniowość. Poważna dysfunkcja w życiu rodziny powtarza się następnie w życiu dzieci i ich rodzin, i tak pogłos cierpienia będzie roznosił się z biegiem lat coraz to dalej. Uzależnienie czy dysfunkcja mogą ulec zmianie: syn alkoholika może być, na przykład, pracoholikiem, z kolei jego córka może obsesyjnie wydawać pieniądze. Tak czy inaczej, uzależnienie trwa. Jest zawsze obecne i sieje zniszczenie.

W klinice leczymy wielu współuzależnionych – ludzi z zachowaniami obsesyjno-kompulsywnymi, ich małżonków i dzieci oraz dzieci z rodzin patologicznych. Statystyki podają, że piętnaście milionów Amerykanów to alkoholicy albo narkomani. Mamy podstawy, by uważać, że każdy alkoholik ma poważny wpływ na co najmniej cztery osoby, takie jak małżonek (małżonka), dzieci, współpracownicy. Potencjalnie sześćdziesiąt milionów współuzależnionych cierpi z powodu uzależnienia od wspomnianych wyżej piętnastu milionów. Ponadto szacuje się, że około dwudziestu ośmiu milionów Amerykanów to dorosłe dzieci alkoholików, które ciągle cierpią z powodu doświadczeń z dzieciństwa.

I to tylko alkohol. Te liczby nie pokazują współuzależnienia z powodów innych aniżeli nadużywanie środków chemicznych, a zatem są to dane bardzo zaniżone. Faktyczna liczba wszystkich współuzależnionych jest o wiele, wiele wyższa.

Epidemia. Nie ma lepszego określenia. Jeżeli około stu milionów Amerykanów przez dwa pokolenia cierpi z powodu problemów współuzależnienia, to mamy do czynienia z sytuacją zagrożenia epidemią na niewiarygodną skalę. Nieszczęście, rozpacz i utrata sensu życia na skalę przekraczającą wszelkie wyobrażenie.

Tysiące pacjentów w klinikach Minirth-Meier jest współuzależnionych i każdy z nas udziela porad, czy to jako psychiatra (dr Frank Minirth i dr Paul Meier), czy też psycholog (dr Robert Hemfelt). Cel porady jest dwojaki: natychmiast przerwać krąg problemów będących przyczyną współuzależnienia oraz zapobiec dalszemu wyniszczeniu grożącemu tak wzajemnie uzależnionym, jak i pokoleniom, które przyjdą po nich.

Masz jedną szansę na cztery, że będziesz cierpiał z powodu problemów współuzależnienia. Jakie to problemy? Rozwód i trudności w związku, nadużywanie substancji chemicznych, zachowania obsesyjne, których nie jesteś w stanie kontrolować, nieuzasadnione wybuchy gniewu, depresja i wiele innych. To olbrzymie, powtarzające się problemy, które podcinają gałąź szczęścia i sprawiają, że twoje życie jest przygnębiające.

A co z tobą? Czy współuzależnienie jest korzeniem twojego nieszczęścia? A co ważniejsze, jeśli tak jest, czy można w jakiś sposób się go pozbyć, aby ulżyć cierpieniu?

Są dwie istotne przyczyny, dla których powinieneś zbadać swoje życie i rozwiązać, o ile istnieją, problemy wynikające ze współuzależnienia. Jedna z nich to naprawa własnego życia, tak by łatwo można było sobie w nim radzić, a druga to kontrola i unikanie poważnych błędów. Inny powód to dzieci, zarówno twoje, jak i te dookoła ciebie. Pamiętaj, że wpływ współuzależnienia rozciąga się na wiele pokoleń. Problemy w jednym pokoleniu wypaczają i skazują na cierpienia członków następnego, chyba że błędne koło zostanie przerwane. Jeden z najbardziej poruszających komentarzy, jakie można było usłyszeć w klinice Minirth-Meier, padł z ust młodej kobiety biorącej udział w terapii: „Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek w pełni osiągnę spokój i szczęście, ale udało mi się uchronić moje dzieci od podobnego bólu”.

Jordanowie potrzebowali pomocnej dłoni doradcy, aby rozplątać węzeł małżeńskiego problemu. Pokazaliśmy im to, co jako postronni obserwatorzy mogliśmy zobaczyć. W tej książce poprowadzimy was przez podobny proces. W drugiej części odkryjemy przyczyny współuzależnienia: niezaspokojone potrzeby emocjonalne, stracone dzieciństwo oraz przymus naprawienia dysfunkcyjnej rodziny. Zobaczycie, w jaki sposób pomożemy Jordanom pogodzić się z przeszłością. Będą ją analizować, wściekać się na nią, boleć nad nią, wreszcie – zawierać z nią pokój. Przyglądając się, jak Jordanowie radzą sobie z wyłaniającymi się problemami, rozważ je w świetle własnych okoliczności życiowych.

W części trzeciej przyjrzymy się czynnikom, które zamykają wzajemnie uzależnionych, takich jak Jordanowie, w nieustającym cyklu cierpienia: efektowi śniegowej kuli uzależnienia, wyparciu i gniewowi. Większość myśli i czynników wpływających na życie współuzależnionych jest pogrzebana, ignorowana albo nierozpoznana. Odkryjemy je.

Następnie, w części czwartej, pomożemy ci zobaczyć, jak współuzależnienie wpływa na twoje związki i jak możesz zatrzymać destrukcyjną płytę, która ciągle gra ci w głowie.

W końcu przeprowadzimy cię krok po kroku, przez – czasem bolesne, a czasem radosne – stopnie uzdrowienia. Rządzące tobą siły, z których nie zdawałeś sobie sprawy, wyłonią się podczas ponownego odkrywania przeszłości. Gniew będzie przybierał na sile. Doznasz uzdrowienia. Dokonasz nowych wyborów, które pozwolą ci podążyć dalej, aniżeli kiedykolwiek marzyłeś. To nie będzie łatwe.

Dzisiaj Jordanowie nie wiodą idyllicznego życia. Ich uzdrowienie jest głębsze i ma wymiar bardziej praktyczny. John ciągle jest pracoholikiem, ale dziś zdaje sobie z tego sprawę i stara się nad tym panować. Gladys lepiej rozumie swoje miejsce w małżeństwie. A co ważniejsze, znają drogi, którymi prowadziła ich przeszłość, i uczą się pokonywać siły, które kiedyś tak okrutnie rządziły ich życiem. Po raz pierwszy John i Gladys zasmakowali prawdziwego szczęścia.

Wiele zależy od tego, jak bardzo chcesz uwolnić się od duchów przeszłości. Skorzystają na tym także twoje dzieci. Twoje własne szczęście i zdolność do prawdziwej miłości zależą od decyzji, jaką dziś podejmiesz.

Zacznijmy od przyjrzenia się dziesięciu cechom współuzależnienia.

2

Mechanizmy wzajemnego uzależnienia

Jerry był dzieckiem doby kryzysu. W roku 1929, kiedy to rynek papierów wartościowych odnotował fatalny spadek, miał siedem lat.

„Widzisz, mój chłopcze? – mawiał jego dziadek. – Nigdy nie pokładaj nadziei w pieniądzu”. Jego ojciec Phil Braley pilnie stosował tę zasadę. Cokolwiek zarobił, wydał w ciągu doby. Tak samo jego żona Maude. Phil, tak jak wielu innych, właściwie nigdy nie był bezrobotny. Był kierowcą ciężarówki. Maude uprawiała mały ogródek przy domu w Los Angeles i czasami brała pranie do domu. Jednakże bez względu na to, ile zarobiła, nigdy nie miała pieniędzy. Pozbywała się ich równie szybko jak Phil.

Tylko ich syn Jerry Braley od dziewiątego roku życia pracował i miał pieniądze. Jedno z jego najlepiej płatnych zajęć nie trwało, niestety, zbyt długo; tajna komórka anarchistów wynajęła go do podrzucania po zmroku politycznych pamfletów pod drzwi obywateli. Grupę aresztowano i Jerry zaczął imać się bardziej prozaicznych zajęć, takich jak zamiatanie podłóg, dostarczanie gazet i książek telefonicznych, sprzedawanie pomarańczy po domach.

Kiedy tylko przechodził obok sklepu Western Auto, oglądał rowery. Na początku marzył o czerwonej wyścigówce ze sztucznym bakiem przyczepionym do ramy i błotnikami pomalowanymi w paski. Potem jednak nie dbał już o szczegóły. Ostatecznie nawet kolor był mu obojętny. Chciał mieć rower. Jakikolwiek. Pragnął. Tęsknił. A jednak przez te wszystkie lata pracy nigdy nie zgromadził wystarczającej sumy pieniędzy, by go kupić. Jego pieniądze zawsze szły na potrzeby rodziny, bo zarobek ojca nie starczał do pierwszego.

W szkole średniej Jerry był niezwykle ambitny i odnosił sukcesy sportowe. W domu ceniono go za umiejętność postępowania z wierzycielami i talent do robienia zakupów. Rodzina zaopatrywała się w dwóch pobliskich sklepach i w obu często przekraczała dopuszczalny kredyt. Kiedy Jerry szedł na zakupy, wchodził do jednego sklepu, a gdy mu odmawiano kolejnego kredytu, szczerze zawstydzony, odkładał produkty na półkę i próbował szczęścia w drugim.

Jego rodzina nigdy nie miała własnego domu czy telefonu. Jerry tak bardzo wstydził się tego, że mieszka w wynajętym domu, że kiedy ktoś odwoził go ze szkoły, prosił o wysadzenie dwie przecznice dalej. Strasznie się bał, że ktoś odkryje jego tajemnicę.

Rodzina Jill radziła sobie z zagrożeniami kryzysu gospodarczego w zupełnie inny sposób. Ona też miała siedem lat, kiedy załamał się rynek. Jej ojcu również udało się utrzymać zatrudnienie, gdyż był znakomitym stolarzem. Tu jednak podobieństwa się kończą. Phil Braley, ojciec Jerrego, był życzliwym, wyluzowanym, niekonfliktowym gościem, zawsze gotowym pożyczyć dolara, gdy był w jego posiadaniu. Ojciec Jill, Peter Whinthrop, spięty i grzmiący furiat, cały czas pieniądze gromadził. Rodzina Jill podobnie jak rodzina Jerry’ego nic nigdy nie miała, jednakże powodem nie były nadmierne wydatki, lecz lokowanie pieniędzy w banku.

Wkrótce kryzys minął i kraj wszedł w okres wojny i gospodarczego wzrostu. Phil Braley jednak dalej był bez grosza, a Peter Winthrop nie przestawał gromadzić oszczędności. Okoliczności się zmieniły, rodziny Jerry’ego i Jill nie.

Jerry wyrósł na przystojnego, dojrzałego i zrównoważonego mężczyznę. Rodzinę założył dość późno, ponieważ służył w Korei i spędził kilka lat na rozwijaniu działalności maklerskiej. Jill podczas wojny zrobiła karierę, zaczynając od poziomu zwykłej urzędniczki, a kończąc na pozycji dyrektora Biura Bezpieczeństwa w Los Angeles. „Urodzona kierowniczka”, mówili jej przełożeni.

Kiedy Jill spotkała Jerry’ego, była to miłość od pierwszego wejrzenia. Przystojny kawaler poślubił szczupłą piękność. Z biegiem lat Jerry zgromadził niemałą fortunę, był właścicielem sieci sklepów i miał spore udziały w lokalnym banku. Jego majątek jest teraz wart ponad pięćdziesiąt pięć milionów. Nie jest skąpcem, życzliwie odnosi się do ludzi, wydaje dużo i często. Wie, jak żyć.

Jill też się zmieniła, mówią jej przyjaciele. Zawsze kiedy znajdowała się w sytuacjach niepokojących lub konfliktowych, zaostrzała kontrolę i dużo krzyczała. Zamiast jednak z czasem złagodnieć, Jill brnęła coraz dalej. Stała się obsesyjnym czyściochem, darła się wniebogłosy, kiedy Jerry bądź ich jedyne dziecko, Bill, zakłócili porządek przez sam fakt przebywania w domu. Krytykowała biednego Jerry’ego za każdy wydany grosz, co zdarzało się często. Ciągłe, ostre odchudzanie się zaczęło zagrażać jej zdrowiu.

Jill i Jerry przyszli ostatnio do naszej kliniki – nie dla siebie, ale dla swojego syna. Bill, lat trzydzieści sześć, był dumą i utrapieniem ich życia. Jerry kiwał głową ze smutkiem.

 

– Daliśmy mu wszystko, co mogliśmy. Jak czegoś zapragnął, było jego. Najlepsze szkoły, najlepszy dom. wszystko. To tak, jakby zwrócił się przeciwko nam, a jednak nie całkiem. Wiem tylko tyle, że trzeba się z tym jakoś uporać, a on sam nic nie zrobi. Mamy nadzieję, iż powiecie nam, jak do niego dotrzeć i jak wyprowadzić go na prostą, zanim zrujnuje życie swoje i naszych wnuków.

– Opowiedzcie nam o Billu.

Jill wykrzywiła spiętą twarz.

– W szkole wyższej zrobił specjalizację w zakresie zarządzania. Jerry planował któregoś dnia powierzenie mu kierowania korporacją, gdy zdobędzie odpowiednie doświadczenie. Na miesiąc przed ukończeniem studiów w Yale Bill przyłączył się do Korpusu Pokoju czy jak tam to się teraz nazywa. Żył w południowej Afryce jak jakiś obibok. Zapomniałam, do którego kraju się udał.

Teraz wtrącił się Jerry.

– To wszystko trwało tylko dwa tygodnie. Wrócił do domu, do szkoły i zainteresował się biznesem. Rok później poleciał do Bostonu z kobietą… żył z nią około ośmiu miesięcy.

Usta Jill zacisnęły się, tworząc cienką, białą linię.

– Ona miała, och, inne pochodzenie. inny status społeczny i materialny. Uosabiała to wszystko, co chciałbyś, by ominęło twojego syna. Nie mamy pojęcia, co go opętało, aby zadać się z tą kobietą. To najgorsza, najokropniejsza rzecz, jaką mógł zrobić.

– Potem spotkał Karen – kontynuował Jerry. – Słodka dziewczyna, chodzi do naszego kościoła. Naprawdę bardzo miła. Mają troje dzieci i uroczy dom. Można by pomyśleć, że wreszcie jest zadowolony.

– Pracuje w twojej firmie?

– Tak. Jest pierwszym wiceprezesem. Przygotowuję go do przejęcia interesu.

Jeśli Jerry ma powody do dumy ze swojego syna, to dlaczego brzmi to tak smutno?

– Czego właściwie od nas oczekujecie?

Jill spochmurniała nagle, jakby w jej głowie miała rozpętać się burza.

Wszystko w jej postawie było posępne.

– On jest… Myślę, że można by go nazwać seksoholikiem. Ciągle zdradza Karen z najbardziej odpychającymi kobietami, jakie tylko można spotkać. Waham się, by powiedzieć, że jest zdeprawowany, ale to adekwatne określenie.

– I uprawia hazard – Jerry mówił zniżonym głosem. – Obsesyjny hazardzista. Psy, kucyki, futbol amerykański, własny punkt bukmacherski. Darmowy apartament, kiedykolwiek chce, w trzech różnych hotelach w Las Vegas. Nie mówimy tutaj o pokerze dla zabawy. Mówimy o wielkich bakaratowych stołach na górze. On naprawdę uprawia hazard.

– Pomówmy o nadużywaniu alkoholu w waszej rodzinie.

– Nie ma o czym mówić – wyjaśniał Jerry. – Ani moi rodzice, ani rodzice Jill nie używali alkoholu. Jill i ja jesteśmy całkowitymi herbaciarzami. I jeśli o Billa chodzi, to o ile wiadomo, też nie pije.

– Czy znany jest wam termin „współuzależnienie”?

Jill się wściekła.

– Absolutnie nie! Nie do pomyślenia! To jest problem alkoholików. O moim synu można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że jest pijakiem! Nigdy nawet z nikim takim się nie zadawał. Jak śmiesz w ogóle tak mówić!

Pomimo pełnych rozdrażnienia odpowiedzi Jill, jej syn, ona sama, jak również jej mąż to klasyczny przykład współuzależnienia, które choć długo nierozpoznawane jako jednostka chorobowa jest szczególnym symptomem naszych czasów. Współuzależnienie jest problemem wyłaniającym się stopniowo, ponieważ dzisiejszy styl życia, podejście do niego i cele, które sobie ludzie stawiają, powodują nasilenie tendencji prowadzących do współuzależnienia. Problem ten nabrzmiewał i rósł przez pokolenia. Dzisiaj, karmiony współczesnym stylem życia, wybuchł ze zdwojoną siłą. Terapeuci zaczynają dobrze sobie radzić ze współuzależnieniem. Zidentyfikowaliśmy specyficzne cechy wzajemnego uzależnienia. Oto one, sprawdź, czy brzmią znajomo.

1. Współuzależnienie jest stymulowane przez jeden albo więcej nałogów. Czynność uzależniająca niekoniecznie musi mieć etykietkę „złe”; zdarzają się nałogi, takie jak pracoholizm, wysoko cenione w niektórych warstwach społeczeństwa. Cenione czy potępiane stanowią ten sam problem. Powszechnie znane nałogi to alkoholizm, narkomania, fizyczne znęcanie się nad innymi, zaburzenia jedzenia, uzależnienia seksualne. Inne są bardziej subtelne, niemniej tak samo powodują współuzależnienie: potrzeba liczenia rzeczy, potrzeba ustawiania różnych rzeczy w linii lub w innym porządku geometrycznym, przymusowe mycie rąk.

Odpowiedź na pytanie, czego najbardziej szukasz w życiu, może ujawnić niektóre przymusy. Czy gonisz za pieniędzmi, prestiżem, władzą? Jeśli tak, to podobnie jak Jerry Braley możesz być uzależniony od pieniędzy lub rzeczy materialnych. Te ostatnie były sposobem wyrażania przez Jerry’ego miłości. Nigdy nie miał czasu dla Billa. Po prostu nigdy go nie było w domu. Spędzał czas, robiąc pieniądze i hojnie nimi obdarzał Billa. To był sposób, w jaki sam chciał być traktowany w dzieciństwie naznaczonym niedostatkiem.

Problemem pana Jordana był pracoholizm, uzależnienie tak samo potężne jak alkoholizm czy nadużywanie narkotyków. „Wszystko sam sobie zawdzięczam – głosił John – wystarczyła mi jedna półciężarówka i mnóstwo zapału i stworzyłem firmę wartą 200 tysięcy. Trzeba pracować sześć dni w tygodniu do późnych godzin, aby osiągnąć to, co ja”.

Czy jest jakiś powtarzający się wzór (cokolwiek: od poruszania stopą do wielokrotnego ożenku z niewłaściwymi osobami), który dominuje w twoim życiu?

2. Współuzależniony jest ograniczony i dręczony przez nawyki z pierwotnej rodziny dysfunkcyjnej. Duchy naszej przeszłości – te z czasów naszego dorastania i z dzieciństwa naszych rodziców oraz ich rodziców – dzierżą w swoich szponach naszą teraźniejszość. Czasem szepcą, czasem krzyczą. Ten zgiełk może być pomocny albo niszczący.

W Jerrym niezatarty ślad pozostawił przejmujący głód w młodości – rower, na który nigdy nie było go stać, pieniądze, które zawsze znikały, ciągła potrzeba zarabiania, wstyd i zażenowanie: „Wciąż za mało”. Duchy jego przeszłości krzyczą: „Nigdy nie jest dosyć! Rób więcej! Wydawaj więcej! Pieniądze są miernikiem”. Dzisiaj nie wystarcza mu już pięćdziesiąt pięć milionów. On musi zarobić więcej. Duch tego czerwonego roweru w sklepie Western Auto ciągle przemawia, chociaż dzisiaj Jerry mógłby kupić całą sieć sklepów rowerowych.

Jill jest kierownikiem. Dzieciństwo spędziła, usiłując znosić wściekłość ojca. Nic więc dziwnego, że dzisiaj kontroluje wszystko za pomocą szorstkiego krytycyzmu i złości. Jej duchy też płaczą: „To nie wystarcza!”. W przeszłości była surowo oceniana za każdy wydany grosz. Dzisiaj nie może znieść wydawania pieniędzy. Trzeba oszczędzać. Gromadzić. Słyszycie szepty duchów?

Duchy przeszłości były również niezwykle destrukcyjne w związku Johna i Gladys Jordanów. Ojciec pani Jordan był alkoholikiem.

Kiedy dorastała, nigdy nie mogła mu zaufać, że będzie przy niej w godzinie próby. Nie słuchał jej; w istocie, gdy popadał w pijackie zamroczenie, nie był w stanie niczego zrozumieć. Gladys wyniosła z przeszłości przekonanie, że „wszyscy ojcowie są nudni i nie przejmują się dziećmi”, bez względu na to, co jej oczy widzą, a rozum podpowiada.

Ojciec pana Jordana był obsesyjnym tyranem, dla którego nic nigdy nie było dość dobre. Nie było istotne, na jaki wysiłek zdobył się mały John, tata zawsze widział coś do ulepszenia. Jedynym komentarzem była krytyka. Potem, gdy żona – Gladys – prosiła o coś lub niepokoiło ją coś, John słyszał jedynie: „To, co robisz, jest niewystarczające”.

Czy rozpoznajesz schemat reakcji?

W istocie, pan Jordan uważnie słuchał swojej żony i rzeczywiście usiłował ją zrozumieć. Dla postronnego obserwatora jej oskarżenia nie miały podstawy. Jednak to, co Gladys słyszała i widziała, to był jej ojciec, pan domu. Nie potrafiła uporać się z duchem przeszłości – przez niego nie mogła zobaczyć mężczyzny, którego poślubiła.

Pan Jordan miał problem równie poważny. Duch jego przeszłości negował wszystko, co powiedziała Gladys. Z tego też powodu Gladys unikała krytykowania go, nawet tam, gdzie zdrowie związku by tego wymagało. Duchy ich przeszłości skutecznie zamknęły przed nimi rzeczywistość, w której aktualnie żyli.