Dziewczynka z SobiboruTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale, panie komendancie, moja córka…

Fromm posłał mu mrożące spojrzenie.

– Kiedyś gratulowałem panu zdolności, poruczniku Heigel. Proszę mnie nie zmuszać, abym zmienił zdanie.

Powiedziawszy to, oddalił się długimi krokami, nie zaszczyciwszy go już uwagą.

Chcąc powstrzymać zawroty głowy, Hans usiadł w fotelu, który jeszcze przed chwilą zajmował komendant.

„Nie ma miejsca na słabość w Niemczech, które budujemy”, powtórzył w myślach słowa Fromma. Chwilę później inny głos, którego Hans nie umiał nikomu przyporządkować, dorzucił: „Nie ma miejsca na litość. Także dla Hanne”.

Rozdział 6

1

Powrót do Osnabrück był bolesny.

Hans miał głowę pełną słów, zwłaszcza tych, na których wypowiedzenie nie zdobył się w obecności Friedricha Fromma, i puste ręce. Żaden bóg nie wstawił się za Hanne, żaden wysoko postawiony oficer nie zamierzał kiwnąć dla niej palcem.

Wszystkim, na co mógł liczyć, uwięziony w garnizonie w środku Niemiec, które tłumiły zamieszki gazem, była nadzieja, że może podczas jego nieobecności wydarzył się cud: gorączka minęła i Hanne przestała kaszleć krwią.

2

Zbliżając się do furtki, spojrzał w górę na poddasze. Gołębie gruchały w gniazdach, rozpościerając białe skrzydła, bawiły się w jakąś grę, której nie znał.

Przyglądanie się im sprawiało mu przyjemność. Tak piękne i delikatne stworzenia nie mogły pozostawać obojętne na tragedię. Gdyby w domu wydarzyło się coś złego, nie wykazałyby się tak wielką nieczułością, wydając z siebie wiosenne odgłosy. A niebo, które otwierało się nad dachem, nie byłoby takie niebieskie.

„Wszystko będzie dobrze”, pomyślał, próbując pozbyć się dokuczającego mu wrażenia ucisku w sercu.

Otworzył drzwi. Na progu powitała go wesoła pieśń. Krystaliczny kobiecy głos, wyczyniający cuda z dźwiękami i zagłuszający szelest gramofonu, wypełniał dom beztroską, jakiej Hans nie zaznał od wielu dni.

– Ingrid! – zawołał.

Nadzieja przeobraziła się w radość i wciąż rosła, rozpierając mu pierś. Przez tę podróż do Berlina nic nie wiedział o cudzie.

– Ingrid, wróciłem!

Rzut oka do salonu przekonał go, że żona i Hanne są na górze, może zajęte zabawą z udziałem Fräulein Kuken; a może urządziły sobie dziewczyńskie pogaduszki. Za kilka lat Hanne wstąpi do Związku Niemieckich Dziewcząt, żeńskiej sekcji organizacji młodzieżowej Hitlerjugend. Od miesięcy dużo rozmawiały z Ingrid o pięknych mundurach, zachowaniu i wartościach, którymi można się szczycić, i o fryzurkach prostych, ale zadbanych, jakimi popisywałyby się wraz z przyjaciółkami.

Wbiegł na schody i zobaczył ją, pokonawszy pierwszy zakręt.

Ingrid zwinęła się na ostatnim stopniu schodów wiodących na korytarz, w półmroku zaciągniętych zasłon jedynego okna. Włosy miała rozpuszczone na ramionach, w nieładzie, opadające na twarz. Kolana podciągnięte pod brodę, przykryte spódnicą. Nie był to obraz kobiety szczęśliwej, jaki wyobrażał sobie zastać, takiej, by wziąć ją w ramiona, jak od dawna pragnął.

Ingrid podniosła oczy i popatrzyła na niego niewidzącym wzrokiem, jakby był przezroczysty.

– Ingrid – wymamrotał, czując, że ściska mu się serce.

Nie powiedziała ani słowa, tylko wciąż wpatrywała się w pustkę.

– Co tu robisz po ciemku? Gdzie Hanne?

Hans wiedział, dlaczego siedziała właśnie tutaj, a jednak… przecież w tle nadal rozbrzmiewała wesoła muzyka, poza tym widział gołębie, gołębie…

– Ingrid – wyjąkał, chwytając się poręczy, by nie upaść.

Żona nie odpowiedziała, zupełnie jakby nie zauważyła jego obecności. Powoli zaczęła kołysać głową w takt muzyki dobiegającej z salonu, co jeszcze bardziej go przeraziło. Poczuł, jak w piersi rodzi mu się krzyk rozpaczy, który próbował powstrzymać, chwytając się za gardło.

I wreszcie odważył się popatrzeć w stronę drzwi do pokoju córki. Były zamknięte. Nie dochodził zza nich żaden dźwięk.

– Ingrid, proszę, powiedz, co się stało? – zapytał, czując, że opuszczają go siły. Opadł na stopnie, wpatrując się w bladą twarz żony.

W końcu spojrzała na niego oczami pełnymi pulsującego bólu i bezgranicznego zmęczenia. Ale to był tylko moment, ponieważ znów zaczęła wpatrywać się w pustkę, kołysząc głową w takt wesołej muzyki dobywającej się z gramofonu.

Hans zerwał się na równe nogi i pobiegł do pokoju Hanne, mimo że wiedział, iż nie powinien tego robić.

3

– Przykro mi – powiedział posępnie Meyer. – Przykro mi tak, jakby Hanne była moją córką.

Po pogrzebie Hauptmann odwiedził go kilka razy w domu. Aby go pocieszyć, zaoferować swoje wsparcie, a także dlatego, jak zrozumiał Hans, że po prostu go potrzebował.

– Wiem, co znaczy strata dziecka – rzekł po raz kolejny, popijając herbatę, którą Ingrid podała im bez słowa.

Żona Hansa była coraz bardziej ponura, zamknięta w sobie. Nierzadko zaskakiwał ją siedzącą w fotelu, patrzącą przed siebie, jakby coś widziała przez ściany i przez niego, jakby śledziła złudzenie wesołej dziewczynki, biegającej, pełnej życia i szczęśliwej. Ich małej Hanne, która odleciała niczym gołąb, Hanne o oczach błękitnych jak letnie niebo.

– Sytuacja robi się coraz trudniejsza – kontynuował Meyer, odstawiając filiżankę na stół. – Potrzebuję twojej pomocy.

Hans popatrzył na niego apatycznie. Nie golił się od trzech dni i wiedział, że wygląda fatalnie, zupełnie inaczej niż zwykle na służbie.

– Do czego jestem ci potrzebny? – usłyszał swój głos. – Jaka jest sytuacja w mieście?

Twarz Meyera pojaśniała.

– Musimy utrzymać spokój – odparł. – Tłumić rozruchy uliczne, uspokajać mieszkańców, zagwarantować porządek. Tym musimy się zajmować, dlatego przydasz mi się w garnizonie.

Łatwiej było powiedzieć, niż zrobić. Hans czuł się pusty w środku i na samą myśl o tym, że miałby znów włożyć mundur, ściskało go w żołądku. Z jakiego powodu miałby nadal udawać, że wszystko jest w porządku, że ludzie tacy jak on są niezbędni dla wielkich Niemiec? Przypomniał sobie protekcjonalność, z jaką potraktował go Himmler, i ostre riposty Fromma na jego błagania.

„Nie ma miejsca na słabość w Niemczech, które budujemy”.

Hans powstrzymał gorzki śmiech. Powinien był splunąć mu w twarz, tej świni w mundurze wysokiego rangą oficera. Jemu i tym wszystkim oficerom, których widział zebranych wokół stołu, zdolnych drwić ze śmierci, jakby na świecie nie było rzeczy ważniejszej niż chwała Trzeciej Rzeszy.

– Zróbmy to dla naszych ludzi – odezwał się Meyer, jakby odczytał z jego miny gniew i poniżenie.

Hans podniósł na niego wzrok. Z informacji radiowych, których słuchał teraz od czasu do czasu, dowiedział się, że Armia Czerwona jest już coraz bliżej, gotowa, by zapukać do wschodnich granic Polski.

Mieszkańcy Osnabrück zaczynali się bać.

– Wróć do garnizonu – powiedział Meyer.

Hans nie wychwycił surowego tonu rozkazu, a jedynie uprzejmą sugestię.

– Zrób to dla siebie, dla swojej żony. I dla naszych ludzi.

Hans ponownie powstrzymał się od śmiechu, ponieważ zrozumiał, że wydobyłby się z niego tylko płacz.

– Dobrze – odparł, nie wiedząc nawet dlaczego. – Jutro wrócę na służbę.

Rozdział 7

1

Rodzinę Goldbergów wyprowadzono na ulicę siłą.

Hauptmann Meyer był zmuszony wykrzykiwać rozkazy ze złością, chcąc zagłuszyć głosy mieszkańców miasta, zebranych tu, aby obejrzeć wywlekanie z domu ostatnich Żydów w Osnabrück.

– Przeklęci, sprowadzą nam tu Rosjan! – zawołał ktoś.

– Do obozu z nimi! – ryknęli inni, zazwyczaj spokojni obywatele, których strach uczynił bezwzględnymi.

Hans obserwował swoich ludzi eskortujących Goldbergów do ciężarówek przygotowanych do wywózki: także oni wydawali się oburzeni pomysłem, że muszą mieć do czynienia z Żydami ściągającymi na siebie gniew, plwociny i groźby tłumu.

Kiedy na progu domu pojawił się Ariel Goldberg, głowa rodziny mieszkającej w Osnabrück od wieków, i mundurowi wyciągnęli go na ulicę, natychmiast rozległy się owacje. A gdy potknął się na ostatnim schodku i omal nie upadł, łapiąc jednak równowagę, chór zgodnych głosów wręcz zaprotestował.

Franz Meyer chwycił go pod ramię, a potem stanął między nim a tłumem.

– Wywieź ich stąd! – rozkazał, popychając Goldberga w stronę jednej z ciężarówek.

Hans skinął głową, nie przestając myśleć o szaleństwie, które rozprzestrzeniało się po Niemczech. Do garnizonu codziennie przychodziły pocztą lub w depeszach informacje na temat rozwoju buntów i zamieszek w Polsce. Powstanie w getcie warszawskim zostało krwawo stłumione.

W zeszłym tygodniu schwytano ponad dwieście tysięcy Żydów, co najmniej jedna czwarta z nich zginęła na miejscu w spektakularnej masowej egzekucji.

Nie liczono Żydów zabitych w płonących budynkach Warszawy, które podpalano zgodnie z planem Reichsführera Himmlera. Powstańcy dostali wsparcie i współczucie aliantów i Londynu, nie dotarła do nich jednak pomoc w postaci broni ani innej formy posiłków. W kolejnych dniach Rzesza zrównała z ziemią getto i wysadziła Wielką Synagogę. Teraz, gdy majowe kwiaty otwierały się na świat, żołnierze Reichsführera burzyli pozostałości i ruiny, w których ci, co przeżyli, znaleźli schronienie.

W ostatnich dniach przyszedł do garnizonu oficjalny komunikat do wiadomości Hauptmanna Meyera.

Słowa Himmlera, wydrukowane i podpisane, nie pozostawiały miejsca na wątpliwości: „Naród żydowski należy wyeliminować”, głosił komunikat. „Trzeba się pozbyć Żydów, zabić ich!”

W świetle tych rozkazów Hauptmann Osnabrück nie mógł już sobie pozwolić na ignorowanie sytuacji w podległym mu mieście.

 

2

Córki Goldbergów zostały oddzielone od ojca i wepchnięte do pierwszego pojazdu. Dziadków wciśnięto do drugiego, natomiast Ariela Hans skierował do czarnego volkswagena zamykającego kawalkadę.

Mężczyzna milczał ze wzrokiem utkwionym przed siebie i związanymi rękami, podczas gdy Hans zajął miejsce obok niego na tylnym siedzeniu.

Ariel Mędrzec, tak na niego mówiono.

Hans obserwował go kątem oka, gdy samochód ruszył i skierował się do garnizonu. Ariel Goldberg był postawnym mężczyzną, barczystym i dobrze zbudowanym, mimo że w ostatnim czasie głód na pewno był stałym gościem w jego domu.

Wzrostem przewyższał chyba samego Franza Meyera. Mógłby jedną ręką powalić kilku żołnierzy, ocenił Hans, tymczasem siedział spokojnie w samochodzie, z opuszczonymi ramionami i zamkniętymi ustami.

Długie pasma włosów opadały mu na plecy i okalały szeroką twarz o łagodnych oczach i wypielęgnowanej brodzie. Na eleganckim płaszczu odznaczała się gwiazda Dawida informująca o jego pochodzeniu rasowym.

Hans otworzył usta, by coś powiedzieć, ale je zamknął.

Osnabrück przesuwał się za oknami samochodu i jedyne, co Żyd mógł zrobić w drodze na śmierć, to spuścić wzrok.

*

Pociąg na ostatnim peronie nie miał okien, przez które można by podziwiać wzgórze Piesberg czy urocze wiosenne niebo. Za okopconą lokomotywą ciągnęło się wiele niedużych wagonów, bez okien i bez żadnych napisów na ścianach z drewna, metalu i rdzy.

Goldbergowie, ze związanymi rękami i nogami, zostali praktycznie wrzuceni do jednego z nich.

– Przynajmniej będziecie mieć dużo miejsca – zaśmiał się jeden z garnizonowych żołnierzy, ale Hans nawet nie próbował go rozpoznać, ponieważ utkwił wzrok w plecach Ariela. – Jesteście ostatni z tego miasta, pojedziecie wygodnie.

Pociąg towarowy. Do obozów koncentracyjnych Żydzi przyjeżdżali pociągami towarowymi.

Z zaciśniętymi ustami i godnością, która zaskoczyła Hansa, a nawet wzbudziła jego zazdrość, Ariel Goldberg ruszył, by usiąść obok rodziny.

Niespodziewanie spojrzał na Hansa.

– Człowiekowi dane jest współczucie – odezwał się głosem zmęczonym, ale stanowczym. – A ja mogę panu zostawić słowa do przemyślenia, poruczniku Heigel. Z sympatii do niewinnej dziewczynki.

Hans popatrzył na niego zaskoczony, wstrzymując oddech.

– „Oczy twe jak gołębice” – wyrecytował Ariel. – „Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie[1]”. – Zamilkł i uśmiechnął się do niego. – Z Pieśni nad Pieśniami. Powiadają, że została napisana dla miłości i z miłości do Boga.

Może dodałby coś jeszcze, ale jeden z żołnierzy zamknął drzwi wagonu.

Hans chciał wydać mu rozkaz ponownego otwarcia, by wysłuchać, co jeszcze Goldberg ma mu do powiedzenia, ale lokomotywa przeciągle zagwizdała i koła ruszyły, najpierw ospale, potem coraz szybciej.

„Oczy twe jak gołębice”.

Hans poczuł, że drży.

1 Cyt. za: Biblia Tysiąclecia, Pieśń nad Pieśniami: PnP 4,1; PnP 6,5.

Rozdział 8

1

– Getto warszawskie przestało istnieć – oświadczył Hauptmann Meyer, siedząc za biurkiem. – Dziś rano przyszedł komunikat od Himmlera.

Postukał opuszkami palców w paczkę papierosów przed sobą. Hans patrzył na niego niewidzącym wzrokiem, jego głowę zaprzątały inne myśli.

– Ale to nie były jego jedyne słowa.

Hans zmusił się do skupienia na nim uwagi.

– Co jeszcze powiedział?

Heinrich Himmler dorzucił jeszcze jakąś szpilę. Hans wyczytał to ze sztywnej pozycji, w jakiej Meyer siedział na krześle, i sposobu, w jaki zgniatał pióro.

– Powstanie zostało stłumione, to prawda. Wiesz, ile to zajęło, obaj śledziliśmy raporty.

– Oczywiście.

Telegram każdego ranka, raport pocztą co trzy albo cztery dni. Walki z kiepsko uzbrojonymi powstańcami zabarykadowanymi w otoczonej murem dzielnicy trwały ponad miesiąc. Jakie chwalebne zwycięstwo wielkich Niemiec…

– Zgodnie z intencjami Himmlera bunt miał zostać zdławiony w ciągu maksymalnie trzech dni. Stało się jednak inaczej.

W pauzie, którą zrobił właśnie Meyer, Hans wyczuł niepokój, który przełożony, nim zaczął mówić dalej, wyraził długim westchnieniem.

– Zdaniem naszego Reichsführera morale Niemiec zostało zachwiane: zbyt wiele otwartych frontów, zbyt wiele trwających bitew. Nie mówiąc o tym, że nikt się nie spodziewał po ludziach niższej rasy, że w taki sposób stawią czoło naszym żołnierzom.

Hans skinął głową. Pomyślał o Arielu Goldbergu, zastanawiając się, jak jemu podobni ludzie mogli się przeciwstawić machinie wojennej Rzeszy. Jak gołąb mógł się oprzeć spustoszeniu sianemu przez kruki. Nie wiedział, ale w jakiś sposób tak właśnie się stało.

Meyer uderzył dłońmi w stół, aż Hansa przebiegł dreszcz.

– Przyszły nowe postanowienia, Hans – powiedział. – Góra postanowiła na tym etapie wojny rozmieścić wszystkie siły Rzeszy.

Hans zastygł w bezruchu, słuchając. Nie interesowało go, jak Himmler i jego ubrani na czarno klauni będą próbowali naprawić niepowodzenie, ale postanowił okazać niezłomność, postanowił być godnym munduru niemieckiego oficera, gotowego wypełniać swoje obowiązki do samego końca. Może nie tylko po to, aby Meyer się nie domyślił, jak bardzo cierpi, jak mało dba o to, co dzieje się na świecie teraz, gdy Hanne, Ingrid, cała jego rodzina rozpadła się niczym śnieg w promieniach słońca. Robił to dla siebie, aby nie runąć w otchłań, w której jedynym światłem, jakie miał nadzieję ujrzeć, był blask oczu jego córki.

Franz Meyer westchnął ponownie.

– Garnizon w Osnabrück zostanie zamknięty w piątek rano – oświadczył. – Wszyscy dostaliśmy przeniesienia.

Hans mrugnął tylko raz.

– Przeniesienia?

– Mam się udać do Berlina. – Meyer uczynił niewyraźny gest ręką. – Zostanę wcielony do Policji Porządkowej w trybie natychmiastowym.

Hans zaskoczony zmarszczył czoło. Ordnungspolizei była główną formacją niemieckiej policji. Nazywana Zieloną Policją z racji koloru mundurów, miała złą reputację z powodu okrucieństwa i wyrachowania. Taki człowiek jak Franz Meyer w jej szeregach?

– Ty z kolei – kontynuował Hauptmann, kartkując skoroszyt, który leżał przed nim, zupełnie jakby nie miał odwagi spojrzeć Hansowi w oczy – dostałeś przeniesienie do Polski, do obozu koncentracyjnego w Sobiborze. Masz się stawić na służbę w przyszły poniedziałek.

Tym razem Hans nawet nie mrugnął.

Zmiana jednak nadeszła: niszczycielska, kompletna i nieunikniona. Jak się tego zawsze obawiał. Ale znacznie gorsza, niż mógł sobie wyobrazić.

2

– Wysyłają mnie do Polski, do Sobiboru.

Hans mówił ze spuszczonym wzrokiem, siedząc w fotelu. Łagodne światło lampy walczyło z ciemnością wieczoru, groźnie napierającą na okna. Od jakiegoś czasu w mieście panowała nienaturalna cisza, budziła wręcz strach, ale Hansowi wydawała się wrzawą w porównaniu z pustymi spojrzeniami, jakie witały go po powrocie z pracy.

– To obóz koncentracyjny, pamiętasz? Mówiłem ci o nim. – Hans przyglądał się swoim dłoniom. – Zostałem oficjalnie mianowany szefem zaopatrzenia. – Podniósł wzrok na fotel na­przeciwko.

Ingrid siedziała w półmroku, z rękami na kolanach, i powoli kiwała głową. Wydawało się, że nic nie waży, eteryczna niczym duch, ze skórą tak bladą, że aż przezroczystą. Z wyblakłych ust dobywał się ledwie słyszalny szept, słowa piosenki Lili Marleen, które rozbrzmiewały echem w całym domu, póki nie wyłączył gramofonu.

– Ingrid, zrozumiałaś?

Wydawało się jednak, że jego żona, gdy tak wpatrywała się w jakiś punkt nad jego głową, była bardzo daleko stąd. Nawet gdy się pochylił, aby chwycić jej dłoń, obojętnie pozwoliła, by wsunął swoje palce między jej, jakby go nie widziała, jakby w ogóle nie czuła jego obecności.

– Odwiozę cię do rodziców, dobrze? – zapytał, wiedząc, że nie dostanie odpowiedzi. Wyciągnął rękę i pogładził jej twarz, tak delikatną, że wydała mu się wręcz przeźroczysta. – Przykro mi, kochanie. Bardzo mi przykro…

3

Następnego dnia wszedł do domu z pudełkiem w objęciach, w którym znajdowały się nieliczne rzeczy, które zgromadził na biurku w ciągu tych kilku lat pracy w garnizonie.

Słońce zaszło nad Osnabrück, wydłużając cienie w wieczornym świetle. Gołębie gruchały w gnieździe, beztroskie, ponieważ ich wiosna była piękna jak zawsze.

Nadeszła wigilia wyjazdu do Polski. Zaczęła się wyłaniać z oddali, jak wzgórze zza mgły, i teraz właśnie trwała.

Hans przywitał ją bez zdziwienia. Niczego nie odczuwał: ani strachu przed tym, co mógł zastać w Sobiborze, z wagonami i komorami gazowymi, ani żalu do Ingrid, która już nie śpiewała i nie odzywała się.

Jedyną cenną rzeczą, jaka mu pozostała, było wspomnienie twarzy córki.

4

Podróż do Polski trwała wieczność.

Hans nie chciał oglądać krajobrazu za oknem ani czytać dokumentów otrzymanych od Meyera, pełnych informacji o obozie, do którego został przydzielony.

Zostawił je w torbie.

Jego myśli wciąż krążyły wokół słów Goldberga, obsesyjnie poszukując czegoś, czego nie zrozumiał.

„O jak piękna jesteś, przyjaciółko moja, jakże piękna! Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie[2]”.

Jakkolwiek bardzo się starał, niczego nie znalazł. Niczego – poza oskarżeniem przeciwko sobie.

Spędził długie godziny na skórzanym siedzeniu, z nogami wyciągniętymi przed siebie i głową opartą o zagłówek, nie będąc w stanie robić nic innego, jak tylko wsłuchiwać się we własny oddech, blokowany przez ciężar spoczywający na jego piersi.

Kiedy odwiózł Ingrid do domu teściów, nie pożegnała się z nim, nie wyrzekła do niego ani słowa, nawet na niego nie spojrzała. Wciąż nuciła coś pod nosem, kołysząc głową. Rodzice odebrali ją w surrealistycznej ciszy.

Hans zamknął wreszcie oczy, sen opadł na niego niczym czarny woal.

5

– Tatusiu…

Hans się wzdrygnął i podniósł głowę. Od wstrząsów pociągu bolało go całe ciało.

W przedziale było ciemno, również na zewnątrz wszystko zakrywała noc.

Zamrugał, próbując dostrzec linię siedzeń i ramę okna. W tle słyszał turkot wagonu po torze i odległy świst lokomotywy.

Oparł się ręką o szybę i przybliżył do niej twarz, próbując dostrzec cokolwiek.

– Tatusiu?

Odwrócił się. Naprzeciwko siedziała jego córka.

Wychudzona i drobniutka, nie miała na sobie tej ślicznej sukienki, którą włożono jej w dniu pogrzebu, granatowej, z wstążkami i koronkami, którą tak bardzo lubiła. Jego Hanne była teraz ubrana w białą koszulinę z ostatnich dni życia, kiedy miotała się w łóżku z oczami wypełnionymi strachem. Na piersi, pod wystającymi spod skóry obojczykami, widniały plamy zaschniętej krwi. Bose stopy nie dosięgały nawet podłogi.

– Hanne – wyjąkał Hans, czując, że znów ogarnia go przemożny ból.

Była blada jak księżyc w tych złowrogich ciemnościach. Chory księżyc. Wydelikacona twarzyczka zwężała się ku dołowi, uwydatniając kości policzkowe, a błękitne oczy, otoczone niezdrowymi obwódkami, lśniły od łez.

– Proszę cię, tatusiu, pomóż mi.

Hans poczuł chłód przenikający aż do szpiku kości.

– Nie zostawiaj mnie, proszę.

Kiedy chłód dotarł również do jego duszy, Hans ponownie zamknął oczy.

6

Obudził go pisk hamulców i szarpnięcie wagonu.

Na próżno szukał wzrokiem Hanne na siedzeniu naprzeciwko. Było puste.

– Poruczniku? – zaskoczył go jakiś głos.

– Co takiego? – zapytał skołowany, mrugając.

– Dojechaliśmy – odparł konduktor. – Będzie na pana czekał samochód pułkownika Reithmanna.

Hans patrzył na niego, próbując sobie przypomnieć, gdzie jest i co robi w tym pociągu.

– Dziękuję – mruknął, kiedy wrócił do rzeczywistości.

Konduktor odszedł, a Hans ponownie spojrzał na siedzenie w poszukiwaniu Hanne, jej stópek wiszących w powietrzu. Ale niczego nie znalazł prócz okrutnego wspomnienia prośby, jaką do niego skierowała.

2 Tamże.