Bóg Imperator DiunyTekst

Z serii: Kroniki Diuny #4
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Bóg Imperator Diuny
Bóg Imperator Diuny
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 77,80  62,24 
Bóg Imperator Diuny
Audio
Bóg Imperator Diuny
Audiobook
Czyta Miłogost Reczek
39,90  29,13 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Peggy Rowntree

z miłością, podziwem

i wielką wdzięcznością

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Kiedy pisałem Diunę

…nie zastanawiałem się nad sukcesem czy porażką książki. Skupiłem się wyłącznie na pracy. Sześć lat badań poprzedziło dzień, w którym zasiadłem, by zebrać tę historię w całość. Powiązanie mnóstwa wątków, które zaplanowałem, wymagało takiego stopnia koncentracji, jakiego wcześniej nie doświadczyłem.

Miała to być historia eksplorująca mit mesjasza.

Miała przedstawić inne spojrzenie na zamieszkaną przez ludzi planetę jako na machinę wytwarzającą energię.

Miała spenetrować wzajemne związki polityki i ekonomii.

Miała być analizą absolutnego daru przewidywania i pułapek, jakie kryje.

Miała opowiadać o narkotyku pobudzającym świadomość i o tym, do czego prowadzi uzależnienie od niego.

Woda pitna miała być odpowiednikiem ropy naftowej i samej wody, substancją, której zasoby topnieją z dnia na dzień.

Powinna to być powieść ekologiczna z wieloma skojarzeniami, a także opowieść o ludziach i ich zabiegach o ludzkie wartości. Musiałem monitorować wszystkie te poziomy w każdym stadium książki.

Nie miałem głowy do myślenia o czymś więcej.

Informacje od wydawców po pierwszym wydaniu były spóźnione i – jak się okazało – niedokładne. Skrytykowali ją recenzenci. Odrzuciło ją dwunastu wydawców, nim została wydana. Nie było reklamy. Coś jednak się działo.

Przez dwa lata zasypywany byłem skargami księgarzy i czytelników, że nie mogą zdobyć mojej książki. Chwalił ją Whole Earth Catalog. Cały czas dostawałem telefony z pytaniem, czy jestem założycielem jakiegoś nowego kultu.

Moja odpowiedź brzmiała: „O Boże, nie!”.

Opisuję tu powolne uświadamianie sobie sukcesu. Kiedy ukończone zostały trzy pierwsze książki o Diunie, nie było już wątpliwości, że dzieło jest popularne – należy do najpopularniejszych w historii, jak mi mówiono, ze sprzedanymi dziesięcioma milionami egzemplarzy [Tekst ten powstał na początku lat osiemdziesiątych. Dziś ta liczba jest znacznie większa – przyp. red.]. Teraz najczęściej stawiane mi pytanie brzmi: „Co dla pana znaczy ten sukces?”.

Zadziwia mnie. Nie oczekiwałem jednak porażki. To była praca, którą wykonałem. Mesjasz Diuny i Dzieci Diuny powstały częściowo przed ukończeniem samej Diuny. Tomy te nabrały potem ciała podczas pisania, ale zasadnicza opowieść pozostała nietknięta. Byłem pisarzem, więc pisałem. Sukces oznaczał, że mogę poświęcić pisaniu więcej czasu.

Spoglądając wstecz, zdaję sobie sprawę, że instynktownie postąpiłem prawidłowo. Nie pisze się dla sukcesu. To odciąga część uwagi od pisania. Wszystko, co powinieneś robić, to pisać, jeżeli robisz to naprawdę.

Istnieje ciche porozumienie między tobą a czytelnikiem. Jeżeli ktoś wchodzi do księgarni i wydaje ciężko zarobione pieniądze (energię) na twoją książkę, powinieneś mu dostarczyć rozrywki i starać się o to ze wszystkich sił.

To właśnie było zawsze moim zamiarem.


Fragment wystąpienia Hadii Benotto dotyczącego odkryć w Dar-es-Balat na planecie Rakis.

Nie tylko z przyjemnością zawiadamiam dziś państwa o odkryciu tej wspaniałej składnicy, zawierającej między innymi monumentalny zbiór manuskryptów z ryduliańskiego papieru krystalicznego, ale też z dumą przedstawiam dowody autentyczności naszych odkryć, które pozwalają uważać, że odnaleźliśmy oryginały dzienników Leto II, Boga Imperatora.

Po pierwsze, pozwólcie przypomnieć sobie ów znany jako Wykradzione dzienniki skarb historyczny, którego starożytność jest powszechnie znana, a który w ciągu wieków był tak pomocny w zrozumieniu naszych przodków. Jak wiadomo, Wykradzione dzienniki zostały odczytane przez Gildię Kosmiczną, a opracowany przez nią klucz wykorzystano do przekładu nowo odkrytych ksiąg. Nikt nie podważa starożytności klucza Gildii, on zaś, i tylko on, pozwala przetłumaczyć te księgi.

Po drugie, księgi te wydrukowano za pomocą starożytnego ixańskiego dyktatela. Wykradzione dzienniki nie pozostawiają wątpliwości, że takiej właśnie metody użył Leto II do zapisania swoich historycznych spostrzeżeń.

Po trzecie, uważamy, że sama składnica to równie znaczące odkrycie. Miejsce przechowywania tych dzienników jest niewątpliwie ixańskim dziełem o konstrukcji tak wspaniałej, przy całym prymitywizmie metod budowy, że musi rzucić nowe światło na epokę znaną jako Rozproszenie. Jak należało się spodziewać, schron ten był niewidzialny. Leżał o wiele głębiej, niż pozwalały oczekiwać mity i przekazy ustne, a przy tym pochłaniał i odbijał promieniowanie, naśladując naturalne otoczenie. Ta mechaniczna mimikra sama w sobie nie jest zadziwiająca. Naszych inżynierów zadziwia natomiast uzyskanie jej za pomocą najbardziej podstawowych i prymitywnych mechanizmów.

Widzę, że są państwo tak samo podekscytowani, jak byliśmy my. Sądzimy, że mamy przed sobą pierwszą ixańską kulę, pozaprzestrzeń, od której pochodzą wszystkie podobne urządzenia. Jeśli nie jest naprawdę pierwsza, musi być jedną z pierwszych i wcieleniem zasad budowy pierwszej.

Pragnąc zaspokoić państwa oczywistą ciekawość, zapewniam, że wkrótce odbędziemy krótką wycieczkę po składnicy. Prosimy tylko o zachowanie ciszy we wnętrzu, bo nasi inżynierowie i inni specjaliści wciąż tam pracują, badając jego tajemnice.

To prowadzi mnie do czwartego punktu, który można uznać za kulminację naszych odkryć. Trudno opisać uczucia wywołane kolejnym znaleziskiem, które pragnę przedstawić: chodzi o nagrania z adnotacją, że dokonał ich Leto II głosem swego ojca, Paula Muad’Diba. Autentyczne nagrania Boga Imperatora przechowywane są w archiwach Bene Gesserit, zatem przesłaliśmy zgromadzeniu próbki naszych, zapisanych w starożytnej pamięci mikromagnetycznej, z formalną prośbą o przeprowadzenie badań porównawczych. Nie wątpimy, że znalezione przez nas nagrania zostaną uznane za autentyczne.

Proszę teraz, by zwrócili państwo uwagę na przetłumaczone fragmenty, które rozdaliśmy przy wejściu. Przy okazji przepraszam za ich wagę, słyszałam bowiem żarty na ten temat. Skorzystaliśmy ze zwykłego papieru ze względów praktycznych. Oryginalne księgi zapisane są pismem tak drobnym, że można je odczytać dopiero przy znacznym powiększeniu. Prawdę mówiąc, trzeba by aż czterdziestu takich tomów jak ten, by wykonać przedruk jednego z oryginałów zapisanych na ryduliańskim krysztale.

Jeżeli projektor… tak. Na ekranie po lewej wyświetlamy część oryginalnej strony. Jest to fragment pierwszej strony pierwszego tomu. Nasz przekład widnieje na ekranie po prawej. Proszę zwrócić uwagę na ten istotny dowód, na poetycką lekkość słów, a także na ich znaczenie zachowane w przekładzie. Ten styl świadczy o rozpoznawalnej i wyraźnie określonej osobowości. Naszym zdaniem mógł to napisać ktoś, kto bezpośrednio obcował z pamięciami swoich przodków i kto starał się podzielić tym niesamowitym doświadczeniem w sposób zrozumiały dla tych, którzy nie mieli owego daru.

Przyjrzyjmy się teraz rzeczywistemu znaczeniu zawartości. Wszystkie odniesienia do historii są zgodne z tym, co mówi ona o osobie, która jak sądzimy, zostawiła nam te zapisy.

Mamy dla państwa jeszcze jedną niespodziankę. Pozwoliłam sobie poprosić sławnego poetę Rebetha Vreeba, by stanął na tym podium i odczytał krótki fragment pierwszej strony w naszym przekładzie. Zauważyliśmy, że nawet w tłumaczeniu słowa brzmią zupełnie inaczej, kiedy się je czyta głośno. Pragniemy podzielić się z państwem naprawdę niezwykłą wartością, jaką odkryliśmy w tych księgach.

Panie i panowie, powitajmy Rebetha Vreeba.

Z recytacji Rebetha Vreeba.

Zapewniam was, że jestem księgą losu.

Pytania są moimi wrogami. Albowiem moje pytania wybuchają! Odpowiedzi zrywają się jak przestraszone stado ptaków, przesłaniając niebo mych wspomnień, od których nie ma ucieczki. Ni jednej odpowiedzi, ni jednej zadowalającej.

Jakież pryzmaty błyskają, gdy wkraczam na straszliwe pole mej przeszłości. Jestem odpryskiem rozbitego krzemienia zamkniętym w szkatule. Szkatuła obraca się i trzęsie. Ciska mną w burzy tajemnic. A kiedy się otwiera, wracam do tej obecności niczym obcy w jakimś pierwotnym kraju.

Powoli (powoli, powtarzam) uczę się znowu mego imienia.

Ale to nie to, co znać je samemu!

Ten człowiek o moim imieniu, ten Leto, drugi to imię noszący, znajduje w swoim umyśle inne głosy, inne imiona i inne miejsca. Och, obiecuję wam (jak i mnie obiecano), że odpowiem na to jedyne imię. Jeśli powiecie „Leto”, odezwę się. Cierpienie odgrywa tu rolę, cierpienie i coś jeszcze.

Trzymam w ręku wszystkie nici!

Wszystkie one są moje. Wystarczy tylko wyobrazić sobie temat – powiedzmy… mężczyźni, którzy zginęli od miecza – i mam ich wszystkich skąpanych we krwi, każdy nienaruszony obraz, każdy jęk, każdy grymas.

Radości macierzyństwa, wyobrażam sobie, i wszystkie łoża rodzących są moje. Niezliczone uśmiechy niemowląt i słodkie gaworzenie nowych pokoleń. Pierwsze niezdarne kroki i pierwsze zwycięstwa młodości przychodzą do mnie, żebym w nich uczestniczył. Potykają się jedne o drugie, aż w końcu widzę tylko jednakowość i powtórzenie.

 

„Zachowaj to wszystko nietknięte” – ostrzegam siebie.

Któż zaprzeczy znaczeniu takich doznań, wartości poznania tego, co oglądam z każdą nową chwilą?

Aaach, ale to przeszłość.

Czyż nie rozumiecie?

To tylko przeszłość!

Dziś rano urodziłem się w jurcie na skraju stepu na nieistniejącej już planecie. Jutro urodzę się jako kto inny gdzie indziej. Jeszcze się nie zdecydowałem. Dziś rano jednak… aaach, to życie! Kiedy mój wzrok się wyostrzył, spojrzałem na zdeptaną trawę na zewnątrz i w blasku słońca zobaczyłem pełnych życia ludzi zajętych swymi słodkimi powszednimi sprawami. Gdzież… ach, gdzież się podziała ta pełnia życia?

– Wykradzione dzienniki

Troje biegnących na północ przez księżycowe cienie Zakazanego Lasu rozciągnęło się prawie na pół kilometra. Ostatni biegł niecałe sto metrów przed ścigającymi ich D-wilkami. Zwierzęta poszczekiwały i dyszały podniecone, jak zawsze, kiedy miały zdobycz w zasięgu wzroku.

Pierwszy księżyc stał prawie nad ich głowami, więc w lesie było całkiem jasno i – mimo wysokich szerokości geograficznych Arrakis – wciąż jeszcze ciepło po upale letniego dnia. Nocny prąd powietrza od ostatniej pustyni, Seriru, niósł żywiczne wonie i wilgotne wyziewy poszycia. Od czasu do czasu bryza znad Morza Kynesa za Serirem przynosiła biegnącym słabą woń soli i ryb.

Zrządzeniem losu ostatni z nich zwał się Ulot, co w języku Fremenów znaczy „kochany maruder”. Ulot był niski i miał skłonność do tycia, musiał więc przestrzegać diety, przygotowując się do tej próby sił. Chociaż schudł przed ich desperackim biegiem, zachował okrągłą twarz, a w wielkich piwnych oczach wyraz żalu, że nadal jest zbyt tęgi.

Dla Ulota było oczywiste, że daleko już nie zabiegnie. Dyszał i sapał. Co jakiś czas się potykał. Nie wzywał jednak towarzyszy. Miał świadomość, że nie mogą mu pomóc. Wszyscy złożyli tę samą przysięgę, wiedząc, że jedynie dawne fremeńskie cnoty i lojalność mogą im być obroną. I była to prawda, mimo że wszystko, co fremeńskie, było teraz muzealne, a rota przysięgi wzięta została od Muzealnych Fremenów.

To właśnie wierność fremeńskim zasadom kazała Ulotowi milczeć, chociaż wiedział, jaki los go czeka. Wspaniały przykład dawnych cnót, i raczej żałosny, skoro cnoty, które naśladowali, biegnący znali tylko z ksiąg i ustnych przekazów.

D-wilki pędziły tuż za Ulotem, olbrzymie szare sylwetki w kłębie niemal tak wysokie jak człowiek. Dawały wielkie susy z podniesionymi łbami i ślepiami utkwionymi w zdradziecko oświetlonej przez księżyc postaci ściganego.

Ulot zahaczył lewą stopą o jakiś korzeń i omal nie upadł. Dodało mu to energii. Przyspieszył i na długość wilka oderwał się od prześladowców. Mocno pracował rękami i oddychał głośno przez otwarte usta.

D-wilki nie zmieniły tempa. Srebrzyste cienie zwierząt przemykały przez oszałamiające zapachy zieleni ich lasu. Wiedziały, że już wygrały. Znały to uczucie.

Ulot znów się potknął, odzyskał równowagę, chwyciwszy się jakiegoś drzewka, i biegł dalej, rozpaczliwie dysząc, a drżące nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Nie miał już sił, by raz jeszcze przyspieszyć.

Wielka D-wilczyca wypadła z lewej strony, minęła go i skoczyła, przecinając mu drogę. Wielkie kły rozdarły ramię Ulota. Zachwiał się, ale nie upadł. Zapach krwi zmieszał się z zapachami lasu. Mniejszy samiec chwycił go za biodro z prawej i w końcu Ulot przewrócił się z krzykiem. Wataha rzuciła się na niego i krzyki urwały się nagle.

Nie zatrzymawszy się, by się pożywić, D-wilki podjęły pogoń. Węszyły w poszyciu, łowiąc ciepły trop pozostałych biegnących.

Kolejny biegacz zwał się Kwuteg. Stare i szanowane na Arrakis imię pochodziło z czasów Diuny. Jakiś jego przodek był w siczy Tabr mistrzem alembiku śmierci, ale było to ponad trzy tysiące lat temu, w przeszłości, w którą wielu już nie wierzyło. Kwuteg biegł długimi krokami, a jego wysokie i szczupłe ciało zdawało się stworzone do takiego wysiłku. Pęd powietrza zwiewał długie czarne włosy z jego orlich rysów. Podobnie jak towarzysze, nosił czarny strój z elastycznej bawełny. Uwydatniał on pracę jego pośladków i sprężystych ud oraz głęboki, spokojny rytm oddechu. Tylko wolne jak na niego tempo zdradzało, że zranił prawe kolano przy schodzeniu z urwisk, dzieła ludzkiej ręki, otaczających cytadelę Boga Imperatora w Serirze.

Kwuteg słyszał krzyki Ulota, nagłą i złowieszczą ciszę, a potem wznowiony gon D-wilków. Starał się nie myśleć o kolejnym przyjacielu zabitym przez potwornych strażników Leto, ale wyobraźnia nękała go swymi czarami. Przeklinał w myśli tyrana, lecz nie marnował tchu na słowa. Była szansa, że zdoła dotrzeć do zbawczej rzeki Idaho. Wiedział, co myśleli o nim jego przyjaciele… nawet Siona. Znany był z ostrożności. Już jako dziecko zachowywał siły do chwili, kiedy się najbardziej przydawały, wydzielając swe rezerwy niczym skąpiec.

Nie dbając o zranione kolano, Kwuteg przyspieszył kroku. Wiedział, że rzeka jest blisko. Kontuzja przekroczyła stadium bólu. Stała się ogniem ogarniającym całą nogę i bok. Znał granice swojej odporności. Wiedział też, że Siona powinna już być prawie przy wodzie. Najszybsza z nich, to ona niosła uszczelniony pakiet, a w nim to, co wykradli z cytadeli w Serirze. Kwuteg skupił myśli na tym pakiecie.

„Ocal go, Siono! Użyj do obalenia tyrana!”

Do jego świadomości przeniknęło żądne krwi wycie D-wilków. Były zbyt blisko. Wiedział, że nie ucieknie.

„Ale Siona musi uciec!”

Zaryzykował spojrzenie za siebie i zobaczył, że jeden z wilków zachodzi go z boku. Plan ich ataku zapisał się w jego umyśle. Gdy zachodzący z boku wilk skoczył, Kwuteg także się rzucił. Oddzielony drzewem od watahy, dał nura pod atakującego wilka, chwycił go oburącz za tylną łapę i bez zatrzymywania machnął zwierzęciem niczym cepem, rozpraszając inne. Stworzenie nie było tak ciężkie, jak myślał, więc niemal zadowolony z odmiany po nadludzkim wysiłku, zakręcił swą żywą maczugą w tańcu derwisza, roztrzaskując czaszki dwóch wilków. Nie mógł jednak strzec wszystkich stron. Smukły samiec wskoczył mu na plecy, popychając na drzewo i wytrącając maczugę.

– Uciekaj! – wrzasnął Kwuteg.

Wataha rzuciła się na niego, a Kwuteg wgryzł się w gardło smukłego samca. Z całych sił zacisnął zęby w ostatecznej desperacji. Krew trysnęła mu na twarz, oślepiając go. Obrócił się, zdezorientowany, i pochwycił następnego wilka. Część stada się rozpierzchła. Niektóre zwierzęta zaatakowały rannego samca. Większość jednak pozostała skupiona na swej ofierze. Kły rozdarły gardło Kwutega z dwóch stron.

Siona także usłyszała krzyk Ulota, po którym zapadła głucha cisza, a potem znów zabrzmiało wycie, gdy wilki podjęły pogoń. Ogarnął ją taki gniew, że czuła się, jakby miała wybuchnąć. Ulot wziął udział w operacji ze względu na swe zdolności analityczne, umiejętność dostrzegania w paru częściach całości. To właśnie on wyjął z plecaka nieodłączną lupę i zbadał dwa dziwne tomy, które znaleźli wraz z planami cytadeli.

– Według mnie to szyfr – powiedział.

A Radi, biedny Radi, który miał zginąć pierwszy z ich zespołu, rzekł:

– Wyrzuć to. Nie możemy sobie pozwolić na dodatkowe obciążenie.

– Rzeczy mało ważnych nie ukrywa się w ten sposób – sprzeciwił się Ulot.

Kwuteg poparł Radiego.

– Przyszliśmy po plany cytadeli i mamy je. Te przedmioty są za ciężkie.

Siona zgadzała się jednak z Ulotem.

– Poniosę je – oznajmiła.

To zakończyło spór.

„Biedny Ulot”.

Wszyscy wiedzieli, że jest najgorszym biegaczem w zespole. Ulot był powolny w wielu rzeczach, ale nie sposób mu było odmówić bystrości umysłu.

„Można mu ufać”.

Można mu było ufać.

Siona opanowała gniew i wykorzystała jego siłę, by przyspieszyć. Drzewa śmigały obok niej w świetle księżyca. Osiągnęła tę bezczasową pustkę biegu, w której nie istniało już nic prócz jej ruchów, jej ciała robiącego to, do czego było przygotowane.

Mężczyźni uważali ją za piękną, gdy biegła. Siona wiedziała o tym. Jej długie, ciemne włosy były ciasno upięte, by nie rozwiewał ich pęd powietrza. Wytknęła Kwutegowi głupotę, kiedy nie chciał jej naśladować.

„Gdzie jest Kwuteg?”

Włosy miała tak ciemnobrązowe, że brano je mylnie za czarne, ale nie była to prawdziwa czerń, jak u Kwutega.

Tak jak czasem sprawiają to geny, jej rysy były kopią rysów jakiejś dawno zmarłej antenatki: łagodny owal twarzy, pełne usta i czujne, przenikliwe oczy nad małym nosem. Jej ciało, choć szczupłe po latach biegania, wysyłało silne erotyczne sygnały do otaczających ją mężczyzn.

„Gdzie jest Kwuteg?”

Wataha ucichła i to ją zaalarmowało. Wilki zrobiły już tak, nim powaliły Radiego. Tak było, gdy dopadły Setuzę.

Wmawiała sobie, że ta cisza może oznaczać coś innego. Kwuteg też był milczący… i silny. Kontuzja chyba mu zbytnio nie dokuczała.

Siona zaczęła odczuwać ból w piersi, dobrze znaną z wielu kilometrów treningów zapowiedź zadyszki. Pot oblewał jej ciało pod cienkim czarnym strojem. Pakiet z cenną zawartością, wodoszczelny, bo przed nią była rzeka, miała w plecaku. Pomyślała o umieszczonych w pakiecie planach cytadeli.

„Gdzie Leto kryje swój zapas przyprawy?”

Musiało to być gdzieś w cytadeli. Musiało. Gdzieś w tych planach znajdzie się klucz. Melanż – przyprawa, której tak potrzebują Bene Gesserit, Gildia Kosmiczna i wszyscy inni… Ryzyko było tego warte.

I te dwa zaszyfrowane tomy. Kwuteg miał rację w jednym: ryduliański papier krystaliczny był ciężki. Ona jednak zgadzała się z Ulotem. W tych linijkach szyfru kryło się coś ważnego.

Raz jeszcze z lasu za nią doleciał skowyt wilczej pogoni.

„Biegnij, Kwutegu, biegnij!”

Teraz widziała już między drzewami szeroki pas łąki wzdłuż rzeki Idaho. Widziała blask księżyca w wodzie za tym pasem.

„Biegnij, Kwutegu!”

Pragnęła usłyszeć coś od niego, byle dźwięk. Tylko ich dwoje pozostało z jedenastki, która rozpoczęła bieg. Dziewięcioro zapłaciło dotychczas życiem za tę awanturę.

„Radi, Aline, Ulot, Setuza, Inineg, Onemaj, Hiutaj, Memar i Oala”.

Siona powtarzała w myślach ich imiona i modliła się za wszystkich do starych bogów, nie do tyrana Leto. Zwracała się do Szej-huluda.

„Modlę się do Szej-huluda żyjącego w piasku…”

Wypadła nagle z lasu na skoszoną łąkę nad rzeką. Przyzywały ją woda i wąska plaża, srebrzysta w świetle księżyca na tle ciemnego nurtu.

Prawie się potknęła, usłyszawszy głośne wycie wśród drzew. Poznała głos Kwutega wybijający się nad dzikie odgłosy wilków. Kwuteg wołał do niej, choć nie po imieniu. To jedno słowo zawierało niezliczone rozmowy – było przesłaniem życia i śmierci.

– Uciekaj!

Głosy stada przeszły w zgiełk wściekłych skowytów, ale Kwuteg już się nie odzywał. Wiedziała teraz, jak zużywa resztę sił.

„Powstrzymuje je, żeby pomóc mi uciec”.

Posłuszna krzykowi Kwutega rzuciła się do brzegu i zanurkowała. Rzeka była przeraźliwie zimna dla rozgrzanej biegiem. Chłód oszołomił ją na chwilę, ale płynęła naprzód, walcząc o odzyskanie tchu. Cenny plecak unosił się na wodzie i obijał o tył jej głowy.

Idaho nie była w tym miejscu szeroka, miała niecałe pięćdziesiąt metrów. Płynęła łagodnym łukiem pośród piaszczystych łach, bujnych trzcin i traw, tam gdzie woda nie zamierzała się trzymać prostego koryta, które zaprojektowali inżynierowie Leto. Sionie dodawała sił świadomość, że D-wilki uwarunkowano na zatrzymanie się nad wodą. Granice ich terytorium były ściśle określone: rzeka z jednej strony, mur wokół pustyni z drugiej. Mimo to kilka ostatnich metrów przepłynęła pod wodą i wynurzyła się w cieniu podmytego brzegu, zanim spojrzała w tył.

Wataha stała wzdłuż brzegu, tylko jeden wilk zszedł nad wodę i pochylił się, prawie zanurzając łapę. Słyszała jego skowyt.

Siona wiedziała, że ten wilk ją widzi. Nie było co do tego wątpliwości. D-wilki słynęły z doskonałego wzroku. Przodkami tych strażników lasu były wzrokowce, a Leto krzyżował z nimi swoje wilki dla tego właśnie zmysłu. Zastanawiała się, czy zwierzęta byłyby w stanie przełamać swe uwarunkowanie. Były głównie wzrokowcami. Gdyby ten wilk nad brzegiem wszedł do wody, reszta mogłaby pójść za nim. Siona wstrzymała oddech. Była wyczerpana. Przebyli prawie trzydzieści kilometrów, z czego połowę z depczącymi im po piętach D-wilkami.

Wilk nad brzegiem zaskowyczał raz jeszcze, a potem skoczył ku towarzyszom. Na jakiś bezgłośny sygnał drapieżniki zawróciły i pomknęły z powrotem do lasu.

Siona wiedziała, dokąd pójdą. Wszyscy to wiedzieli. D-wilkom wolno było pożerać wszystko, co schwytały w Zakazanym Lesie. To dlatego biegały po nim swobodnie – były strażnikami Seriru.

– Zapłacisz za to, Leto – wyszeptała, a jej cichy głos zlewał się z szelestem trzcin za jej plecami. – Zapłacisz za Ulota, za Kwutega i za wszystkich innych. Zapłacisz.

 

Odepchnęła się lekko i popłynęła z prądem, póki nie dotknęła stopami pierwszej mielizny przy wąskiej plaży. Powoli, zesztywniała ze zmęczenia, wyszła z wody i przystanęła, by sprawdzić pakiet w plecaku. Był szczelny. Patrzyła nań chwilę w świetle księżyca, a potem podniosła wzrok na ścianę lasu za rzeką.

„Oto cena, jaką zapłaciliśmy. Dziesięcioro drogich przyjaciół”.

Łzy zalśniły jej w oczach, była jednak z tej samej gliny co dawni Fremeni i niewiele ich wylała. Ta przeprawa przez rzekę, droga przez las, podczas gdy wilki patrolowały północne granice, a potem przez ostatnią pustynię, Serir, i wały cytadeli – wszystko to zaczynało już wydawać się snem. Nawet ucieczka przed wilkami, których się spodziewała, bo było pewne, że wataha przetnie drogę intruzom i będzie czekać… była jak sen. To była przeszłość.

„Uciekłam”.

Znów zarzuciła plecak na ramiona.

„Przedarłam się przez twoją obronę, Leto”.

Pomyślała o zaszyfrowanych tomach. Była pewna, że coś ukrytego w linijkach szyfru wskaże jej drogę do zemsty.

„Zniszczę cię, Leto!”

Nie: „Zniszczymy cię, Leto!”. To nie było do niej podobne. Zrobi to sama.

Odwróciła się i poszła ku sadom za nadrzeczną łąką. Po drodze powtarzała swą obietnicę, dodając na głos starą fremeńską formułę obejmującą jej pełne imię.

– Ja, Siona ibn Fuad al-Sejfa z Atrydów, przeklinam cię, Leto. Zapłacisz za wszystko!