Dziewczynka z SobiboruTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

1

Hans przybył do Sobiboru późnym rankiem w poniedziałek. Auto wysłane przez pułkownika Reithmanna minęło wsie i zagłębiło się w gęstym lesie. Wąska, nieutwardzona droga przecinała go na dwie części, biegnąc wewnątrz bujnego, cienistego gąszczu drzew.

– Dokąd jedziemy?

Unteroffizier popatrzył na niego w lusterku, nie zdradzając żadnych emocji.

– Obóz znajduje się na obszarze zalesionym, z dala od wścibskich spojrzeń.

– Ale są przecież tory – stwierdził Hans. Zauważył je, zanim drzewa skryły wszystko. – Mogłem kontynuować podróż pociągiem.

– Nie, poruczniku, nie mógłby pan. – Żołnierz przeniósł wzrok na drogę. – Do obozu docierają jedynie wagony z więźniami. Kto wysiada z pociągu w Sobiborze, idzie prosto na śmierć.

Hans usiłował zobaczyć coś w gęstwinie drzew, ale bez powodzenia.

„Idzie prosto na śmierć”.

Od jakiegoś czasu ta opcja wydawała mu się do rozważenia.

Jakąś godzinę, może dwie później las zaczął rzednąć, aż wreszcie Hans dostrzegł dużą otwartą przestrzeń. Drzewa zostały wykarczowane, ziemia splantowana. Za białą tablicą z nazwą wypisaną czarnymi, drukowanymi literami, która jednoznacznie świadczyła, że dotarli do celu, droga dochodziła do wjazdu w ­kamiennym murze. Podwójne ogrodzenie z drutu kolczastego dorównywało wysokością wierzchołkom drzew.

Sobibór połknął ich ze skrzypieniem zawiasów bramy, która zamknęła się za samochodem.

2

– Poruczniku Heigel, oczekiwałem pana.

Hans wszedł, zamykając za sobą drzwi. Następnie zrobił krok naprzód i stukając obcasami, zasalutował bez przekonania.

Oberst Gert Reithmann stał przed nim w mundurze pułkownika. Przyjął swobodną postawę z rękami splecionymi na plecach. Miał przenikliwe błękitne oczy, białe wąsy i policzki zarumienione majowym słońcem, którego złote promienie wpadały przez haftowaną firankę, sięgając biurka.

Hans ściągnął łopatki i popatrzył prosto przed siebie, czując na sobie wręcz inkwizytorski wzrok.

Po drugiej stronie drzwi za jego plecami słychać było wykrzykiwane rozkazy ukraińskich strażników i wściekłe szczekanie psów, co sprawiało, że to spotkanie było dla niego znacznie nieprzyjemniejsze, niżby sobie tego życzył.

– A więc to pan jest tym człowiekiem, którego przysłano nam z Osnabrück – powiedział pułkownik, przyglądając mu się badawczo. – Pracował pan w garnizonie?

– Tak jest.

Reithmann się uśmiechnął.

– Gryzipiórek.

Hans, zaskoczony, szybko zamrugał.

– Proszę?

– Ktoś, kto spędził najcięższe lata wojny, grzejąc tyłek w wygodnym biurze, czyż nie tak? Nie trafił pan nigdy na front, nawet przez przypadek, mam rację?

Hans zacisnął usta.

– Zawsze służyłem Rzeszy w taki sposób, w jaki Rzesza tego ode mnie oczekiwała, panie pułkowniku – odparł sucho.

– Nigdy pan nie walczył?

– Otrzymałem doskonałe przeszkolenie, panie pułkowniku.

– Pytałem – Oberst Reithmann zbliżył się, górując nad nim – czy pan kiedyś walczył.

Hans nadal wpatrywał się przed siebie, nawet wtedy, gdy wszystko zasłoniła pierś pułkownika.

– Nie – odpowiedział. – Nie, panie pułkowniku.

Reithmann skrzywił się, jakby zjadł coś zjełczałego.

Był olbrzymem o szerokich ramionach, na których mundur niemal pękał w szwach. Wypełniał całą przestrzeń wokół siebie, tak że wyglądał na dwa razy większego. Hans zdołał się nie poruszyć nawet wtedy, gdy Oberst pochylił się nad nim, by go obdarzyć okrutnym uśmiechem.

– Będzie lepiej, jeśli będzie pan realizował powierzone przeze mnie zadania, poruczniku.

Hans cicho przełknął ślinę.

– Tak jest, panie pułkowniku.

Za plecami Reithmanna, gdzie Hans utkwił wzrok, by nie słuchać tyrady przełożonego, dostrzegł bibliotekę pełną książek.

– Jest pan miłośnikiem literatury?

Reithmann podążył za jego wzrokiem. Odsunął się i długimi krokami pokonał dystans dzielący go od regałów. Wyjął jedną z książek.

– Poezja – odezwał się, nie oczekując odpowiedzi. – Wspaniała poezja niemiecka.

Hans zastanawiał się, jakim cudem ta namiastka idealnej cywilizacji jest możliwa w takim miejscu. Jak książki, lśniące skrzypce, które widział oparte o fotel, i litografie na ścianach mogły współistnieć z komorami, w których gazowano ludzi?

Pułkownik Reithmann potraktował jego milczenie jako ignorancję w tym temacie, ponieważ machnął książką, by przyciąg­nąć jego uwagę.

– Nie jest pan zapalonym czytelnikiem, poruczniku? A mimo to nie powinien pan ignorować piękna. – Zrobił szeroki gest ręką, wskazując swoje biuro. – To są rzeczy trzymające nas przy życiu, podczas gdy wykonujemy zobowiązania wobec Niemiec, podczas gdy jesteśmy zmuszeni zajmować się tą skundloną rasą i kryminalistami, których dowożą nam tu każdego dnia. Poezja jest najszlachetniejszą ze wszystkich sztuk: zawsze daje klucz do odczytania przyszłości.

Hans starał się stać nieruchomo. Skoncentrował się na włas­nym oddechu, nie chcąc, by pułkownik zauważył narastający w nim gniew.

Reithmann otworzył książkę na chybił trafił.

– „Noc wyłoniła swe bojaźnie” – zaczął czytać. Głos miał miękki i ciepły. Złowieszczy. – „Lecz dobrze mi, wesoło, raźnie[3]”.

Hansowi zakręciło się w głowie, a na jego czole pojawiły się krople zimnego potu.

– Co się stało? – Reithmann był wyraźnie rozbawiony. – Zbyt mocne słowa dla rezerwisty?

– Nie, panie pułkowniku – odparł Hans, czując się głupio. Pomyślał o potworze-gruźlicy, który przyszedł po Hanne; o potworach czarnych jak kruki, jemu podobnych, które dostarczyły Goldbergów do pociągu towarowego na stacji. Pomyślał o słowie „odwaga”, które wydało mu się puste i niepotrzebne.

– To Goethe, Johann Wolfgang Goethe, jeden z naszych najszlachetniejszych głosów. – Reithmann odstawił książkę. – Szczerze mówiąc, wątpię, by opisywał przeszłość lub przyszłość takiego gryzipiórka jak pan, Heigel, ale zawsze pozwalałem sobie na luksus bycia człowiekiem wielkich nadziei. Może mnie pan zaskoczy i zdoła wytrzymać życie w obozie.

W tym momencie rozległo się energiczne pukanie do drzwi przytulnej kwatery pułkownika. W prostokącie światła stanął oficer. Włosy miał tak jasne, że niemal białe, i twarz anioła, która Hansowi wydała się groźna. I znajoma.

– Wzywał mnie pan, pułkowniku – powiedział żołnierz, stukając obcasami i salutując.

– Ach, majorze, w samą porę.

Hans obserwował, jak esesman, wchodząc, chowa się przed słońcem. Po delikatnej twarzy, wypisanym na niej wyrazie wyższości i sposobie chodzenia rozpoznał Vossela.

Przywołał w pamięci uśmiech, z jakim major opowiadał w Berlinie o obozie w Treblince i jego skuteczności uśmiercania. Hansowi wydawało się, że ich spotkanie odbyło się w innym życiu.

Oficer okrążył go, nie spuszczając z niego wzroku. Powoli, jak pies wystawiający ofiarę, stanął u boku pułkownika z przesłodzonym uśmiechem na zbyt pięknej twarzy.

Nie spodobał się Hansowi.

– Poruczniku, przedstawiam panu majora Kurta Vossela – oświadczył Reithmann. – Pokaże panu obóz i udzieli wszelkich informacji odnośnie do pańskich obowiązków. Vossel, to jest…

– Hans Heigel – uprzedził go major, rozciągając usta w uśmiechu. Radość nie doszła jednak do jego oczu. – Z garnizonu w Osnabrück. O ile mnie pamięć nie myli, spotkaliśmy się w Berlinie.

Hans skinął głową, spięty. Reithmann uniósł kąciki ust.

– Oddaję go panu, Vossel – powiedział. – Życzyłbym sobie, aby wytrwał w Sobiborze dłużej niż dzień.

3

– To jest Vorlager, nasz obóz przedni – wyrecytował Vossel, wychodząc na plac przed kwaterą pułkownika. Rozłożył ramiona, jakby chciał przytulić do piersi wszystkie kwitnące rośliny i zadbane ścieżki pomiędzy drewnianymi domkami z malowanymi okiennicami. Z którejś strony dobiegała muzyka z gramofonu, Hans rozpoznał dźwięki Lili Marleen. – I rzecz jasna dzielnica oficerów. Twoja kwatera jest tam, niedaleko platformy kolejowej. – Vossel wskazał domek tak samo zachwycający jak wszystkie pozostałe, które dramatycznie nie przystawały do otwartej przestrzeni i nędzy na tyłach. Okna wychodziły na jedyny tor, w połowie porośnięty drzewami i osłonięty zasiekami. – Bagaż znajdziesz tam dziś wieczorem. A teraz proszę za mną.

Hans posłuchał.

Pokazano mu kwaterę główną, potem budynek przerobiony na kantynę SS. Piękne domy i klomby szybko ustąpiły miejsca zabudowaniom innego typu, większym, wiejskim, bez kwiatów i kolorów.

– Kwatery ukraińskich strażników – wyjaśnił Vossel. – To bestie, Heigel, pamiętaj, nigdy nie odwracaj się do nich plecami. Zachowują lojalność wobec Rzeszy w takim zakresie, w jakim Rzesza za nią płaci: są okrutni, niektórzy mają przyjaciół wśród partyzantów. Trzeba mieć ich na oku.

Podczas tej szybkiej rundki zajrzeli do zbrojowni i magazynu, gdzie Hans miał przeprowadzić pierwszą kontrolę zasobów obozowych i transportów koleją. Vossel wprowadził go najpierw do jego nowego biura, zginając plecy w groteskowym ukłonie, w którym Hans dostrzegł wyraźne szyderstwo.

– Będziesz tu pracował w ścisłym kontakcie z sierżantem Schmidtem – wyjaśnił, zamykając za sobą drzwi. – Już go znasz. To ten, który odebrał cię ze stacji. Nie martw się, to niczym niewyróżniający się podoficer, będzie zadowolony z każdego rozkazu, nawet od kogoś takiego jak ty.

Jeszcze szerzej rozciągnął usta w sarkastycznym uśmiechu i czekał. Zupełnie jakby chciał zobaczyć, jak nowo przybyły zareaguje na prowokację, dlatego Hans udawał, że tego nie dostrzega. Kiedyś przynajmniej spytałby o wyjaśnienie, dlaczego jest tak traktowany, nawet przełożonego. Jednak teraz, po odejściu Hanne, które każdą rzecz pozbawiło jej znaczenia, takie zachowanie wydało mu się próżne i bezsensowne.

 

Rzucił okiem na swoje biuro: jasne pomieszczenie, biurko z wygodnym fotelem i na ścianach obramowane fotografie z podobiznami raczej nieznanych mu osób, z pewnością przywódców Rzeszy. Rozpoznał tylko Himmlera obok gałązek jemioły opartych w kącie. Po przeciwnej stronie pomieszczenia znajdowały się otwarte drzwi, a za nimi widać było dużą przestrzeń pełną regałów. Prawdopodobnie był to magazyn.

– Prócz Schmidta dostaniesz do dyspozycji żydowskie Sonderkommando. Kilka osób do pracy w magazynie.

Hans odwrócił się do niego.

Oblicze majora stężało pod jego wzrokiem. Jednym krokiem znalazł się przed Hansem, stali teraz twarzą w twarz.

– Posłuchaj mnie dobrze, poruczniku. – Vossel zmrużył oczy w wąskie szparki. – Ten idiota Schmidt jest do twojej dyspozycji. Czy wykona swoją robotę dobrze, czy nie, to będzie twoja sprawa. Ale ty odpowiadasz przede mną: wbij sobie do głowy, że nie możesz się załamać tym, co tutaj zobaczysz, i rób swoje. Nie wyjechałem z Treblinki po to, by niańczyć biurokratę.

Cofnął się o krok, przewiercając go spojrzeniem.

– Jeden błąd, Heigel – kontynuował z wycelowanym w niego palcem. – Nagana od Reithmanna, która mogłaby mnie dotyczyć, a sprawię, że pożałujesz, że nie urodziłeś się Żydem. Zrozumiałeś?

Hans chciał odpowiedzieć, ale mu się nie udało. Opuścił tylko wzrok, próbując opanować złość i wstyd, które go przytłaczały.

3 J. W. Goethe, Powitanie i rozłąka, przekład Józef Weyssenhoff. W: J. W. Goethe, Dobre jednak jest życie, Wrocław 1999, s. 15.

Rozdział 10

1

Pierwszy pociąg przyjechał następnego ranka.

Sonderkommando, grupa Żydów mająca za zadanie kontrolowanie więźniów obozu, ustawiło się wzdłuż toru. Wszyscy byli w ubraniach roboczych zjedzonych przez czas i kurz, z wychudłymi twarzami. Deportowanym kazano wysiąść z wagonów towarowych.

Hans nie był na to przygotowany.

Na jego oczach ruszyła fala zdesperowanych ludzi należących do tak różnych klas społecznych, że tworzyli mieszankę, jakiej nigdy wcześniej nie widział.

Całe rodziny, ściśnięte, jedna przy drugiej. Kobiety trzymające kurczowo swoje dzieci. Mężczyźni i chłopcy ściskający skórzane torby i wykrzykujący: „Jestem kowalem!”, „Jestem krawcem!”, żeby zwrócić na siebie uwagę. Eleganckie damy otulone w futra i poprawiające fryzury, starające się ukryć zakłopotanie i nękające je pragnienie.

Gwizd megafonu zaskoczył wszystkich.

Także Hans się wzdrygnął.

– Zachowajcie spokój! – Stojąc przed urządzeniem nagłaśniającym na drewnianej platformie, pułkownik Reithmann witał nowo przybyłych. Zaczerwienione policzki i głęboki głos działały nawet uspokajająco. – Nie obawiajcie się, jesteście tu tylko przejściowo, niebawem zostaniecie skierowani do innych ośrodków, gdzie będziecie mieć większe wygody niż u nas. Zachowajcie spokój, pozostaniecie tutaj tylko przez parę dni.

Było to kłamstwo, Hans doskonale o tym wiedział. Zdawał sobie sprawę z istnienia warsztatów, baraków i komór gazowych, które pomieszczą większość tych biednych ludzi. A mimo to nie mógł powstrzymać się od patrzenia na pułkownika, jakby ten głosił najświętszą prawdę. Niedaleko stał Vossel i uśmiechał się jak anioł.

Skonsternowany Hans zauważył, że Żydzi bardzo chcą uwierzyć w słowa Reithmanna. Stali nieruchomo niczym stado owiec, nieświadomi, że zaraz zostaną poprowadzeni na rzeź. Tłoczyli się przed szynami, ściskając dzieci i walizki, które wkrótce zostaną im odebrane.

Patrzył, jak oddają swoje cenne rzeczy funkcyjnym, otrzymując w zamian obietnicę, że odzyskają je za kilka dni. Obserwował oszustwo Sonderkommanda, które dzieliło przybyłych na dwie grupy: kobiety i dzieci trafiały do jednej, mężczyźni i chłopcy powyżej czternastu lat do drugiej.

– Jest tu jakaś krawcowa? – spytał Schmidt, przechodząc między rzędami ludzi. – Praczka? Kucharz? Złotnik? Kowal?

Spośród tych, którzy się zgłaszali, wybierał kilkoro według kryteriów, które były dla Hansa tajemnicą, odłączając ich od pozostałych.

Patrzył w ślad za nim, gdy Schmidt prowadził ich bez słowa w stronę warsztatów w obozie I.

– Uważaj – szepnął Vossel, nie przestając się uśmiechać. – Już niedługo to będzie twoja robota.

W ciągu lat spędzonych w garnizonie Hans zawsze starał się odsunąć od siebie wizję takiej sceny. I kiedy czytając raporty z akcji „Reinhardt”, był zmuszony przyjąć ją do wiadomości, wyobrażał ją sobie jako zaciekłą walkę.

Tymczasem wszyscy byli spokojni. Ocierali strach z zakurzonych twarzy, stali wyprostowani, próbując zachować resztki godności, a w ich oczach tliła się jeszcze iskierka nadziei.

Hans powoli pokręcił głową. Jak mogli wierzyć w słowa Reithmanna, skoro stał w asyście uzbrojonych żołnierzy, skoro ukraińscy strażnicy trzymali ich na muszce? Jak mogli być tak naiwni?

– Niedawno mieliśmy tu epidemię tyfusu – kontynuował pułkownik, przebiegając wzrokiem po wszystkich zebranych Żydach. – I ogniska świerzbu. Opanowaliśmy wprawdzie sytuację, ale nie możemy ryzykować. Uprzejmie proszę, aby wszyscy udali się za majorem Vosselem do strefy obozu, w której wypoczniecie. Kiedy przyjdzie wasza kolej, oddacie ubrania do spalenia. Po ciepłym prysznicu otrzymacie nowe. A teraz spokojnie idźcie za majorem.

Słysząc te słowa, Vossel przywołał na twarz spokojny i troskliwy uśmiech.

A naród wybrany zgodnie ruszył z rampy za fałszywym Barankiem Bożym w stronę obozu II. Być może ich przodkowie w taki sam sposób poszli za Mojżeszem przez pustynię, z Egiptu ku obietnicy zbawienia. W obozie II nie znajdą tej samej nadziei.

Do marszu przygrywała im niewielka orkiestra składająca się z instrumentów dętych i smyczkowych, towarzysząc im poza strefę przyjęć. Hans pomyślał, że muzyka jest po to, by nowo przybyli zachowali spokój, kiedy jednak zobaczył uśmiech Vossela, zrozumiał, że w ten sposób major z nich szydzi.

2

Moja słodka Ingrid,

przyjechałem do Sobiboru wczoraj, nie mogłem jednak napisać do Ciebie wcześniej. Natychmiast zostałem zaangażowany w pracę, a tyle jest tu do zrobienia, że byś nie uwierzyła. Nie do porównania z tym, co było w garnizonie. Mieszkam w domku, sam, jest mały, ale przytulny. Nie jestem zdany tylko na siebie, organizacja części ­koszarowej, tak zwanego Vorlager, jest znakomita, wszystko dostosowano do potrzeb oficerów.

Piszę do Ciebie, siedząc przy stole w moim pokoju, pod oknem, z którego widzę klomby z kwiatami. Łóżko jest wygodne i mogę czytać, jeśli zechcę. Wróciłem właśnie z kolacji w kantynie, gdzie jadłem w towarzystwie innych oficerów. Powinnaś usłyszeć te śmiechy, Ingrid. To są osoby, które cieszą się życiem w każdej sytuacji.

Spodobałby Ci się Sobibór: jesteśmy w środku lasu z drzewami tak wysokimi i zielonymi, że ledwie widać niebo. Pamiętasz, jak lubiłaś chodzić po lesie? Życie tu jest spokojne i pełne muzyki. Mamy tu niedużą orkiestrę, a mój przełożony gra na skrzypcach. Słyszę go nawet teraz, gdy do Ciebie piszę: ćwiczy wprawną ręką, uwielbia melodie smutne i sentymentalne. Potrafisz sobie wyobrazić dźwięk skrzypiec pod gwiazdami? Wczoraj rano, gdy przyjechałem, usłyszałem odtwarzaną na gramofonie piosenkę Lili Marleen i od razu pomyślałem o Tobie.

Chciałbym dowiedzieć się czegoś o Tobie, Ingrid. Czy już zaczęłaś mówić, czy wróciłaś do śpiewania? Rozstaliśmy się w milczeniu, ale do opowiedzenia o sobie głos nie jest potrzebny. Napisz szybko.

Twój Hans

3

Powypisywał w liście tyle kłamstw, że zerwał się na równe nogi, przewracając krzesło. Przeskoczył walizkę, która stała wciąż nietknięta obok łóżka, i chwycił wiaderko z kąta przy wejściu. Zdążył tylko się nad nim pochylić i zwymiotował do jego wnętrza całe to straszliwe, chore napięcie, które czuł od kilku dni.

– Schmidt! – zawołał, otworzywszy drzwi do kwatery podoficera. – Schmidt, proszę coś z tym zrobić.

Wytarł usta grzbietem dłoni, wiedząc, że nie pozbędzie się nieprzyjemnego smaku na języku, póki nie napije się świeżej ­wody. Powrót do kantyny, gdzie nadal rozbrzmiewał nazbyt wesoły śmiech Vossela i innych oficerów, był na razie wykluczony. Żałosny dźwięk skrzypiec Reithmanna wznosił się do nieba, ale nie do gwiazd. Noc, która zapadła nad obozem w Sobiborze, była czarna i pełna popiołu.

4

– Poruczniku!

Vossel otworzył gwałtownie drzwi do jego biura i wpadł do środka, nie czekając na odpowiedź. Pochylił się nad nim, opierając dłonie w rękawicach o biurko.

– Wstawaj i chodź ze mną. Potrzebna pomoc w obozie drugim.

Zanim wyszedł, Hans zamknął drzwi do magazynu. Joel i czterech innych Żydów z Sonderkommanda pracowali przy regałach. Nie chciał, by Vossel obrał ich na cel tylko po to, by mu dopiec.

A potem wyszedł za nim w poranek.

– Ten idiota Schmidt – zaczął major, gdy szli w słońcu – powiedział mi, że narzygałeś sobie na buty.

Minęły trzy dni od przyjazdu pociągu pełnego Żydów. Mimo to anegdota o nowo przybyłym, który zwymiotował, nadal stanowiła źródło wesołości esesmanów.

– Do wiadra – uściślił Hans. – Nie posłużyła mi kolacja.

Vossel się uśmiechnął. Ten uśmiech miał w sobie coś drapieżnego.

– Na pewno kolacja? – Delikatne, bardzo jasne włosy tworzyły jakby aureolę świętego wokół jego głowy. – A może masz zbyt wrażliwy żołądek na tę robotę?

Hans skrzywił się.

– Czuję się już dobrze. Miałem zapewne problemy z trawieniem – powtórzył.

– Zobaczymy, czy to prawda – zachichotał Vossel.

5

Hans nie był jeszcze w obozie II.

Ładne domki w obozie przednim były jak z dziecięcych marzeń, teraz jednak zobaczył baraki mieszkalne Żydów: długie, niskie budy z wąskimi oknami, które nie chroniły przed upałami w słoneczne miesiące i z pewnością dawały jeszcze mniej schronienia zimą.

Patrząc prosto przed siebie, szedł środkiem wąskiej drogi, na której major stawiał pewne kroki. Była tam też stara leśniczówka, oddzielona drewnianą palisadą, gdzie przypuszczalnie znajdowały się teraz biura obozowej administracji, kilka podupadłych budynków wykorzystywanych jako magazyny i mała kaplica katolicka.

Nieco życia w ten opustoszały krajobraz wnosiło gospodarstwo z oborą dla krów, a nawet chlewem. Minęli je przy akompaniamencie rżenia dobiegającego ze stajni. Na placu za stajniami biegały luzem gęsi, tłuste i głupie.

Hans zauważył klatki na króliki i zrozumiał, skąd wzięło się mięso na kolację – oraz wolierę z gołębiami. Podekscytowane gruchanie tych ptaków wywołało kolejny ucisk w gardle. Przyśpieszył kroku. Gdyby miał znów opróżnić żołądek, chętnie zrobiłby to wprost na lśniące buty majora.

– Smutny los mają króliki, naprawdę – odezwał się Vossel z żalem w głosie. – Z drugiej strony nie możemy przecież jeść tylko gołębi, nie sądzisz?

Wizja gołębi z poddasza i rączek Hanne wyciągających się w stronę lecących ptaków zawładnęła nim tak silnie, że zrobiłby mu znacznie więcej, niż tylko trzasnął pięścią w nos. Nie odpowiedział.

– Niestety – kontynuował major. – To, co mam ci do pokazania, spodoba ci się jeszcze mniej.

Vossel zaprowadził go do stajni, gdzie czekały na nich dwa wspaniałe gniade konie, z uprzężą i derką pod siodłem, przygotowane na długi dzień pracy.

Ruszyli konno, ramię w ramię, w podmuchach ciepłego wiatru zwiastującego lato. Nie niósł jednak zapachu lasu, lecz wtłaczał do nosa tłustą woń spalenizny, która zionęła śmiercią.

Za gospodarstwem rozciągał się ponury plac, strefa przyjęć, do której wchodziło się specjalnym traktem prosto z rampy kolejowej. Zaraz za nią znajdowała się pusta przestrzeń, a dalej droga, szeroka na trzy, cztery metry, która ciągnęła się, jakby nie miała końca.

– To jest Wąż – wyjaśnił Vossel. – Wejście do obozu trzeciego. Wiesz, co to jest obóz trzeci?

Hans wiedział. Mimo że podczas podróży pociągiem dokumenty na temat obozu w Sobiborze trzymał w teczce, to poprzedniego wieczoru zmusił się do ich przejrzenia. Dlatego zdawał sobie sprawę, gdzie się znajduje.

– Strefa eksterminacji – odezwał się cicho. – To tutaj więźniowie trafiają do komór gazowych.

To, co Vossel nazywał Wężem, było obowiązkową ścieżką osłoniętą drutem kolczastym poprzetykanym gałęziami sosny. Na jej końcu Żydów czekała śmierć.

 

– Bardzo dobrze, poruczniku. – Vossel uderzył piętami boki konia. – Jedź teraz za mną. Od dwóch dni gazujemy Żydów i jeszcze nie skończyliśmy. Spróbujemy ich trochę pogonić.

Hansa zmroziło w siodle. Vossel tymczasem galopował wzdłuż ogrodzenia. Z najbliższego baraku wyprowadzano właśnie grupę kobiet i dzieci.

Procesja, której widok wywoływał dreszcze.

Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby już nie żyli: szli całkowicie nadzy, bez butów, bez niczego, co mogłoby chronić ich stopy na polnej drodze. Niektóre kobiety próbowały zasłaniać piersi, krzyżując ramiona.

Bez włosów, zgolonych byle jak, wzdłuż linii karku, więźniowie zdawali się mieć tylko oczy: ogromne, posępne z niewysłowionego strachu.

Zwierzęta idące na rzeź, nic więcej.

Ich blade, brudne twarze były zapadnięte, a ciała drżały mimo ciepła wiosennego słońca. „Nie trzęsą się z zimna”, pomyślał Hans. Z knykciami zbielałymi od skórzanych wodzy zaciśniętych wokół dłoni patrzył, jak idą.

Major zachęcił go, by pojechać za nimi, chciał pogonić tę procesję, sprawić, że przyśpieszą kroku.

– No już, ruszajcie się, czeka na was ciepły prysznic! – wołał Vossel.

I napierając na nich koniem, zmusił do wejścia do Węża.

– To dzisiaj pierwsza grupa – wyjawił później. Uśmiechał się z satysfakcją, jakby wykonał kawał dobrej roboty. – Poczekamy trzy godziny, w tym czasie się wykończą, a ciężarówki zostaną wyczyszczone. Potem pojedziemy po drugą grupę. Teraz ich przygotowują, wszystkim golą włosy, przekonując, że to jedyny sposób na uniknięcie świerzbu. Jeśli będziemy kontynuować w tym tempie, to skończymy dziś wieczorem.

6

Ukochana, zaczął pisać, ale musiał przerwać.

Przymknął oczy, próbując pozbyć się widoku osób wysłanych na śmierć, który utkwił mu pod powiekami, okazało się to jednak niewykonalne: obraz atakował go jeszcze intensywniej.

Spojrzał w noc za oknem.

Była zbyt gęsta, w szkle odbijała się lampa na stoliku nocnym za nim i za Fräulein Kuken, którą przywiózł w walizce. Z domalowanymi oczami i włosami z pakuł lalka jego córki współczuła mu, siedząc tam, gdzie ją posadził.

Zwilżył wargi.

Ukochana Ingrid, dziś było… kontynuował. Nagle wypuścił pióro, pochylił głowę i wsunął palce we włosy.

Jak miał opisać swojej żonie ten potworny dzień? Jak miał ją nadal okłamywać? A przede wszystkim: jak miał dalej żyć z tą udręką, ściskającą mu serce za każdym razem, kiedy pomyślał, co go czeka następnego dnia?

Wrócił do pisania.

Ukochana Ingrid, wybacz mi.

Wybacz to, co zrobiłem, to, co robię, oraz to, co będę zmuszony robić w przyszłości.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?