Dziewczynka z Sobiboru

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

1

Doktor Walder był niskim mężczyzną o wąskich ramionach i lekko zgarbionych plecach kogoś, kto spędził życie, studiując książki.

Kiedy Hans przyszedł do jego domu, gdzie mieścił się także gabinet, w którym lekarz przyjmował pacjentów, gosposia poprosiła go do jadalni. Walder siedział przy stole, przyglądając się wnikliwie talerzowi z gulaszem i gotowanymi ziemniakami.

– Poruczniku Heigel. – Zasalutował zmęczony. Żółte światło lampy w salonie sprawiało, że wyglądał jak duch z podłużną twarzą za okrągłymi okularami odbijającymi poświatę. – Przynosi mi pan pozdrowienia z garnizonu?

– Moja córka jest chora – odparł Hans. – Był pan u niej z wizytą.

Walder mruknął pod nosem, po czym skinął na gosposię, która odeszła z szelestem.

– Co chce pan wiedzieć? Wszystko powiedziałem już pańskiej małżonce.

Hans z trudem powstrzymywał gniew.

– Te bzdury o Żydach… że to oni roznoszą choroby i…

Walder przerwał mu, unosząc dłoń w geście jeszcze bardziej zmęczonym i nieufnym niż pozdrowienie, jakim go przywitał.

– Pańska córka ma gruźlicę – oświadczył.

Te słowa wystarczyły, by Hansa przeszył dreszcz. Bez żadnego powodu wrócił myślami do pewnego dnia minionego lata, kiedy dla zabawy włożył córce na głowę swoją czapkę, a Hanne zaczęła biegać po całym ogrodzie, ciągle ją poprawiając, gdyż czapka była za duża na jej małą główkę i zsuwała się jej na oczy.

– Próbowałem wytłumaczyć to pańskiej żonie, ale ona… – Walder powoli pokręcił głową. – Zaczęła coś przebąkiwać o Żydach, o chorobach, które roznoszą się w powietrzu… – Zrobił pauzę, grzebiąc widelcem w talerzu. – Istne szaleństwo, które ogarnia nas wszystkich.

Hans spojrzał na niego, próbując opanować strach.

– Co mogę zrobić, doktorze? – zdołał tylko zapytać słabym głosem.

2

Walder wbił w niego wodniste oczy pełne żalu.

– Niestety niewiele – odparł. – Już za późno. Trzeba było interweniować wcześniej.

Wytłumaczył mu, jak podstępna jest ta choroba, odporna na farmaceutyki, trudna do leczenia, nie wspominając już, że gdy atakuje płuca, nie od razu daje o sobie znać. Zagnieżdża się po cichu, bez objawów.

Także Walder brał udział w Wielkiej Wojnie, podobnie jak Hauptmann Meyer. Podczas gdy Hans patrzył na niego nieobecnym wzrokiem, lekarz próbował wytłumaczyć mu istotę tej choroby na przykładzie okopów, w których żołnierze czuwają dniem i nocą w oczekiwaniu, aż coś się wydarzy, narażeni na zimno. Jedyny komfort, na jaki mogą sobie pozwolić, gdy jest w miarę bezpiecznie, to zapalenie lampki oliwnej. W takich samych okopach po drugiej stronie czai się wróg. I może kazać na siebie czekać godzinami, dniami czy tygodniami, nie pozwalając na jedzenie lub sen. Nie anonsuje się i nie zadaje sobie trudu, by atakować. Jednak kiedy już ruszy do ataku, to wpada do okopów przeciwnika z karabinem lub bagnetem i uderza błyskawicznie.

W ten sposób działa również gruźlica, zagnieżdżając się w klatce piersiowej i czekając, żeby się ujawnić. I kiedy to robi… zwykle jest już za późno.

– Powinniśmy byli interweniować wcześniej – powtórzył z przykrością lekarz.

Hans patrzył na niego, przypominając sobie, że gdy wrócił do domu, zaskoczył go brak muzyki. A mimo to stosowniejsza byłaby zwodnicza słodycz kłamstwa, jakie niosły w sobie pieśni: warstewka perfekcji pokrywająca okropności. Wagner przyćmiewający komunikaty wojenne w radiu, dom będący obrazem czystości i porządku, miasto, które wydawało się oazą spokoju, jakby zastygłe we śnie. I okropna choroba czająca się w stworzeniu najsłodszym i najpiękniejszym, jakie kiedykolwiek zaatakowała.

– Dałem pańskiej żonie lek, który ułatwi Hanne oddychanie – kontynuował doktor Walder, jakby przemawiał z innego świata, z kosmosu. – Postarajcie się, żeby jadła, ponieważ musi mieć siły. Coś lekkiego i pożywnego.

Hans przywołał w myślach twarz córeczki, jej piękne loki i ogromne błękitne oczy, które, gdy się w niego wpatrywały, potrafiły stopić w nim wszelkie lęki i obawy.

– Gorączka się podniesie, trzeba będzie ją zbić – kontynuował bezlitośnie Walder. – Używajcie w tym celu kawałków czystego materiału i zimnej wody, ale nie lodowatej. Powinna mieć ciepło i dużo wypoczywać. Obserwujcie ją tej nocy. Jeśli będziemy mieć szczęście, gorączka minie do jutra rana i Hanne będzie bezpieczna.

Hans spojrzał na niego, nagle sprowadzony do rzeczywistości słowami lekarza, które jako jedyne przebiły się do jego świadomości i nim wstrząsnęły.

„Będzie bezpieczna…”

Chciał coś powiedzieć, ale Walder wstał i zbliżył się do niego zmęczonym krokiem.

– Zajrzę jutro, żeby ją zbadać, jak tylko będę mógł – obiecał.

Hans potaknął w milczeniu głową. Był zdezorientowany i zdruzgotany, a mimo to uczepił się tej iskierki nadziei.

– I proszę też poświęcić trochę uwagi swojej żonie – mruknął Walder, odprowadzając go do drzwi. – Potrzebuje jej tak samo jak córka.

Rozdział 4

1

– Kaszlała krwią?

Hauptmann Meyer utkwił w nim wzrok zdradzający wciąż nieuśmierzony ból.

– Tak, całą noc, aż do świtu. Potem zasnęła.

– Nadal ma gorączkę?

– Teraz trochę spadła, ale w nocy była gorąca jak piec.

Hans zacisnął szczęki. Za każdym razem, gdy zamykał powieki, widział oczy córki. Teraz też widział ją przed sobą, bladą i kruchą jak szkło, tak wychudzoną, że można by pomyśleć, iż wyschła do kości. Starał się wytrzymać wzrok przełożonego, ale nie zdołał.

– Gorączka rzadko jest wysoka w takich przypadkach – westchnął Meyer. Siedząc przy biurku, pocierał dłonią kanciasty podbródek. Między palcami drugiej ręki wciąż trzymał pióro, którym złożył podpis na akcie wywłaszczenia. Na widok ­Heigla wchodzącego z dokumentami akcji „Reinhardt” spytał, czy Hans balował przez całą noc i stąd te podkrążone oczy.

Szybko pożałował żartu.

*

Hauptmann Franz Meyer stracił przez gruźlicę syna zaledwie dwa lata wcześniej. Był to silny chłopak o pięknym uśmiechu, powołany do wojsk terytorialnych Landwehry. Zmarł na froncie, pozostawiając w sercu ojca niezabliźnioną ranę.

– Łatwiej bym to zniósł, gdyby Bóg zaszczycił go śmiercią na polu walki – mawiał zazwyczaj w chwilach przygnębienia. – Tymczasem odszedł, krztusząc się krwią na zdezelowanym łóżku polowym, zmarł jak tchórz, zasługując na Helheim.

W starożytnych legendach Północy wojownik umierający śmiercią naturalną nie miał wstępu do Walhalli, krainy wiecznego szczęścia, lecz trafiał do nordyckiego piekła. Meyer zawsze wypowiadał te słowa przez zaciśnięte usta, pełen gniewu.

– Przypominasz mi go, Hans – stwierdzał niekiedy, gdy byli sami i Hauptmann mógł sobie pozwolić na wspomnienia. – Jesteś silny, ale łagodny. Bardzo bym chciał, aby Gus, gdyby żył, był takim człowiekiem jak ty.

Hans nigdy nie zrozumiał powodu tego podziwu. Ale odczuwał żałobę przełożonego jak własną, zdając sobie sprawę, że w jego życiu nie było nikogo, kto bardziej przypominałby mu ojca niż Franz Meyer.

Na pewno nie był tym kimś arystokrata von Brünner, wyniosły ojciec Ingrid. Kiedy się pobrali, Lars von Brünner położył mu rękę na ramieniu, mówiąc, że teraz Hans dołącza do rodziny jako syn, i zmierzył go lodowatym wzrokiem. To samo powtórzył, gdy urodziła się Hanne, ani trochę nie ocieplając wyrazu twarzy. A mimo to w rzadkich przypadkach, gdy odwiedzali go razem z Ingrid, Hans dotrzymywał towarzystwa Larsowi. Siedzieli w fotelach lub stali przy oknie, popijając likier ziołowy. Mało słów ich łączyło, za to dzielił zimny dystans.

Hauptmann Meyer nigdy mu nie powiedział: „Jesteś moim synem”, ale traktował go w taki właśnie sposób.

– Jesteś dumą tego garnizonu, Hans! – oznajmiał niekiedy głośno w obecności innych.

A kiedy ktoś pytał: „Dlaczego? Co takiego zrobił Oberleutnant Heigel?”, zaczynał swoją opowieść.

– Czy ktoś z was poznał komendanta Friedricha Fromma?

Było to pytanie retoryczne, na które znano już odpowiedź: żaden z obecnych w garnizonie w Osnabrück żołnierzy nie znał komendanta armii rezerwowej, która nie uczestniczyła w walkach na froncie jak armia polowa, ale zaopatrywała Niemcy w posiłki i wsparcie. Nie walczyła w pierwszym szeregu, ale kontynuowała tradycje krwi i ziemi, Blut und Erde. Friedrich Fromm, który dowodził rezerwistami z Berlina, był jedną z najważniejszych osób w Rzeszy, podlegał wyłącznie samemu Führerowi.

Wszyscy wstrzymywali oddech, gdy wymieniano jego nazwisko.

I trwali tak, gdy Hauptmann je z dumą literował, deklamując tę anegdotę, jakby była jedną z nordyckich ballad.

– Otóż nasz Hans go zna. W zeszłym roku komendant Fromm przyjechał do Osnabrück w ważnych sprawach. Nasze miasto odgrywa kluczową rolę jako węzeł przesiadkowy i komendantowi zależało, by trzymać rękę na pulsie. Kiedy wszedł do naszego garnizonu, nikogo w nim nie zastał, ponieważ wszyscy byliśmy zajęci w mieście. Nieobecny byłem nawet ja, przeprowadzałem kontrolę na stacji. Był tylko Hans, jak zwykle nienaganny, tu, przy biurku.

W tym momencie robił efektowną pauzę, aby jego żołnierze wyobrazili sobie, co by było, gdyby Friedrich Fromm zastał pusty garnizon i od nikogo nie uzyskał informacji.

– Porucznik Heigel wyjaśnił mu wszystko, pokazał rejestry i akta, wszystkie po kolei. I kiedy się wreszcie zjawiłem, Fromm odwrócił się do mnie, komplementując naszą pracę, z twarzą poważną i twardą, jakby wykutą w marmurze. Zanim wyszedł, uścisnął dłoń naszemu Heiglowi. Wyobrażacie to sobie? Uścisnął mu dłoń!

W trakcie opowiadania Meyera Hans zawsze czuł, jak palą go skronie. W rzeczywistości była to wizyta pro forma. I podobnie pro forma był też uścisk ręki Fromma, który Hansowi wcale nie wydawał się tak niezwykły, jak w ubarwionej formie przedstawiał to Meyer. Prawdą jednakże było to, że przepełniała go duma, gdy tak stał przed tym mężczyzną, żylastym i twardym jak skała, który przyjechał zapytać o wyniki pracy rezerwistów. Czuł się ważny, a przede wszystkim silny. Kiedy ściskali sobie dłonie, wydawało mu się, że siła Friedricha Fromma przeszła na niego, pozwalając mu poczuć się bohaterem.

 

Teraz, wspominając oczy Hanne, pełne bólu i bezgranicznego zmęczenia, cała ta siła, którą przechowywał w sobie, w tym drobnym wspomnieniu, w tym przebłysku, rozpadła się w drobny mak.

Pozostawiając w nim pustkę.

Czyniąc go bezużytecznym.

2

– Nie wiem, co robić.

Hans położył dokumenty na biurku i zacisnął dłonie.

Nie wiedział tego również Meyer: Hans zrozumiał to, gdy przełożony, zamiast odpowiedzieć, zagryzł usta w wąską linię.

– A jak się czuje Ingrid?

– Jakby amputowano jej nogi. Przez cały czas siedzi na dywanie w pokoju Hanne, obejmując dłońmi rączki naszej córki.

– To silna kobieta. Kobieta Rzeszy. Poradzi sobie z tą sytuacją.

Hans nie dopatrzył się hipokryzji w słowach przełożonego. Wiedział, że Meyer mówi tak, by go trochę pocieszyć, bo przecież żaden z nich nie wierzył, że waleczny duch Niemiec mógłby się w jakikolwiek sposób przenieść na biedną Ingrid.

„A już na pewno nie na mnie”, pomyślał Hans, czując się kompletnie pozbawiony energii. Był tylko oficerem rezerwy, co mógł zrobić?

– Doktor Walder był na wizycie u małej? – upewnił się Hauptmann.

Hans zreferował mu pokrótce rozmowę z lekarzem, a przynajmniej te fragmenty, które zapamiętał, te, które dryfowały pośród niepokoju i strachu.

– Coś na oddychanie? – Meyer zrobił dziwną minę. – Nie wystarczy, tu są potrzebne antybiotyki.

– Antybiotyki?

Hans był zaskoczony. Słyszał już o takich lekach. Wszystkie jednak były jeszcze w fazie eksperymentalnej, poza zasięgiem zwykłych ludzi. Może robiono je we Francji, jeszcze przed wojną, ale… gdzie miałby je dostać?

– Tu, w Osnabrück, są nie do zdobycia – mruknął Hauptmann, jakby czytając mu w myślach. Spochmurniał, przez chwilę wydawało się, że pogrążył się w dawnej udręce, być może sięgającej aż frontu wschodniego, gdzie zmarł jego syn. – Siadaj. – Otrząsnął się, nim Hans zdążył zadać mu kolejne pytania. – Musimy o czymś porozmawiać.

Hans oparł dłonie na kolanach, próbując się skupić. Był zdezorientowany, oszołomiony, ale kiedy Meyer zaczął mówić o antybiotykach, poczuł, jak rozpala się w nim iskierka nadziei. Postanowił, że zgłębi ten temat natychmiast po wyjściu z pracy, jeśli bowiem istniała szansa na wyleczenie jego córki…

– Wiesz, co się dzieje w Warszawie? – zagaił Hauptmann.

Hans zmarszczył czoło.

– Oczywiście – odparł. – Powstanie w getcie żydowskim.

Meyer powoli skinął głową.

– Trzy dni temu Himmler wydał rozkaz stłumienia powstania. Za wszelką cenę.

Hans zacisnął usta. Czytał oficjalne raporty o powstaniu w getcie. Wybuchło z początkiem roku. Na skutek wysokiej umieralności z głodu i chorób, a także deportacji do obozu w Treblince, liczba Żydów w Warszawie drastycznie zmalała. Grupa buntowników uzbrojonych w broń z przemytu otworzyła ogień do hitlerowskiej policji, powodując kilka ofiar śmiertelnych. W odpowiedzi oddziały SS skąpały całą dzielnicę w morzu krwi, a mimo to opór, z jakim się tam spotkały, zmusił je do wstrzymania akcji i wycofania się. ­Rozwścieczony tą porażką Himmler nakazał likwidację getta. Zaledwie kilka dni wcześniej policja zrobiła nalot na dzielnicę, a wszystko miało się zbiec z urodzinami Hitlera. Tyle mówiły raporty, ale ze spojrzenia Meyera Hans wyczytał, że nie była to cała prawda.

– W planach Himmlera operacja miała potrwać tylko trzy dni. – Hauptmann skrzyżował ramiona na piersiach. – Ale rebelianci wzięli naszych w krzyżowy ogień. Ci szaleńcy nie mają najmniejszych szans na wygraną, mimo to przysięgli, że zginą w walce.

Hans nie skomentował. Jego wzrok padł na nowe akta akcji „Rein­hardt”, które przeczytał i podstemplował. Na samą myśl o ciężarówkach pełnych zagazowanych ludzi ogarnęły go mdłości.

– W rezultacie – kontynuował Meyer – nasi chłopcy wciąż się tam biją, a wynik wcale nie wydaje się taki oczywisty.

Hans popatrzył zdziwiony na przełożonego.

– Jak to możliwe? Ci ludzie są przecież wyczerpani, jakim cudem stawiają opór wyszkolonym oddziałom?

– Nigdy nie wolno lekceważyć siły desperacji – odparł ­Meyer schrypniętym głosem. – Albo tych ludzi, którzy nie widzą i nie czują niczego poza potrzebą walki i wytrwania. Ci się nie poddadzą, wierz mi.

Hans zacisnął i rozluźnił pięści. Pomyślał o Hanne w łóżeczku mokrym od potu i o tym, co chciałby dla niej zrobić. On też nie zamierzał się poddać i w desperacji szukał siły, której tak bardzo potrzebował.

– Dziś rano przyszedł telegram z Berlina – mówił dalej Meyer, prostując plecy. – Chcą zorganizować dyskusję o Warszawie i domagają się, abym wziął w niej udział: jak widzisz, Niemcy walczą na wielu frontach. Już przez samą obecność Armii Czerwonej na wschodzie mamy ogromne zmartwienie, takie zrywy wolnościowe w granicach naszego terytorium nie są nam potrzebne.

– Boją się, że powstanie może być wzorem dla innych – domyślił się Hans.

– Właśnie. I zdaje mi się, że niestety mają rację. Dlatego ważne jest, aby nasz garnizon był reprezentowany na tym spotkaniu.

– Rozumiem. – Hans skinął głową, próbując odsunąć od siebie myśl o antybiotykach. – Zajmę się tutaj wszystkim.

– Prawdę mówiąc – Meyer schylił się po kartkę, na której coś napisał – od jakiegoś czasu miewam straszne bóle pleców. To pewnie wiosna, rozumiesz?

– Nie – odparł szczerze Hans.

Hauptmann pisał dalej eleganckim, ale zdecydowanym charakterem pisma.

– Nie sądzę, abym podołał takiej podróży – wyznał. – Dlatego pojedziesz ty.

Hans popatrzył na niego zaskoczony.

– Ja? Do Berlina?

– Do Berlina – potwierdził Meyer. – Pojedziesz na zebranie jako przedstawiciel garnizonu w Osnabrück. Będziesz miał możliwość spotkania wielu ważnych ludzi, takich, którzy znają wybitnych lekarzy Rzeszy i którzy mogliby, gdybyś ich odpowiednio przekonał, zdobyć antybiotyki dla twojej córki.

Hans poczuł drżenie warg.

– Ja… – spróbował coś powiedzieć, ale z emocji nie mógł wydobyć z siebie słowa.

– Weź – odezwał się przełożony, wręczając mu kartkę. – To pełnomocnictwo, będziesz mnie reprezentował. Nie zmarnuj tej okazji.

Hans spojrzał na kartkę, następnie wyciągnął do niego drżącą rękę.

– Dziękuję – wykrztusił.

Meyer dał mu znak, żeby wyszedł.

– Nie trać czasu. Każda chwila jest cenna.

Rozdział 5

1

Hans stał na peronie pierwszym i czekał na pociąg z godziny siódmej piętnaście. Długi płaszcz narzucony na mundur łopotał na porannym wietrze, przez co wydawało mu się, że jest kamienną statuą umieszczoną przy torach.

Nawet nie postawił na ziemi lekkiej walizki, nie odrywał wzroku od horyzontu, od punktu, w którym powinien się pojawić pociąg do Berlina. Ingrid spakowała go w ciszy, patrzyła wprawdzie w pustkę, ale o niczym nie zapomniała i nie włożyła do walizki niczego zbędnego. Hans nigdy nie pojmował, jak udawało jej się przewidzieć, których ubrań i których rzeczy będzie potrzebował. Po prostu przewidywała to dzięki typowej dla kobiet zdolności trzymania pieczy nad wszystkim.

Zrobiła to bez towarzyszącej jej zwykle muzyki z płyty gramofonowej, w niemym domu, który w niczym nie przypominał ich domu. Stojąc w drzwiach, Hans mógł ją tylko obserwować, z plikiem ­dokumentów w jednej ręce i płaszczem zarzuconym na drugą.

Nie odważył się do niej odezwać, Ingrid też ledwie na niego spojrzała. Kiedy na koniec ich oczy się spotkały, niczego w nich nie dostrzegł. Wydawało mu się tylko, że przez ułamek sekundy widzi w nich iskrę smutnego gniewu. „Wyjeżdżasz”, wyczytał w ukradkowym spojrzeniu, „zostawiasz mnie i naszą córkę”.

A może wszystko to sobie wyobraził. Może w oczach Ingrid odbijały się jedynie światła poranka, mieniące się na szybie, i nic poza tym. Tylko ból i rezygnacja.

Wrócił myślami do Hanne, swojej małej i kruchej gołąbeczki. Nie udało mu się z nią pożegnać. Kiedy wszedł do jej pokoju, spała, przez przymknięte okiennice sączyło się do wewnątrz nieśmiałe światło, zapewniając jej spokojny sen i pieszcząc jej loki rozrzucone wokół twarzy. Patrzył na śpiącą córkę tak, jak patrzy się na pisklę w gnieździe, które nie potrafi rozwinąć skrzydeł. Wstrzymał oddech, obserwując koc na jej piersi, aby się upewnić, że się podnosi i opada w rytm oddechów. Po krótkim wahaniu pochylił się i przytknął usta do jej czoła, chcąc sprawdzić temperaturę. Nie było już tak rozpalone jak tej nocy, gdy oboje z Ingrid drżeli ze strachu o córkę, ale gorączka była, zdradziecka, ukryta pod jej delikatną skórą.

– Wrócę szybko – powiedział do Ingrid, stojąc w drzwiach. – Wrócę szybko i przywiozę pomoc.

Nie odpowiedziała. Odwróciła się i usiadła na kanapie, wyprostowana, z rękami złożonymi na kolanach. I taki obraz żony tego dnia zapamiętał.

*

Kiedy pociąg wreszcie nadjechał przy akompaniamencie stukotu kół i kłębów pary, Hans wsiadł do wagonu i zajął miejsce przy oknie.

Wzgórze Piesberg było ledwie widoczne, jego kontury wrzynały się w mleczny szron poranka. Wpatrywał się w nie, wcale go nie widząc, przyciskając plecy do oparcia, z głową zaprzątniętą przywoływaniem wspomnienia twarzy córki, jej szeroko otwartych oczu, błękitnych i pełnych życia. Z tępym bólem zdał sobie sprawę, że mu się to nie udaje.

Podczas podróży wzgórze powoli wychodziło zza mgły, ukazując się na tle czystego nieba, we wszystkich odcieniach fioletu i różu, zanim zrobiło się zbyt odległe, by można było je dostrzec. Gdyby podążał za nim wzrokiem, nie umiałby dokładnie określić, kiedy przestało być jedynie wzorem na mgle.

2

W odróżnieniu od Osnabrück Berlin był ogromny. Z szerokimi jezdniami, szarymi budynkami, których okna wychodziły na ulice, i bladobłękitnym niebem, rozpinającym się nad domami, jak gdyby nie mogło objąć całego miasta i aby zostać tam wysoko, gdzie było, musiało nieco rozrzedzić swoją konsystencję i kolory.

W odróżnieniu od Osnabrück w Berlinie czuć było wojnę. Wiła się, szara, ulicami i wspinała po ścianach domów, drażniąco pachniała prochem strzelniczym i ludzkim strachem. Hans miał wrażenie, że gdyby wyciągnął rękę w stronę któregoś z parapetów i przesunął po nim palcami, miałby pełno popiołu na rękawicy. Naturalnie tak nie było, jego serce jednak zapamiętało miasto pokryte czarnym pyłem, przytłaczające.

Wskazano mu miejsce na tylnym siedzeniu wojskowej terenówki, ciemnej, z otwieranym dachem. Nieliczne samochody na drodze ustępowały pojazdowi wojskowemu, a Hans z przerażeniem patrzył przez okno na ruiny miasta: całe dzielnice Berlina wyglądały jak wypatroszone i rozsypujące się.

Skutki bombardowania z lata 1940 roku, dokonanego przez Anglików, nadal były widoczne jako głębokie rany i nie było oznak, aby się zabliźniały.

3

Spotkanie na szczycie odbywało się przy Prinz Albrecht Strasse 9, w hotelu pierwszej kategorii, trzykondygnacyjnym, nie licząc parteru z eleganckimi ceglanymi arkadami. Hotel Prinz Albrecht słynął jako punkt spotkań polityków i ważnych osobistości lat dwudziestych, jednak od jakiegoś czasu to się zmieniło. Piękna i solidna kamienica gościła teraz Reichsführera SS Heinricha Himmlera i jego najbliższych współpracowników, którzy uczynili z niej swoją kwaterę główną.

– Porucznik Hans Heigel – zameldował się przy wejściu głównym, pokazując upoważnienie podpisane przez Meyera. – Z garnizonu w Osnabrück.

Stojące wzdłuż jezdni i za rogiem ciężarówki ze strażnikami denerwowały go. Nawet widok psów na łańcuchach, wyciągniętych na chodniku przed wejściem, sprawiał, że sztywniały mu plecy, mimo że zwierzęta akurat w tym momencie były, jak mu się wydawało, spokojne. Hans nie lubił psów, zwłaszcza takich jak te, szkolonych do zabijania.

Zaprowadzono go do salonu umeblowanego w dziewiętnastowiecznym stylu. Krzesła z masywnego drewna otaczały długi, lśniący stół, którego rzeźbione nogi stały na dywanie w ponurych barwach.

W ciszy, witając się tylko skinieniem głowy z oficerami znajdującymi się w sali, Hans zajął miejsce odległe od szczytu stołu, gotów słuchać, a nie odpowiadać na pytania. Po przeciwnej stronie, daleko od niego, pojawił się komendant i dowódca rezerwy Friedrich Fromm. Charakterystyczny twardy profil, okrągła twarz i ogolona głowa przeniosły Hansa w przeszłość, do jego wizyty w ich garnizonie. Wpatrywał się we Fromma z taką intensywnością, że komendant wreszcie się do niego odwrócił. Zimne oczy świdrowały Hansa bez emocji, linia warg zakrzywiała się w dół, świadcząc o kompletnym braku reakcji. Jeśli ten człowiek kiedyś mu gratulował i uścisnął dłoń, to teraz kompletnie sobie tego nie przypominał.

 

4

– Ze względów bezpieczeństwa – rozpoczął Heinrich Himmler zdecydowanym tonem, siedząc u szczytu stołu – wydałem rozkaz likwidacji getta w Warszawie. Zrównanie go z ziemią jest konieczne, w przeciwnym razie nigdy nie przywrócimy w Polsce spokoju.

Reichsführer nie ograniczył się do wypowiedzenia tych słów, on je wyszczekał.

Hans mimowolnie westchnął, rozczarowany. Nie wiedzieć czemu wyobrażał go sobie jako zimnego, opanowanego żołnierza o idealnej posturze, tymczasem Himmler nawet w tym doskonale skrojonym mundurze, z wypielęgnowanymi włosami i wąsami, ciskał oczami gromy zza cienkich soczewek.

– Jeśli pozostawimy getto – kontynuował – nigdy nam się nie uda zdławić żydowskiego buntu. Właśnie w tej chwili wydałem rozkazy naszym siłom specjalnym, aby użyły materiałów wybuchowych.

Wokół stołu przeszedł pomruk zadowolenia. Wizja budynków walących się na zbuntowanych Żydów i zabijających tysiące z nich wywołała uśmiechy na twarzach wielu oficerów. A mimo to Hans nie dostrzegał chwały w wygraniu takiej bitwy.

Wściekłość Himmlera była widoczna. Kazał rozłożyć na stole mapę, wydając rozkazy samymi oczami.

– Vossel! – szczeknął. – Przyjechałeś z Treblinki. Jakie masz wieści do przekazania?

Hans przechylił się, by zobaczyć wywołanego, który zerwał się na równe nogi z suchym trzaskiem obcasów, wykonując idealny salut. Major Kurt Vossel miał włosy tak jasne, że wydawały się wręcz białe, i delikatną twarz, którą można by uznać za łagodną. Kiedy jednak przemówił, jego głos zabrzmiał w sali niczym uderzenie młotem.

– Przyjechałem z Treblinki po nowe rozkazy, Herr Reichsführer – rzekł. – Obóz działa na pełnych obrotach. W ramach ostatecznego rozwiązania w minionych miesiącach przyjmowaliśmy transporty niemal dwudziestu tysięcy Żydów dziennie.

Zrobił wystudiowaną pauzę. Hans dostrzegł, jak podnosi kącik ust w sarkastycznym grymasie.

– Dni, w których przyjeżdżało ich ledwie sześć czy siedem tysięcy – kontynuował Vossel, wpatrując się w Himmlera – były uważane za chude.

Ktoś się roześmiał, ktoś inny, rozbawiony, zaczął klepać dłonią w udo. Heinrich Himmler pozostał niewzruszony.

Treblinka była jednym z obozów wybudowanych w Polsce w ramach akcji „Reinhardt”, o czym Hans miał okazję dowiedzieć się z akt przestudiowanych w minionych dniach. Przypomniał sobie spaliny pochodzące z silników radzieckich czołgów wpompowywane do wypchanych ludźmi ciężarówek, ostateczne rozwiązanie, jak nazwał je Vossel, i poczuł, że brakuje mu tchu. Wspomniał też słowa Meyera: „Nie ma to nic wspólnego z marzeniami, to czysty koszmar”.

Także Berlin, jego ruiny i ten przytłaczający czarny pył kojarzyły mu się z horrorem. Nigdy dotąd nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest szczęśliwy, żyjąc w Osnabrück.

Himmler dał znak Vosselowi, by usiadł, następnie zasięgnął informacji o pozostałych obozach na terenie Polski: Chełmnie, Bełżcu i Sobiborze, naciskając, by sekretarz zebrania wszystko notował. Cztery machiny śmierci dobrze wykonywały swoje zadania, realizując to, czego wymagała od nich akcja „Reinhardt”, czyli eliminację raz na zawsze Żydów odtransportowanych do Polski.

– Znakomicie – warknął na koniec Himmler, zupełnie jak pies z jednostki szturmowej. – Zadbajcie, by obozy pracowały na pełnych obrotach, oszczędzając jedynie więźniów w liczbie niezbędnej do zaspokojenia potrzeb tych obozów. Nie należy też bagatelizować Armii Czerwonej: po zwycięstwie pod Stalingradem przystąpiła do ofensywy i naprzykrza się naszym wojskom, nie bacząc na liczne straty, jakie jej zadajemy.

– Czy to możliwe, że dotrze do Niemiec, Herr Reichsführer? – Vossel, który zadał to pytanie spokojnym głosem, został spiorunowany spojrzeniem Himmlera.

– To wykluczone. Ale stopniowo przejmuje kontrolę nad terytoriami w Polsce, które podbiliśmy. Jeśliby miała posunąć się jeszcze dalej, to pod żadnym pozorem nie powinna natknąć się na obozy.

*

W trakcie kolejnych długich godzin, przerwanych podaniem obiadu na srebrnej zastawie, Himmler osobiście przekazywał rozkazy najbardziej zaufanym ludziom, przenosząc ich na inne pola działania lub wzmacniając pozycje, które, jak sądził, bardziej odpowiadały jego planom strategicznym.

– Jeśli chodzi o Osnabrück – powiedział w pewnym momencie, podnosząc wzrok i prawdopodobnie szukając Hauptmanna Meyera – kto go reprezentuje?

Czując serce w gardle, Hans podniósł rękę.

– Bardzo dobrze – szczeknął Reichsführer. – Czekajcie na rozkazy. Aby wygrać tę wojnę, potrzebujemy wszelkich dostępnych sił i wszystkich żołnierzy. A tymczasem trwajcie na posterunku.

Hans ograniczył się do skinienia głową.

Po skończonym zebraniu Himmler zebrał swoje kartki i pomaszerował w kierunku drzwi.

– Herr Reichsführer… – Hans ruszył za nim między szurającymi po dywanie krzesłami i podnoszącymi się oficerami. – Herr Reichsführer, pan wybaczy…

Himmler na pewno go usłyszał, wolał jednak się nie odwracać i szedł dalej, aż zniknął za plecami swojej eskorty.

Hans, który czuł, że serce zaraz mu pęknie w piersi, patrzył za nim oszołomiony. Nie wiedział, skąd wziął odwagę, by ruszyć w ślad za Himmlerem, dopiero teraz uświadomił sobie swoje szaleństwo: jak miałby stanąć przed tym człowiekiem, pod jego lodowatym spojrzeniem, i błagać o pomoc dla Hanne?

Powoli wycofał się do wciąż jeszcze pełnej sali.

Friedrich Fromm siedział na swoim miejscu. W zamyśleniu gładził elegancką srebrną papierośnicę, jakby podejmując decyzję, czy zapalić.

Hans przyglądał mu się przez chwilę, po czym postanowił spróbować ponownie. Wystarczyło, że przypomniał sobie bladą twarzyczkę Hanne, aby zebrać się na akt odwagi, czy też desperacji, której tak potrzebował.

– Panie komendancie – zaczął, podchodząc.

Fromm przechylił głowę, podnosząc na niego pytające spojrzenie.

– Jestem Hans Heigel z garnizonu w Osnabrück.

Jego słowa nie wywołały nawet zmarszczki na twarzy Fromma. Nie pamiętał go. Opanowując panikę, pod której wpływem najchętniej by się wycofał, Hans przemógł się i kontynuował:

– Jestem porucznikiem rezerwy, pańskim podkomendnym.

Fromm zmierzył go wzrokiem od stóp do głów i po tej, jak się wydawało, wnikliwej analizie wsunął papierośnicę do kieszeni i splótł dłonie na stole.

– Czego pan chce, poruczniku Heigel?

– Chodzi o moją córkę – odparł z rozpędu głosem, który z trudem dobywał mu się z gardła.

Fromm zmarszczył czoło.

– Pańską córkę? Co ona ma wspólnego ze mną i… – poruszył ręką, wskazując na pustoszejącą salę – tym wszystkim?

– Moja córka jest ciężko chora, panie komendancie – odparł Hans. – Na gruźlicę. Lekarz powiedział, że można już tylko czekać, dowiedziałem się jednak, że istnieją nowe leki, antybiotyki, i pomyślałem…

Friedrich Fromm uciszył go, podnosząc rękę.

– Poruczniku, jestem pod wielkim wrażeniem pańskiego nieszczęścia.

Hans wstrzymał oddech.

– Ale teraz nie czas na takie sprawy – dokończył Fromm. – Uczestniczył pan w zebraniu, więc doskonale pan wie, z jakimi problemami boryka się Rzesza. Wojna to jedyna rzecz, która się teraz liczy, w którą musimy się zaangażować. Do zwycięstwa potrzebne jest poświęcenie nas wszystkich. Niech pan spróbuje spojrzeć na to w ten sposób.

Hans poczuł zawroty głowy. Całe pomieszczenie kręciło się wokół niego, szybko, coraz szybciej.

– Panie komendancie… – spróbował jeszcze raz.

– Szpitale są pełne cierpienia, poruczniku – przerwał mu Fromm, podnosząc się. – W tych czasach nie wszyscy mają to szczęście, że mieszkają sobie spokojnie w Osnabrück. Każdy lek, który może zagwarantować przeżycie naszym żołnierzom, powinien być do dyspozycji Rzeszy. Mam nadzieję, że pan rozumie: nie ma miejsca na słabość w Niemczech, które budujemy.